Z Naszego Dziennika

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 22 grudnia 2012, 03:48

Życzenia KoBro, dla słoneczka peru!

Bronek przysłał mi kartkę z życzeniami świątecznymi:

„Niehaj w wigilijny czaz

śmieh i radoźdź bendom f nas.

Gwiastka nieh mróga niebiezka

niech Kolenda bżmi Zaleska.

Rzyczy Pan Prezydęt”.

Igorek mówi, że z Bronkiem nikt nie wygra…"


Łącze: http://www.naszdziennik.pl/wp/18859,z-p ... worcy.html

Pot tymj jagrze natóralnymj rzyczeniami prezydenta dla plemiela, ja PODPISUJĘ SIĘ OBIEMA RENCAMI!!!

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 29 grudnia 2012, 12:24

LNG po terminie?

Planowe zakończenie prac przy budowie terminalu LNG w Świnoujściu jest zagrożone – uważa opozycja. Opóźnienia w realizacji inwestycji mogą sięgać nawet roku

Marcin Austyn

Budowa ma zakończyć się w połowie 2014 roku. Jednak jak przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Marek Gróbarczyk, europoseł PiS, były minister gospodarki morskiej, miesiąc temu posłowie z regionu zachodniopomorskiego mieli okazję wizytować inwestycję, a wnioski były smutne. – Naszym zdaniem budowa nie zostanie ukończona w terminie. To, co zobaczyliśmy, miało wymiar czysto PR-owski. Okazało się, że stokaże, w których ma być magazynowany gaz, nie mają jeszcze przykrycia, czyli kopuły betonowej. Pierwszy zbiornik został przykryty dopiero tuż przed świętami Bożego Narodzenia – zaznacza.

Warto przypomnieć, że na kopułę wylano blisko 800 m sześc. betonu, a grubość uzyskanej warstwy to od 20 do 40 centymetrów. Beton był podgrzany do temperatury 15-19 stopni Celsjusza. Po wylaniu został przykryty specjalnymi plandekami, pod które przez sieć rur wtłoczono ciepłe powietrze. Urządzenia grzewcze wciąż działają i mają być wykorzystywane jeszcze w pierwszym tygodniu stycznia. Dzięki temu beton ma zapewnione dobre warunki do czasu uzyskania właściwej wytrzymałości. To dopiero pierwsza warstwa betonu. Według dotychczasowych informacji przekazywanych przez Polskie LNG SA, w najbliższych tygodniach taka sama operacja planowana jest na drugim zbiorniku. Później wylana zostania druga warstwa betonu na obu dachach.

W ocenie deputowanego Gróbarczyka, dużym problemem są podwykonawcy, którzy schodzą z budowy. Powód? Nie otrzymują zapłaty za wykonane prace. – Do tej pory budowa nie posiada pełnych mocy przetwórczych z powodu braku załogi, gdyż brygady schodzą z budowy, bo nie płaci się im za wykonaną pracę – wskazuje. Według europarlamentarzysty, obecnie na budowie pracuje ok. 60 proc. potrzebnych tam osób. Niestety, problem jest przez rząd pozostawiany do rozwiązania głównemu wykonawcy, który będzie rozliczany z inwestycji. Działać za to chcą posłowie PiS, dla których ta budowa jest szczególnie ważna, ponieważ została zainicjowana przez rząd Jarosława Kaczyńskiego i stanowi istotny element zwiększający bezpieczeństwo energetyczne Polski. Polskie LNG w razie problemów z wykonawcą powinno alarmować rząd, a jeśli ten nie zareaguje, parlamentarzystów. Ponadto w ocenie PiS, budową powinna szerzej zajmować się sejmowa Komisja Gospodarki. – Naszym celem jako PiS jest to, aby na komisji przedstawiany był uaktualniony harmonogram prac i by odbywały się cykliczne wizyty na budowie. Chodzi o to, by zweryfikować, czy ten opisywany zakres prac jest faktycznie wykonywany. Z pewnością każda forma kontroli jest w tym przypadku ważna i potrzebna – mówi Gróbarczyk. W jego ocenie, sprawę trzeba potraktować poważnie, bo już lato 2012 roku pokazało, że są problemy z wykonawcami, a na budowie pracowało wówczas 30 proc. niezbędnej załogi. – Wynika z tego, że prawie rok już został stracony. Zatem założony termin zakończenia budowy wydaje się nierealny – dodaje parlamentarzysta. I zauważa, że aby nadrobić stracony czas, rezygnuje się z budowy niektórych budynków gazoportu, które miały powstawać równolegle, a siły przerzucane są na to, by dokończyć stokaże. – Owszem, miesiąc temu obiecano nam, że jeśli tylko aura będzie dobra, to beton zostanie wylany na kopułę. Pozostaje jeszcze jedna kopuła. Tyle że wszystkie siły skierowane są na stokaże, a poza tym nic się nie dzieje wokoło na budowie – dodaje Gróbarczyk.

Za budowę terminalu LNG –instalacji do odbioru skroplonego gazu ziemnego, dostarczanego drogą morską do kraju – odpowiada powołana w 2007 roku spółka Polskie LNG SA. Na pierwszym etapie inwestycji terminalu ma odbierać 5 mld m sześc. skroplonego gazu ziemnego rocznie. Następnie możliwości terminalu mają zostać zwiększone do 7,5 mld m sześc., co stanowi blisko połowę obecnego rocznego zapotrzebowania na gaz w Polsce.

NASZ DZIENNIK 2012-12-29-30

Sabotażyści i dywersanci blokują uruchomienie dywersyfikacji taniego gazu skroplonego do Polski.
Monopolista Gazprom i wasalstwo rodzime czyni wszystko by uruchomienie terminalu w Świnoujściu odłożyć..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 4 stycznia 2013, 08:29

Biskupi żądają multipleksu

Kościół oczekuje, że Jan Dworak wytłumaczy się z nowych kryteriów narzuconych w procesie koncesyjnym na MUX-1. – To nie do Krajowej Rady należy określanie, jaki kształt powinna mieć telewizja katolicka – argumentują księża biskupi

Anna Bałaban


Pod koniec stycznia Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu zabierze głos w sprawie przyznania Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie.

– Biorąc pod uwagę aktualną sytuację oraz wszystko to, co już przeżyliśmy, wyrażanie jakichkolwiek zastrzeżeń czy nawet gróźb pod adresem tych, którzy niepokoją się o miejsce katolickiej Telewizji Trwam na cyfrowym multipleksie, jest czymś całkowicie nie na miejscu – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. bp Antoni Pacyfik Dydycz, ordynariusz drohiczyński. To reakcja na wypowiedzi Jana Dworaka, który na środowej konferencji prasowej próbował bagatelizować obawy biskupów związane z procesem koncesyjnym na cyfrowym multipleksie. Przewodniczący Krajowej Rady posunął się do pogróżek pod adresem hierarchów, strasząc ich sądowymi pozwami. Dworak beształ m.in. ks. abp. Sławoja Leszka Głódzia za jego prośbę o jednoznaczne sprecyzowanie stanowiska w sprawie Telewizji Trwam i nowo ogłoszonego konkursu na cztery ostatnie miejsca na MUX-1. Dostało się też dziennikarzom, którzy wytykają Krajowej Radzie stronniczość w postępowaniu koncesyjnym, skutkującą dyskryminacją Telewizji Trwam. – Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji może ubolewać, ale niech wyraża się precyzyjnie – jednoznacznie komentuje tę połajankę metropolita gdański. Głos w sprawie zabrał wczoraj ks. abp Wacław Depo, przewodniczący Rady KEP ds. Środków Społecznego Przekazu. – Wolą i pragnieniem społeczeństwa katolickiego, które stanowi większość w naszym kraju, jest to, aby mieć reprezentację na multipleksie przynajmniej jednej stacji katolickiej. I to nie tej, która będzie zabierała głos na temat religioznawstwa, ale stacji reprezentującej Kościół katolicki w Polsce, a taką jest Telewizja Trwam – wskazuje metropolita częstochowski.

Na impertynencję Krajowej Rady w postępowaniu koncesyjnym wskazuje też ks. bp Antoni Dydycz. – Społeczeństwo jasno opowiada się za Telewizją Trwam, bo jak inaczej traktować setki manifestacji w jej obronie, 2,5 mln podpisów, ciągłe apele i prośby? A co na to „radiokomitet”? Czy kiedykolwiek przeprosił tę ogromną rzeszę ludzi za swoje poczynania? Czy zapewnił, że spełni społeczne oczekiwania? Nic takiego nie miało miejsca; wprowadzono za to jakieś zupełnie nowe i niejasne kryteria – komentuje medialne występy Jana Dworaka i Krzysztofa Lufta ordynariusz z Drohiczyna. – Ci ludzie powinni się wstydzić, ja nie wiem, jak oni patrzą polskim obywatelom w oczy po tym wszystkim, co zrobili i jak się z nimi obchodzą – dodaje hierarcha. Członkowie KRRiT utrzymywani są z publicznych środków, więc powinni ludziom służyć, zamiast rzucać im kłody pod nogi i wtrącać się do spraw Kościoła. – Po tylu zakrętach nie można dziś wierzyć przedstawicielom „radiokomitetu”. Rządzący muszą wreszcie zrozumieć, że nie są właścicielami państwa – kwituje ks. bp Antoni Dydycz. Kryteria narzucone w obecnym konkursie są różne od tych, które obowiązywały za pierwszym razem. – To jest niedorzeczne, żeby tak sobie zmieniać kryteria, jak wiatr zawieje. A poza tym, co to za kryteria? Może jeszcze będą określać, ile świeczek będzie można w kościele zapalić!? – ironizuje ksiądz biskup. I zaznacza, że to nie do Krajowej Rady należy określanie, jaki kształt powinna mieć telewizja katolicka, ale do Kościoła. A ten opowiedział się jednoznacznie za Telewizją Trwam. – Nikt dziś nie ma wątpliwości, że Telewizja Trwam to nadawca katolicki, a tu nagle ktoś jakimiś kryteriami nie z tej ziemi chce zamieszać, wprowadzić ludziom zamęt w głowach – mówi ordynariusz drohiczyński.

NASZ DZIENNIK 2013-01-04

Suweren jakim jest Naród Polski życzy sobie na MUX-1 Telewizji Trwam.. a jeśli instytucja Prezydenta, Premiera i KRRiT blokuje.. musi odejść w niebyt..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 14 stycznia 2013, 11:13

Zastraszyć obrońców życia


Telewizja Trwam, Radio Maryja, „Nasz Dziennik”, WSKSiM na czarnej liście Europejskiego Parlamentarnego Forum ds. Populacji i Rozwoju. Ta promująca antykoncepcję, aborcję oraz zachowania homoseksualne organizacja piętnuje osoby, media i organizacje broniące życia i rodziny.

Dwie czarne listy zawierają nazwiska osób i nazwy instytucji sklasyfikowanych jako anti-choice, czyli dosłownie tłumacząc: „przeciw wyborowi”, co w praktyce oznacza – przeciw aborcji. Pierwsza z list obejmuje 27 osób z Europy, które podejmują istotne działania w obrębie obrony życia, druga natomiast skupia się na organizacjach 32 państw europejskich, które w sposób szczególny przyczyniają się do ochrony życia poczętego i promocji cywilizacji życia.

Oprócz Telewizji Trwam, „Naszego Dziennika” i Radia Maryja znalazły się na niej też inne dzieła powstałe przy toruńskiej rozgłośni, jak WSKSiM oraz Fundacje: Lux Veritatis i Nasza Przyszłość.

W oczywisty sposób te listy mają budować negatywny obraz wymienianych tam ludzi czy ośrodków. Świadczą o tym już same okoliczności zaprezentowania dokumentów. Jak poinformował holenderski obrońca życia Leo van Doesburg (też znalazł się na jednej z list), miało to miejsce w październiku ubiegłego roku w czasie zorganizowanej przez Europejskie Parlamentarne Forum ds. Populacji i Rozwoju (European Parliamentary Forum on Population and Development – EPF) konferencji poświęconej bardzo wymownie brzmiącemu tematowi: „Opozycja anti-choice w Europie. Ostatnie trendy w światowej wojnie przeciwko kobietom na europejskim froncie”.

Czemu konkretnie mają służyć takie opatrzone logo EPF wykazy? Zapytany o to przez „Nasz Dziennik” historyk z Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie prof. Roberto de Mattei, który widnieje na liście jako jedna z kluczowych postaci anti-choice, nie ma wątpliwości.

– Wciągnięcie na rejestr oznacza ni mniej, ni więcej poddanie konkretnych osób czy instytucji monitoringowi, by w odpowiednim momencie uderzyć w nie za pomocą środków medialnych i prawnych – stwierdza.

Z kolei włoski socjolog prof. Massimo Introvigne – również zauważony przez EPF – podkreśla, że jest to działanie właściwe aborcyjnemu lobby, jakim jest EPF. – Polega ono na ciągłym zastraszaniu środowisk, które nie działają po ich myśli – zwraca uwagę.

Warto w tym miejscu podkreślić, że umieszczenie na celowniku proaborcyjnego lobby określonych osób, mediów i organizacji ukazuje w pośredni sposób prawdę o autentycznym i skutecznym ich działaniu w dziedzinie obrony życia. Jak zauważa Konrad Szymański, poseł do Parlamentu Europejskiego, w pewnym sensie fakt znalezienia się w takim gronie jest powodem do satysfakcji.

– Bo jeśli ktoś wskazuje palcem i wyraźnie boi się tego, że są osoby czy instytucje upominające się o prawo do życia, to świadczy tylko na korzyść tych osób i instytucji. My w przeciwieństwie do środowisk proaborcyjnych prowadzimy działania otwarte – dodaje.

EPF – jak mówią o nim sami członkowie – jest zrzeszeniem europejskich parlamentarzystów zjednoczonych w trosce o ochronę „zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”, a także „praw osób najbardziej narażonych na ataki”. W praktyce jest to organizacja promująca i finansująca na arenie międzynarodowej m.in. antykoncepcję, aborcję oraz zachowania homo- i transseksualne.

Anna Bałaban

NASZ DZIENNIK 2013-01-14

Wieprze UE ryją pod fundamentami państw Narodowych i chrześcijańskich społeczeństw..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 20 stycznia 2013, 05:21

Szczątki rotmistrza jednak na Łączce

Dr Krzysztof Szwagrzyk, historyk IPN kierujący ekipą ekshumacyjną na warszawskich Powązkach Wojskowych, poinformował, że na pewno rotmistrz Witold Pilecki jest pochowany w kwaterze na Łączce.

Wcześniej przypuszczano, że szczątki bohatera mogą znajdować się na warszawskim Służewie, gdzie jak napisał "Nasz Dziennik", ruszy we wrześniu kolejny etap ekshumacji.

- Mogę już dzisiaj powiedzieć, że mamy całkowitą pewność, że rotmistrz Pilecki jest pochowany na Łączce, a nie na Służewie. Wątpliwość, którą mieliśmy jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy mówiłem, że nie ma pewności, czy rotmistrz Pilecki jest jednym z ostatnich pochowanych na Służewie, czy jednym z pierwszych pochowanych na Łączce, już się rozwiała i wiemy na pewno, że rotmistrz Pilecki jest jednym z tych, którzy są pochowani na Łączce – podkreślał w rozmowie z Radiem Maryja dr Krzysztof Szwagrzyk.

Pierwszy etap ekshumacji w kwaterze „Ł” na warszawskich Wojskowych Powązkach zakończył się w ubiegłym roku. W tej chwili trwają prace identyfikacyjne wydobytych szczątków. Natomiast we wrześniu ruszą kolejne prace ekshumacyjne ofiar komunistycznego terroru tym razem na warszawskim Służewie.

- Jesteśmy na etapie gromadzenia niezbędnej dokumentacji, która pozwoli nam na określenie skali liczby ofiar, które tam zostały pochowane. Do dzisiaj nie ma żadnego opracowania, które by na ten temat informowało. Rozbieżności w tym zakresie mamy tutaj ogromne, zanim jednak przystąpimy do konkretnych prac, musimy posiąść wiedzę dotyczącą liczby osób tam pochowanych. Kwestia druga to jest określenie zakresu dawnego pola więziennego, wokół którego już wiele teorii się pojawiło. Zanim zaczniemy te badania, chcemy mieć możliwie precyzyjną wiedzę – mowił dr Szwagrzyk.

Rotmistrz Pilecki był m.in. w czasie II wojny światowej współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej, żołnierzem Armii Krajowej, który zgłosił się na ochotnika, by zorganizować ruch oporu w Auschwitz-Birkenau. Oskarżony i skazany przez władze komunistyczne Polski Ludowej na karę śmierci, został stracony w 1948 roku. Oskarżenie anulowano w 1990 roku. Jest kawalerem Orderu Orła Białego.

NASZ DZIENNIK 2013-01-19-20

Prawda zawsze zostanie objawiona..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 27 stycznia 2013, 08:00

Tu jest Polska

Adam Kruczek


Z prof. dr. hab. Franciszkiem Markiem, historykiem, pierwszym rektorem Uniwersytetu Opolskiego, rozmawia Adam Kruczek

Jak Pan, Ślązak z dziada pradziada, przyjmuje fakt istnienia ugrupowania politycznego, które z negacji polskości Śląska uczyniło swój program polityczny?

– Można się co najwyżej zastanawiać, czy jest to dywersja polityczna, czy wyraz głupoty. Raczej uważam to za dywersję antypolską. Chociaż gdy zobaczyłem ostatni marsz Ruchu Autonomii Śląska w Katowicach, a było tam podobno kilkuset ludzi skandujących: „Pójdźcie z nami, hanysami”, to raczej wygląda to na drugi wariant. Owi gracze polityczni bazują na głupocie ludzkiej. Nie wiedziałem, że w środowisku katowicko-rybnickim tej głupoty jest tak dużo. Przecież „hanys” to obraźliwe przezwisko. Podobnie jak w okolicach Katowic Polaków spoza Śląska nazywają pogardliwie „gorolami”, to ci mogą im się odpłacić w postaci „hanysów”. Czy można sobie wyobrazić, żeby Francuzi manifestowali swoją obecność, krzycząc: „Chodźcie z nami, żabojadami”, czy Rosjanie: „Pójdźcie z nami, kacapami”? Niestety, na głupocie można jeszcze w Polsce wygrywać politycznie, ale z pewnością nie na dłuższą metę.

Obecnie robi karierę często powtarzane w mediach pojęcie „heimat”, tłumaczone jako ziemia rodzinna czy mała ojczyzna. Odwołują się do niego też działacze RAŚ. Czy to jakaś śląska tradycja?

– A gdzież tam. Niestety, ta głupota ma tak wielki zasięg, że bez mrugnięcia okiem przyjmuje sztuczne i nieznajdujące oparcia w faktach, szkodliwe dla polskiej racji stanu konstrukcje pojęciowe. Upichcono i podsunięto nam jak podrzutka ten cały „heimat” i niektórzy historycy, a nawet pedagodzy powtarzają je bezrefleksyjnie, tłumacząc to słowo na polski jako „mała ojczyzna”. Czy oni mają za małe rozumy, żeby ogarnąć całą ojczyznę i muszą ograniczać się do małej? Nigdy takich tendencji u nas nie było. Odpowiednika słowa „heimat” nie mamy w śląskich gwarach. To podrzuciły nam rewizjonistyczne organizacje niemieckie w obliczu utraty Śląska, a wcisnęli i wprowadzili do obiegu inspirowani z zewnątrz liderzy „mniejszości niemieckiej”. Obecnie rozpowszechnia to pojęcie antypolska opozycja ośrodka katowicko-rybnickiego, z którego wywodzi się RAŚ. Wiadomo, że pod polską władzą nie mogą za bardzo podskakiwać, więc zależy im, żeby rozbijać Polskę na jakieś tam „heimaty” czy regiony.

Regionalizacja to niezwykle popierana dziś w Unii Europejskiej tendencja.

– Tak? To przyjrzyjmy się, co robią Niemcy. Od czasów wojny francusko-pruskiej z 1870-1871, kiedy to były cztery królestwa niemieckie, kilkanaście księstw, państwa-miasta hanzeatyckie – nieustannie się jednoczą. Na zewnątrz mają federację, landtagi, ale przecież dzisiaj ich landy są jak nasze województwa.

RAŚ, eskalując swoje żądania, powołuje się na historię II Rzeczypospolitej, gdy Śląsk miał autonomię.

– Miał, ale to wcale nie znaczy, że ma mieć ją teraz i że to jest dobre dla Polski rozwiązanie. Zresztą, wtedy u zarania Polski niepodległej była podpisana w Genewie przez Polskę i Niemcy konwencja górnośląska, mówiąca o tym, że miały powstać dwie autonomie na części polskiej i niemieckiej Śląska. Oczywiście jak zawsze Polacy wypełnili swoje zobowiązania, a Niemcy, które dbały o własne interesy – nie. Po II wojnie światowej całkowicie zmieniły się realia. Przed wojną autonomia dotyczyła niewielkiego skrawka Śląska, który powrócił do Polski. Obecnie przytłaczająca większość Śląska jest w Polsce, a niewielka w Czechach. Teraz żyje tu już zupełnie inna ludność, więc jak oni chcą dziś autonomię robić, dla kogo? Zresztą sama autonomia to nic innego jak rozbijanie jedności narodowej. To wielkie szczęście, że nie mamy dwóch narodów polskojęzycznych. Austriacy ze swoimi Habsburgami stali przez 400 lat na czele Związku Niemieckiego i dzisiaj ci Austriacy twierdzą, że nie są Niemcami. Podobnie jest z niemieckojęzycznymi Szwajcarami. A my mamy tylko jeden polskojęzyczny Naród Polski, to jest skarb i tego należy bronić!

Sąd Najwyższy dwukrotnie już orzekł, że narodowość śląska nie istnieje, ale sąd niższej instancji zarejestrował Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej. Jak z tym separatyzmem było w historii Śląska?

– Świadomość polska trwa tu od czasów wczesnopiastowskich i utrzymała się przez sześć wieków, od kiedy Śląsk za panowania Kazimierza Wielkiego ostatecznie odpadł od Polski. Od tego czasu na Śląsku nie było tendencji separatystycznych, nie dążono do własnej państwowości, bo Ślązacy nie traktowali siebie jako odrębnego narodu. Śląsk to rozległa kraina i jej części w różnych okresach pozostawały pod panowaniem czeskim, austriackim, pruskim, a nawet węgierskim. Ale nawet gdy Śląsk był częścią nastawionych na germanizację Prus, Ślązacy zachowali swoją polską kulturę i tożsamość. Nawet ta pierwsza wielka grupa Polaków, która w XIX wieku wyjechała z Opolszczyzny do Stanów Zjednoczonych z ks. Leopoldem Moczygembą, swoje wioski nazwała: Panna Maria, Częstochowa, Kościuszko. Gdy się wjeżdża do Panny Marii, to pod nazwą jest tablica informująca po angielsku, że to najstarsza osada polska w Ameryce. Polska, a nie śląska!

Dostałem od prof. Floriana Śmiei, emerytowanego profesora Uniwersytetu Londyńskiego, dokumenty przyjazdu do Ameryki mieszkańców Śląska z czasów Bismarcka, a więc gdy Polski nie było na mapie. W tych protokołach podawano miejsce urodzenia tak jak w dokumencie wystawienia, były to zatem nazwy niemieckojęzyczne, ale na wszystkich było wyraźnie napisane: „He was born in Poland”. Tak mocno była w świadomości tych ludzi zakorzeniona ich polskość, a nie śląskość.

Jak Pan przyjął wyniki ostatniego spisu powszechnego, w którym niemal 800 tys. osób przyznało się do narodowości śląskiej? Większość z nich uznała jednak, że ich pierwszą narodowością jest narodowość polska.

– Ja bym do tego nie przywiązywał aż tak wielkiej wagi, gdyż mam świadomość, że w Polsce na ogół głosuje się nie „za”, lecz „przeciw”. Poparcie dla Tuska też jest bardziej głosowaniem przeciw PiS, którym straszy się już chyba nawet dzieci, a nie za Platformą. Tak samo tu, na Śląsku, jest niezadowolenie, bo nie na taką Polskę czekano. I gdy powstała „mniejszość niemiecka”, to bardzo dużo ludzi z przekory głosowało na Niemców. Ponieważ już się na nich poznali, to zmienili front i w ostatnim spisie wpisywali narodowość śląską. Jak długo będziemy mieli do czynienia z chorą sytuacją gospodarczą – wyprzedano majątek narodowy, ponad 2 mln Polaków pracuje poza granicami Polski – tak długo to potrwa. Moim zdaniem, RAŚ jeszcze trochę napsuje nam krwi, ale na dłuższą metę nie ma przyszłości.

Czy, Pana zdaniem, istnieje język śląski?

– Przepisy Unii Europejskiej mówią, że do języka regionalnego nie mogą pretendować gwary języka państwowego. Tak jak dialekty czy gwary bawarskie, czy szwabskie nie mogą być zaliczone do języków regionalnych w państwie niemieckim, tak samo sprawa ma się z gwarami śląskimi. Mówienie o języku śląskim to też jest jeden z rodzajów sabotażu antypolskiego. Można mówić o narzeczu kaszubskim czy podhalańskim, ale nie o śląskim. Możemy co najwyżej wyliczyć 16 dialektów górnośląskich. Trochę inny jest opolski, głogówecki, trochę inny raciborski. Weźmy takie rozreklamowane dziś podstawowe słowo „mówić”. W okręgu rybnicko-katowickim to jest „godanie”, „godka”. Na Opolszczyźnie nie „godają”, tylko „żoncą”, w raciborskim przeważa słowo „prawić”. W moim domu rodzinnym panowały dwie gwary. Tata nigdy nie przyjął rybnickiej gwary mamy, którą my mówiliśmy. W naszej gwarze jest „łonka”, „gynś”, „gołymbie”, a u taty była „łanka”, „gansi”, „gołambie”. Koniczyna to w naszej gwarze „kończyna”, a w taty gwarze – „rasikoń”. W tej mozaice tkwi wielkie piękno naszej mowy. Ale to nie język.

A jak obecnie rozmawia Pan Profesor w swoim domu?

– Na co dzień w domu i ze znajomymi mówię gwarą. Jest ona językiem domu, otoczenia, natomiast literacka forma języka polskiego była na Śląsku zawsze świętością. Modlitwy czy pieśni religijne od niepamiętnych czasów były utrzymane w języku polskim, tym ogólnonarodowym. Nie ma ani jednej modlitwy gwarowej. Nie do wyobrażenia jest, aby którakolwiek mama uczyła swoje dziecko „Aniele Boży” w gwarze. I nie było to następstwem jakichś obcych wpływów, bo to tu powstawały najstarsze modlitwy. Najstarszy polski Psałterz Floriański powstał prawie w całości w Kłodzku na Śląsku. A modlitwa „Salve Regina” po polsku spisana została niedaleko Gogolina, gdzie mieszkam, w 1445 roku! To dzięki temu ówczesna mowa polska zachowała się na Śląsku. Język i religia zdecydowały, że przez sześć wieków przetrwała polska tożsamość Ślązaków. Przeczytałem setki listów śląskich żołnierzy frontowych, zwłaszcza z I wojny światowej. Ci chłopcy uczyli się tylko i wyłącznie po niemiecku, bo od czasów Bismarcka nie było języka polskiego w szkołach. W domach mówili gwarą, a ich listy zaczynają się: „W pierwszych słowach mego listu pozdrawiam was, Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Panie Profesorze, a jak to było z Powstaniami Śląskimi? Obecnie rozpowszechniana jest wersja o jakiejś „wojnie domowej” czy „bratobójczym konflikcie”.

– Wielkim oszustwem i krzywdą dla powstańców jest przypisywanie Powstaniom Śląskim charakteru wojny domowej. Tam trwały bardzo krwawe walki, w każdej nieomal wiosce mamy mogiły poległych powstańców. A grobów walczących z nimi selbstschutzowców, czyli tzw. niemieckiej samoobrony, poza bodajże jednym niewielkim cmentarzem niedaleko Góry Świętej Anny – nie ma. Dlaczego? Bo to nie byli Ślązacy. Niemcy zaś swoich zabitych zabrali i powywozili w rodzinne strony gdzieś do Bawarii.

Powstania Śląskie choćby z tej racji powinny być przedmiotem naszej polskiej dumy narodowej, że są jedynymi nie tylko polskimi, ale europejskimi powstaniami ludowymi o charakterze narodowym, zakończonymi zwycięstwem. Jest mi trochę przykro, że rocznicy Powstań Śląskich nie obchodzimy tak uroczyście jak np. Powstania Styczniowego czy innych powstań, które zakończyły się klęską. Nasze polskie główne zrywy narodowe były przede wszystkim szlacheckie, mniejszościowe. W Królestwie, a szczególnie na Kresach polskość miała oparcie głównie we dworkach szlacheckich, a na Śląsku odwrotnie: lud był polski, a dwory zniemczone. Napis na mogile powstańców w Gogolinie głosi: „Ci ojcowie, bracia i synowie uzbroili swą duszę w twardość stali, z miłości do ukochanej Polski życie swe za nią oddali, by godnymi się Ojczyźnie stali”.

Dziękuję za rozmowę.

NASZ DZIENNIK 2013-01-27

Germańskie jątrzenie..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 7 lutego 2013, 08:52

Barwy narodowe

Piotr Szubarczyk


W czasie Powstania Listopadowego Sejm Królestwa Polskiego powziął uchwałę o „kokardzie narodowej”. Była to pierwsza w historii regulacja prawna dotycząca naszych barw: „Kokardę narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, to jest kolor biały z czerwonym (…). Przyjęto na posiedzeniu Izby Poselskiej dnia 7 lutego 1831 roku”.

Te barwy używane były już wcześniej, ale tylko zwyczajowo. Nawiązywały do Orła Białego na czerwonej tarczy herbowej, znaku Królestwa Polskiego. Teraz zostały usankcjonowane – w dramatycznym dla Polaków czasie. Dwa tygodnie wcześniej Sejm ogłosił detronizację cara Mikołaja I jako króla Polski. Dwa tygodnie później biało-czerwona spłynie krwią w bitwie pod Olszynką Grochowską – „polskimi Termopilami”. Kiedy państwo polskie odrodziło się do niepodległego bytu (1918), nikt nie miał wątpliwości, że biało-czerwone to nasze barwy.

Oficjalnymi barwami RP są dziś kolory biały i czerwony, ułożone w dwóch poziomych, równoległych pasach tej samej szerokości. Górny biały, dolny czerwony. Proporcje: 8 (podstawa) – 5 (wysokość). Flagą państwową jest wariant z Orłem Białym ze złotą koroną na czerwonym tle w środku pasa białego. Ta flaga symbolizuje nasze państwo. Wywieszona przed lub na budynku urzędowym oznacza, że tu znajduje się państwowy urząd lub sprawowane są funkcje państwowe.

Osoba prywatna może również podnieść lub wywiesić flagę, ale tylko na maszcie ustawionym przed domem lub wystawionym z okna. Flagi państwowej nie można umieścić na maszcie ustawionym na szczycie dachu prywatnego domu.

Zwracam się do kibiców, by nie bazgrali czarnym flamastrem po białym polu naszej biało-czerwonej. Wiem, że jest to wyraz waszych uczuć. Ale to już nie jest flaga narodowa. Umieśćcie swoje napisy na osobnym transparencie.

NASZ DZIENNIK 2013-02-07

Barwa narodowa.. flaga.. łączy nas ściśle z naszą ojczyzną.. Polską..
Jest naszym symbolem wolności.. daje nam nadzieję na trwanie..
Jest pierwsza przed unijnymi barwami , które nam się narzuca..


Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 10 lutego 2013, 05:26

Zaślubieni Bałtykowi

Dr Witold Mieszkowski



Niedziela 10 lutego to nie tylko wspomnienie tragicznej, masowej deportacji Polaków w głąb Związku Sowieckiego. Nasza historia umieszcza pod datą 10 lutego także radosne wydarzenie – zaślubiny Polski z Morzem Bałtyckim w 1920 roku, w Pucku.

Półtora roku przed tym wydarzeniem Naczelnik Państwa Józef Piłsudski powołał do życia polską Marynarkę Wojenną. W burzliwych, heroicznych i tragicznych dziejach tej formacji skupiają się jak w soczewce losy całego Narodu z ubiegłego stulecia. Losy państwa wybijającego się na niepodległość, losy ludzi, którzy budowali zręby Niepodległej i którzy przelewali za nią krew.

Wspominamy w szczególny sposób kmdr. Bogumiła Nowotnego (1872-1960), byłego oficera marynarki austro-węgierskiej, pierwszego szefa Sekcji Marynarki Ministerstwa Spraw Wojskowych, zmarłego w Castel Gandolfo; wiceadm. Kazimierza Porębskiego (1872-1933), rodem z Wilna, byłego oficera na krążowniku „Nowik” w wojnie japońsko-rosyjskiej, towarzyszącego „błękitnemu generałowi” Józefowi Hallerowi w zaślubinach Polski z morzem; szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej wiceadm. Jerzego Świrskiego (1882-1959), byłego głównego nawigatora Sztabu Floty Czarnomorskiej, później wieloletniego szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej, zmarłego i pochowanego w Londynie; wiceadm. Józefa Unruga (1884-1973), byłego dowódcę pruskiej Flotylli Okrętów Podwodnych, wspaniałego dowódcę Floty i dowódcę Obrony Wybrzeża w 1939 r., jeńca niemieckich oflagów, pochowanego na francuskim cmentarzu w Montresor.

Wspominamy tych, którzy pierwsi padli w obronie polskiego Wybrzeża w 1939 roku: kmdr. pil. Edwarda Szystowskiego (1898) i kmdr. ppor. Stefana Kwiatkowskiego (1894), dowódcę ORP „Gryf”, poległego podczas pierwszej bitwy lotniczo-morskiej w II wojnie światowej.

2 października 1939 r. w nierównej walce skapitulował Hel. Część floty została zatopiona lub zniszczona przez najeźdźcę. Trzy okręty podwodne internowano w Szwecji, lecz dwa przedostały się z Bałtyku na wody brytyjskie i wsparły nasz dywizjon niszczycieli, który prowadził operacje bojowe u boku aliantów. Pamiętamy bohaterską walkę ORP „Grom” w operacji norweskiej i śmierć w boju części jego załogi. Pamiętamy bolesne straty „Kujawiaka” i „Orkana”, zaginięcie pod Helgolandem okrętu podwodnego „Orzeł” z całą załogą i dzielnym dowódcą kmdr. ppor. Janem Grudzińskim (1907-1940).

Wspominamy z gorącym wciąż żalem ofiary bolszewickiej zbrodni katyńskiej, wśród nich kontradm. Xawerego Czernickiego (1882), szefa Służb Kierownictwa MW i oficerów Flotylli Pińskiej: kpt. mar. Edmunda Jodkowskiego (1899), dowódcę monitora „Wilna” i kpt. mar. Bolesława Porydzaja (1902), dowódcę monitora „Toruń”.

Wspominamy z dumą sukcesy naszej Marynarki Wojennej na morzach i oceanach oraz współtwórców tych sukcesów – kmdr. por. Stanisława Hryniewieckiego (1896-1943), walczącego w 1920 r. z sowiecką Flotyllą Dnieprzańską, dowódcę Dywizjonu Kontrtorpedowców, i kpt. mar. Michała Różańskiego, którzy zginęli z „Orkanem” w boju na północnym Atlantyku; kmdr. Eugeniusza Pławskiego (1895-1972), wsławionego w nierównej walce z „Bismarkiem”, dowódcę ORP „Piorun”, pochowanego w Vancouver; kmdr. Wojciecha Franckiego (1903-1996), ochotnika wojny 1920 r., wybitnego dowódcę „Błyskawicy”, zmarłego w Australii (prochy sprowadzono na Powązki).

Wspominamy kolejnych dowódców „Burzy” w ciężkich konwojach islandzkich i północnoatlantyckich: kmdr. por. Zbigniewa Wojewódzkiego (1904-1977), pochowanego na cmentarzu Kensal Green, i kmdr. por. Franciszka Pitułko (1908-1978), zmarłego także w Londynie (prochy na Oksywiu).

Nie było chyba polskiego niszczyciela, którego by z fantazją nie prowadził do boju kmdr por. Tadeusz Gorazdowski (1907-1968), zmarły w Charlottetown, na wyspie Księcia Edwarda. Z powodzeniem prowadzili swoje „straszne bliźniaki” – okręty podwodne „Sokół” i „Dzik” – urodzony we Władywostoku kmdr por. Borys Karnicki (1907-1985), zmarły w Londynie, pochowany na Oksywiu, i kmdr Bolesław Romanowski (1910-1968), urodzony na Witebszczyźnie, zmarły w Gdańsku--Oliwie, pochowany na cmentarzu Witomińskim w Gdyni.

Z początkiem roku 1945 kończy się woldenberska niewola obrońców Helu. Część z nich jedzie na Zachód, większość wraca do kraju, do znękanych wojną matek, żon i dzieci. Są mobilizowani do tworzonej w pojałtańskiej Polsce Marynarki Wojennej. Niektórzy, głównie młodzi, idą „do lasu”, podejmując walkę z nowym, grabiącym kraj okupantem. Tak ginie w boju ppor. mar. Kazimierz Wróblewski (1915-1945), pochowany w Brzozach. Zdekonspirowani i straceni za sprawą Informacji Wojskowej: ppor. mar. Zbigniew Smoleński (1916-1946) i por. mar. Adam Dedio (1918-1948).

Sowieckie śledztwa, tortury i fingowane procesy karne skierowane przeciwko „oficerom sanacyjnym” i niepokornym marynarzom kończą się mordami politycznymi w więzieniu mokotowskim w Warszawie wyższych oficerów Marynarki Wojennej, obrońców Helu: kmdr. Stanisława Mieszkowskiego (1903-1952), ochotnika wojny 1920 r., wybitnego artylerzysty morskiego, ówczesnego dowódcy Floty; kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego (1907-1952), legendarnego dowódcy baterii cyplowej, ówczesnego szefa Artylerii MW; kmdr. Jerzego Staniewicza (1903-1952), szefa Wydziału MW Sztabu Generalnego. Miejsca ich pochówków bezskutecznie poszukują rodziny od lat.

Kolejno umierają przetrzymywani w więzieniach z wysokimi wyrokami: kontradm. Adam Mohuczy (1891-1953), były dowódca MW i prezes Ligi Morskiej, pochowany na Bródnie, kpt. mar. Kazimierz Bartoszyński (1903-1955), pochowany na Powązkach, oraz skrajnie wycieńczeni fizycznie i okaleczeni psychicznie – kmdr por. Wacław Krzywiec (1908-1956), szef Tyłów MW, pochowany na Witominie, kmdr por. Adam Rychel (1909--1958), zastępca szefa Sztabu Głównego MW, pochowany na Oksywiu.

A to przecież nie wszyscy. Tragiczne żniwo przedwczesnych śmierci wśród oficerów, podoficerów i marynarzy Marynarki Wojennej będziemy zbierać jeszcze przez wiele lat. Wraz z pierwszą dekadą XXI wieku odchodzą na Wieczną Wachtę ostatni już, rozsiani po całym świecie bohaterowie Wielkich Dni Małej Floty. Niech nigdy nie zgaśnie pamięć o nich i ich ofiarnej służbie Narodowi.

Marynarska Msza św. w Warszawie

W 93. rocznicę zaślubin Polski z Morzem Bałtyckim, w dniu Święta Polskiej Marynarki Wojennej, w niedzielę, 10 lutego 2013 r. o godzinie 9.30, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie zostanie odprawiona Msza św. za spokój śp. admirałów, oficerów, podoficerów i marynarzy Marynarki Wojennej poległych na morzach i oceanach, pomordowanych w Mokranach i w Katyniu, w więzieniach Mokotowa i Wybrzeża, zmarłych w kraju i na obczyźnie. W tym roku modlimy się szczególnie w intencji odnalezienia śmiertelnych szczątków straconych na Mokotowie komandorów Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza. Prosimy o wspólną modlitwę.

– Rodziny i Przyjaciele

NASZ DZIENNIK 2013-02-10

Przy pomocy Tuska odepchnięto nas od Morza Bałtyku..powrócimy tam rychło.. ze stoczniowcami i rybakami..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 21 lutego 2013, 07:01

Łączka oddaje bohaterów
Ponad 60 lat rodziny ppłk. Stanisława Kasznicy, por. Tadeusza Pelaka, por. Bolesława Budelewskiego i Stanisława Abramowskiego czekały na informacje, gdzie zostali pogrzebani ich bliscy

Zenon Baranowski


– Jesteśmy coraz bliżej odnalezienia rtm. Witolda Pileckiego i mjr. Hieronima Dekutowskiego – mówi prof. Krzysztof Szwagrzyk z Instytutu Pamięci Narodowej, kierujący pracami ekshumacyjnymi na Łączce. Badacze ogłosili wczoraj identyfikację kolejnych czterech ofiar zbrodni komunistycznych pochowanych skrycie na Powązkach, m.in. ppłk. Stanisława Kasznicy, ostatniego dowódcy Narodowych Sił Zbrojnych.

– Pochówki na Łączce ofiar z więzienia mokotowskiego rozpoczęły się wiosną 1948 roku. Stanisław Kasznica został stracony 14 maja 1948 r., rtm. Witold Pilecki dwa tygodnie później, 25 maja tego roku. A to oznacza, że mamy wszelkie podstawy do tego, żeby uznać, iż szczątki rtm. Pileckiego znajdują się na Łączce. Jest tylko kwestią czasu, kiedy uda się nam je odnaleźć i zidentyfikować – podkreślił prof. Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwań miejsc pochówków ofiar zbrodni komunistycznych. Jak zaznaczył, należy w tej sprawie spokojnie oczekiwać na potwierdzenie ustalenia genetyków.

– Wierzę w cud, że pewnego dnia, być może podczas drugiego etapu wykopalisk, szczątki mojego ojca zostaną odnalezione – mówi Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rtm. Pileckiego.

W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Krzysztof Szwagrzyk wskazuje, że być może szczątki bohaterskiego rotmistrza już zostały wydobyte. – Pilecki może być wśród nich, ale nie musi. Jego ciało może być ciągle jeszcze pod chodnikiem czy pod alejką – zastrzega.

Historyk wskazuje, że z dotychczasowej pracy badaczy wynika, iż szczątki chowano chaotycznie i identyfikacja ppłk. Kasznicy nie oznacza, że w pobliżu może być rotmistrz. – Na Łączce mamy dosyć rozpoznany rząd pochówków z 1948 r., ale nie stanowi on zwartej sekwencji, czyli z lewej do prawej według pochówków. Nie ma takiej chronologii pochówków. Wprawdzie mamy pewne groby, które pasują do tego, ale zaraz ta układanka się urywa i nic się nie zgadza – podkreśla pełnomocnik prezesa IPN. – Nie można powiedzieć, w którym miejscu mogły ewentualnie zostać pochowane szczątki rtm. Pileckiego, skoro nie ma pewnej sekwencji grobów – dodaje.

Badaczom udało się zidentyfikować por. AK i WiN Tadeusza Pelaka, kolejnego towarzysza mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, który razem z nim został stracony.

– Jesteśmy bliżej odnalezienia „Zapory”. Spośród ośmiu ludzi, których szczątki udało się odnaleźć w jamie grobowej nr 16, mamy już drugą osobę, współpracownika Hieronima Dekutowskiego. W tej chwili trwają intensywne czynności zmierzające do porównań genetycznych pozostałej szóstki. Na pewno kolejne nazwiska na następnej konferencji z tej jamy grobowej zostaną upublicznione – podkreśla prof. Szwagrzyk.

Obok Kasznicy i Pelaka zidentyfikowano również szczątki Stanisława Abramowskiego (AK-WiN, NSZ) i Bolesława Budelewskiego (AK, NZW). Wszyscy oni zostali straceni w 1948 r. i odnaleziono ich w jednym, najstarszym rzędzie pochówków.

– Dziś wiemy z całą pewnością, że ten rząd jest pierwszym rzędem, nie było wcześniejszego. Jest to obszar, na którym chowano ludzi, począwszy od 1948 roku – mówił prof. Szwagrzyk.

Badacze opisali stan szczątków Stanisława Abramowskiego i Bolesława Budelewskiego. – Ten materiał kostny był bardzo zniszczony – wskazywał podczas prezentacji wyników badań historyk. – Zwracam uwagę na ułożenie zwłok, szczątki zostały rzucone na siebie bez żadnego porządku – dodał Krzysztof Szwagrzyk.

Ciało por. Tadeusza Pelaka pochowano w niemieckim mundurze. – Podobnie jak Stanisław Łukasik, Pelak, jak też inne osoby w tej grupie zostały pochowane w mundurach Wehrmachtu – powiedział.

Na konferencji były obecne rodziny zidentyfikowanych żołnierzy. – Doczekaliśmy się, że te szczątki się znalazły. Nie było żadnej wiadomości, gdzie brat jest pochowany, czekałam bardzo długo, 70 lat – mówiła wyraźnie wzruszona Marianna Gawlik, siostra por. Pelaka. – Ostatni raz go widziałam w 1945 roku. Jak siedział w więzieniu, siostra tylko przez okienko go widziała, nie było odwiedzin – dodała.

– Pamiętam, jak ojca z domu zabierali – wspomina Edmund Budelewski, syn Bolesława Budelewskiego. – Moja mama go odwiedzała, opowiadała, że był bardzo torturowany. Stał się siwy jak gołąbek, strasznie był zniszczony – dodaje. Budelewski pamięta, że jego rodzinę piętnowano za niepodległościową walkę ojca. – Mówili na mamę, że to żona bandyty. Kiedy byłem w wojsku w latach 60., niektórzy oficerowie przytykali mi, mówiąc, że w tej Ostrołęce to tych „bandziorów” było dużo – wspomina. – Zapytałem się teraz ostatnio jednego z nich, co miał na myśli. Zaparł się, że nic takiego w życiu nie mówił. Oni o wszystkim wiedzieli, znali historię moją, mojej rodziny – podkreśla syn bohaterskiego żołnierza.


Profile genetyczne

Łukasz Szelestowski z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu przedstawił zdjęcia zidentyfikowanych żołnierzy wskazujące na rany postrzałowe w tył głowy. W jednym zaś przypadku strzał oddano z przodu, w czoło.

Prace identyfikacyjne trwają. Instytut Pamięci Narodowej zapowiada, że za jakiś czas zostaną przedstawione kolejne wyniki. – Chciałbym, żeby to było możliwe szybko, ale wyniki badań muszą być całkowicie niepodważalne – zaznaczył Krzysztof Szwagrzyk. Ekspertyzy wykonuje 20 specjalistów z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu i Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie. Wyodrębnili już profile genetyczne 70 osób spośród 109 szczątków ekshumowanych w lecie zeszłego roku na powązkowskiej Łączce.

O przekazywanie kolejnych próbek genetycznych do Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów w Szczecinie zaapelował dr Andrzej Ossowski. Jak poinformował, jest w niej obecnie materiał pochodzący od ok. 230 osób.

– Każdemu z nich należy się umieszczenie w pamięci narodowej. Naszym zadaniem jest, aby byli znani z imienia i nazwiska – podkreślił podczas prezentacji wyników dr hab. Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, która jest jednym z organów zaangażowanych w prace poszukiwawcze.
Żywa pamięć

Porucznik Edmund Bukowski, kpt. Stanisław Łukasik i Eugeniusz Smoliński – to trzy zidentyfikowane wcześniej w ten sposób ofiary terroru komunistycznego. Ich nazwiska poznaliśmy w grudniu.

– Przyjdzie czas na upamiętnienie ich wszystkich razem, pokazanie, że to miejsce na Łączce jest rzeczywiście nekropolią narodową – powiedział prezes IPN dr Łukasz Kamiński.

– W moim przekonaniu, będzie to mauzoleum. W jakim kształcie – nie wiem, ale to miejsce musi być w sposób szczególny uhonorowane – dodaje prof. Szwagrzyk.

– Znajdziemy też drogę, żeby przypominać każdego z tych ludzi z osobna. Cieszę się, że pamięć tych pierwszych trzech osób, które zostały zidentyfikowane w grudniu, żyje w społecznościach lokalnych. Interesują się ich życiem szkoły z terenu, z którym byli związani. To pokazuje, że pamięć o tych ludziach może być żywą pamięcią – podkreślił Kamiński. Wyraził też zadowolenie, że w tych działaniach IPN zyskuje ciągle nowych sojuszników. – To jest projekt obciążający organizacyjnie i finansowo. Każde wsparcie jest dla nas bardzo istotne – dodał prezes IPN.

Kolejny etap badań na Łączce przewidziany jest na początek kwietnia. – Chcemy wejść w kwietniu, zaraz po Świętach Wielkanocnych – mówi „Naszemu Dziennikowi” Krzysztof Szwagrzyk.

NASZ DZIENNIK 2013-02-21

Nasi bohaterowie.. co za wolność Polski przed sowieckim okupantem życiem płacili..

CZEŚĆ ICH PAMIĘCI..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 6 marca 2013, 09:06

BOHATEROWIE POWSTANIA STYCZNIOWEGO - NAD NAMI ORZEŁ BIAŁY
Boży artyści

Barbara Wachowicz


zakopiańskim klasztorku albertyńskim na Kalatówkach stoi kosz chleba – każdy może wziąć okruch, pożywić się. Wedle przesłania świętego Brata Alberta: „Powinno się być dobrym jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli głodny…”.

Karmimy się tym chlebem pamięci o jednej z najpiękniejszych postaci wśród naszych świętych. W XXI wieku, gdy w Polsce rosną szeregi bezdomnych, opuszczonych – szary habit Brata Alberta lśni jak gwiazda nadziei i wiary w człowieka.

„Na pole chwały i zwycięstwa”

Na warszawskich Powązkach skromny nagrobek kryje prochy „najgodniejszego człowieka, najlepszego męża i ojca”, który „żył jak dobry chrześcijanin”. Ów „pomnik żalu i wdzięczności” położyli Wojciechowi Chmielowskiemu żona i trzech synów. Jeden z nich – Adam, miał wówczas lat 7. Matkę – Józefę z domu Borzysławską, pełną delikatności i pogody, utracił, mając lat 13. I już nigdy nie zazna radości posiadania spokojnego gniazda rodzinnego. Urodził się przyszły święty 26 sierpnia roku 1845 w miejscowości Igołomia na ziemi krakowskiej. Listy jego rodziców, które zachowały się we fragmentach, mówią o tym, jak bardzo kochająca się i piękna była to rodzina. Dumny ojciec pisał o maluchu: „Śliczny dzieciak, tak jest ładny, kto go tylko zobaczy, to każdy powiada, że podobnego dziecka, tak ładnego jeszcze nikt nie widział”. Matka dodaje w liście do teściowej: „Wnuczek rośnie, zupełny ojciec z podobieństwa, aby tylko i charakter miał tak piękny”. Ochrzczono Adasia w kościele Najświętszej Maryi Panny w Warszawie. Piękna legenda mówi, że rodzice zaprosili żebraków sprzed kościoła, aby wraz z rodzicami chrzestnymi trzymali chłopca do chrztu, by w ten sposób Niebo zesłało mu „błogosławieństwo ubogich”.

Miał lat 16, gdy rozpoczął studia w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Stamtąd z grupą przyjaciół dowodzoną przez niespełna dwudziestoletniego Leona Frankowskiego wychodzi Adam Chmielowski w bitewne pola Powstania Styczniowego. Z uniesieniem czytali Manifest: „Rząd Twój Narodowy wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga. Wolność Twoją, Niepodległość Twoją zdobędziesz wielkością takiego męstwa, świętością takich ofiar, jakich Lud żaden nie zapisał jeszcze na dziejowych kartach swoich”.

Niestety, ich bohaterski dowódca Frankowski, ciężko ranny w bitwie na Lubelszczyźnie, dostał się do niewoli i został przez Moskali rozstrzelany. Ocalona grupka studentów – puławiaków, przedarła się w Góry Świętokrzyskie. Adam Chmielowski znalazł się w kawalerii dowodzonej przez młodego i bardzo dzielnego rotmistrza Jana Prendowskiego. Zachowały się barwne wspomnienia, którymi późniejszy Brat Albert powracał do tamtych dni. Opowiadał, jak został wysłany z ułanami w przedniej straży. „Była straszna odwilż i mgła. Konie były schlastane błotem i okrutnie zmordowane. Droga wiodła przez wrzosowiska. I oto nagle pokazała się wielka szpica kozacka. (…) No i zaczęło się kotłowanie. Moja klacz była narowista i akurat się jej zachciało stać. A tu leci na mnie pięciu kozaków i wrzeszczy: ’Nie ujdiosz!’ I z dzidami na mnie. W jednej chwili o małom z konia nie zleciał, bo się ze mną siodło przekręciło (…) Oganiam się kozakom szablą, jednak mnie już kilka razy dziabnęli lancami tak, że burka spadła”.

Na szczęście tym razem Adam Chmielowski jeszcze uszedł cało. Weźmie udział w jednej z najkrwawszych bitew Powstania Styczniowego stoczonej 24 lutego 1863 roku pod Małogoszczą na Kielecczyźnie. Od tej bitwy zaczynają się wstrząsające stronice „Wiernej rzeki” Stefana Żeromskiego: „Leżeli w kilkuset tworząc w zmierzchu rannym białą górę – podobijani, gdy padli z ran, roztrzęsieni na bagnetach, przybici sztychem oficerskiej szpady, porozgniatani przez pędzące koła armat”. Adama Chmielowskiego wśród nich na szczęście zabrakło. 18 marca znalazł się w szeregach powstańców walczących w lasach pod miejscowością Grochowiska, nieopodal Buska-Zdroju. Przydzielony do oddziału żuawów dowodzonego przez Francuza François de Rochebrune’a pełni funkcję tłumacza, wozi meldunki i rozkazy do szefa sztabu i uczestniczy w dramatycznych zmaganiach do końca. Do dzisiaj w lesie pod Grochowiskami jest mogiła powstańcza. I znowu z tej krwawej rozprawy Adam Chmielowski wychodzi obronną ręką. Niestety, dowodzący powstańcami Marian Langiewicz opuszcza swoich żołnierzy. Wojsko ulega rozproszeniu. Chmielowski dostaje się do austriackiej niewoli. Siedzi w lodowatych lochach twierdzy Ołomuniec. Ucieka stamtąd w przebraniu austriackiego wojaka. Pomaga mu czeski ksiądz, który ofiaruje ubranie, żywność, pieniądze. I Adam Chmielowski wraca do powstania. Tym razem trafia do oddziału pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego, walczącego na Kielecczyźnie, o którym entuzjastycznie pisze kronikarz powstania noszący pseudonim „Płomień”: „Gdy oko szafirowe się zaiskrzyło, gdy głosem głośnym i donośnym, czystym, a dźwięcznym zaczął przemawiać, poznałeś siłę, energię i przeczułeś niezłomność jego charakteru i męstwo. Podkomendni kochali go”. Jego oddział prezentował się świetnie. Białe sukmany, konfederatki różnokolorowe i długie, szare burki na słotę. Uzbrojenie – jak na powstańców – mieli doskonałe. Zygmunt Chmieleński prowadził swoich powstańców brawurowo i znaczył pola bitew o nazwach jakby wziętych z książek Żeromskiego: Złoty Potok, Rudnik, Ciernie. 30 września 1863 roku dochodzi do bitwy pod wsią Mełchów. Mamy dokładny opis wydarzenia zawarty w relacji księdza Czesława Lewandowskiego, któremu udało się zebrać wspomnienia powstańcze Brata Alberta: „Wśród grozą przejmujących, świszczących kul, koń Adama mimo spięcia ostrogami, dalej iść nie chciał. ’Przeżegnaj się!’ – słyszy Adam głos w duszy. Na to zuchwały młodzieniec odpowiedział sobie: ’Skorom się przedtem z pobożności nie modlił, to teraz ze strachu nie będę się żegnał’ i podjechał na pagórek do swego wodza, a stanąwszy obok niego zawołał: ’Czekam na rozkazy’. Chmieleński zaś patrząc na przebieg bitwy odpowiada krótko: ’Czekaj’ (…) Nareszcie wódz dał rozkaz Adamowi. Powraca teraz z pagórka na dół. Wtem jak piorun z jasnego nieba pada pod konia Adama granat rosyjski i pękając ze straszliwym łomotem, rozszarpuje konia i potężny odłam granatu z całą siłą uderzając w obcas buta Adama, wyrzuca zemdlonego z siodła na ziemię”. Jest tylko jeden ratunek – natychmiastowa amputacja, której dokonuje bez znieczulenia lekarz wojskowy.

We „Wspomnieniach obozowych” towarzysze broni tak opisują Adama Chmielowskiego: „Ubył z szeregów będąc ciężko rannym podoficer drugiego plutonu kawalerii Chmielowski, zacny i godny młodzieniec, a do tego dzielny żołnierz, którego wszyscy lubili”. „Nieodżałowaną ponieśliśmy stratę w osobie Chmielowskiego, który swą wesołością i zapałem ożywiał w najsmutniejszych chwilach cały obóz”.

Istnieją barwne legendy opowiadające, w jaki sposób udało się Adamowi Chmielowskiemu uciec z więziennego szpitala. Podobno został wykradziony w trumnie… W każdym razie udało mu się wydostać z moskiewskich łap i znalazł się w Paryżu. Zachowało się pismo Chmielowskiego adresowane do Komitetu Francusko-Polskiego w Paryżu z 31 maja 1864 roku: „Walczyłem o niepodległość mojej Ojczyzny pod rozkazami i w oddziale pułkownika Chmieleńskiego. Dnia 1 października 1863 roku zostałem ciężko ranny pod Mełchowem, gdzie straciłem lewą nogę. (…) Znalazłem się obecnie bez środków do życia…”. Za otrzymaną zapomogę Adam Chmielowski sprawił sobie protezę, która była podobno na owe czasy ostatnim szczytem osiągnięć ortopedii. W każdym razie wiadomo, że mógł nie tylko swobodnie chodzić, lecz także tańczyć, a nawet jeździć na łyżwach, o czym opowiadają liczne wspomnienia poświęcone Chmielowskiemu z bardzo ciekawej i znaczącej w jego życiu, a także w historii malarstwa polskiego, epoce studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Tam spotkał tego, który stanie się jego przyjacielem od serca – Maksymiliana Gierymskiego, genialnie utalentowanego. Wśród malarskiej braci jest także Józef Chełmoński i Ludomir Benedyktowicz – którego co prawda znakomity biograf Gierymskiego Maciej Masłowski nazywa „chudopachołkiem sztuki”, ale jest to jedna z najniezwyklejszych postaci – malarz bez rąk, utraconych w Powstaniu Styczniowym.

„Słońce nasze”

W swej autobiografii przedstawiał się tak: „Ludomir Ludwik Dominik Benedyktowicz herbu Bełty, syn Piotra i Marii z Ruszczewskich, urodzony 5 sierpnia 1844 roku we wsi szlacheckiej Świnary, w parafii Mąkobody, powiecie siedleckim, województwie podlaskim”. Od lat pacholęcych marzył, by zostać malarzem. Ani się śniło ojcu – sarmacie, ziemianinowi, zezwolić na artystyczne fanaberie syna. Ludomir musiał zacząć studia w Instytucie Leśnictwa w Broku nad naszą piękną podlaską rzeką – Bugiem. Miał 19 lat, kiedy wybuchło Powstanie Styczniowe. Przydała się świetna znajomość podlaskich borów. Walcząc w oddziale Celnych Strzelców, był nieocenionym przewodnikiem i wywiadowcą. 14 marca 1863 roku, osłaniając odwrót towarzyszy broni, otoczony przez sotnię kozaków, samotnie ostrzeliwuje się do momentu, gdy kula gruchocze mu lewe przedramię. Gdy zasłania się – padając – kozak ucina mu prawą dłoń, by nie utrzymała już nigdy broni przeciw miłościwie panującemu carowi moskiewskiemu.

Nieprzytomnego z pobojowiska uwozi dziedziczka sąsiedniego dworu w Kaczkowie, pani Nepomucena Sarnowiczowa, która pokocha tego chłopca powstańca jak rodzonego syna. Świadczy o tym jej piękny list do Ludomira, oddający wstrząsającą atmosferę tamtych tragicznych, krwawiących dni. 17 czerwca 1870 roku pisze doń z kraju dzieciństwa i walki Ludomira: „Synu mój ukochany, com czuła przebywając tę drogę, którąś Ty jechał po raz ostatni, konający pod ciężarem strasznego Twego krzyża. Zielone drzewa stały wówczas przed sennym Twym okiem, ich sen zimowy jeszcze wróżył Ci może wieczne spanie… Odwiedziłam też wierzbę, której korzenie krew Twoją wypiły, rośnie wesoło… Niezapominajki, pierwsze w tym roku, znalazłam w miejscu, gdzieś tu niegdyś leżał, mówiły mi od Ciebie, mój drogi: Pamiętam! I bądź błogosławiony ukochany mój, dziecko moje…”. Powstańczy lekarz przeprowadził operację bez znieczulenia, amputując Ludomirowi lewą rękę powyżej łokcia i kikut prawej ponad nadgarstkiem. Wydawało się, że chory nie przeżyje tej operacji, tym bardziej że dosięgła go wieść o konfiskacie majątku za jego udział w powstaniu, co ojciec przypłacił życiem. Ileż hartu i siły trzeba było, aby się dźwignąć i wbrew wszystkiemu zostać malarzem. Wydaje się, że obu powstańcom, i Adamowi Chmielowskiemu, i Ludomirowi Benedyktowiczowi, całe życie przyświecało motto: „Im trudniejsza walka, tym świetniejsze zwycięstwo”.

W Muzeum Niepodległości w Warszawie można zobaczyć ów przyrząd, którym Benedyktowicz posługiwał się przy malowaniu. Przytwierdzał go rzemykami do ramienia i umieszczał w nim zestaw pędzli. Monachijskie lata to czas kształtowania się obu artystów w tym niezwykłym gronie niezwykłych przyjaciół. Adam Chmielowski i Ludomir Benedyktowicz cieszą się przyjaźnią Juliusza Kossaka i Stanisława Witkiewicza. Ten mistrz nie tylko pędzla, lecz także pióra, wspominając monachijską „malarię”, pisze o Adamie Chmielowskim: „Człowiek, który na całą grupę wywierał wpływ szczególny, którego umysł głęboki i logiczny wcześniej niż czyjkolwiek dotarł do najsłuszniejszych pojęć o sztuce i jej stosunku do ludzkiej duszy. (…) Posiadał nadzwyczajny talent kolorystyczny (…), zdanie jego było rozstrzygającym, a rada udzielana kolegom bezwzględnie słuszną i skuteczną”. Leon Wyczółkowski stwierdza: „Chmielowski wodził rej. Wywierał na nas ogromny wpływ. Był najpierwszym wśród nas kulturą, wiedzą, charakterem, a kto wie, czy nie talentem. (…) Umiał mówić o sztuce tak, jak żaden z nas. Jego ogromna erudycja, a jednocześnie świeża i bystra obserwacja pozwalała na formułowanie sądów”.

Bardzo w swych sądach ostry i bezkompromisowy, znakomity znawca epoki impresjonizmu, a przywoływany już Maciej Masłowski, w swym monumentalnym dziele „Maksymilian Gierymski i jego czasy” kategorycznie neguje „wyssane z papieru” twierdzenie, że „Chmielowski, wielki kolorysta, był kiepskim rysownikiem. To jest do gruntu błędne. Jego obrazy temu przeczą. Widać w nich prawdziwą pełnię środków malarskich, widać, że czuł formę i rysunek równie dobrze jak kolor…”.

Był do końca życia niezłomnie oddanym przyjacielem Maksa Gierymskiego i odprowadził go na wieczny spoczynek, gdy nieubłagana gruźlica przecięła nić życia tego wielkiego malarza.

Ludomir Benedyktowicz umiał nie tylko malować, posługując się swoim żelaznym przyrządem, lecz także potrafił, umieściwszy tam pióro, z pasją bronić geniuszu Gierymskiego, atakowanego przez warszawskich niby-krytyków. W pięknym eseju analizuje z zachwytem pejzaże Gierymskiego, pełne prostoty i prawdy, nazwie go celnie „mistrzem krajobrazu”. Przypomnijmy, że wielki Maksymilian jest także powstańczym towarzyszem broni Chmielowskiego i Benedyktowicza. Ludomir opisuje jego sławną „Pikietę”, oczywiście ze względu na cenzurę w subtelny, aluzyjny i jakże świetny literacko sposób. „Oto szeroki, piaszczysty gościniec, gdzieniegdzie drzewinka świeci siwą koroną gałązek. Niebo jeszcze niepewne rzuca odblaski. Na środku drogi kilku konnych ludzi… Ale nie każdy zrozumie ten obrazek, bo nie ma tam błękitów, zielonych gajów pomarańczowych, ani ruin, ani pałaców, ale prosta, polska równina i szaro świecące słońce nasze…”.

Powrócili wszyscy pod nasze słońce. Adam Chmielowski we wrześniu 1880 roku napisze: „W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”. W tej epoce tak widzi go ojciec Czesław Bogdalski: „Oczy spokojne, łagodne i jak niebo błękitne. Zachowanie zniewalające, pełne przedziwnej słodyczy i ujmującej prostoty. Serce miał złote i wszelkie rodzaje ludzkiej niedoli odczuwał”. 25 sierpnia 1887 roku artysta malarz, wytworny intelektualista, wkłada habit zakonu świętego Franciszka. Staje się bratem wszystkich nędzarzy, żołnierzem Bożym i – jak nazwie go w swym dramacie Karol Wojtyła – „Bratem naszego Boga”.

Znamienne jest, że o nich obu – o Bracie Albercie i o Ludomirze Benedyktowiczu – napisze bardzo pięknie Stefan Żeromski.

„Kochać, co rodzinne i piękne”

Ludomira spotyka Żeromski w Krakowie, gdzie malarz bez rąk założył rodzinę. Ślub ze śliczną Marią Skalską poprzedzają wydarzenia dramatyczne. Oto na Zaduszki roku 1874 stęskniony za rodzinnym Podlasiem Benedyktowicz jedzie, by pomodlić się nad utajonymi w lasach mogiłami poległych przyjaciół. Z tej wyprawy zrodzi się jego obraz „Grób Powstańca” i mroczne miesiące więzienia. Bo chłopi, ujrzawszy Ludomira, który uchodził w swych rodzinnych stronach za poległego, rzucili się do całowania jego okaleczonych dłoni z płaczem i błogosławieństwami. Moskale uznali to za akt groźnej agitacji i uwięzili malarza w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wspominał potem, że oszalałby w samotnej celi, gdyby nie to, że powtarzał sobie ciągle strofy Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. Uwolniony, w roku 1876 poślubia bardzo piękną pannę, która stanie się dlań muzą, natchnieniem, pielęgniarką, modelką i matką sześciorga udanych dzieci.

Benedyktowiczowie klepią biedę. Jak napisze Ludomir z goryczą, nie ma w Polsce mecenasów, którzy kupując obrazy polskich malarzy, daliby szansę życia w kraju „tej garstce ludzi, którzy uczą czuć i kochać, co rodzinne i piękne”. Piękna pani Benedyktowiczowa, by podreperować wiecznie chudą kiesę, wynajmuje pokoje. Do jednego z nich wprowadza się chmurny młodzian z czarną brodą. Nazywa się Stefan Żeromski.

W liście do narzeczonej z lutego 1892 roku pisze o swym gospodarzu – Ludomirze Benedyktowiczu: „Ma śliczny głos, a że pracownia jego mieści się tuż obok – słyszę co dzień, jak śpiewa przy pracy”. Odwiedziwszy pracownię tego malarza bez rąk, jest urzeczony promienną atmosferą i podziwiając pejzaże ciepłe w tonacji i pogodne jak ich autor, Żeromski wzdycha: „Cóż bym dał za to, żeby umieć malować”.

Niewiele niestety ocalało ze spuścizny Ludomira Benedyktowicza, ale ostały się studia drzew polskich – małe arcydzieła. Doczekał żołnierz Powstania Styczniowego wolnej Polski. Odzyskanie niepodległości przeżył we Lwowie, mieście z lwem w sercu i herbie. Przeżył tu też dni walki Orląt o wolność i poświęcił im jeden ze swych ostatnich wierszy, który mógłby także zadedykować swoim towarzyszom broni z powstania:



Promienny chwałą

– czyn waszego męstwa

Będzie poświęceń wzorem

i zachętą

A grób wasz każdy

– jako znak zwycięstwa

Drogim klejnotem

i relikwią świętą! Ludomir Benedyktowicz spoczywa na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, w gronie swych najbliższych.

W „Nawracaniu Judasza” z cyklu „Walka z szatanem” Stefan Żeromski nakreślił przepiękną sylwetkę „Brata – przewodnika” wspartego o sztuczną, żelazną nogę, „nadzwyczajnego artysty”, który „swój artyzm bez żalu odrzucił, by poświęcić się miłości Boga i człowieka”.

Brat Albert – opatrzność biedaków – odszedł z tego świata w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia roku 1916. Na jego grobie umieszczono napis: „Wierny Sługa Boży/ Ojciec ubogich i nędzarzy/ Założyciel braci i sióstr III Zakonu Św. Franciszka/ Walczył za Ojczyznę 1863 r./ Niech spoczywa w pokoju”.

W 1989 roku Papież Polak włączył Brata Alberta w poczet świętych. Jego prochy spoczęły w krakowskim sanktuarium Ecce Homo Świętego Brata Alberta. Taki tytuł nosi najsławniejszy obraz Brata Alberta cudem odzyskany ze Lwowa i ukazujący – jak napisze Żeromski – „krzyk o męce Chrystusa”, świadectwo, „czym jest pokazanie świętości na ziemi”. Wizerunek Chrystusa na tym obrazie jest jak z modlitwy Brata Alberta: „Królu niebios, królu cierniem ukoronowany, ubiczowany, w purpurę odziany, Królu niebios znieważony i oplwany, bądź Królem i Panem naszym, tu i na wieki. Amen”.

Za tydzień
Opowieść o Mieczysławie Romanowskim

NASZ DZIENNIK 2013-03-06

Czyż Miłość nie jest ofiarą.. i dla Ojczyzny co ją uwielbiano nad życie..
Adam Chmielowski - Brat Albert.. i Ludomir Benedyktowicz - malarz artysta.. okaleczony przez kozaków.. pozbawiony obu rąk..
Powstańcy Styczniowi, którzy umiłowali Polskę..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 6 marca 2013, 09:08

BOHATEROWIE POWSTANIA STYCZNIOWEGO - NAD NAMI ORZEŁ BIAŁY
Boży artyści

Barbara Wachowicz


zakopiańskim klasztorku albertyńskim na Kalatówkach stoi kosz chleba – każdy może wziąć okruch, pożywić się. Wedle przesłania świętego Brata Alberta: „Powinno się być dobrym jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli głodny…”.

Karmimy się tym chlebem pamięci o jednej z najpiękniejszych postaci wśród naszych świętych. W XXI wieku, gdy w Polsce rosną szeregi bezdomnych, opuszczonych – szary habit Brata Alberta lśni jak gwiazda nadziei i wiary w człowieka.

„Na pole chwały i zwycięstwa”

Na warszawskich Powązkach skromny nagrobek kryje prochy „najgodniejszego człowieka, najlepszego męża i ojca”, który „żył jak dobry chrześcijanin”. Ów „pomnik żalu i wdzięczności” położyli Wojciechowi Chmielowskiemu żona i trzech synów. Jeden z nich – Adam, miał wówczas lat 7. Matkę – Józefę z domu Borzysławską, pełną delikatności i pogody, utracił, mając lat 13. I już nigdy nie zazna radości posiadania spokojnego gniazda rodzinnego. Urodził się przyszły święty 26 sierpnia roku 1845 w miejscowości Igołomia na ziemi krakowskiej. Listy jego rodziców, które zachowały się we fragmentach, mówią o tym, jak bardzo kochająca się i piękna była to rodzina. Dumny ojciec pisał o maluchu: „Śliczny dzieciak, tak jest ładny, kto go tylko zobaczy, to każdy powiada, że podobnego dziecka, tak ładnego jeszcze nikt nie widział”. Matka dodaje w liście do teściowej: „Wnuczek rośnie, zupełny ojciec z podobieństwa, aby tylko i charakter miał tak piękny”. Ochrzczono Adasia w kościele Najświętszej Maryi Panny w Warszawie. Piękna legenda mówi, że rodzice zaprosili żebraków sprzed kościoła, aby wraz z rodzicami chrzestnymi trzymali chłopca do chrztu, by w ten sposób Niebo zesłało mu „błogosławieństwo ubogich”.

Miał lat 16, gdy rozpoczął studia w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Stamtąd z grupą przyjaciół dowodzoną przez niespełna dwudziestoletniego Leona Frankowskiego wychodzi Adam Chmielowski w bitewne pola Powstania Styczniowego. Z uniesieniem czytali Manifest: „Rząd Twój Narodowy wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga. Wolność Twoją, Niepodległość Twoją zdobędziesz wielkością takiego męstwa, świętością takich ofiar, jakich Lud żaden nie zapisał jeszcze na dziejowych kartach swoich”.

Niestety, ich bohaterski dowódca Frankowski, ciężko ranny w bitwie na Lubelszczyźnie, dostał się do niewoli i został przez Moskali rozstrzelany. Ocalona grupka studentów – puławiaków, przedarła się w Góry Świętokrzyskie. Adam Chmielowski znalazł się w kawalerii dowodzonej przez młodego i bardzo dzielnego rotmistrza Jana Prendowskiego. Zachowały się barwne wspomnienia, którymi późniejszy Brat Albert powracał do tamtych dni. Opowiadał, jak został wysłany z ułanami w przedniej straży. „Była straszna odwilż i mgła. Konie były schlastane błotem i okrutnie zmordowane. Droga wiodła przez wrzosowiska. I oto nagle pokazała się wielka szpica kozacka. (…) No i zaczęło się kotłowanie. Moja klacz była narowista i akurat się jej zachciało stać. A tu leci na mnie pięciu kozaków i wrzeszczy: ’Nie ujdiosz!’ I z dzidami na mnie. W jednej chwili o małom z konia nie zleciał, bo się ze mną siodło przekręciło (…) Oganiam się kozakom szablą, jednak mnie już kilka razy dziabnęli lancami tak, że burka spadła”.

Na szczęście tym razem Adam Chmielowski jeszcze uszedł cało. Weźmie udział w jednej z najkrwawszych bitew Powstania Styczniowego stoczonej 24 lutego 1863 roku pod Małogoszczą na Kielecczyźnie. Od tej bitwy zaczynają się wstrząsające stronice „Wiernej rzeki” Stefana Żeromskiego: „Leżeli w kilkuset tworząc w zmierzchu rannym białą górę – podobijani, gdy padli z ran, roztrzęsieni na bagnetach, przybici sztychem oficerskiej szpady, porozgniatani przez pędzące koła armat”. Adama Chmielowskiego wśród nich na szczęście zabrakło. 18 marca znalazł się w szeregach powstańców walczących w lasach pod miejscowością Grochowiska, nieopodal Buska-Zdroju. Przydzielony do oddziału żuawów dowodzonego przez Francuza François de Rochebrune’a pełni funkcję tłumacza, wozi meldunki i rozkazy do szefa sztabu i uczestniczy w dramatycznych zmaganiach do końca. Do dzisiaj w lesie pod Grochowiskami jest mogiła powstańcza. I znowu z tej krwawej rozprawy Adam Chmielowski wychodzi obronną ręką. Niestety, dowodzący powstańcami Marian Langiewicz opuszcza swoich żołnierzy. Wojsko ulega rozproszeniu. Chmielowski dostaje się do austriackiej niewoli. Siedzi w lodowatych lochach twierdzy Ołomuniec. Ucieka stamtąd w przebraniu austriackiego wojaka. Pomaga mu czeski ksiądz, który ofiaruje ubranie, żywność, pieniądze. I Adam Chmielowski wraca do powstania. Tym razem trafia do oddziału pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego, walczącego na Kielecczyźnie, o którym entuzjastycznie pisze kronikarz powstania noszący pseudonim „Płomień”: „Gdy oko szafirowe się zaiskrzyło, gdy głosem głośnym i donośnym, czystym, a dźwięcznym zaczął przemawiać, poznałeś siłę, energię i przeczułeś niezłomność jego charakteru i męstwo. Podkomendni kochali go”. Jego oddział prezentował się świetnie. Białe sukmany, konfederatki różnokolorowe i długie, szare burki na słotę. Uzbrojenie – jak na powstańców – mieli doskonałe. Zygmunt Chmieleński prowadził swoich powstańców brawurowo i znaczył pola bitew o nazwach jakby wziętych z książek Żeromskiego: Złoty Potok, Rudnik, Ciernie. 30 września 1863 roku dochodzi do bitwy pod wsią Mełchów. Mamy dokładny opis wydarzenia zawarty w relacji księdza Czesława Lewandowskiego, któremu udało się zebrać wspomnienia powstańcze Brata Alberta: „Wśród grozą przejmujących, świszczących kul, koń Adama mimo spięcia ostrogami, dalej iść nie chciał. ’Przeżegnaj się!’ – słyszy Adam głos w duszy. Na to zuchwały młodzieniec odpowiedział sobie: ’Skorom się przedtem z pobożności nie modlił, to teraz ze strachu nie będę się żegnał’ i podjechał na pagórek do swego wodza, a stanąwszy obok niego zawołał: ’Czekam na rozkazy’. Chmieleński zaś patrząc na przebieg bitwy odpowiada krótko: ’Czekaj’ (…) Nareszcie wódz dał rozkaz Adamowi. Powraca teraz z pagórka na dół. Wtem jak piorun z jasnego nieba pada pod konia Adama granat rosyjski i pękając ze straszliwym łomotem, rozszarpuje konia i potężny odłam granatu z całą siłą uderzając w obcas buta Adama, wyrzuca zemdlonego z siodła na ziemię”. Jest tylko jeden ratunek – natychmiastowa amputacja, której dokonuje bez znieczulenia lekarz wojskowy.

We „Wspomnieniach obozowych” towarzysze broni tak opisują Adama Chmielowskiego: „Ubył z szeregów będąc ciężko rannym podoficer drugiego plutonu kawalerii Chmielowski, zacny i godny młodzieniec, a do tego dzielny żołnierz, którego wszyscy lubili”. „Nieodżałowaną ponieśliśmy stratę w osobie Chmielowskiego, który swą wesołością i zapałem ożywiał w najsmutniejszych chwilach cały obóz”.

Istnieją barwne legendy opowiadające, w jaki sposób udało się Adamowi Chmielowskiemu uciec z więziennego szpitala. Podobno został wykradziony w trumnie… W każdym razie udało mu się wydostać z moskiewskich łap i znalazł się w Paryżu. Zachowało się pismo Chmielowskiego adresowane do Komitetu Francusko-Polskiego w Paryżu z 31 maja 1864 roku: „Walczyłem o niepodległość mojej Ojczyzny pod rozkazami i w oddziale pułkownika Chmieleńskiego. Dnia 1 października 1863 roku zostałem ciężko ranny pod Mełchowem, gdzie straciłem lewą nogę. (…) Znalazłem się obecnie bez środków do życia…”. Za otrzymaną zapomogę Adam Chmielowski sprawił sobie protezę, która była podobno na owe czasy ostatnim szczytem osiągnięć ortopedii. W każdym razie wiadomo, że mógł nie tylko swobodnie chodzić, lecz także tańczyć, a nawet jeździć na łyżwach, o czym opowiadają liczne wspomnienia poświęcone Chmielowskiemu z bardzo ciekawej i znaczącej w jego życiu, a także w historii malarstwa polskiego, epoce studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Tam spotkał tego, który stanie się jego przyjacielem od serca – Maksymiliana Gierymskiego, genialnie utalentowanego. Wśród malarskiej braci jest także Józef Chełmoński i Ludomir Benedyktowicz – którego co prawda znakomity biograf Gierymskiego Maciej Masłowski nazywa „chudopachołkiem sztuki”, ale jest to jedna z najniezwyklejszych postaci – malarz bez rąk, utraconych w Powstaniu Styczniowym.

„Słońce nasze”

W swej autobiografii przedstawiał się tak: „Ludomir Ludwik Dominik Benedyktowicz herbu Bełty, syn Piotra i Marii z Ruszczewskich, urodzony 5 sierpnia 1844 roku we wsi szlacheckiej Świnary, w parafii Mąkobody, powiecie siedleckim, województwie podlaskim”. Od lat pacholęcych marzył, by zostać malarzem. Ani się śniło ojcu – sarmacie, ziemianinowi, zezwolić na artystyczne fanaberie syna. Ludomir musiał zacząć studia w Instytucie Leśnictwa w Broku nad naszą piękną podlaską rzeką – Bugiem. Miał 19 lat, kiedy wybuchło Powstanie Styczniowe. Przydała się świetna znajomość podlaskich borów. Walcząc w oddziale Celnych Strzelców, był nieocenionym przewodnikiem i wywiadowcą. 14 marca 1863 roku, osłaniając odwrót towarzyszy broni, otoczony przez sotnię kozaków, samotnie ostrzeliwuje się do momentu, gdy kula gruchocze mu lewe przedramię. Gdy zasłania się – padając – kozak ucina mu prawą dłoń, by nie utrzymała już nigdy broni przeciw miłościwie panującemu carowi moskiewskiemu.

Nieprzytomnego z pobojowiska uwozi dziedziczka sąsiedniego dworu w Kaczkowie, pani Nepomucena Sarnowiczowa, która pokocha tego chłopca powstańca jak rodzonego syna. Świadczy o tym jej piękny list do Ludomira, oddający wstrząsającą atmosferę tamtych tragicznych, krwawiących dni. 17 czerwca 1870 roku pisze doń z kraju dzieciństwa i walki Ludomira: „Synu mój ukochany, com czuła przebywając tę drogę, którąś Ty jechał po raz ostatni, konający pod ciężarem strasznego Twego krzyża. Zielone drzewa stały wówczas przed sennym Twym okiem, ich sen zimowy jeszcze wróżył Ci może wieczne spanie… Odwiedziłam też wierzbę, której korzenie krew Twoją wypiły, rośnie wesoło… Niezapominajki, pierwsze w tym roku, znalazłam w miejscu, gdzieś tu niegdyś leżał, mówiły mi od Ciebie, mój drogi: Pamiętam! I bądź błogosławiony ukochany mój, dziecko moje…”. Powstańczy lekarz przeprowadził operację bez znieczulenia, amputując Ludomirowi lewą rękę powyżej łokcia i kikut prawej ponad nadgarstkiem. Wydawało się, że chory nie przeżyje tej operacji, tym bardziej że dosięgła go wieść o konfiskacie majątku za jego udział w powstaniu, co ojciec przypłacił życiem. Ileż hartu i siły trzeba było, aby się dźwignąć i wbrew wszystkiemu zostać malarzem. Wydaje się, że obu powstańcom, i Adamowi Chmielowskiemu, i Ludomirowi Benedyktowiczowi, całe życie przyświecało motto: „Im trudniejsza walka, tym świetniejsze zwycięstwo”.

W Muzeum Niepodległości w Warszawie można zobaczyć ów przyrząd, którym Benedyktowicz posługiwał się przy malowaniu. Przytwierdzał go rzemykami do ramienia i umieszczał w nim zestaw pędzli. Monachijskie lata to czas kształtowania się obu artystów w tym niezwykłym gronie niezwykłych przyjaciół. Adam Chmielowski i Ludomir Benedyktowicz cieszą się przyjaźnią Juliusza Kossaka i Stanisława Witkiewicza. Ten mistrz nie tylko pędzla, lecz także pióra, wspominając monachijską „malarię”, pisze o Adamie Chmielowskim: „Człowiek, który na całą grupę wywierał wpływ szczególny, którego umysł głęboki i logiczny wcześniej niż czyjkolwiek dotarł do najsłuszniejszych pojęć o sztuce i jej stosunku do ludzkiej duszy. (…) Posiadał nadzwyczajny talent kolorystyczny (…), zdanie jego było rozstrzygającym, a rada udzielana kolegom bezwzględnie słuszną i skuteczną”. Leon Wyczółkowski stwierdza: „Chmielowski wodził rej. Wywierał na nas ogromny wpływ. Był najpierwszym wśród nas kulturą, wiedzą, charakterem, a kto wie, czy nie talentem. (…) Umiał mówić o sztuce tak, jak żaden z nas. Jego ogromna erudycja, a jednocześnie świeża i bystra obserwacja pozwalała na formułowanie sądów”.

Bardzo w swych sądach ostry i bezkompromisowy, znakomity znawca epoki impresjonizmu, a przywoływany już Maciej Masłowski, w swym monumentalnym dziele „Maksymilian Gierymski i jego czasy” kategorycznie neguje „wyssane z papieru” twierdzenie, że „Chmielowski, wielki kolorysta, był kiepskim rysownikiem. To jest do gruntu błędne. Jego obrazy temu przeczą. Widać w nich prawdziwą pełnię środków malarskich, widać, że czuł formę i rysunek równie dobrze jak kolor…”.

Był do końca życia niezłomnie oddanym przyjacielem Maksa Gierymskiego i odprowadził go na wieczny spoczynek, gdy nieubłagana gruźlica przecięła nić życia tego wielkiego malarza.

Ludomir Benedyktowicz umiał nie tylko malować, posługując się swoim żelaznym przyrządem, lecz także potrafił, umieściwszy tam pióro, z pasją bronić geniuszu Gierymskiego, atakowanego przez warszawskich niby-krytyków. W pięknym eseju analizuje z zachwytem pejzaże Gierymskiego, pełne prostoty i prawdy, nazwie go celnie „mistrzem krajobrazu”. Przypomnijmy, że wielki Maksymilian jest także powstańczym towarzyszem broni Chmielowskiego i Benedyktowicza. Ludomir opisuje jego sławną „Pikietę”, oczywiście ze względu na cenzurę w subtelny, aluzyjny i jakże świetny literacko sposób. „Oto szeroki, piaszczysty gościniec, gdzieniegdzie drzewinka świeci siwą koroną gałązek. Niebo jeszcze niepewne rzuca odblaski. Na środku drogi kilku konnych ludzi… Ale nie każdy zrozumie ten obrazek, bo nie ma tam błękitów, zielonych gajów pomarańczowych, ani ruin, ani pałaców, ale prosta, polska równina i szaro świecące słońce nasze…”.

Powrócili wszyscy pod nasze słońce. Adam Chmielowski we wrześniu 1880 roku napisze: „W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”. W tej epoce tak widzi go ojciec Czesław Bogdalski: „Oczy spokojne, łagodne i jak niebo błękitne. Zachowanie zniewalające, pełne przedziwnej słodyczy i ujmującej prostoty. Serce miał złote i wszelkie rodzaje ludzkiej niedoli odczuwał”. 25 sierpnia 1887 roku artysta malarz, wytworny intelektualista, wkłada habit zakonu świętego Franciszka. Staje się bratem wszystkich nędzarzy, żołnierzem Bożym i – jak nazwie go w swym dramacie Karol Wojtyła – „Bratem naszego Boga”.

Znamienne jest, że o nich obu – o Bracie Albercie i o Ludomirze Benedyktowiczu – napisze bardzo pięknie Stefan Żeromski.

„Kochać, co rodzinne i piękne”

Ludomira spotyka Żeromski w Krakowie, gdzie malarz bez rąk założył rodzinę. Ślub ze śliczną Marią Skalską poprzedzają wydarzenia dramatyczne. Oto na Zaduszki roku 1874 stęskniony za rodzinnym Podlasiem Benedyktowicz jedzie, by pomodlić się nad utajonymi w lasach mogiłami poległych przyjaciół. Z tej wyprawy zrodzi się jego obraz „Grób Powstańca” i mroczne miesiące więzienia. Bo chłopi, ujrzawszy Ludomira, który uchodził w swych rodzinnych stronach za poległego, rzucili się do całowania jego okaleczonych dłoni z płaczem i błogosławieństwami. Moskale uznali to za akt groźnej agitacji i uwięzili malarza w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wspominał potem, że oszalałby w samotnej celi, gdyby nie to, że powtarzał sobie ciągle strofy Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. Uwolniony, w roku 1876 poślubia bardzo piękną pannę, która stanie się dlań muzą, natchnieniem, pielęgniarką, modelką i matką sześciorga udanych dzieci.

Benedyktowiczowie klepią biedę. Jak napisze Ludomir z goryczą, nie ma w Polsce mecenasów, którzy kupując obrazy polskich malarzy, daliby szansę życia w kraju „tej garstce ludzi, którzy uczą czuć i kochać, co rodzinne i piękne”. Piękna pani Benedyktowiczowa, by podreperować wiecznie chudą kiesę, wynajmuje pokoje. Do jednego z nich wprowadza się chmurny młodzian z czarną brodą. Nazywa się Stefan Żeromski.

W liście do narzeczonej z lutego 1892 roku pisze o swym gospodarzu – Ludomirze Benedyktowiczu: „Ma śliczny głos, a że pracownia jego mieści się tuż obok – słyszę co dzień, jak śpiewa przy pracy”. Odwiedziwszy pracownię tego malarza bez rąk, jest urzeczony promienną atmosferą i podziwiając pejzaże ciepłe w tonacji i pogodne jak ich autor, Żeromski wzdycha: „Cóż bym dał za to, żeby umieć malować”.

Niewiele niestety ocalało ze spuścizny Ludomira Benedyktowicza, ale ostały się studia drzew polskich – małe arcydzieła. Doczekał żołnierz Powstania Styczniowego wolnej Polski. Odzyskanie niepodległości przeżył we Lwowie, mieście z lwem w sercu i herbie. Przeżył tu też dni walki Orląt o wolność i poświęcił im jeden ze swych ostatnich wierszy, który mógłby także zadedykować swoim towarzyszom broni z powstania:



Promienny chwałą

– czyn waszego męstwa

Będzie poświęceń wzorem

i zachętą

A grób wasz każdy

– jako znak zwycięstwa

Drogim klejnotem

i relikwią świętą! Ludomir Benedyktowicz spoczywa na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, w gronie swych najbliższych.

W „Nawracaniu Judasza” z cyklu „Walka z szatanem” Stefan Żeromski nakreślił przepiękną sylwetkę „Brata – przewodnika” wspartego o sztuczną, żelazną nogę, „nadzwyczajnego artysty”, który „swój artyzm bez żalu odrzucił, by poświęcić się miłości Boga i człowieka”.

Brat Albert – opatrzność biedaków – odszedł z tego świata w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia roku 1916. Na jego grobie umieszczono napis: „Wierny Sługa Boży/ Ojciec ubogich i nędzarzy/ Założyciel braci i sióstr III Zakonu Św. Franciszka/ Walczył za Ojczyznę 1863 r./ Niech spoczywa w pokoju”.

W 1989 roku Papież Polak włączył Brata Alberta w poczet świętych. Jego prochy spoczęły w krakowskim sanktuarium Ecce Homo Świętego Brata Alberta. Taki tytuł nosi najsławniejszy obraz Brata Alberta cudem odzyskany ze Lwowa i ukazujący – jak napisze Żeromski – „krzyk o męce Chrystusa”, świadectwo, „czym jest pokazanie świętości na ziemi”. Wizerunek Chrystusa na tym obrazie jest jak z modlitwy Brata Alberta: „Królu niebios, królu cierniem ukoronowany, ubiczowany, w purpurę odziany, Królu niebios znieważony i oplwany, bądź Królem i Panem naszym, tu i na wieki. Amen”.

Za tydzień
Opowieść o Mieczysławie Romanowskim

NASZ DZIENNIK 2013-03-06

Czyż Miłość nie jest ofiarą.. i dla Ojczyzny co ją uwielbiano nad życie..
Adam Chmielowski - Brat Albert.. i Ludomir Benedyktowicz - malarz artysta.. okaleczony przez kozaków.. pozbawiony obu rąk..
Powstańcy Styczniowi, którzy umiłowali Polskę..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 17 marca 2013, 05:44

Rewolucja genderowa

Katarzyna Cegielska


Zjawisko gender staje się coraz bardziej popularne i niebezpieczne dla tradycyjnego porządku świata. 21 marca (czwartek) w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbędzie się międzynarodowe sympozjum na temat rewolucji genderowej z udziałem wybitnych profesorów uniwersyteckich i niemieckiej socjolog Gabriele Kuby, autorki książek na ten temat.

Czym jest rewolucja genderowa? Gdzie jest jej źródło? Jak jej zapobiec? Jak się przed nią bronić? Na te pytania postarają się odpowiedzieć prelegenci sympozjum w WSKSiM w Toruniu. Konferencję otworzy ks. abp Henryk Hoser, ordynariusz warszawsko-praski, przewodniczący Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych, wykładem na temat „Ideologia gender a prawda o człowieku”. W dalszej części konferencji prof. dr hab. Jacek Bartyzel będzie mówił na temat rewolucji kulturowej Nowej Lewicy, zaś ks. prof. dr hab. Andrzej Maryniarczyk, kierownik Zakładu Metafizyki KUL, przybliży źródła i konsekwencje odrzucenia ludzkiej natury. Sympozjum zakończy wystąpienie niemieckiej socjolog i dziennikarki Gabriele Kuby poświęcone zagadnieniu globalnej rewolucji seksualnej. Jest ona autorką wydanej w Polsce w 2007 roku książki „Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności”. Od lat walczy z rewolucją genderową, przestrzegając przed jej zgubnymi skutkami dla rodziny.

Ideologia relatywizmu moralnego

Gabriele Kuby gościła w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu przed czterema laty. Przestrzegała wówczas przed rewolucją genderową jako nową ideologią seksualności. Ostrzegała przed upadkiem kultury, ponieważ nie może ona istnieć bez wartości i norm moralnych. Apelowała, by przeciwstawiać się temu zgubnemu zjawisku, jakim jest ideologia relatywizmu etycznego. Gabriele Kuby jako żona i matka w swoich książkach i wystąpieniach mówi o nowych trendach, które opanowują naszą przestrzeń życia i zatruwają umysły nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Jedną z jej książek jest publikacja „Harry Potter – dobry czy zły?”. Stanowi ona ostrzeżenie przed książkami Joanne Kathleen Rowling, gdyż mają destrukcyjny wpływ na myślenie młodych ludzi.

Krytyka Harry’ego Pottera poczyniona przez Gabriele Kuby nie jest bezpodstawna. Autorka książki przeszła w swoim życiu wyboistą drogę do Kościoła. Poszukując transcendencji, zajmowała się ezoteryką, New Age, aby dotrzeć do Prawdy objawionej i nawrócić się na katolicyzm. Dzięki tej drodze Kuby doskonale zna pułapki i zagrożenia czyhające na młodych ludzi. Dlatego chce ich przed nimi uchronić, a także ocalić tradycyjny model społeczeństwa oparty na rodzinie. Warto dodać, że autorka, mieszkając w Niemczech, lepiej widziała nadchodzące do Polski trendy Nowej Lewicy, wcześniej przeszły one przecież przez terytorium i umysły naszych zachodnich sąsiadów.

Zniszczyć ludzką tożsamość

Czym zatem jest gender? Jak wyjaśnia Gabriele Kuby, jest to nowa koncepcja, która zastępuje pojęcie płci. – Pojęcie gender stworzono z intencją stricte polityczną i zakłada ono, że istoty ludzkie mogą absolutnie dowolnie wybierać sobie płeć biologiczną oraz tzw. orientację seksualną – wyjaśnia. Jako głównego ideologa teorii gender wskazuje Judith Butler, amerykańską filozof. Butler w książce „Obalenie tożsamości” ujawnia, że pragnie zniszczyć ludzką tożsamość i wstrząsnąć społeczeństwem u samych jego korzeni.

Kuby w swoich licznych wystąpieniach i publikacjach demaskuje także, kto wspiera ruch genderowy. Są to światowe grupy wpływu, elity, ludzie z zamożnych środowisk, np. rodzina Rockefellerów czy Bill Gates, oraz instytucje międzynarodowe, takie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych czy Unia Europejska, które finansują organizacje promujące gender. – W Niemczech wszelkiego rodzaju instytucje prowadzą warsztaty na temat gender mainstreaming. To samo robią różne instytucje polityczne – zmieniają nawet język. W szkołach zmienia się plan nauczania, nawet w przedszkolach dzieci uczy się zacierania stereotypów na temat chłopców i dziewczynek – mówi Gabriele Kuby. Tymczasem także na uczelniach w Polsce pojawiają się kierunki zajmujące się propagowaniem ruchu gender.

Dlatego warto przyjrzeć się ruchowi gender i jego źródłom. Z pewnością przyczyni się to do odtajnienia samego pojęcia gender i przybliżenia ruchu stojącego za nim, celów, jakie przyświecają konstruktorom tej zgubnej ideologii. Ksiądz arcybiskup Henryk Hoser, prelegent czwartkowego sympozjum, niedawno na łamach „Naszego Dziennika” ostrzegał, że gender jest groźniejsze od marksizmu i leninizmu. – Marksizm nie wnikał aż tak głęboko w naturę człowieka. Próbował go tylko poddać kontroli państwowej, dlatego też były próby przejęcia wychowania dzieci przez państwo. Wówczas proklamowano rodziców jako pokolenie wsteczne, konserwatywne, reakcyjne. W ideologii gender z kolei dokonuje się dekonstrukcja poprzez obalanie tzw. stereotypów, dotycząca między innymi relacji między starszym a młodszym pokoleniem. Chodzi o to, by starsze pokolenie nie miało wpływu na wychowanie młodszego, a młodzi byli wychowywani przez swoich rówieśników – mówił ks. abp Hoser. Dodał, że jedyną instytucją, która przetrwała we wszystkich okresach historii, we wszystkich reżimach i ustrojach, jest rodzina, a manipulacje, by to zmienić, są postawą daleko idącej nieodpowiedzialności społecznej.

Warto poświęcić czas na uczestnictwo w sympozjum, które odbędzie się w czwartek, 21 marca, w auli Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu przy ul. Droga Starotoruńska 3. Początek konferencji o godz. 10.00.

NASZ DZIENNIK 2013-03-16-17

Nowa rewolucja lewicowa.. libertyńska.. niszczy zdrową tkankę ludzkości.. człowieka.. człowieczeństwa..
Należy postawić tamę tej truciźnie osobowości człowieka.. zdecydowanie w każdym miejscu rozprzestrzeniania się tego groźnego zjawiska cywilizacji..
Cywilizacja śmierci wkrada się w sumienia cywilizacji życia..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 19 marca 2013, 06:37

Franciszek ewangelizator

Kościół musi być bliżej ludzi. To droga, którą wyznacza Papież Franciszek, sam dając przykład, jak dziś ma wyglądać dzieło nowej ewangelizacji.

Poznając coraz lepiej nowego Papieża, który w dniu poświęconym św. Józefowi, patronowi Kościoła powszechnego, uroczyście inauguruje swój pontyfikat, dostrzegamy, jak ogromny impuls może on dać dziełu ewangelizacji w świecie.

Znaki czasu, jakie towarzyszą wyborowi ks. kard. Jorge Mario Bergoglio z Argentyny na Następcę św. Piotra, mówią wiele. Dokładnie 30 lat temu bł. Jan Paweł II właśnie na kontynencie amerykańskim po raz pierwszy zaapelował o nową ewangelizację: „nową w swym zapale, w swych metodach, w swym wyrazie”.

Doskonale odczytał to zadanie nowy metropolita Buenos Aires ks. abp Bergoglio, który rozpoczynając posługę w diecezji, przyjął zasadę, że Słowo Boże musi być przekazywane w najprostszy sposób i poparte ewangelicznym świadectwem życia tego, który je głosi. Nic więc dziwnego, że na terenie kilkumilionowego miasta Buenos Aires zorganizował i przeprowadził wielką ewangelizację.

Głoszący Dobrą Nowinę ewangelizatorzy wyszli z sal katechetycznych, kościołów na ulice i przemierzając je, rozmawiali z ludźmi. Gdy trzeba było, wchodzili nawet do restauracji, barów, sklepów… Kleryków wysyłał na ulice, aby wyszukiwali biednych, odwiedzali chorych, uczyli dzieci katechizmu…

Papież Franciszek ukazuje nam wyraźnie, że ważną formą zaangażowania na rzecz nowej ewangelizacji jest wyjście do człowieka.

– Ludzie chcą rozmawiać. Pójście do nich, piesza ewangelizacja to odpowiedź na wezwanie współczesnego świata. W tym względzie szczególne znaczenie ma bezpośredni kontakt z młodym człowiekiem – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. Radosław Siwiński, koordynator ds. nowej ewangelizacji w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

– Obowiązek szukania zagubionych owiec, ludzi, którzy od Chrystusa odeszli, wypływa z naszej wiary – dodaje.

Nowy Następca św. Piotra także poprzez wybór imienia Franciszek wskazuje, że wyjście do ludzi jest bardzo potrzebne współczesnemu człowiekowi.

– Świat potrzebuje dziś nowego św. Franciszka z Asyżu! Na początku trzeciego tysiąclecia, chyba bardziej niż kiedykolwiek dotąd, ludzkość i świat czekają, aby przeniknął ich duch św. Franciszka – mówił 10 lat temu bł. Jan Paweł II.

Biedaczyna z Asyżu wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Kochał stworzony przez Boga świat, który dzięki niemu ujrzał ponownie ludzi znanych z Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. W postaci św. Franciszka spotyka się tajemnica nawrócenia i tajemnica Miłosierdzia Bożego, cnota ewangelicznego ubóstwa i umiłowanie człowieka oraz świata stworzonego przez Boga.

Wszystko wskazuje na to, że Duch Święty dał nam nowego św. Franciszka właśnie w osobie nowego Ojca Świętego. Papież Franciszek to człowiek bardzo pokorny i skromny. Wiemy, że nie mieszkał w pałacu biskupim, tylko przy kurii, aby być bliżej ludzi. Jeździł komunikacją miejską, a wierni mogli go spotkać w autobusie, metrze, a nawet na bazarze, gdy robił zakupy na potrzeby charytatywne archidiecezji.

To zwrócenie uwagi na ubogich już stało się charakterystycznym rysem tego Papieża.

Widać, że takie podejście zjednuje mu prostych ludzi. „Pismo Święte przypomina, że Bóg słyszy wołanie ubogich, i Kościół powinien być wrażliwy na to wołanie najbardziej potrzebujących” – napisał bł. Jan Paweł II w adhortacji „Kościół w Ameryce”. Znamienne jest, że w obradach synodu biskupów, którego owocem jest ten dokument, w 1997 r. uczestniczył obecny Papież.

To właśnie tam podkreślano, że duchowni i katolicy świeccy przez swój styl życia, priorytety, słowa i czyny powinni dawać świadectwo, iż są w komunii i solidarności z ubogimi. Dziś to jest kwestia i wiarygodności, i skuteczności misji ewangelizacyjnej Kościoła. Bo obecnie Dobra Nowina często nie jest przyjmowana dlatego, że my zasłaniamy sobą jej piękno. Dlaczego mija tyle wieków, a postać św. Franciszka zachwyca? Bo stał się żywą Ewangelią.

– Kiedyś św. Franciszek usłyszał od Chrystusa słowa: „Franciszku, odbuduj mój Kościół!”. Ojciec Święty pragnie z pewnością tchnąć do Kościoła naszych dni nowego ducha, ducha Franciszkowej prostoty, ewangelicznego radykalizmu – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” o. Szczepan T. Praśkiewicz, konsultor Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Sławomir Jagodziński

NASZ DZIENNIK 2013-03-19

Duch Święty poprowadzi Franciszka.. następce Chrystusa na Ziemi..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 22 marca 2013, 07:56

Oznaki upadku państwa

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

W filozofii dziejów świata stwierdza się, że państwa, imperia i kultury przechodzą przez te same fazy: narodziny, rozwój, szczyt siły, słabnięcie, ciężkie choroby i upadek. Kontynuuje się w dużej mierze jedynie dorobek techniczny i cywilizacyjny. Przez jaką fazę przechodzi teraz państwo polskie? Niestety, wiele wskazuje na to, że wchodzimy w fazę ciężkich chorób, głównie liberalnej „brukselki”. Pomijam tu stan gospodarki, o której wszyscy mówią i piszą, chcę zwrócić uwagę bardziej na sytuację umysłową, moralną i duchową.

1. Głębokie zaćmienie intelektualne

Długie tysiące lat liczne państwa kształtowały – mimo ustawicznych walk, wojen i nieszczęść – także dorobek umysłowy, intelektualny i tradycję wyższego poziomu. Wypracowano wielkie idee: Boga, transcendencji, cudu osoby ludzkiej, poezji dziejów, nieskończoności, piękna świata, nadziei idealnego królestwa… A dziś u nas i w Europie wszelka wizja duchowa zanika, wyższe idee są negowane, a nawet zwalczane, siła i godność czystego intelektu są wprost wyśmiewane. Znaczna część elit czy pseudoelit nurza się w nierozumie, namiętnościach, irracjonalizmie, w zaślepiałych emocjach, przy czym – żeby było „oryginalnie” – głosi, że nadeszła epoka rozumu i jego czci. Mało kto czyta coś, co wymaga wysiłku intelektualnego, wielu żyje tylko manipulacjami myśli w obrazach TV i internetu, kwitnie pornografia, nawet dla dzieci. Co drugi z „nowoczesnych” uważa się za nieomylnego i wszechwiedzącego. Literatura jest przeważnie fikcyjna i nierealistyczna. Często przypomina ową piosenkę z czasów PRL o wiejskim kosiarzu: „Choć mu oczy pot zalewa, to on, kosząc, sobie śpiewa”, tak jakby przy tak ciężkiej pracy fizycznej można było śpiewać o chwale ideologów. W życiu umysłowym na potęgę szaleją ciemnota, oszustwo, obłuda, fałszowanie języka (obscurando), pełnia ogłupiania (za prof. T. Gerstenkornem) i – można dodać – bardzo urodzajne chamstwo. Co gorsza, dla niektórych partii parlamentarnych postawy takie nie są żadną przeszkodą do współpracy, jakby tego nie dostrzegają. I to jest symptom upadku.

Żywe państwa i kultury dawały zawsze następnym pokoleniom pewnego rodzaju wiano w postaci samoświadomości, kultury, języka, logiki wielkich idei, systemu praw, kodeksu etycznego, godności i w ogóle gramatyki życia społecznego. Dziś państwa skrajno liberalne burzą całą tradycję wyższą, wyrzucają ją na śmietnik historii, na jej miejsce stawiają antywartości i nie troszczą się wcale o pokolenie następne, to są ludzie tylko „dnia dzisiejszego”. U nas obrazuje to dobrze wyprzedaż Polski za bezcen, byle dopiąć jednoroczny budżet. Nie operują kategorią przyszłościowości. Jeśli coś przekazują, to jedynie – samoczynnie – pewne dziedzictwo techniki. I to jest także oznaką upadku humanistycznego.

Państwa najdawniejszej przeszłości – mimo wielkich trudności, walk i nieszczęść – formowały zasady służby społecznej, ofiary, pracy, twórczości, podtrzymywania życia i w ogóle budowania wyższego świata, posiadającego duszę ludzką. Dziś natomiast jawi się już szeroko ucieczka od twórczości całoludzkiej, pogarda wysiłku i pracy, zwłaszcza fizycznej, nieodpowiedzialny świat burzenia, ubóstwianie przyjemności, rozkoszy, a także rozrywki i zabawy, zrywanie głębszych więzi społecznych na rzecz indywidualizmu i jakaś taka mitologizacja życia, jakoby nic nie było ściśle rzeczywistego. Istotnie, życie się odrealnia głównie przez odrzucenie Boga. Ludzkość więc jakby powtarza ową scenę upadku z Edenu, ulega pokusie świata fałszywego i zwodniczego: „Owoce tego drzewa (tego świata) pięknie wyglądają, są smaczne do jedzenia i do zdobycia wiedzy (o wszystkim)” (Rdz 3, 6) – ale takie drzewo świata jest w środku spróchniałe i puste.

Obecny stan intelektualny w Polsce oddaje, niestety, tekst Barbary Kudryckiej, minister nauki i szkolnictwa wyższego, z 24 stycznia 2013 roku. Postuluje się w nim, żeby wykładowcy nie zdradzali swych poglądów ani światopoglądowych, ani religijnych, ani historycznych, a właściwie to i naukowych. Powinni jedynie referować poglądy innych, ale zawsze zgodne z poprawnością polityczną. W sprawie katastrofy smoleńskiej – co to ma do światopoglądu? – należy bezwzględnie przyjmować raporty MAK i Millera. W ogóle jest wielkie materii pomieszanie. Tekst minister nie wykazuje żadnej znajomości, co to jest metodologia naukowa, przede wszystkim mieszana jest metodologia przyrodnicza z humanistyczną. W tej drugiej istotną rolę odgrywają założenia systemowe i filozoficzne. I mylnie jest rozumiany światopogląd, jest on mylony z systemem. Jeśli wykładam problem istnienia Boga, to dla poprawności metodologicznej muszę powiedzieć, że wychodzę z pozycji teistycznej. Jeśli mówi o tym ateista, to musi też podać swoje stanowisko. Nie ma wiedzy humanistycznej – a może i innych – bez założeń systemowych, tylko powinno się te założenia wyłożyć i określić ich zakres i rolę.

Swoiste kuriozum stanowi zdanie, że „ojciec Rydzyk nie jest fundamentem demokracji w Polsce”. To ministerstwo teraz ma określać słuszność lub niesłuszność poglądów? Przecież to gorzej niż za Stalina, który dawał wytyczne, jak tłumaczyć powstanie języka lub rolę jednostki w historii. W tym przypadku wszystko zależy od rozumienia demokracji. Jeśli demokrację rozumieć tak jak przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Dworak, tzn. że partnerami są tylko ateiści publiczni w państwie, a nie wierzący katolicy, to o. Rydzyk nie jest takim „demokratą”. Ale jeśli demokrację rozumieć jako równouprawnienie wierzących i niewierzących, to właśnie o. Rydzyk jest demokratą i naucza tej demokracji w przeciwieństwie do przewdoniczącego Dworaka. Czy już w ministerstwie nauki nie ma kogoś po dobrych studiach uniwersyteckich?

2. Rewolucja samoniszcząca

Liberalizm niesie ze sobą ideologię samozniszczenia. Jej zaczątek wystąpił już w marksizmie, choć sam Marks tego nie przewidział. Oznacza ona, że ideologia prawdziwie postępowa musi ciągle niszczyć przeszłość, aż zniszczy ją całkowicie. Pokazała to dobrze maoistowska tzw. rewolucja kulturalna (1966-1976) w Chinach, kiedy to chciano zburzyć resztki dawnej kultury i świadomości społeczno-politycznej, a także i swoją pierwszą kulturę marksistowską. Po drogach i ulicach chodziły watahy marksistów „prawdziwie postępowych” i wołały: precz z kulturą, precz z religią, precz z przeszłością narodową, precz z miłością społeczną, a zatem: niszcz, burz, bij, zabijaj, a stworzysz nowy, szczęśliwy świat komunistyczny. I w imię postępu zostały zamordowane setki tysięcy niewinnych ludzi. Podobnie było w Kambodży. Historia jest często wstrząsana podobnymi rewolucjami, a nowożytne są jakby udoskonalonym potomstwem rewolucji francuskiej.

Podobną rewolucję podjął teraz postmarksistowski liberalizm, któremu też towarzyszy przelew krwi, choć nie na ulicach, a tylko w rzezi nienarodzonych, w eutanazji, w niedowładzie służby zdrowia i w in vitro. I tak różne grupy ludzi „postępowych” chcą zburzyć u nas cały tysiącletni dorobek państwa polskiego, razem z Kościołem. Tyle wysiłków, tyle prac, tyle walk o przetrwanie, tyle przelanej krwi w walkach o wolność, tyle cierpień, tyle ofiar dla Narodu, tyle dzieł wychowania, kultury, talentów, literatury, języka, ducha, tyle dzieł miłości i piękna budowy domu naszego… I to wszystko ma być zburzone, odrzucone i podeptane? Mamy się wyrzec naszej tożsamości, wolności i samorządności na rzecz jakichś złych i pomylonych rzeczników bezdusznych ideologii? Przecież skrajny liberalizm doprowadzi niechybnie przez kontrę do totalitaryzmu.

Jest to już nie tylko żądza – rozwijająca się ciągle – zniszczenia, Kościoła, jak mówią: „rzymskiego”, lecz także dążenie do zniszczenia Polski. A co może znaczyć druk urzędowy z podpisem premiera nr 1066 z dnia 18 stycznia 2013 r., będący projektem ustawy o możliwości wzywania obcych sił do Polski, może tak jak kiedyś komuniści węgierscy i czechosłowaccy, no i polscy wzywali Sowietów na pomoc w ciemiężeniu swoich braci? „Dotyczy to – czytamy – sytuacji, w których Rzeczpospolita będzie potrzebować międzynarodowej pomocy w postaci interwencji odpowiednich służb w przypadkach ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego” („Do Rzeczy”, 11-17.02.2013). Czy przypadkiem nie chodzi tu o pacyfikacje marszów „Solidarności”, w obronie Telewizji Trwam i niepodległościowych 11 listopada? Nasza bowiem policja i wojsko mogą odmówić rozpędzania siłą takich demonstracji, a przede wszystkim mogą nie chcieć używać broni palnej. A może PO nie zechce oddać władzy nawet po przegranych wyborach, bo tak i jej może nakazać UE? Polacy bowiem mogą chcieć utrzymać żywy i mocny Kościół katolicki, który jest solą w oku ateistom unijnym i światowym. Wszystko jest możliwe, bo niektórzy ludzie u nas wypowiadają się i piszą bardzo groźnie o Kościele i pozostają bezkarni.

3. Społeczny odruch samobójczy

Dawne ludy i narody tętniły życiem, choć często walczyły między sobą. Dziś trend walki i zabijania przybrał charakter społecznego samobójstwa na kształt społecznej i państwowej eutanazji: broń masowej zagłady, rzeź nienarodzonych, zabijanie niepełnosprawnych, eugenika, umyślne zmniejszanie populacji, celowo nieskuteczne ratowanie chorych i starych i szeroka eutanazja, słowem – państwa stają się niemal klinikami antynatalistycznymi i eutanazyjnymi. Idzie się jeszcze dalej: likwiduje się źródła życia – płciowość, małżeństwo, rodzinę, płodność, i szerzy się bezżenność, małżeństwa homoseksualne, media uczą najrozmaitszych sztuk zabijania, słowem – życie ludzkie traktuje się na równi ze zwierzęcym albo jeszcze niżej, bo niektóre zwierzęta są pod ścisłą ochroną i bywają płodzone dosyć naturalnie, przez inseminację, człowieka natomiast coraz częściej produkuje się „na szkle” (in vitro). Przy czym zwolennicy tych rzeczy są z reguły nielogiczni i perfidni. Oto Komitet Praw Dziecka przy ONZ każe likwidować „okna życia”, bo „dzieci nie będą znały swoich rodziców”, lepiej już wyrzucić je na śmietnik. A jednocześnie Komitet ów popiera mocno in vitro, gdzie utajnione jest ściśle pochodzenie nasienia – u nas przeważnie sprowadzanego z banków skandynawskich – a i komórka jajowa bywa dla rodzącej obca. Kto jest wtedy ojcem i matką? Jeden mężczyzna może być ojcem setek czy więcej dzieci i pozostaje anonimowy. Trzeba też zwrócić uwagę, że ten typ „produkcji” niszczy całkowicie osobowość dziecka, jego geneza jest przestępcza, nie ma ono żadnych więzi z innymi, nie ma krewnych ani prawdziwych rodziców i staje się absolutnie ksenofobiczne w stosunku do wszystkich. A czy z kolei ono będzie miało swoje dzieci, czy in vitro będzie musiało być kontynuowane? Aż do całkowitego szaleństwa?

I jeszcze dwie migawki z mentalności. Pierwsza to rozpusta młodych, choćby mieszkanie studentki i studenta w jednym pokoju bez ślubu. Rodzice boją się zwracać uwagę swoim dzieciom, bo w dzisiejszej mentalności mogą je stracić. Druga migawka to sprawa perfidii liberałów, jakże oni się chwalili, że są wielkimi ksenofilami (miłośnikami obcych) wobec szlachetnego posła Johna Godsona, metodysty i Murzyna. Ale kiedy on opowiedział się za nauką Biblii w sprawach seksu i rodziny, to ci wielcy liberałowie zaczęli wołać, żeby go wyrzucić i z PO, i z Polski. To też są oznaki zmierzchu normalnego państwa.

4. Duży spadek demograficzny

Ciekawe, że już wybitny historyk grecki i rzymski z II wieku przed Chrystusem – Polibiusz (zm. ok. 118), zauważył, że Grecy i Rzymianie mają coraz mniej dzieci w miastach nie z powodu ubóstwa, lecz z powodu luksusu, chęci wygodnego życia i hedonizmu. W upadających bogatych społeczeństwach upadły obyczaje przodków, pojawiły się: styl życia bardzo wygodny, szukający samych przyjemności i bez ciężkiej pracy, żądza zdobywania pieniędzy i ziemi, luksusowe urządzanie domów i siedzib, wyrafinowane, także homoseksualne formy życia, nieustanne ucztowanie i pasjonowanie się walkami zabijających się gladiatorów. Masowo wyzwalano się z obowiązków rodzinnych, zwłaszcza wychowywania dzieci, i kierowano się niechęcią do zawierania małżeństw, a zawarte chętnie rozwiązywano. Taki Marek Antoniusz, jeden z triumwiratu, był w ciągu 18 lat pięć razy żonaty, zupełnie jak dziś niektórzy prezydenci, premierzy czy aktorzy. Jednocześnie rozwinął się pewnego rodzaju feminizm. Wzrosła bardzo rola kobiet w życiu politycznym opierająca się nie tyle na racjach państwowych, co raczej pełna intryg, rozgrywek, nienawiści, złośliwości, osobistych animozji i podżegań do mordów politycznych (por. M. Jaczynowska, Historia starożytnego Rzymu, Warszawa 1979, s. 190 nn).

Coś takiego właśnie dokonuje się dziś w Europie Zachodniej. Tym razem jednak spadek demograficzny jest zamierzony przez inżynierów „nowego życia”. Na przykład prof. Dennis L. Meadows powiedział w roku 1973: „Jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie zbyt duży przyrost ludności, 15 milionów gwarantowałoby równowagę” („Nasz Dziennik”, 17-18.11.2012). Jeżeli chodzi o Grecję i Rzym, to tam ubytek ludności był wyrównywany przez napływ ludów sąsiednich i nabór niewolników. U nas rolę tę odgrywają również imigranci z krajów ubogich lub totalitarnych oraz pracownicy okresowi, jednak z czasem wszyscy przybysze przekształcają społeczeństwo autochtoniczne tak, że po dłuższym czasie staje się ono już w całości inne. I to jest proces upadku.

Jest też charakterystyczne, że społeczeństwo żyjące w luksusach, a o malejącej demografii, traci też silną armię, słabi są żołnierze i brakuje wielkich wodzów. Rzym w takiej sytuacji musiał angażować w wielkiej mierze barbarzyńców i brać na najwyższych dowódców Germanów, takich jak Arbogast (IV w.) – Frank, Ardabur Aspar (V w.) – Alan, Ricimer (V w.) – Sweb i inni. I tak przy zbyt niskiej populacji państwa giną gospodarczo, politycznie, kulturowo i biologicznie.

5. Upadek religijności

Duszą konkretnych społeczeństw, siłą duchową, motywacją i bazą moralności była i jest religia, choćby poszczególne większe społeczności miały swoją religię. Wielu ludzi uważa, że dziś mimo wszystko religijność się rozwija, ale obawiam się, że jest to rozumowanie „bohaterskie”. Faktycznie jest źle i coraz gorzej. Religia i religijność rozwijały się, ożywiały i personalizowały człowieka w czasach ciężkich, w czasach kataklizmów, wojen, klęsk i nieszczęść, były natchnieniem dla literatury i sztuki, a także mądrością życiową. Jednak w okresie dekadencji moralnej społeczeństwa, zwłaszcza warstw wyższych, bardzo się spłycają, stają się folklorem tradycji i przegrywają w starciu z potężnymi dziś mediami ateizującymi, z wrogą kulturą, sztuką, literaturą, propagandą i ogólną mentalnością. Dziś to, co religijne, w życiu bieżącym jest odsuwane z góry na bok, nawet studenci teologii nie chcą, żeby im mówić na tematy religijne, wolą takie tematy jak seks, sport, technika, podróże, historia innych religii.

Przy tym jest wielka niekompetencja w omawianiu tematów religijnych. Weźmy temat Kościoła. Samo zainteresowanie Kościołem bardzo cieszy. I jego krytyka, nawet surowa, byłaby bardzo pożyteczna. Ale, niestety, jest ona prowadzona w ogólności z zaciekłą nienawiścią, arbitralnością. Tak wielu wypowiedzi i sądów głupich, niekompetentnych i bzdurnych nie słyszałem na żaden inny temat społeczny, może z wyjątkiem skrajnego feminizmu. Dziwne zatem, że liberalistycznym poglądom na Kościół ulega coraz więcej duchownych, którzy chcą się popisywać w mediach „postępowością”. Na przykład pewien znany dominikanin, mający przecież wykształcenie filozoficzne i teologiczne, rozumie Kościół katolicki nie jako ukształtowany autorytatywnie w swym rdzeniu przez Chrystusa, Objawienie i Apostołów, lecz jako pewien klub dyskusyjny, gromadzący w sobie wierzących, inaczej wierzących i niewierzących, a każdy z nich miałby mieć taki sam autorytet jak Chrystus. Z dysputy nie ukształtuje się żaden Kościół, nawet w sferze czysto ziemskiej. Poza tym dyskutuje się twórczo tylko z ludźmi dobrej woli, choćby byli ateistami, według ks. abp. Marka Jędraszewskiego „Z diabłem się nie dyskutuje” (Aspekt Polski, nr 184). Niezły popis niekompetencji dali też K. Bem i J. Markowski („Gazeta Wyborcza”, 16-17.02.2013), którzy proponują, by biskupi napisali na Wielki Post taki list, w którym opisaliby swoje rzekome błędy i grzechy, zrównali się z najgorszymi mętami społecznymi i przeszli do posługiwania w domach opieki społecznej, wtedy byliby „prawdziwymi biskupami”. Czy takie pisanie jest mądre?

Co do Kościoła, to z naszej strony trzeba powiedzieć jeszcze jedno. Otóż zaznaczają się dwa stanowiska co do dyscypliny społecznej w Kościele. Według jednych, Kościół ma być jak kosz na śmieci, gromadzący wszystko w sobie bez wspólnego mianownika, a według drugich – Kościół ma mieć silny odruch wymiotny, by wyrzucać z siebie natychmiast każdego grzesznego lub błądzącego, zwłaszcza duchownych. Otóż Kościół – co wspaniale określili św. s. Faustyna i bł. Jan Paweł II – jest przede wszystkim Chrystusem Miłosiernym, który chce zbawiać każdego, przede wszystkim grzeszników, ale przez ścisłą komunię miłości jednoczącej. W rezultacie, kto u nas walczy nienawistnie z Kościołem, jak KRRiT, to walczy w konsekwencji z całym społeczeństwem polskim.

6. Ogólny upadek moralności społecznej

Łamanie norm etycznych zawsze było i zapewne będzie, ale w przeszłości, nawet w marksizmie, uważano to za zło i kryto się z tym. Dziś natomiast w ideologii panującej i w sferach „wyższych” sytuację odwrócono i albo zło uznaje się za dobro, albo w ogóle odrzuca się wszelkie obiektywne normy etyczne. Podobnie przewartościowano po cichu także kategorie prawne. Na przykład ogólnie przyjmowano pierwszeństwo większości przed mniejszością w życiu społeczno-politycznym. I tak wypowiedział się niedawno były prezydent Lech Wałęsa. Ale okazało się, że on już nie chwyta zasad „dzisiejszej demokracji”, w której właśnie mniejszość musi być chroniona i ma pierwszeństwo przed większością. Musiał się zatem mocno zdziwić, gdy cały świat „postępowy” zawył, kiedy powiedział, że heteromałżeństwa mają pierwszeństwo przed związkami gejowskimi. Zresztą i ogół naszych polityków nie wie, że w „demokracji” dzisiejszej to mniejszości i nawet „jednostki egzotyczne” mają pierwszeństwo przed większością i całością.

Tymczasem łamanie norm etyki klasycznej dokonuje się dziś na ogólną skalę i niemal we wszystkich dziedzinach: w gospodarce, w handlu, w polityce, w bankowości, w kulturze, sporcie, nauce, budownictwie, służbach społecznych, urzędach, samorządach itd. Ot, np. w pewnym mieście na Śląsku – w Nysie, są trzy gimnazja. Samorząd SLD chce jedno rozwiązać z powodów finansowych. Wybiera najlepsze. A dlaczego? Bo nosi imię Armii Krajowej i wychowuje w duchu patriotycznym. I nie ma odwołania. Państwo upadające już z niczym sobie nie radzi, a trochę i nie chce sobie radzić, bo ma być liberalne, czyli „wszystko wolno”. Jak mówi Jarosław Kaczyński, rząd nawet nie respektuje Konstytucji w kilku punktach. I to jest właśnie jeszcze jeden symptom zmierzchu państwa polskiego.

Odrodzenie społeczeństwa polskiego w całości będzie bardzo trudne. Wprawdzie od pradawna były postacie, które potrafiły odrodzić swoje państwa, jak Gudea, władca królewski Lagaszu w Sumerze (2144-2124 przed Chr.), Ur-Nammu, król sumeryjskiego Ur (2113-2096 przed Chr.), faraonowie egipscy Amenemhatowie (od 1976 do 1896) i Amenofis IV Echnaton (1351-1335 przed Chr.), jak Solon (ok. 635-560 przed Chr.) i Perykles (ok. 500-429 przed Chr.) w Atenach, jak cesarz indyjski Aśoka (ok. 264 – ok. 227 przed Chr.), jak Shi Huangdi („Pierwszy Cesarz”, 259-210 przed Chr.) w Chinach, jak Gajusz Juliusz Cezar (100-44 przed Chr.) i jego siostrzeniec Oktawian August (44 – przed Chr. – 14 po Chr.) i wielu innych na świecie, ale byli to ludzie bardzo wybitni, uzdolnieni, przy tym monarchowie, stratedzy i wodzowie, mający za sobą silne zaplecze. U nas nawet geniusz nie będzie miał zaplecza, bo wszystko jest rozbite i zbałamucone, a wybory to gra wielce bałamutna w dzisiejszej sytuacji medialnej.

***

U nas w Polsce jest jeszcze jeden symptom słabości i niemocy społecznej, a mianowicie rezygnacja katolików z kształtowania normalnego i sprawiedliwego państwa. Zostawili oni państwo innym. I doszło do tego, że czterej członkowie KRRiT mogą przeciwstawić się, postępując niesprawiedliwie, ogółowi społeczeństwa katolickiego, kpiąc sobie z jego praw obywatelskich. Z ich wypowiedzi, działań, złośliwości i pogróżek wynika jasno, że nie przyznają oni – z błogosławieństwem prezydenta, premiera i rządzących ateistów społecznych, a także niewątpliwie i ośrodków zagranicznych – miejsca na multipleksie Telewizji Trwam i to pod perfidnym pretekstem, że jest to tylko sprawa o. Tadeusza Rydzyka, a nie Kościoła polskiego i wszystkich polskich katolików. Wiadomo, że przecież ateistyczni stratedzy UE chcą, żeby Kościół w Polsce został wyciszony, obezwładniony, a ostatecznie zniszczony, gdyż w nowoczesnym państwie nie ma miejsca na żywy Kościół. Przy tym i nasze władze i różni politycy uważają nas, katolików, za niemrawców i idiotów, którzy nie rozumieją życia społecznego i politycznego i o nic się nie upomną w sposób zorganizowany. Toteż wszyscy ateiści społeczni, liberałowie, socjaliści kpią sobie z nas publicznie i ciągle bezkarnie nas opluwają, o wszelkie zło oskarżają kłamliwie i odbierają nam coraz więcej należących się nam uprawnień. Okazuje się, że dały się ogłupić niewielkim grupom oszołomów nie tylko społeczeństwa Niemiec, Rosji, Chin, Kambodży, ale czynią to samo i polscy katolicy.

Przychodzą na myśl słowa św. Pawła skierowane niewątpliwie i do nas: „Znosicie to, że was ktoś bierze w niewolę, że was objada, wyzyskuje, że was z góry traktuje, że was policzkuje” (2 Kor 11, 20). Potrzeba nam zatem działań także pozasłownych. Jeżeli dziś oddamy należącą się nam z prawa naszą katolicką telewizję, to jutro będziemy musieli opuścić także wszystkie szkoły i uczelnie, a pojutrze będziemy musieli zredukować nasze media do minimum i w ogóle nie będzie nam wolno, właśnie jako katolikom, brać żadnego udziału w całym życiu publicznym, bo do tego ostatecznie wszystko zmierza.

NASZ DZIENNIK 2013-03-22

Trwać przy Prawdzie.. uratować Polskę przed zaborcą naszego ducha.. i naszych dóbr materialnych.. to nasze zadnie..

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 10 kwietnia 2013, 05:43

Zapomniany gest Prezydenta


Pomysł tej wizyty zrodził się wiosną 2007 roku. Kwietniowe uroczystości związane z rocznicą zbrodni na polskich oficerach odbywały się głównie w kraju. Prawdopodobnie to wtedy prezydent postanowił uczcić ich pamięć w miejscu najbardziej symbolicznym: w Katyniu.

Data też była symboliczna: 17 września. Maciej Łopiński, wówczas sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, prowadził razem z wiceministrem spraw zagranicznych Pawłem Kowalem rozmowy z Rosjanami na temat wizyty w Katyniu. Chodziło nie tylko o możliwość odwiedzenia Polskiego Cmentarza Wojennego, ale także o przełamanie politycznego impasu w relacjach z Rosją.

Kaczyński na początku kadencji oczekiwał, że po wielu wizytach Aleksandra Kwaśniewskiego w Rosji teraz to rosyjski prezydent powinien przyjechać do Polski. Wprawdzie mianowanie ministrem spraw zagranicznych byłego ambasadora w Moskwie Stefana Mellera odczytano jako gest przyjazny, ale i tak Moskwa wprowadziła rujnujące dla setek naszych firm embargo na polskie mięso, a potem także produkty roślinne. Trwała budowa Gazociągu Północnego, a Rosja pod koniec 2006 r. zakręciła Ukrainie kurek z gazem na tak długo, że odczuły to państwa zachodnie.

Wzajemne stosunki uległy praktycznie zamrożeniu. Wprawdzie w 2006 r. w Polsce był raz szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, a wcześniej Anna Fotyga spotkała się z nim w Moskwie, ale rozmowy nic nie dały. W efekcie Polska była zmuszona zaangażować w problem całą Unię Europejską. Niestety, nikt nie palił się do okazywania europejskiej solidarności i Warszawa musiała zdecydować się na krok dość radykalny: weto blokujące negocjacje w sprawie porozumienia o partnerstwie i współpracy UE z Rosją (PCA). W 2007 r. przywódcy unijni (przewodniczący KE José Manuel Barroso i kanclerz sprawujących prezydencję unijną Niemiec Angela Merkel) byli zmuszeni podnieść kwestię polskiego eksportu do Rosji na szczycie w Samarze.

Polska zintensyfikowała w tym czasie współpracę z państwami obszaru postsowieckiego, przede wszystkim z Litwą, Ukrainą i Gruzją. Świadczy o tym liczba wizyt polskiego prezydenta w tych państwach; odpowiednio szesnaście, dziewięć i siedem. To też drażniło Moskwę. W czerwcu 2007 r. prezydent USA George W. Bush zaoferował modernizację polskich sił zbrojnych w zamian za instalację elementów tarczy antyrakietowej na naszym terytorium. Reakcją ówczesnego premiera Władimira Putina było oświadczenie, że Moskwa skieruje swoje rakiety na cele europejskie. Premier Jarosław Kaczyński porównał tę groźbę do zachowania Nikity Chruszczowa podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku.

W takiej atmosferze toczyły się rozmowy Łopińskiego z rosyjskim ambasadorem Władimirem Grininem. – Prezydent nie był rusofobem, jak o nim niektórzy mówili. Uważał, że nie ma powodu, byśmy mieli złe stosunki z Rosją. Nie robił nic, żeby te stosunki były złe, wręcz przeciwnie. Ale dla niego dobre relacje to znaczy partnerskie. Uważał, że powinniśmy bez kompleksów i zahamowań zabiegać o naszą pozycję – komentuje Łopiński.

Rosjanie w końcu zgodzili się na przylot Kaczyńskiego do Smoleńska i jednodniową wizytę. – Staraliśmy się, żeby był obecny także wysoki przedstawiciel Federacji Rosyjskiej. Tak zawsze powinno być i dyplomacja powinna zabiegać o jak najwyższy prestiż wizyty. Była ona przecież składana formalnie i oficjalnie. W świętym dla nas miejscu, ale na terytorium Federacji Rosyjskiej – mówi Anna Fotyga, wtedy szefowa polskiej dyplomacji. Z punktu widzenia Rosjan data 17 września nie wyglądała najlepiej. W połowie sierpnia Rosjanie zakomunikowali, że prezydenta Dmitrija Miedwiediewa będzie reprezentować przedstawiciel średniego szczebla, pełnomocnik do spraw Centralnego Okręgu Federalnego Gieorgij Połtawczenko, bliski Putinowi długoletni oficer KGB, obecnie gubernator Sankt Petersburga.

Czytelne słowa

W dwustuosobowej delegacji znalazły się późniejsze ofiary katastrofy smoleńskiej. Poza samą parą prezydencką w Katyniu byli wówczas m.in. minister obrony narodowej Aleksander Szczygło, szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor, biskup polowy gen. Tadeusz Płoski. Kaczyński w przemówieniu nad grobami zamordowanych przez NKWD Polaków nazwał wyraźnie zbrodnię katyńską ludobójstwem. I wezwał do pojednania. –Ludzi, którzy dziś rządzą Rosją i Polską, nie było wtedy na świecie, a jeżeli byli, to byli małymi dziećmi i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za tamte wydarzenia – to jest zupełnie jasne. Mamy dziś demokratyczną Polskę, mamy zupełnie inną Rosję, nie ma Związku Radzieckiego, nie ma komunistycznego totalitaryzmu. Musimy więc myśleć również o przyszłości w imię dobrych losów naszych dzieci i wnuków – z tym się zgadzamy, ale zgadzamy się też z tym, że na przeszłość należy spojrzeć spokojnie, z rozwagą, ale też z szacunkiem dla prawdy, nawet jeżeli jest ona tragiczna. Nasz kraj chce dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami i zdaje sobie sprawę z roli, jaką w Europie i w skali globalnej odgrywa Federacja Rosyjska. Nie zamierzamy tego kwestionować, w naszym interesie są dobre relacje – mówił prezydent.

Wizyta w Soborze Uspienskim

Szczególnym gestem skierowanym w stronę Rosjan była wizyta w smoleńskim Soborze Uspienskim (czyli Zaśnięcia Matki Bożej). Górującą nad miastem świątynię wzniesiono jako wotum za odzyskanie Smoleńska z rąk Polaków w 1654 roku. W cerkwi znajduje się jedna z najbardziej czczonych ikon rosyjskiego prawosławia: Matki Bożej Smoleńskiej. Lech Kaczyński odwiedził Sobór, zapalił świecę przed wizerunkiem Bogurodzicy i ofiarował w darze jego polski odpowiednik – kopię ikony Matki Bożej Supraskiej. – Ta ikona odgrywa bardzo istotną rolę dla ziemi białostockiej i całego prawosławia w Polsce. Jest wokół niej bardzo żywy kult. Jej święto w sierpniu zawsze przyciąga rzesze wiernych. To ikona typu hodegetria, czyli taka, w której Maryja wskazuje ręką na Chrystusa – drogę [gr. hodos] prowadzącą do Ojca i do Nieba. Ma ona oryginalny kolor jasnoniebieski szat Maryi i gwiazdy na ramionach, czole, w aureoli i koronie – tłumaczy ks. Henryk Paprocki, rzecznik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Wizerunki Maryi z Supraśla i Smoleńska są niemal identyczne. Historycy spierają się o to, czy w Polsce jest kopia smoleńskiej ikony z XV w., czy też obie pochodzą z jeszcze innej, starszej, zaginionej ikony. – Według tradycji był to dar właśnie biskupa smoleńskiego Józefa Sołtana z przełomu XV i XVI wieku. Myślę, że prezydent kierował się tym bardzo istotnym faktem łączności Supraśla ze Smoleńskiem, a więc w pewien sposób i z tragedią katyńską – dodaje duchowny.

Gest Kaczyńskiego jest niemal zapomniany. – Rosjanom Lech Kaczyński kojarzy się źle, z Gruzją. Kiedy im mówię o tym, na co się wtedy zdecydował, są naprawdę zszokowani i pozytywnie zaskoczeni – mówi pracujący od lat w Rosji polski dyplomata. Kaczyński nawiedził Sobór świadomy antypolskiej wymowy historii jego powstania. – To był pomysł samego prezydenta. Tak jak jego pomysłem było, żeby w ogóle polecieć wtedy do Katynia – zapewnia Łopiński.

Dziś ikona przechowywana jest w małym muzeum przy cerkwi Zmartwychwstania Pańskiego w Katyniu. Budowa prawosławnej świątyni w pobliżu katyńskiego memoriału budziła spore kontrowersje. Rosjanie złagodzili je trochę, ozdabiając wnętrze ikonami, m.in. Matki Bożej Częstochowskiej, i wizerunkiem prawosławnego kapelana Wojska Polskiego Szymona Fiedorenki, ofiary zbrodni katyńskiej. Mała ekspozycja znajduje się w piwnicy. Poświęcona jest głównie komunistycznym represjom wobec cerkwi prawosławnej. Najwięcej jest tam eksponatów związanych z arcybiskupem smoleńskim Serafinem, zabitym razem z 77 innymi osobami w Katyniu 8 grudnia 1937 roku. Między nimi znalazł się dar polskiego prezydenta i jeszcze inna ikona, którą 11 kwietnia 2011 r. podarował cerkwi Miedwiediew. Mało kto jednak zagląda do podziemi cerkwi w Katyniu. Ikona podarowana przez Lecha Kaczyńskiego leży blisko miejsca, które dla niego było tak ważne. Blisko pomordowanych polskich oficerów. I teraz też blisko miejsca śmierci prezydenta polskiego państwa. Jednocześnie zapomniana jest jego przemyślana, spójna i dalekowzroczna polityka wobec Wschodu i Rosji.

Piotr Falkowski

NASZ DZIENNIK 2013-04-10

I wydano wyrok.. na Prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego.. i delegację..

ODPOWIEDZ