Z Naszego Dziennika

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 21 kwietnia 2013, 07:54

Ultimatum Sorosa

Prof. Tadeusz Marczak


Paradoksalnie euro, które służy wdrażaniu niemieckich planów politycznych, w rozgrywce międzynarodowej finansjery może zostać użyte jako instrument niweczenia niemieckiego projektu imperialnego.

9 kwietnia bieżącego roku znany finansista amerykański żydowsko-węgierskiego pochodzenia George Soros, przemawiając na uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem, przedstawił niemieckiemu audytorium swoją analizę kryzysu w strefie euro i propozycję wyjścia z patowej sytuacji. Propozycja ta wymaga rozwiązania dylematu: albo wyjście Niemiec ze strefy euro, albo niemiecka zgoda na euroobligacje.

Soros, który w wystąpieniu kwietniowym w dużej mierze nawiązywał i powtarzał swoje tezy z września 2012 roku, mówił, że niemieckiej opinii publicznej trudno jest zrozumieć fakt, iż Niemcy narzucają Europie fałszywą politykę. Dzieje się tak dlatego, że gospodarka niemiecka nie jest w kryzysie, a nawet korzysta na kryzysie w strefie euro. Jednak polityczna i społeczna dynamika prowadzi w kierunku katastrofy. Podkreślał, że przyczyny kryzysu w strefie euro nie leżą po stronie zadłużonych krajów południowej Europy, ale wynikają z fatalnego błędu, który legł u genezy wspólnej waluty. Poprzez utworzenie niezależnego Banku Centralnego państwa członkowskie zadłużały się w walucie, która nie daje się kontrolować. W ten sposób kraje zadłużone z południowej Europy znalazły się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znajdują się kraje Trzeciego Świata, również zadłużone w walutach obcych, na których kurs nie mają żadnego wpływu. W konsekwencji w strefie wspólnej waluty euro dokonał się dramatyczny podział na kraje wierzycielskie i kraje dłużnicze. Podział ten pogłębia się, a sytuacja krajów zadłużonych pogarsza się, co jest skutkiem dotychczasowej polityki Berlina.

Finansista apelował zatem o przyjęcie nowej polityki, która będzie realizowała następujące założenia: po pierwsze, ustanowienie bardziej równoprawnych stosunków między krajami wierzycielskimi a krajami dłużnikami, co oznacza, że te drugie na mniej więcej równych warunkach mogłyby refinansować swoje zadłużenie. Po drugie, przyjęcie jako celu 5 proc. wzrostu gospodarczego, żeby Europa mogła likwidować swoje zadłużenie drogą wzrostu gospodarczego – to zaś wymagałoby dopuszczenia wyższej inflacji niż ta, którą skłonny jest tolerować Bundesbank.

Euroobligacje lub wyjście ze strefy euro

Zdaniem Sorosa, jeśli właściwie zrozumie się genezę kryzysu w strefie euro, to rozwiązanie nasuwa się praktycznie samo i zawiera się w jednym słowie: euroobligacje. Istotą tej propozycji jest to, że gwarantem ich emisji byłaby cała strefa euro, a nie poszczególne państwa. Poprawiłoby to zbywalność obligacji państw dłużników.

Przeciwko euroobligacjom zdecydowanie wypowiedziała się kanclerz Niemiec Angela Merkel. W czerwcu 2012 roku na spotkaniu z frakcją parlamentarną FDP oświadczyła, że nie zaakceptuje tego pomysłu, „dopóki żyje”. Może w tej sprawie liczyć na poparcie niemieckiej opinii publicznej karmionej mitem Niemiec „głównego płatnika netto do kasy UE”, który to mit pracowicie upowszechniany jest przez niemiecką agenturę wpływu także w innych krajach europejskich. Euroobligacje przyjmowane są więc jako kolejne, nieuzasadnione obciążenie niemieckiego podatnika.

„Niemcy mają prawo odrzucić euroobligacje – stwierdza Soros – ale nie mają prawa przeszkadzać zadłużonym krajom, które chciałyby wyjść ze swoich tarapatów poprzez emisję euroobligacji. Jeśli Niemcy nie chcą euroobligacji, to powinny rozważyć opuszczenie strefy euro”.

Konsekwencje takiego kroku byłyby, według niego, niesłychanie pozytywne. We wrześniu 2012 roku mówił, że wyjście Niemiec ze strefy euro automatycznie rozwiąże wszystkie, dotychczas wydawałoby się nierozwiązywalne problemy pozostałych w niej krajów. W kwietniu 2013 roku argumentował, że kiedy Niemcy opuszczą strefę euro, to waluta ta ulegnie dewaluacji, kraje zadłużone odzyskają konkurencyjność, ich długi relatywnie się zmniejszą, a emisja euroobligacji usunie niebezpieczeństwo deficytu płatniczego. Takich pozytywnych rezultatów nie można by oczekiwać po wyjściu z obszaru wspólnej waluty np. Włoch, zadłużonych na 2 biliony euro. Wręcz przeciwnie, ich długi okazałyby się zbyt wysokie do uregulowania, a więc musiałyby zostać zrestrukturyzowane, a to groziłoby powstaniem chaosu w międzynarodowym systemie finansowym. Podobnie byłoby w wypadku opuszczenia eurostrefy przez inne kraje. Ich konkurencyjność poprawiłaby się dzięki własnej walucie, ale ich zadłużenie niepomiernie by wzrosło wskutek dewaluacji własnej waluty w stosunku do euro. Tak więc jeśli ktoś miałby występować ze strefy euro, to powinny to być Niemcy, a nie np. Włochy.

Soros nie ukrywał, że opuszczenie strefy euro przez Niemcy będzie oznaczało dla nich straty. Ich eksport kierowany do tych krajów stanie się mniej konkurencyjny, a ich wierzytelności wobec spadku wartości euro stracą znacznie na wartości. I chociażby dlatego powinny one przystać na pomysł euroobligacji.

Kontynuacja

Kontynuacja dotychczasowej polityki Berlina wobec zadłużonych krajów południa Europy doprowadzi, według Sorosa, do tego, że na zasadzie efektu domina kolejne kraje padać będą ofiarą kryzysu, aż w końcu dotrze on do Niemiec. Na ekonomiczną nieskuteczność forsowanej przez Berlin polityki „ratowania” zadłużonych krajów Południa zwraca uwagę także prof. Wolfgang Merkel z Uniwersytetu Humboldta. Jak pisze, w krajach tych „wzrost gospodarczy dramatycznie się załamał, długi państwowe niebotycznie wzrosły, bezrobocie osiąga coraz to nowe rekordy”. Świadczą o tym liczby: w okresie między lutym 2012 roku a lutym 2013 roku bezrobocie wzrosło: we Włoszech z 10,1 proc. do 11,6 proc., w Hiszpanii z 23,9 proc. do 26,3 proc., a w Grecji z 21,4 proc. do 26,4 procent. Okazuje się zatem, że dyktat oszczędnościowy lansowany przez Berlin nie przynosi pozytywnych efektów południowo-europejskim krajom. Szkodzi on im w sferze gospodarczej, społecznej i kulturalnej. Przynosi jedynie krótkoterminowe korzyści krajom Północy z powodu ucieczki kapitału finansowego i ludzkiego z Południa na Północ.

Psychologicznym efektem polityki Berlina w kwestii euro jest wzrastająca niechęć, a nawet nienawiść wobec Niemiec obejmująca nie tylko szerokie masy społeczne, ale także elity krajów południowej Europy. Wolfgang Merkel uważa, że nastrojów tych nie należy w sposób lekceważący czy nawet arogancki nie dostrzegać. Przestrzega również, że Niemcom za ich politykę sabotowania alternatywnych planów oddłużeniowych prędzej czy później zostanie wystawiony rachunek. Najpóźniej wtedy, kiedy one same pogrążą się w kryzysie.

Jednakże George Soros uważa, że mało prawdopodobne jest, aby Niemcy same i niejako z własnej woli dokonały zmiany swej polityki wobec strefy euro. Musi nastąpić impuls z zewnątrz. Nadzieje takie wiąże z Francją, na czele której stanął prezydent François Hollande. Francja może nawiązać porozumienie z Włochami i Hiszpanią i stworzyć alternatywę wobec polityki Berlina.

Niemieckie imperium

Dlaczego zatem polityka taka jest kontynuowana? Decyduje o tym cel polityczny przyjęty przez ponownie zjednoczone Niemcy.

Niemiecki pisarz Ingo Schulze w trakcie spotkania z portugalskimi czytelnikami w Porto został zapytany, a pytanie to miało charakter twierdzenia: czy nie wydaje mu się, że obecnie Niemcy, przy pomocy euro, chcą osiągnąć te same cele, których w czasie wojny nie udało im się osiągnąć przy pomocy czołgów. Teza taka wprawiła pisarza w konfuzję, ale komentator „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc o roli euro w polityce niemieckiej i proponowanej przez Berlin unii fiskalnej, przestrzegał: „Niech nikt się nie oddaje iluzjom, że unia fiskalna ograniczy się tylko do spraw budżetu”, a to dlatego, że „pieniądz – zgodnie z prawem czy mimo prawa – jest głównym środkiem kształtowania polityki”.

Kropkę nad i stawiał brytyjski komentator Peter Oborne na łamach „The Telegraph”, pisząc, że kryzys w strefie euro służy Niemcom do budowy imperium według planów snutych jeszcze przez Bismarcka. Kraje południowej Europy: Grecja, Portugalia, ale także Hiszpania i Włochy, poddawane są procesowi dezindustrializacji (odprzemysłowienia), tracą swą suwerenność gospodarczą, a wraz z nią polityczną, przekształcają się w swego rodzaju kolonie stanowiące rynek zbytu dla przemysłu północno-europejskiego, szczególnie niemieckiego. W zamian dostarczają Północy surowce, płody rolne i tanią siłę roboczą.

W podobny, choć bardziej oględny sposób przedstawia perspektywy rozwojowe UE prof. Wolfgang Merkel w swojej analizie z 8 kwietnia 2013 roku. Kraje Południa nie tylko zostaną zdegradowane gospodarczo i politycznie, ale także zostaną poddane procesowi „oddemokratyzowania” (entdemokratisierung). Unia Europejska przekształci się w „technokratyczną wspólnotę”, na której czele stanie niemiecki mentor (Praeceptor Europae).

Od czasu swojego zjednoczenia Niemcy trzykrotnie usiłowały narzucić Europie własny model unii politycznej. Dwie z tych prób wiązane są z nazwiskiem Wolfganga Schaeublego, obecnego ministra finansów w rządzie kanclerz Angeli Merkel. Schaeuble zapowiada urzeczywistnienie swojego projektu w połowie 2013 roku. Według jego zamierzeń, kryzys w strefie euro ma przyspieszyć proces dochodzenia do scentralizowanego superpaństwa europejskiego. W tym względzie, jak zauważył amerykański analityk Tony Corn, Schaeuble i niemieckie elity kierują się doktryną Emanuela Rahma – byłego doradcy Baracka Obamy – głoszącą: „Nigdy nie należy pozwolić, aby jakiś poważny kryzys poszedł na marne” (never let a serious crisis go to waste). Przygotowują one dla UE technokratyczny, antydemokratyczny i antywolnorynkowy model zjednoczenia, a właściwie scalenia politycznego. Taką wizją kieruje się przede wszystkim Schaeuble – „najbardziej niebezpieczny człowiek w Europie” – jak go określiły niedawno „Deutsche Wirtschafts Nachrichten”.

Wall Street kontra Berlin?

Wątek politycznych planów Berlina nie został przez Sorosa poruszony. Czy jednak nie stanowi on głównej osnowy amerykańskiej postawy wobec UE? Już w czasie II wojny światowej klasyk geopolityki amerykańskiej Nicholas Spykman przestrzegał przed lansowaniem projektu zjednoczonej Europy, albowiem w takiej Europie Niemcy automatycznie zyskają rolę hegemona, co – równie automatycznie – podważy światową pozycję USA. Gdyby celem tej wojny miało być zjednoczenie Europy – pisał Spykman – to oznaczałoby, że Stany Zjednoczone walczą po niewłaściwej stronie.

Co prawda, we wrześniu 2012 roku Soros epatował Niemcy, wzywając je do objęcia w Europie roli hegemona, ale zaraz dodawał, że ma na myśli „dobrotliwego hegemona”, takiego, jakim w stosunku do Europy po II wojnie światowej były Stany Zjednoczone, oferując jej pomoc gospodarczą w postaci planu Marshalla. Niemcy zatem powinny powtórzyć ten krok, udzielając krajom południowej Europy pomocy na skalę planu Marshalla.

Propozycje Sorosa nie wywołały entuzjazmu w Niemczech. Sorosowskie ultimatum „euroobligacje albo wystąpienie ze strefy euro” jeden z obserwatorów określił jako wybór między dżumą i cholerą. Przy czym, jak zauważył, wybierając dżumę – i tak będziemy mieli zarówno dżumę, jak i cholerę. Inny podkreślał, że kraje południa Europy nie są już w stanie spłacać swoich długów. Euroobligacje będą więc sposobem przerzucenia tych zobowiązań na barki Niemiec.

Z sarkazmem określano go jako spekulanta giełdowego, który zgromadził majątek w wysokości 20 mld dolarów. Nie zapominano wszelako o tym, że jest on „człowiekiem, który pokonał Bank of England”, doprowadzając w 1992 roku do znacznej dewaluacji brytyjskiego funta, a była to tylko jedna z wielu jego akcji w świecie finansów, nie wyłączając podważenia pozycji marki zachodnioniemieckiej. Chiński analityk Song Hongbing rozwiewa jednak obraz Sorosa jako wolnego strzelca wśród światowej finansjery. W rzeczywistości, stwierdza, jest on ściśle powiązany z amerykańską elitą polityczną i finansistami z Wall Street, a szczególnie silne związki mają go łączyć z bankierskim domem Rothschildów. W porozumieniu z międzynarodową elitą finansową Soros wielokrotnie doprowadzał (bądź firmował swoim nazwiskiem) wielkie burze na światowych rynkach finansowych. O skali owych przedsięwzięć Hongbing pisze, co następuje: „Na początku lat osiemdziesiątych finansiści wywołali stan ’kontrolowanego rozpadu’ gospodarek Ameryki Łacińskiej i Afryki. Pod koniec lat osiemdziesiątych z sukcesem powstrzymali wzrost potęgi finansowej Japonii. Uzyskawszy kontrolę nad sytuacją w Azji, ich priorytetem znów stała się Europa, a zwłaszcza Europa Wschodnia i obszar byłego Związku Sowieckiego”.

O skutkach działań Sorosa w stosunku do Polski i innych państw naszego regionu przechodzących tzw. transformację ustrojową Chińczyk, naturalnie z pozycji sukcesu ekonomicznego swojej ojczyzny, wypowiada się następująco: „Polska, Węgry, Rosja, Ukraina – wszystkie te państwa kolejno dotknęła bolesna utrata własnego majątku, co doprowadziło do tego, że od dwóch dekad ich gospodarki wciąż nie mogą odzyskać sił”.

Czyżby zatem teraz na celowniku znalazły się Niemcy i kontrolowana przez nie eurostrefa? Czy Niemcy przystaną na sorosowskie propozycje? Już ukazują się szacunki mówiące o tym, że przyjęcie euroobligacji będzie kosztowało niemieckich podatników ok. 200 miliardów euro. Jeszcze większe koszty może wygenerować proponowana razem z euroobligacjami unia bankowa, która oznaczać będzie „uwspólnotowienie” długów banków południowej Europy, a są one zdecydowanie większe niż długi państw tego regionu. Soros w tej rozgrywce ma jednak pewien mocny argument. Jest nim przestroga – a może jest to as w rękawie? – że może dojść do dewaluacji waluty amerykańskiej i japońskiej, co doprowadzi do zachwiania pozycji Niemiec, jako czołowego eksportera świata, a wtedy nic już nie uratuje gospodarki niemieckiej przed recesją.

Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego.

NASZ DZIENNIK 2013-04-20-21

Bezwzględna walka globalnej finansjery żydowskiej i hegemona europejskiego Niemiec..

Wasalskie popieranie jednej czy drugiej opcji przez rządzących w Polsce nie gwarantuje sukcesów.. wręcz przeciwnie.. uzależnienia i wygasza państwo w każdym obszarze życia społecznego..

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 31 maja 2013, 11:58

Draka o pięć złotych
Karczemną awanturę zgotowała strażnikowi wilanowskich ogrodów Hanna Gronkiewicz-Waltz. Poszło o bilet za pięć złotych
Jak dowiedział się „Nasz Dziennik”, do żenującego incydentu doszło w niedzielę, 19 maja, późnym popołudniem. Jego świadkiem była pani Katarzyna, która czekała w kolejce do kasy biletowej Ogrodu Wilanowskiego.

– Pani prezydent nadeszła w towarzystwie trzech, może czterech osób. Chciała wejść na teren ogrodu, ale nie miała biletu. Pan z obsługi nie chciał jej wpuścić, argumentując, że nie ma takiego zapisu w regulaminie, który uprawniałby taką darmową wizytę. Na to ona odparła, że jest prezydentem Warszawy i może wejść – relacjonuje nasza rozmówczyni.

Nie wiadomo, czy prezydent Warszawy nie chciała stać w kolejce, czy też uznała, że gospodarzowi miasta i jego gościom „z urzędu” przysługuje darmowy wstęp do ogrodu. Tak czy owak, prominentny polityk partii rządzącej zagroziła pracownikowi ogrodu, że jeśli nie wpuści jej za darmo, będzie w jego sprawie „interweniować u samego dyrektora”."


Łącze:http://www.naszdziennik.pl/wp/34284,dra ... otych.html

No cóż, jest to sztandarowy przykład zachowania "wadzy", szczególnie tej spod znaku macy i czosnku!

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Kapłan musi być patriotą

Post autor: AnnaE » 9 czerwca 2013, 13:17

Z ks. bp. Antonim Pacyfikiem Dydyczem OFMCap, ordynariuszem drohiczyńskim, rozmawia Sławomir Jagodziński


Złoty jubileusz kapłaństwa skłania do refleksji nad swym powołaniem. Kiedy Ksiądz Biskup powiedział „tak” Panu Jezusowi?

– To „tak” nie było wypowiedziane tylko raz. Myślę, że to byłoby za mało. Ale pierwszy raz pod koniec szkoły podstawowej, wtedy spotkałem się z bardzo dobrymi przykładami kapłaństwa zakonnego. To byli ojcowie kapucyni, którzy odegrali ważną rolę w całym okresie powojennym w Polsce, organizując np. bardzo pięknie duszpasterstwo dzieci i młodzieży. Wielkie znaczenie dla rozwoju powołania miała też lektura. W pewnym momencie zacząłem bardzo dużo czytać. Bardzo istotna okazała się dla mnie książka Zofii Kossak „Bez oręża”, która ukazała św. Franciszka z Asyżu w bardzo ciekawym ujęciu. Wtedy właśnie zrodziło się też to imię zakonne, które obrałem: Pacyfik. Ono powstało dzięki św. Franciszkowi. Kiedy zgłosił się do niego słynny ówczesny trubadur, mówiąc, że chciałby coś ze swym życiem zrobić, „bo takie głośne”, to święty z Asyżu powiedział mu: „od tego dnia nazywasz się Pacyfik [„ten, który zaprowadza pokój”] i teraz żyj tak jak trzeba, po Bożemu”. Potem moim powołaniem właściwie pokierowali ojcowie. Znalazłem się w liceum biskupim w Lublinie. Następnie był nowicjat, seminarium duchowne w Łomży. Na każdym etapie formacji trzeba było potwierdzać tę wolę pójścia za Jezusem. Trzeba było powiedzieć „tak” przed tzw. małymi święceniami, subdiakonatem, diakonatem i wreszcie przed sakramentem kapłaństwa, który otrzymałem 29 czerwca 1963 roku.

Wspomniał Ksiądz Biskup o zafascynowaniu postacią św. Franciszka. Na ten franciszkański charyzmat już poprzez wybór imienia zwraca uwagę obecny Ojciec Święty. W jakim stopniu ten charyzmat radykalizmu ewangelicznego i ubóstwa jest potrzebny dziś Kościołowi i światu?

– Charyzmat franciszkański zawsze był potrzebny i będzie potrzebny. Dlaczego? Ponieważ nie jest to nic innego, jak po prostu żywa Ewangelia, Dobra Nowina, która jest przenoszona przez określone formy życia chrześcijańskiego. Święty Franciszek pokazał, jak bardzo można w swym życiu odzwierciedlić Ewangelię, jak bardzo można się zbliżyć do Jezusa. Mógłby powiedzieć o sobie to, co św. Paweł: „Teraz żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus”. Ten franciszkański charyzmat jest absolutnie nam dziś niezbędny. Jeżeli Ewangelia była i jest niezbędna dla świata, aby on mógł się rozwijać w duchu godności człowieka, to musi być ciągle na nowo odkrywana i głoszona. Święty Franciszek w czasach, w których żył, pokazał, że przekazując ideał chrześcijański, nie trzeba iść na konfrontację, ale bardziej skuteczne jest autentyczne i konsekwentne oddziaływanie ewangeliczne. My teraz też stajemy wobec takiej alternatywy, gdy przychodzą inni i głoszą takie czy inne poglądy. Powstaje pytanie: konfrontacja czy oddziaływanie ewangeliczne? W naszych czasach bardzo chętnie idziemy na konfrontację. I wtedy mówimy np. o kompromisie. Ale te nasze kompromisy oznaczają jakąś rezygnację. U św. Franciszka nie było rezygnacji. On z niczego ewangelicznego nie rezygnował. On chciał pokazywać to piękno, te wartości, jakie są w Ewangelii. Niestety w naszych walkach o różne sprawy często chodzi jedynie o zwycięstwo jako takie. A tak nie powinno być. Powinno chodzić o to, aby zakorzeniać wartości. I to doskonale robił św. Franciszek. A jaką sytuację mamy teraz w naszej Ojczyźnie? Permanentną konfrontację, chęć zmuszenia drugiej strony do zrezygnowania z czegoś lub narzucenia swojego zdania. To wszystko nie może się udać, jeśli nie ma dwóch stron, które rzeczywiście chciałyby w oparciu o analizę wartości, o prawdę godzić się na coś wspólnie.

W swych kazaniach Ksiądz Biskup bardzo często porusza sprawy dotyczące naszej Ojczyzny, problemów, które ją dotykają. Miłość do Polski, patriotyzm powinny chyba charakteryzować każdego kapłana?

– Nie wyobrażam sobie księdza, który nie byłby patriotą. Patriotyzm to ojcowizna, to dziedzictwo, to węzeł spinający przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Przecież przez patriotyzm rozumiemy zawsze wartości pozytywne, które istnieją w każdym społeczeństwie, w każdym narodzie i w każdym państwie. Dlatego też byłoby nie do zrozumienia, gdyby ksiądz nie był patriotą, nie żył tą wspólnotą, do której należy.

Jednak gdy kapłan w homilii da wyraz swej troski o Ojczyznę, piętnuje jakieś zło w życiu społecznym, politycznym, zaraz jest przez określone środowiska krytykowany…

– To dlatego, że nie mamy w Polsce zbyt wielu patriotów, a mamy bardzo wielu ludzi interesów, którzy na Ojczyźnie chcą zarabiać i tylko walczą o stanowiska. To jest bardzo przykre. Dawniej też były różne stronnictwa, konkurencyjne ugrupowania, ale jakieś godności otrzymywało się np. za przelanie krwi w bitwie, za jakieś szczególne zasługi dla Ojczyny, za to, że coś dla kraju dobrego się zrobiło, coś dało od siebie. Teraz jest odwrotnie. Nastawienie jest takie, aby od Ojczyzny jak najwięcej dla siebie wziąć. Tu się widzi, jak ta filozofia Bogusława Radziwiłła daje o sobie znać: Polska to takie sukno potężne, z którego trzeba odciąć coś dla siebie. To przykre. Chrześcijaństwo, Kościół katolicki jest jednak po to, aby było więcej heroizmu, także w miłości do Ojczyzny.

Widzimy, że często po uroczystościach kościelnych następuje fala krytyki wymierzona w jakiegoś biskupa czy księdza, że powiedział coś w kazaniu, co się komuś nie spodobało. To jest nacisk. Dlaczego te tendencje mają taką siłę? Po pierwsze, określone środowiska mają pieniądze, a po drugie, mają do dyspozycji media. Te dwie rzeczy się łączą. Niestety w Polsce mamy ciągle pozostałości dawnego systemu. Nie tak łatwo wyzwolić się ze złego. To jest choroba. Nasze państwo jest chore. Nie Naród, ale państwo. Ono ma swoje struktury, które absolutnie nie odpowiadają potrzebom naszego Narodu.

Przykładem tej choroby instytucji państwa jest też to, co dzieje się w sprawie multipleksu dla Telewizji Trwam.

– Ta sprawa jest problemem, który kompromituje nasz rząd, kompromituje cały czas naszą państwowość, która jest absolutnie zakłamana. Jak można mówić o wolności i jednocześnie nie reagować, gdy widzi się parę milionów podpisów pod protestami, ponad 160 manifestacji. A wszystko to przecież jest demokratycznym wyrażeniem woli. Państwo nie może się chować przed tym problemem, bo pokazuje, że jest jakimś sztucznym tworem, odłączonym od obywateli.

Ksiądz Biskup jest znany z poparcia dla katolickich środków przekazu. Czy współczesny ksiądz może ignorować wpływ mediów na dorosłego człowieka, na młodzież, na dzieci?

– Nie ma takiej okoliczności, która by na to zezwalała. Kapłan nie może ignorować jakichkolwiek wpływów na człowieka, także medialnych. Powinien je rozpatrywać, analizować. Jeżeli one pomagają w formacji, to je wspierać, jeśli nie – ostrzegać przed nimi. Media są dziś polem, którego nie można opuścić Kościołowi. Trzeba zawsze podkreślać, że środki społecznego przekazu to nie tylko środki informacji, ale też komunikacji. Media dalekie od duchowości chrześcijańskiej informują, ale one nie są zainteresowane, żeby informować obiektywnie. One informują tak, jak to odpowiada ich darczyńcom. Dlatego też w nich taka masa propagandy, masa reklam, które mogą szkodzić młodzieży, dzieciom. A Kościół podkreśla, że media powinny być środkami komunikacji społecznej. Komunikacja wzajemna łączy, nie dzieli. Ale to wymaga przygotowania, stworzenia odpowiedniego klimatu, atmosfery.

Dlaczego np. nie komunikuje się w mediach problemów związanych z kryzysem demograficznym. A przecież być może nasza zachodnioeuropejska cywilizacja w tej chwili skazuje siebie na zagładę! Na przykład te wielkie koncerny powinny być zainteresowane, żeby było więcej pracowników. Jest jednak inaczej. Dlaczego? Bo ich nie obchodzi Francuz, Włoch, Hiszpan czy Polak. Wolą do pracy mieć niewolników, którzy przyjadą z innych kontynentów. Im się mniej zapłaci, a przecież liczy się tylko zysk, interes. My sobie nie zdajemy sprawy, jaka to jest perfidia. Jak głęboko to zło się zakorzeniło w myśleniu, w systemie organizacji firm, różnych koncernów.

Dlaczego o takich problemach nie mówi się zbyt często w mediach? Dlaczego nie mówi się o dramacie bezrobocia, szczególnie młodych? A przecież Polska powinna przede wszystkich troszczyć się dziś o miejsca pracy, żeby każdy Polak był w domu u siebie, a nie żeby musiał jechać za granicę i być dorobkiewiczem. Kapłan nie może być nigdy obojętny, gdy mamy do czynienia z zalewem kłamstwa, w czym niestety dużą rolę odgrywają różne media. A tam, gdzie nie ma światła prawdy, jest ciemno. Człowiek staje się ślepcem, który nie wie, jak się poruszać. Nie coś innego, lecz prawda nas wyzwoli. Oczywiście Drogą, Prawdą i Życiem jest Chrystus.

Z perspektywy 50 lat kapłaństwa, jakie najważniejsze rady dałby Ksiądz Biskup młodym kapłanom, klerykom?

– Nie wskazywałbym innych niż te, które przekazał nam Pan Jezus: Pierwsza: „Zostawcie wszystko, co macie, i pójdźcie za Mną”; druga: „Kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż i Mnie naśladuje”; i trzecia: „Idźcie na cały świat i goście Ewangelię”. To wszystko wynika z Pisma Świętego.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 15 czerwca 2013, 04:37

Wzrost antyklerykalizmu


Żywą obecność Kościoła katolickiego oraz duże znaczenie duchowieństwa w życiu społecznym, państwowym i publicznym pod koniec oświecenia zaczęto we Francji nazywać „klerykalizmem” (łac. clericus – duchowny, clerus – duchowieństwo, kler), co miało oczywiście charakter negatywny.

W odpowiedzi przeciwne ruchy, stanowiska i działania nazwano „antyklerykalizmem”, głównie w znaczeniu przeciwstawiania się duchowieństwu i zwalczania go na różne sposoby.

Z historii

W najstarszych cywilizacjach walka z jakąś religią koncentrowała się na zwalczaniu kapłanów tejże religii. Tak też głównie przeciwko kapłanom i najbardziej aktywnym świeckim zwracały się od początku prześladowania ze strony Żydów (na wielką skalę za Bar Kochby na początku II w.), władz różnych krajów, a na większą skalę Rzymian.

Potem akcje takie kontynuowały odrywające się sekty, herezje i schizmy – przez całą starożytność, średniowiecze, czasy nowożytne, aż po dzień obecny. Toteż i u nas ostatnio znowu nasiliły się różne formy ataków na biskupów, duchownych, zakony męskie i żeńskie oraz na wybitniejszych świeckich.

W średniowieczu rozwinął się na wielką skalę antyklerykalizm, można powiedzieć wewnętrzny, tzn. prowadzony przez ludzi Kościoła, w tym także duchownych, jak spirytuałowie, arnoldyści, wiklefici, husyci, reformatorzy i liczni inni. Chcieli oni Kościoła czysto charyzmatycznego, duchowego, bez środków materialnych, bez znaczenia w życiu społecznym, politycznym, państwowym i w ogóle publicznym. Chrześcijaństwo na nowo eksperymentowało swoją doczesną stronę.

W czasach tzw. reformacji doszło nie tylko do zanegowania doczesnego wymiaru Kościoła, ale także samego kapłaństwa w sensie sakramentu Chrystusowego oraz do odrzucenia pochodzenia całego Kościoła od Chrystusa. Miałby on być jedynie tworem samych ludzi wierzących, grupujących się wokół Pisma Świętego (sola scriptura).

Wielką w tym rolę odegrała tendencja „odmaterializowania” Kościoła, czyli pozbawienia go własności materialnych i oddania ich państwu. Było to bardzo ponętne szczególnie dla wyższych duchownych, gdyż zarządca wielkiego majątku kościelnego po przejściu na „nową wiarę” stawał się jego właścicielem.

Tak np. wielki mistrz krzyżacki Albrecht Pruski (1490-1568) po przejściu na luteranizm otrzymał całe Księstwo Pruskie jako jego lenno. A zatem często nie była to pauperyzacja Kościoła, lecz zwyczajny rabunek, co i potem stosowały tak chętnie różne rządy, zwłaszcza rewolucjoniści i komuniści.

Antyklerykalizm postępował dalej. W czasach oświecenia odrzucano już całe chrześcijaństwo, gdyż uważano, że nie ma religii objawionej, jest tylko wyrozumowana. Kapłani zatem są tylko jakimiś szamanami. Po tej linii w czasie rewolucji francuskiej Kościół upaństwowiono: zabrano mu wszelkie majątki i dobra, hierarchię podporządkowano władzom świeckim, a katolików broniących Kościoła i sprawiedliwego porządku często mordowano tysiącami, jak w Wandei. W ramach chciwości działa jakiś duch diabelski.

W wieku XIX w innych państwach Europy zarzucano duchowieństwu katolickiemu, że wspiera feudalizm, kapitalizm i absolutne rządy monarchiczne, stąd jest wrogiem ludu miast i wsi oraz wszelkiego postępu. W pierwszej połowie wieku XX doszło już nawet do fizycznej likwidacji duchowieństwa na dużą skalę, jak w Rosji, Meksyku, Hiszpanii i w pewnym zakresie także w Polsce pod rządami okupanta niemieckiego.

W drugiej połowie wieku XX – i do dziś – zamienia się likwidację fizyczną na formy kulturowe, a mianowicie na sekularyzację, laicyzację i ateizację powszechną, ale ostatecznie w celu wyeliminowania Kościoła, zwłaszcza duchowieństwa, z całości życia publicznego na terenie państwa i świata.

W Polsce dziś

W Polsce mieliśmy też kilka form antyklerykalizmu w przeszłości, ale w całości chrześcijaństwo przyjęło się u nas doskonale, stało się duszą Narodu, i duchowni mieli olbrzymi autorytet, a konflikty przybierały charakter raczej bardzo łagodny. Dotyczyły one m.in.: dziesięciny, zakusów majątkowych drobnej szlachty, pewnych sporów między „chłopem a plebanem” czy formowania się odrębnego stanu duchownego, choć zawsze ściśle związanego z Narodem.

Polacy byli zawsze ludem względnie łagodnym i rozwijali kulturę łagodną, przyjazną, emocjonalną. Krwawe wystąpienia przeciwko duchowieństwu były dziełem jedynie najeźdźców i zaborców. Było to coś całkowicie różnego od Rosji, gdzie w czasie rewolucji i kiedy indziej mordowano masowo swoich duchownych. Rabacja galicyjska, dowodzona przez chłopa Jakuba Szelę w roku 1846, w której zginęło około tysiąca ludzi, była dziełem austriackiego rządu, który w ten sposób chciał zapobiec naszemu powstaniu niepodległościowemu.

Ale, niestety, dziś wznoszą się nad nami niespodziewanie coraz ciemniejsze chmury. Pewne znaczące grupy społeczne pod wpływem marksizmu i liberalizmu głęboko się zdemoralizowały. Już na zjeździe „Solidarności” w roku 1981, we wrześniu, tzw. doradcy zabiegali, by nie dopuścić w Polsce do głosu ani orientacji katolickiej, ani narodowej.

Potem był taki paradoks, że kiedy montowano ekipę opozycyjną Okrągłego Stołu i zgłosił swój akces Władysław Siła-Nowicki, chrześcijański demokrata, kiedyś skazany na śmierć przez UB za patriotyzm, to strona solidarnościowa go nie przyjęła – że zbyt katolicki i patriotyczny. I rzeczywiście, uwidaczniały się z czasem coraz bardziej różne ośrodki zdecydowanie antykatolickie, które podkopywały naukę Kościoła, kodeks etyczny, patriotyzm, a przede wszystkim duchowieństwo, bo innej inteligencji na dobrą sprawę było bardzo niewiele.

Na razie czyniły to dosyć ostrożnie, bo i był Papież Polak, i trzeba było poparcia wyborców. Ale kiedy poznali, że polscy wyborcy niczego na dobre nie rozumieją, to już występują wyraźnie nie tylko z antyklerykalizmem, ale wprost z sekularyzmem, laicyzacją, ateizmem i próbami rozbicia Kościoła. Obecnie czynią to: Ruch Palikota, SLD, polityczne lobby żydowskie, ośrodki ateistyczne, antypolskie, niektóre ośrodki kulturalne oraz medialne i nadal tzw. katolicy otwarci – z „Tygodnika Powszechnego”, Znaku, „Więzi”, KAI, niektórych KiK-ów i inne. A mocno wspierają ich ideologowie unijni Zachodu.

Ciekawe, że wszystkie te ośrodki chcą zamknąć usta polskiemu Kościołowi, żeby nie zakłócał błogiej ciszy kościelnej na Zachodzie i w całej UE. A uciszanie Kościoła to przede wszystkim uciszanie kleru. Wymowne jest zachowywanie się ludzi z KRRiT. Oto nie przyznają oni Telewizji Trwam miejsca na multipleksie cyfrowym przede wszystkim dlatego, że zwracają się o to duchowni: o. Tadeusz Rydzyk, jego współpracownicy i księża biskupi.

Wydaje się natomiast, że gdyby o to zabiegali świeccy, to już by dawno to otrzymali. Duchowni nie mogą wygrać, bo bardzo wzmocnią głos Kościoła, poparcie natomiast świeckich byłoby dobre dla rozbijania Kościoła, przede wszystkim dlatego, że nie przestrzegaliby prawowierności. Wskazuje na to chyba i „Gazeta Wyborcza”. Prawie codziennie atakuje ona o. Rydzyka, a nie atakuje lub prawie nie atakuje ludzi z wpływowego pisma katolickiego dużo mniej otwartego, tolerancyjnego i dialogicznego niż media ojca Rydzyka. Niewątpliwie nie jest to przypadkowe.

W ogóle pewne aspekty antykatolickie występują bardzo często nawet tam, gdzie rozważny człowiek wcale by się ich nie spodziewał. Oto np. ministerstwo sportu pieniądze przeznaczone na rozwój siatkówki i innych dziedzin sportu w wysokości 6 mln zł wydało na konto występu tzw. Madonny na Stadionie Narodowym, niewątpliwie, żeby poprzeć całe to zjawisko prowokacji antykatolickiej i antypolskiej.

Albo jaką postawę wobec Kościoła zajmuje MSZ, zdradza raport przedstawiony kandydatowi na ambasadora przy Stolicy Apostolskiej, że największymi problemami Kościoła katolickiego są: nepotyzm, karierowiczostwo, pogoń za pieniądzem i pedofilia księży („Nasz Dziennik”, 11-12.05.2013).

Kościół nie ma problemów z ateizacją, mordowaniem chrześcijan na całym świecie i próbami niszczenia chrześcijaństwa, także w Polsce, oraz obrony życia przed cywilizacją śmierci? Skąd taka miałkość myślenia?

W głębi rzeczy władze i niektórzy inni politycy oraz działacze rozwijają antyklerykalizm w celu obłędnej ideologizacji Polski w duchu UE.

A więc z racji: związku duchowieństwa z Narodem, tradycją, patriotyzmem i dumą polską; z racji jego sceptycyzmu co do utopienia Polski w UE; roli kleru w życiu społecznym, politycznym w dobrym znaczeniu i światopoglądowym; wpływu duchowieństwa na młodzież; bronienia przez nie życia – przeciwko aborcji, eutanazji, in vitro, układom homoseksualnym i szalonemu panseksualizmowi w całym społeczeństwie; z racji obrony najwyższych wartości duchowych i etycznych, jak godność, wolność, moralność, odpowiedzialność, miłość społeczna, praca, i w ogóle z racji prowadzenia przez kler różnych ruchów odrodzeniowych, zwłaszcza młodzieżowych, i tworzenia ośrodków wolności, prawdy, religijności oraz najwyższej kultury. Przy tym wszystkim w rozważaniach i dyskusjach zagorzali antyklerykałowie bardzo często prezentują brak jasnych, głębszych ujęć i nieraz zupełny bełkot logiczny, jak np. liczni ludzie z Ruchu Palikota.

Ateiści powiadają: katolicy nie mogą narzucać nam w państwie swoich norm etycznych, np. w in vitro. Ale to jest nierozumne i perfidne. Katolicy w sprawach „nie zabijaj” nie głoszą tylko swoich norm, lecz ogólnoludzkie. „Nie zabijaj” obowiązuje nie tylko katolików, lecz każdego rozumnego i odpowiedzialnego człowieka. Etyka nie jest tylko dla katolików, jest ona absolutnie dla każdego człowieka.

Źródła czyste i zatrute

Kiedy mówimy o właściwym antyklerykalizmie, nie chodzi o zwykłe, obiegowe opinie, stereotypy czy przedstawienia anegdotyczne, które są raczej nieuniknione i dotyczą wszystkich zawodów, grup i stanowisk: chłopów, policjantów, nauczycieli, lekarzy, posłów, urzędników itd., a także charakterystyk ludzi różnych regionów.

Za takie na ogół nikt się nie obraża, zwłaszcza gdy są choć trochę humorystyczne. Na przykład nie obrażą się Galicjanie za następującą anegdotę, która krążyła w początkach II Rzeczypospolitej. Pod koniec I wojny światowej przedstawiciele ludności trzech zaborów umówili się, że po wojnie wyprawią libację. Istotnie, po wojnie Poznaniak przyniósł duże pęto kiełbasy, Królewiak – litr wódki, a Galicjanin przyprowadził szwagra.

Otóż w czasie zaborów tylko w zaborze austriackim wolno było uczyć się po polsku, a po odzyskaniu niepodległości brakowało nauczycieli polskiego w dwóch innych zaborach, więc ciągnęli do nich ludzie z Galicji, zresztą na ogół z biednych stron. Nie jest nawet obraźliwa następująca anegdota humorystyczna: Jak powstała blacha czy drut? Otóż kiedy Poznaniak i Częstochowiak wyrywali sobie złotówkę. Ale mamy już zastrzeżenia co do tzw. Polish jokes w Ameryce, które przedstawiają Polaków jako kompletnych kretynów. Chodzi o to, że takie żarty wynikają z nienawiści konkurujących grup ludnościowych.

Nie chodzi również o krytykę duchowieństwa, nawet mocną, ale wypływającą z dobrej woli, z troski o Kościół, o udoskonalenie. Zresztą sami polscy duchowni są autokrytyczni pod wieloma względami, także co do zarzucanej im chciwości. Chodzi o odrzucenie anty-klerykalizmu zatrutego nienawiścią do Boga, Kościoła, religii i kapłanów jako posłańców Chrystusa. Tutaj to i zwykłe stereotypy mogą mieć jad nienawiści. Takim ludziom, także niektórym Polakom, coś się porobiło w głowach z nienawiści do Kościoła, a nawet do Boga. Są po prostu złymi ludźmi.

Idąc coraz głębiej, zauważamy, że u podstaw zaciekłego antyklerykalizmu leży prapierwotny konflikt między władzą a poddanym, między prawem a swobodą, między autorytetem a wolnością i między obiektywizmem a subiektywizmem. Stąd już w najstarszych wyższych cywilizacjach i religiach były stałe zatargi między władzą monarszą a religijną, inaczej mówiąc: między władcą a kapłanami.

Konflikty były zwykle rozwiązywane tak, że ostatecznie monarcha przyjmował funkcję „najwyższego kapłana”, gdyż walczył o posiadanie pełnej i absolutnej władzy powierzonej przede wszystkim jemu przez Boga. Ten spór rozgorzał teraz i w naszej wolnej Polsce: rządzący chcą mieć koniecznie pełną władzę nad Kościołem, a kapłani są do tego przeszkodą.

Coś takiego dzieje się i w różnych małych obszarach. Oto np. petent żąda czegoś od kapłana, czego on spełnić nie może, bo to godzi w Ewangelię i Kościół, ale ów petent twierdzi, że nie godzi, i uważa księdza za złego lub głupiego. Dziwna rzecz, w religii każdy człowiek miewa tendencję do uważania się za nieomylnego, a jeśli kapłan myśli inaczej, to jest wrogiem.

Na przykład mówi: nie chce mi zacofaniec „dać rozwodu”. Podobnie bywa w zakresie wiedzy teologicznej. Bywa nieraz, że ktoś, kto nie ma żadnej wiedzy religijnej, jednak uważa mnie za ciemniaka teologicznego, choć ja na dociekaniach teologicznych spędziłem ponad 60 lat, i to na podstawie literatury światowej. Są to bardzo dziwne przypadki pychy teologicznej właśnie ignorantów.

Ciekawe też, że prawie we wszystkich religiach kapłani bywają oskarżani o skrajny materializm, chyba dlatego, że są gospodarni, odpowiedzialni za siebie i innych. Na przykład w Chinach za dynastii Tang podczas pogorszenia się sytuacji gospodarczej w roku 819 zabrano mnichom buddyjskim klasztory i majątki, które sobie uciułali, i pół miliona mnichów sprowadzono do życia świeckiego, żeby ich zrównać z chłopami.

A w czasie powstania bokserów pod koniec XIX w. chłopi z kolei wymordowali tysiące chrześcijan, także Chińczyków, w tym księży i zakonnice, i zrabowali im całe mienie tylko z tego powodu, że lepiej się im powodziło.

Podobnie w Polsce dobra kościelne są co jakiś czas grabione przez władze, a i dziś popierają to ludzie z Ruchu Palikota i niektórzy z SLD. W ogóle nienawiść do wszystkich duchownych zdaje się być wszędzie z podszeptu diabła.

Biskup Wincenty Urban, lwowiak, pisał, że był przypadek w czasie rzezi wołyńskiej, iż dziewczyny greckokatolickie strzelały do księdza łacińskiego, przywiązanego do drzewa, i każda się bardzo radowała, gdy trafiła. W tych sprawach duże spustoszenie sieje propaganda nienawiści do Kościoła, kapłanów i Polski.

Właśnie teraz obserwujemy wysoką falę nienawiści i propagandy antyklerykalnej ze strony Ruchu Palikota, SLD, ugrupowań ateistycznych oraz Antify, co będzie skutkowało wielkimi konfrontacjami i zamieszkami, przed czym przestrzega nawet liberalny prezydent. Ale to wszystko bardzo osłabia Polskę zarówno ideowo, jak duchowo, politycznie i gospodarczo. Antyeklezjaliści służą wyraźnie ciemnym siłom.

Jest też bolesne, że nawet i liczni katolicy liberalni nie rozumieją Kościoła ani jego posłannictwa, ani kapłanów. Dlaczego i oni w dużej mierze podejmują antyklerykalizm? Po pierwsze, dlatego że w ich koncepcji „Kościoła otwartego” nie ma miejsca na kapłanów, każdy wierny jest sobie kapłanem i uobecnianiem zbawczej historii Jezusa na świecie.

Po drugie, dlatego że Chrystus nie wymaga wiary, tylko ją proponuje, bez żadnych konsekwencji, gdy się ją świadomie, nawet z obelgą, odrzuci. Takie jest myślenie dzisiejszego liberalizmu religijnego.

Tymczasem chrześcijaństwo ma taką konstrukcję, że nie my sami je sobie wytwarzamy, czyniąc dowolnym i dowolnie przekształcając, lecz jest ono z woli Bożej, ukształtowane przez Chrystusa, Syna Bożego, przynoszące zbawienie od Boga i kontynuowane historycznie przez apostołów i ich następców oraz współpracowników w sposób autorytatywny i autentyczny: „Kto was słucha, Mnie słucha” (Łk 10, 16). „Idźcie – mówił Jezus do pierwszych kapłanów – na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16, 15).

Człowiek nie jest zniewolony przez Boga do wiary ani nawet do prawdy lub czynienia dobra, ma bowiem daną w dużym zakresie wolność osobistą. Może więc nie uwierzyć wbrew swemu sumieniu, może błądzić i może grzeszyć, ale to nie jest bez istotnych konsekwencji w postaci przekreślenia najwyższego sensu, celu i pełni przeznaczenia. Liberałowie słusznie podkreślają wolność człowieka jako jego istotną strukturę, ale rozumieją ją raczej jako „wolność do błędu i zła” i tak operują karykaturą człowieka oraz Boga. Mają błędną i negatywną filozofię rzeczywistości.

Zamysły Boże

Powiedzmy jeszcze raz: u podstaw dzisiejszego antyklerykalizmu, czy to relatywnego, czy otwartego, leży publiczny ateizm sprzężony z materialistycznym, a także irracjonalistycznym postmodernizmem. Nie chce on zatem naprawiać duchowieństwa i ludzkiej strony Kościoła, lecz chce zbezcześcić posłańców Bożych i rozbić Kościół, a przynajmniej usunąć go całkowicie z życia publicznego. Tak zresztą wypowiadają się liczni ludzie z Ruchu Palikota, SLD oraz innych ugrupowań antykatolickich. Sam prezydent powiada, że katolicy nie mogą się powoływać na prawa Boże, bo „prawa Boże są różne” (2.06.2013), czyli nie mogą być obiektywnie poznane.

Smutna jest więc sytuacja, kiedy w Polsce dziś, rzekomo odzyskanej w pełni i postępowej, mamy poziom moralny znacznie niższy niż w Chinach pod rządami cesarza Kubilaja (1260-1294), wnuka dzikiego Czyngis-chana.

Przyjmował on bowiem chętnie kapłanów misjonarzy i prosił o przysłanie jeszcze stu uczonych chrześcijańskich z Zachodu. Trzeba tu zauważyć także, iż niektóre nasze władze „tolerancyjne i postępowe” nie chcą uznawać za uczonych w pełni nawet profesorów uniwersyteckich, jeśli są duchownymi albo i świeckimi, ale kształconymi na katolickich uczelniach. Uczonymi bowiem są jedynie ateiści.

A i niekatolicy niech się nie cieszą z propagowanego przez czynnik decydujący antykatolicyzmu, gdyż oni podzielą ten sam los, a w końcu stanie się to samo z moralnymi ateistami, gdyż obłędne siły postmodernistyczne niszczą wszelką prawdę i wartość, choćby nawet na początku nie zdawały sobie z tego sprawy. U podstaw jest zła wola i nierozum.

Pismo Święte pyta, dlaczego Kain zabił brata swego Abla? „Ponieważ czyny jego były złe, brata zaś sprawiedliwe” (1 J 3, 12). Istotą zła jest niszczenie dobra bez powodu. I Chrystus wypowiada do kapłanów, duchownych oraz wszystkich prawdziwych chrześcijan niejako dziewiąte błogosławieństwo: „Błogosławieni jesteście, gdy z mojego powodu będą wam ubliżać, prześladować was i mówić kłamliwie wszystko, co złe przeciwko wam. Radujcie się i weselcie, gdyż wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5, 11, przekład ekumeniczny). Źli ludzie nie zniweczą zamysłów Bożych.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

NASZ DZIENNIK 2013-06-15

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 15 czerwca 2013, 09:49

Walczą z Kościołem, ale chętnie korzystają z jego dobroczynności. A przecież to są obowiązki państwa i na to ściągają z nas podatki.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 3 lipca 2013, 17:19

Odkryte karty Gibraltaru

Już we wrześniu możemy poznać wyniki śledztwa w sprawie katastrofy lotniczej w Gibraltarze, w której zginął gen. Władysław Sikorski – dowiedział się „Nasz Dziennik”.

Dobiega końca śledztwo pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie katastrofy lotniczej w Gibraltarze, do której doszło 4 lipca 1943 roku. Zginął w niej Naczelny Wódz i szef rządu RP gen. Władysław Sikorski.

Jak mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prokurator Marcin Gołębiewicz, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie, śledztwo, choć jeszcze merytorycznie niezakończone, jest już w fazie końcowej.

– To dosyć obszerne postępowanie. Zgromadzono szereg dowodów i materiałów źródłowych. Zakończenie takiego postępowania musi potrwać kilka tygodni. Na dzień dzisiejszy takiej decyzji końcowej jeszcze nie ma – mówi Gołębiewicz.

Na potrzeby dochodzenia zgromadzono już wszystkie niezbędne dokumenty, w tym opinię kompleksową, opinie cząstkowe dotyczące sekcji po ekshumacji osób, które zginęły w katastrofie, oraz materiały z przesłuchań świadków.

– Napływają różne dokumenty, m.in. dotyczące tła historycznego, które mają większe bądź mniejsze znaczenie. Niemniej, my przede wszystkim mówimy o tych dokumentach, materiałach czy informacjach, które rzutowałyby na główny wątek śledztwa, czyli na przyczynę śmierci, przyczynę katastrofy. Najprawdopodobniej po wakacjach zakończy się postępowanie – zapowiada prokurator.

Rozstrzygnięcie końcowe będzie nieprawomocne. Rodzinom jako stronom postępowania przysługuje prawo zaskarżenia decyzji do sądu.

– To tak, jak było chociażby w sprawie dotyczącej śmierci Grzegorza Przemyka. Dopóki postanowienie nie było prawomocne, wszystkie materiały zalegały w sądzie. Był tylko komunikat informujący o fakcie zakończenia postępowania i że to rozstrzygnięcie nie jest prawomocne. To jest zbyt obszerne postępowanie, by po zgromadzeniu materiałów ot tak po prostu je zakończyć. To nie jest jedno pociągnięcie pióra – tłumaczy śledczy.

Będzie publikacja

Po uprawomocnieniu decyzji prokuratury część materiałów ze śledztwa zostanie opublikowana. – Chodzi przede wszystkim o dokumentację dotyczącą prac sekcyjnych po ekshumacji i opinię kompleksową, opracowaną na podstawie wyników sekcji. To materiał, który nigdzie indziej nie jest znany, dokumenty oparte na wiedzy medycznej pracowników naukowych, lekarzy. Na pewno w jakiejś części te materiały postaramy się udostępnić – zapowiada prokurator.

Na potrzeby śledztwa ekshumowano szczątki czterech osób: generała Władysława Sikorskiego, generała Tadeusza Klimeckiego, pułkownika Andrzeja Mareckiego i porucznika Józefa Ponikiewskiego. Szczątki poddano szczegółowym badaniom sądowo-lekarskim. W opinii łącznej dotyczącej interpretacji obrażeń biegli wskazali, że przyczyn śmierci ofiar nie da się wytłumaczyć np. pobiciem, postrzałami z broni palnej czy pozorowanymi urazami zadawanymi po zgonie. Obrażenia są charakterystyczne dla ofiar wypadków komunikacyjnych lub upadków z dużej wysokości.

Jednym z bardziej wnikliwie badanych wątków była wiarygodność zeznań pierwszego pilota kapitana Eduarda Prchala, który przeżył katastrofę. Do dziś budzą one szereg wątpliwości co do rzeczywistych jej przyczyn. Wyjaśnienia wymagał m.in. fakt, kiedy i w jakim momencie w trakcie wypadku Prchal założył kamizelkę ratunkową, w której wyłowiono go z wody. Okoliczność tę potwierdzano na podstawie zeznań naocznego świadka.

W drodze pomocy prawnej przesłuchano na terenie Wielkiej Brytanii i Hiszpanii dwóch naocznych świadków zdarzenia. Pierwszy z nich był radiotelegrafistą na okręcie ratunkowym brytyjskiej marynarki wojennej, który uczestniczył w akcji ratunkowej bezpośrednio po katastrofie liberatora. Drugi jako płetwonurek brał udział w podejmowaniu szczątków z wody.

Według oficjalnej wersji opisującej okoliczności katastrofy Consolidated LB-30B „Liberator” Mk II numer ewidencyjny AL 523, wydanej na podstawie raportu z prac komisji kierowanej przez dowódcę Dowództwa Lotnictwa Obrony Wybrzeża Królewskich Sił Powietrznych gen. Johna Slessora, jej przyczyną była blokada sterów wysokości. Doszło do niej z przyczyn niemożliwych do ustalenia. Raport, oparty na zeznaniach Prchala, wykluczał możliwość sabotażu jako przyczyny katastrofy, choć nie podano żadnych okoliczności, które przesądzają o wykluczeniu takiego scenariusza.

– Musieliśmy zestawić materiały związane z komisją powypadkową, potem pracą komisji polskich powołanych – umownie mówiąc – przez rząd londyński, które wydały takie, a nie inne oświadczenie. Trzeba było się także przyjrzeć, w jaki sposób i w jakich fragmentach podjęto wrak samolotu, jak również osobie kapitana Prchala, w tym materiałom dotyczącym jego losów powojennych. Prchal przebywał w Czechosłowacji, potem w bardzo spektakularny sposób uciekł stamtąd drogą lotniczą i znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Te informacje też miały dla nas znaczenie, bo przecież to była jedyna osoba, która przeżyła katastrofę – kwituje prok. Marcin Gołębiewicz.

Piotr Czartoryski-Sziler

NASZ DZIENNIK 2013-07-03

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 3 lipca 2013, 17:41

Czy ja wiem...

To dlaczego Anglia utajniła dokumentację na następne 50 lat?
Jakoś tak podobnie, jak ze Smoleńskiem. Same poszlaki, bo dowody tajne, zawieruszone, poniszczone...

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 3 lipca 2013, 19:40

longinus9 pisze:Odkryte karty Gibraltaru

Już we wrześniu możemy poznać wyniki śledztwa w sprawie katastrofy lotniczej w Gibraltarze, w której zginął gen. Władysław Sikorski – dowiedział się „Nasz Dziennik”.

Dobiega końca śledztwo pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie katastrofy lotniczej w Gibraltarze, do której doszło 4 lipca 1943 roku. Zginął w niej Naczelny Wódz i szef rządu RP gen. Władysław Sikorski.

Jak mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prokurator Marcin Gołębiewicz, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie, śledztwo, choć jeszcze merytorycznie niezakończone, jest już w fazie końcowej.

– To dosyć obszerne postępowanie. Zgromadzono szereg dowodów i materiałów źródłowych. Zakończenie takiego postępowania musi potrwać kilka tygodni. Na dzień dzisiejszy takiej decyzji końcowej jeszcze nie ma – mówi Gołębiewicz.
Też nie wiem czy się z tego cieszyć czy nie. 50 lat czekaliśmy ! W tym czasie wyrosły już dwa pokolenia, którym tak naprawdę wisi co działo się 50 lat temu ...

W każdym razie lepiej późno niż wcale ...

No i zobaczymy czego się dowiemy ... Ja nie spodziewam się niczego rewelacyjnego ...

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 3 lipca 2013, 20:23

Brzmi znajomo, prawda?
Wątpliwości w zeznaniach Prchala budzą m.in. takie zagadnienia jak:

- liczba pasażerów samolotu – Prchal zgodził się przyjąć dwunastego pasażera, lecz na meldunek mechanika, że na pokładzie jest ich tylko jedenastu, nie zareagował[19];
samolot nadspodziewanie długo, bo około 20 minut, grzał silniki na zachodnim krańcu pasa startowego, nieindagowany Prchal przeszedł nad tym do porządku dziennego[potrzebne źródło];

- czas utraty przytomności – kpt. Prchal mówił, że odzyskał świadomość dopiero czwartego dnia. Tymczasem z relacji jego sąsiada z pokoju szpitalnego – Stanleya Mewa – wynika, że był on nieprzytomny tylko przez jedną dobę[20];

- Prchal zeznawał po raz pierwszy dopiero po 4 dobach od zdarzenia, a dostęp do niego w tym czasie był niemożliwy[potrzebne źródło];

- Prchal doznał złamań kości obu stóp, czyli obrażeń symetrycznych. Miał też rozerwany na wylot lewy policzek od kącika warg w kierunku ucha. Stwierdził, że musiało to się stać kiedy został wyrzucony przez owiewkę, szczęściem kamizelka ratunkowa nie doznała przy tym żadnych uszkodzeń[potrzebne źródło];

- kwestia blokady sterów – z jednej strony pilot utrzymywał, że stery były zablokowane w pozycji wznoszącej, z drugiej zaś mówił, że w pewnym momencie sam wyrównał lot, co potwierdzają zeznania świadków obserwujących liberatora z lądu[21];

- rola i dalszy los drugiego pilota – Williama "Kippera" S. Herringa – Eduard Prchal mówił o jego śmierci, zaś z trzech niezależnych relacji wynikało, że Herring przeżył[22], a jego żona (czy też wdowa po nim) oświadczyła Davidowi Irvingowi, że rozmawiała z mężem po dacie rzekomego zaginięcia. Ciała Herringa nie znaleziono[23];

- kontakty zapłonu silników oraz ustawienia skoku śmigieł znajdowały pod nadzorem drugiego pilota. Ich nastawy po wodowaniu wskazywały na to, że Herring lub ktoś na jego miejscu aktywnie uczestniczył w tym manewrze, mało tego, Prchal ze swego stanowiska nie był w stanie ich dosięgnąć, mimo to zeznał, że nie pamięta, w jaki sposób ustawił je w pozycji neutralnej[potrzebne źródło];

- czas i skutki wodowania – według Prchala samolot wystartował ok. 23.10. Zegarki pasażerów zatrzymały się jednak na 23:06 i 23:07, a Prchal utrzymywał, że przyczyną śmierci było wodowanie[24];

- fakt wodowania – samo wodowanie pilot określał jako silne uderzenie w powierzchnię morza. Mówił on, że nie mógł tego wcześniej zaplanować, bo uznałby to za misję samobójczą. Tymczasem w czasie wojny na wodach mórz i oceanów z powodzeniem wodowały setki alianckich samolotów, często mocno uszkodzonych[25]. Wersję Prchala podważają też relacje świadków obserwujących lot z plaży w Zatoce Katalońskiej, którzy byli przekonani, że nie stało się nic niezwykłego i zaczęli nawet kpić z pilota;

- kwestia maewestki – Eduard Prchal nigdy wcześniej nie zakładał przed startem kamizelki ratunkowej. Miał ją jednak na sobie po wyłowieniu, całkowicie wypełnioną powietrzem i zapiętą zgodnie z instrukcją, co potwierdzili świadkowie. On sam utrzymywał, że nie przypomina sobie, kiedy ją założył, choć przytomność stracił dopiero po wyjściu na ląd. Sugeruje to, że Prchal wiedział, jak ma zakończyć się lot liberatora. Jeszcze kilkanaście lat po zdarzeniu Prchal unikał odpisywania na listy dotyczące tej sprawy, a gdy w grudniu 1968 występował w brytyjskiej Thames TV, odmówił włożenia kamizelki celem sprawdzenia, ile czasu mu to zajmie[20].
Tadeusz Kisielewski: Zamach. Tropem zabójców generała Sikorskiego. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2006, s. 67. ISBN 83-7301-767-4.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 1 sierpnia 2013, 04:55

Nasza walka, nasza duma


Warszawa, 20-22 lipca 1944 roku. W mieście panuje popłoch, Niemcy w panice uciekają przez miasto. Brudni, obszarpani, idą pieszo lub jadą na wózkach ciągniętych przez konie. Zupełny rozpad armii niemieckiej. Z radością patrzymy na ten exodus, który wyglądał na całkowitą klęskę.

My, żołnierze Armii Krajowej, pięć lat przygotowywaliśmy się do powstania, przez pięć lat przechodziliśmy przeszkolenie wojskowe. Pytaliśmy wtedy: dlaczego nie reagujemy, dlaczego, gdy Niemcy uciekają, my czekamy? Dlaczego nie rozpoczynamy powstania?

Mijały kolejne dni i raptem 25 lipca sytuacja zaczęła się zmieniać. Coraz mniej było cofających się oddziałów niemieckich, pojawiały się za to nowe jednostki, jak np. 1. Dywizja Pancerno-Spadochronowa Hermann Goering, która przeszła przez most na Pragę.

Radio Moskwa i sowiecka polskojęzyczna radiostacja Kościuszko wysyłają apel, który natychmiast rozchodzi się po całej Warszawie: „Warszawa słyszy bez wątpienia huk armat bitwy, który wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. (…) Dla Warszawy, która nigdy nie uległa wobec hitlerowskiego najeźdźcy, lecz walczyła dalej – godzina czynu już wybiła. Niemcy niewątpliwie zechcą się bronić w Warszawie, przysparzając nowych zniszczeń i nowe tysiące ofiar. (…) przez bezpośrednią czynną walkę na ulicach Warszawy, w domach, fabrykach, magazynach – nie tylko przyspieszymy chwilę ostatecznego wyzwolenia, lecz ocalimy również majątek narodowy i życie naszych braci”.

A następnego dnia znowu stacja Kościuszko: „Warszawa drży w posadach od huku dział. Wojska sowieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Nadchodzą, by przynieść wam wolność”. Jednocześnie z samolotu zrzucano ulotki PKWN z apelem: „Polacy, warszawiacy, do broni”.

26 lipca wrócił do Warszawy gubernator Ludwig Fischer i następnego dnia wydał wojenny rozkaz: 100 tys. warszawiaków ma się zgłosić do budowy fortyfikacji. Miasto miało być zamienione w fortecę, Festung Warschau, tak jak wcześniej Mińsk Litewski, i bronić się przed Armią Czerwoną. Ale Warszawa powiedziała „nie”, do prac fortyfikacyjnych zgłosiło się zaledwie kilkanaście osób. Jaki mógł być efekt tej odmowy? Wymordowanie tych, którzy stawiają opór. W związku z tym 28 lipca płk Antoni Chruściel „Monter” wydał rozkaz o mobilizacji wszystkich oddziałów AK w stolicy w punktach zbiórki z bronią.

Czekamy dwanaście godzin na ustalenie godziny rozpoczęcia powstania, ale rozkaz nie nadchodzi. Dlaczego? Nikt o tym nie napisał, żaden historyk. O godz. 8.00 przychodzi łączniczka z rozkazem: wracamy do domu, broń zostaje na miejscu koncentracji. Jesteśmy praktycznie zdekonspirowani, bo 40 tys. ludzi zgromadziło się w punktach zbiorczych i wróciło znowu do pracy, a przecież Niemcy mieli swoich donosicieli.

Warszawa miała być broniona przez armię niemiecką, ale to byłby z ich strony nonsens, gdy wiedzieli, że jest tutaj ukrytych 40 tys. ludzi z bronią. Ich trzeba było wcześniej zlikwidować. Gdyby powstanie nie wybuchło, w następnych dniach zdarzyłoby się to samo, co na Woli w pierwszych dniach sierpnia: poszczególne dzielnice otoczone wojskiem, wyciąganie mężczyzn i ich mordowanie.

Potem ewakuacja całej ludności cywilnej i obrona Warszawy przed wojskami sowieckimi. Miasto zostałoby całe zniszczone. To trzeba sobie bardzo dokładnie uświadomić. Nie było wyjścia, decyzja o rozpoczęciu powstania była konieczna. Gdyby nie wybuchło, Warszawa również zostałaby zniszczona, a ludność wysiedlona.

Miasto od początku było przez Niemców przeznaczone do zniszczenia, już w 1942 r. istniał plan, że po wojnie na miejscu stolicy powstanie „Die neue deutsche Stadt Warschau” z 200 tys. mieszkańców. Na wieść o wybuchu Powstania Hitler wydał rozkaz – jedyny taki przypadek w historii – wymordowania wszystkich mieszkańców i całkowitego zniszczenia miasta. Po kapitulacji, gdy oddziały Armii Krajowej poddały się w myśl konwencji genewskiej, Niemcy burzyli dom po domu, obracając stolicę w perzynę.

Kto więc dziś mówi, że gdyby nie Powstanie, Warszawa by ocalała, nie ma pojęcia o historii. Gdyby nawet Powstanie nie wybuchło, Warszawa byłaby zniszczona, bo Warszawa jest bohaterskim miastem. Mało tego, Powstanie Warszawskie musi być przedmiotem naszej dumy. Gdy mówiłem na spotkaniach publicznych w Kanadzie, że jestem powstańcem warszawskim, to pytano mnie: „A dlaczego pan nie mówił, że jest pan Żydem?”. Bo na Zachodzie „powstanie warszawskie” to jest powstanie w getcie.

Gdzie są historycy, którzy o tym piszą? Trzeba wreszcie znaleźć prawdziwych polskich naukowców, którzy dokonają poważnej analizy i potwierdzą, że największa w historii Polski walka o wolność i jedna z najcięższych bitew podczas II wojny światowej to Powstanie Warszawskie. Himmler powiedział, że walki w Warszawie można porównać tylko z oblężeniem Stalingradu.

Z jednej strony wspaniale wyposażona armia, a z drugiej – oddziały z minimalną ilością broni, które walczą 63 dni. Dlatego Powstanie powinno być przedmiotem naszej dumy, bo to była zbiorowa decyzja nas, warszawiaków. To trzeba opisać, dokładnie przeanalizować, wydać publikacje w wielu językach, kręcić filmy. Tymczasem nic się nie robi. Trzeba walczyć, bo w tej chwili Polacy uważani są na Zachodzie za morderców Żydów i za współpracowników Hitlera.

Ci, którzy piszą teraz niesłychane bzdury o Powstaniu, nie wiedzą, czym była okupacja niemiecka, że za szklankę wody czy kawałek chleba podany Żydowi płaciło się życiem; a wychodząc na miasto, nie wiedziało się, czy człowiek wróci, czy nie zostanie zabrany z łapanki do Auschwitz. Moje pokolenie nie miało młodości, każdego dnia mogliśmy być zabici. Dlatego nie było innej możliwości – Powstanie musiało wybuchnąć.

Prof. Witold Kieżun

NASZ DZIENNIK 2013-08-01

I słusznie podjęto walkę z okupantem..

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 1 sierpnia 2013, 09:10

Chwała i cześć naszym Bohaterom!
+++

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 18 sierpnia 2013, 08:04

Męczennik radomskiego Czerwca '76

W Radomiu i okolicach odbędą się dziś uroczystości związane z 37. rocznicą tragicznej śmierci ks. Romana Kotlarza. Organizatorem obchodów jest NSZZ „Solidarność” Ziemi Radomskiej.

Ks. Roman Kotlarz zmarł 18 sierpnia 1976 r. z powodu obrażeń odniesionych w wyniku pobicia przez funkcjonariuszy Służb Bezpieczeństwa. Ks. Romana Kotlarza był systematycznie katowany przez funkcjonariuszy SB od połowy lipca 1976 r.

– Jednym z powodów prześladowania ks. Kotlarza było to, że 25 czerwca kapłan przyłączył się do tłumu protestujących przeciwko podwyżce cen, a następnie, stojąc na schodach kościoła Św. Trójcy, udzielił im błogosławieństwa. Ten niezłomny kapłan wielokrotnie podczas niedzielnych Mszy Świętych modlił się w intencji pobitych, aresztowanych, usuniętych z pracy. W pełnych żarliwości kazaniach piętnował kłamstwo rządzących – przypomina w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl Zdzisław Maszkiewicz z NSZZ „Solidarność” Regionu Ziemi Radomskiej.

Władze, chcąc zastraszyć kapłana, wzywały go na przesłuchania, które prowadzili funkcjonariusze SB. Zastosowano wobec niego także areszt domowy, musiał co dwa dni meldować się na komisariacie MO.

Został poddany ścisłej inwigilacji. Od połowy lipca 1976 r. był kilkakrotnie pobity na plebani przez „nieznanych sprawców”. Podczas odprawiania Mszy św. w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny – 15 sierpni 1976 r. zasłabł i stracił przytomność.

Ks. Roman Kotlarz zmarł 18 sierpnia 1976 r. w szpitalu w Krychnowicach. Bezpośrednią przyczyną jego śmierci były obrażenia odniesione podczas pobicia przez funkcjonariuszy SB.

W 37. rocznicę śmierci ks. Romana Kotlarza – męczennika Wydarzeń Radomskich 1976 r. jak co roku organizowane są uroczystości upamiętniające ofiarę, jaką poniósł kapłan solidaryzujący się z mieszkańcami Radomia protestującymi przeciwko decyzjom władz PRL.

– Obchody odbywają się co roku od dnia pogrzebu ks. Kotlarza. W tym roku uroczystości rozpoczną się godz. 11.30 w Radomiu na rondzie im. Ks. Romana Kotlarza przy obelisku jemu poświęconym, gdzie zapalimy znicze i złożymy kwiaty. Centralnym punktem obchodów jest Msza św. w intencji ofiar wydarzeń w Radomiu i Ursusie z czerwca 1976 r. i beatyfikacji ks. Romana Kotlarza, męczennika wydarzeń radomskich 1976 po czym nastąpi przejazd na cmentarz na którym spoczywa ks. Roman Kotlarz gdzie również będziemy modlić się w jego intencji – dodaje Zdzisław Maszkiewicz. Jak dodaje Maszkiewicz.



Program uroczystości 37. rocznicy śmierci ks. Romana Kotlarza – męczennika Wydarzeń Radomskich 1976 r.

godz. 11.30 – Radom – rondo im. Ks. Romana Kotlarza przy obelisku jemu poświęconym, złożenie kwiatów przez delegacje NSZZ „Solidarność”

godz. 12.00 – Msza św. w intencji ofiar wydarzeń w Radomiu i Ursusie z czerwca 1976 r. oraz o beatyfikację ks. Romana Kotlarza, męczennika wydarzeń radomskich 1976 w Pelagowie – kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej, i w Żarnie – kościół św. Mikołaja

godz. 17.00 – modlitwa przy grobie ks. Romana Kotlarza na cmentarzu w Koniemłotach

NASZ DZIENNIK 2013-08-18

Aby uzależnić w pełni Polskę od sowieckiej komuny.. pachołki moskiewskie wykorzystując zagony UBeckie walczyli z Kościołem.. zastraszali.. bili.. i mordowali księży..

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 27 sierpnia 2013, 18:22

Z JE ks. abp. Gerhardem L. Müllerem, prefektem Kongregacji Nauki Wiary, rozmawia o. Zdzisław Klafka CSsR
Przeżywamy w Kościele Rok Wiary. Jakie są główne zagrożenia dla wiary chrześcijańskiej?

– Mogą się one pojawić już w samym Kościele, jeśli zamiast treści wiary głoszona będzie jakaś ideologia. Istnieją również zagrożenia z zewnątrz: ze strony sekularyzmu, relatywizmu i agnostycyzmu. Wszystkie te zagrożenia nie są naturalnie czymś nowym; są one znane od początku chrześcijaństwa. Już w historii zbawienia Starego Testamentu obecni byli wrogowie ludu Bożego. Ze strony politeizmu istniało w tamtych czasach niebezpieczeństwo pomieszania wiary z innymi wierzeniami lub też oparcia się na władzy świeckiej zamiast zaufania Bożej pomocy. W całej historii chrześcijaństwa dochodziło do wielkich prześladowań wyznawców Chrystusa: już u samych jego początków w Jerozolimie, przez Nerona w Cesarstwie Rzymskim, aż do czasów współczesnych.

Najokrutniejsze prześladowania chrześcijan wystąpiły w XX wieku w systemach totalitarnych. One to próbowały budować świat bez Boga, bez naturalnego prawa moralnego, bez szacunku dla życia i ludzkiej godności. Niech to będzie dla nas nauką, że Bóg w swojej miłości i prawdzie prowadzi nas dobrą drogą. Wszyscy razem, nie tylko Kongregacja Nauki Wiary, lecz także biskupi, kapłani, osoby zakonne, nauczyciele religii, wszyscy, którzy zajmują się katechezą lub przepowiadaniem Słowa Bożego, wszyscy musimy dawać świadectwo Bożej miłości. W szczególności zaś w działalności charytatywnej Kościoła. O tym się często zapomina, myśląc, że nie jest to takie ważne. Miłość Boża musi jednak być okazywana bardzo konkretnie. Mówił o tym Papież Benedykt XVI w swojej encyklice „Deus caritas est”, że nie da się oddzielić miłości Bożej od miłości ludzkiej.
Jak Ekscelencja ocenia stan wiary chrześcijańskiej w Europie i na świecie?

– Istnieją bardzo różnorodne kierunki w poszczególnych krajach w Europie i w Ameryce. Tradycje mają wiele cech pozytywnych, ale zawierają też zjawiska negatywne. Z jednej strony tradycje jakiejś wielkiej grupy chrześcijan mogą wspierać danego człowieka w jego osobistym życiu wiary. Z drugiej zaś istnieje niebezpieczeństwo, że człowiek osiądzie na laurach, stanie się zmęczony, ospały i nie przyswoi sobie zbyt głęboko owych tradycji. W takim wypadku tradycje mogą stać się zwyczajnym tradycjonalizmem. Wprawdzie obchodzi się uroczystości chrześcijańskie, takie jak Pierwsza Komunia Święta, bierzmowanie, idzie się do spowiedzi, obchodzi się święta, lecz wewnętrznie nie znajduje to pogłębienia. Jeśli w takim wypadku powieje silny wiatr z przeciwnej strony, jeśli nasili się propaganda antyklerykalna, wtedy łatwo obrać kurs w innym kierunku.

Istnieją również kraje na świecie, w których chrześcijanie są mniejszością. W takich krajach, jak np. Korea Południowa czy Indie, chrześcijaństwo rozwija się w godny podziwu sposób. Wszędzie tam, gdzie ludzie odkrywają chrześcijaństwo, nie jest ono jedynie towarem importowanym z Europy, lecz spotkaniem z Jezusem Chrystusem, Synem Bożym. Bóg stworzył wszystkich ludzi, wszyscy też są Mu jednakowo bliscy. Stąd zawsze istnieją ludzie, którzy spotykają Chrystusa, niezależnie od historii czy kultury. Jesteśmy przekonani, że wszystkie kultury mogą włączyć się w wielki nurt życia Kościoła. Obserwujemy to najlepiej w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Zbierają się przedstawiciele różnych kultur i języków, a mimo to wszyscy rozumieją przepowiadane Słowo Boże, które przecież skierowane jest do wszystkich. Wszyscy też doświadczają, że są złączeni w Chrystusie, że istnieje tylko jedna rodzina Boża, jeden Kościół, który obejmuje wszystkich ludzi.
Jaką rolę dla Kościoła polskiego widzi Ekscelencja we współczesnej Europie?

– Polska widziana z daleka jest jednolitym katolickim krajem. Z Polską wiąże się katolicka tożsamość – tysiąc lat chrześcijaństwa. Każdy, kto ma choć trochę rozumu w głowie, zdaje sobie sprawę, że bez wiary katolickiej Polska jako naród rozpadłaby się, pogrążyła w nihilizmie. Stąd należy zachęcać wszystkich Polaków do tego, aby przypominali sobie nieustannie tę wielką tradycję własnej tożsamości. Tożsamość ta sprawdziła się w wielu konfliktach i walkach, zwłaszcza w nowszej historii Polski. Tożsamość ta wszystko to przetrwała. Dzięki niej nie można obrać fałszywej tonacji czy pójść za głosem syren i ponieść klęskę. To wszystko jest możliwe, bo – jak uczy historia – całe narody ponoszą klęskę, gdy zapominają o swoim powołaniu i misji. Polska jest ważnym krajem w sercu Europy. Niemcy, Polska i Francja nawet od strony geograficznej stanowią centrum Europy.

Polska jest ponadto pomostem łączącym Europę ze Wschodem, z owymi wielkimi kulturami Rosji czy innych krajów słowiańskich. Toteż uważam, że Polska odgrywa wielką rolę nawet na polu ekumenizmu, dialogu z prawosławiem, gdyż na szczęście również Rosja wyzwoliła się z narzuconego systemu. Biskupi mają do odegrania wielką rolę w procesie pojednania. Stąd również dzisiaj winny angażować się zarówno katolicki Episkopat Polski, jak i prawosławny Episkopat Rosji. W duchu chrześcijańskim winny zachęcać i być aktywne na rzecz pojednania, głębokiego wewnętrznego pojednania.

Kościół wnosi również swój wkład w jedność poszczególnych ludzi oraz całych narodów. Polska w tej historycznej oraz geograficznej przestrzeni może spełnić wyjątkową misję, ale może ją również zaniedbać, jeśli pójdzie za metafizycznym relatywizmem oraz praktycznym materializmem. Zobrazujmy to pewnym przykładem. Jeśli organizm jakiegoś narodu lub ciało Kościoła nie jest wypełnione żywymi komórkami, rozpada się. Podstawową komórką wspólnoty Kościoła, społeczeństwa i państwa może być jedynie rodzina. Ta zaś jest oparta na wzajemnej małżeńskiej miłości między mężczyzną i kobietą. Dobrze, że Polska sprzeciwia się pewnym tendencjom Europy Zachodniej, uważając, że nie jest postępem, jeśli małżeństwo zostaje sprowadzone do dowolnej formy ludzkiego współżycia, a jego specyficzna rola zostaje pominięta. Jeśli mówi się o postępie i tradycji, to małżeństwo jest taką postępową formą, gdyż jest to jedyna droga, która zapewnia przyszłość.
Benedykt XVI z odwagą mówił, że grozi nam dyktatura relatywizmu. Jak Ekscelencja ocenia system i ideologię liberalizmu?

– To, co dziś nazywamy liberalizmem, ma długą historię. Taki sposób myślenia funkcjonował już w filozofii oświecenia, z której to zrodziła się wielka rewolucja oraz dziewiętnastowieczny liberalizm. Był on liberalny w stosunku do samego siebie. Jednakże w wielu krajach, takich jak Włochy, Niemcy czy Francja, kierował się mocno w stronę zwalczania Kościoła. Podejmowano próby wyparcia Kościoła z życia publicznego. Szafowano hasłami przekonującymi, jakoby religia była sprawą prywatną. Zapominano o tym, że poszczególny człowiek jest wolny w wyborze oraz publicznym okazywaniu swoich przekonań religijnych. Hasło to było jedynie zamiennikiem mniemania, jakoby to do nich należała sfera życia publicznego, jakoby to było ich „poletko”. A jakaś grupka „zacofanych osób”, które nie zrozumiały, o co chodzi, może sobie w domu powiesić obraz Matki Bożej, lecz poza tym nie ma nic do powiedzenia w życiu publicznym. Podobnie jak w prawodawstwie, w parlamentach, w szkołach, w instytucjach wychowawczych, na uniwersytetach. Widzimy jednak, co było owocem powstałego wtedy nihilizmu. Wielkie ideologie polityczne XX wieku mają swoją genealogię, która bynajmniej nie wynikała z pobożności jednostek. Dla Europy było to katastrofą, ciosem. Owym libertyńskim siłom, które w żaden sposób nie są liberalne, gdyż nie chcą uznać wolności religijnej, udało się wyrwać z istoty prawodawstwa europejskiego odniesienie do Boga. Przez to przyczyniły się one do upadku idei Konstytucji Europejskiej. Obecnie nie chcą nawet wspomnieć, że Europa ukształtowana jest przez chrześcijaństwo, że jest ono łączącą ją klamrą. Na bazie XIX-wiecznej ideologii próbowano natomiast stworzyć społeczeństwo zsekularyzowane, które miałoby służyć interesom pewnych grup.
To nie ma jednak nic wspólnego z wolnością…

– Wolność religijna w pełnym tego słowa znaczeniu nie oznacza, że tylko prywatnie cieszę się wolnością sumienia i wyznania. Takie prawo byli w stanie przyznać nawet komuniści w sowieckiej konstytucji. Wolność religijna oznacza możliwość pełnego praktykowania religii bez państwowego przymusu czy społecznego nacisku oraz możliwość pełnego uczestnictwa w życiu społecznym. Dlatego uważam, że to niesamowicie ważne, abyśmy jako chrześcijanie ze względu na demokrację nie pozwolili owym ideologiom zepchnąć się do jakiejś pustej przestrzeni, lecz abyśmy rzeczywiście współtworzyli „bonum commune” (dobro wspólne). My przecież szanujemy ludzi o innych przekonaniach. Możemy z nimi razem żyć i ich szanować. Musimy także respektować odmienne poglądy, inne religie, lecz to nie znaczy, że pozwolimy się wyprzeć z centrum życia społecznego. Dla dobra wspólnego niezbędny jest wkład wielu osób w duchu chrześcijańskim; jest on znaczący oraz skierowany ku przyszłości. Nie może być tak, że zarówno w obszarach kultury medialnej, w środkach masowej komunikacji, w uniwersyteckim życiu naukowym, jak i w systemach prawnych oraz w prawodawstwie dopuszczalne jest myślenie, iż jeśli ktoś popełnił jakieś przestępstwo, to z założenia zostanie inaczej potraktowany przez sąd tylko dlatego, że jest księdzem bądź przynależy do Kościoła. Tutaj obowiązuje jedna zasada – że wszyscy ludzie są równi wobec prawa. W tym względzie osoby odpowiedzialne za różnego rodzaju dziedziny życia muszą starać się unikać osądzania osób kościelnych na podstawie swoich uprzedzeń. W państwie prawa muszą być wydawane wyroki zgodne z prawem. Prawo nigdy nie może stać się środkiem jak w jakiejś ideologii XX wieku, w której manipulowano prawem. Podobna sytuacja panowała wtedy również na uniwersytetach. Tak było w Niemczech i krajach sowieckich. Jeśli ktoś na jakimś uniwersytecie nie odpowiadał ideologii, w najlepszym wypadku zostawał usunięty z uniwersytetu. Taka sytuacja nie może się powtórzyć, na to nie może być społecznej zgody, a my musimy słuchać przestróg i wyciągać wnioski z historii. Antyklerykalizmu, który częściowo do dzisiaj funkcjonuje, zwłaszcza we wpisach i komentarzach w internecie, nie można nazwać inaczej niż bandytyzmem. To zamach na wolność, równouprawnienie oraz godność osoby ludzkiej.
Czy na zakończenie zechciałby Ksiądz Arcybiskup wypowiedzieć słowo, które mogłoby być rodzajem przesłania dla Polaków?

– Jest to niezwykle trudne zadanie, ponieważ trwa pewien proces. Mogę jedynie powtórzyć, że Polska nie może zagubić ani swojej tożsamości, ani wiary katolickiej. Rodzina jest najważniejsza. Troska o dzieci i młodzież musi nam leżeć szczególnie na sercu. Oni mają do tego prawo; troska o młodzież jest dla rodziców, wychowawczyń w przedszkolach, nauczycielek i nauczycieli w szkole, kapłanów i wychowawców rzeczą szczególnie piękną. To wyjątkowo doniosła i piękna rzeczywistość, bo to niezwykle ważne, aby młodzi ludzie byli szczęśliwi i wewnętrznie zadowoleni, aby wzrastali jako otwarci i ukierunkowani na przyszłość. Wiarę w żywego Boga powinni postrzegać jako dar, a nie jako jakąś ciążącą na nich spuściznę. Dziedzictwo wielkiej tradycji zobowiązuje, ono też obdarza siłą i ufnością w świetlaną przyszłość, która rysuje się przed nami wszystkimi, a którą przygotował nam dobry Bóg.


Dziękuję za rozmowę.
http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... adnie.html

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 28 sierpnia 2013, 04:41

Historyczna zmiana


Polskę czeka ogromna przemiana w polityce historycznej. Niemalże na taką samą skalę jak w roku 1999, gdy doszło do powstania Instytutu Pamięci Narodowej oraz gdy prezydentem Warszawy, a następnie Polski, został prof. Lech Kaczyński. Odbędzie się ona za sprawą zidentyfikowania szczątków z powązkowskiej Łączki.

Fieldorf, Pilecki, Szendzielarz, Dekutowski oraz tysiące innych nazywanych żołnierzami wyklętymi byli bohaterami jedynie w pamięci najbliższych oraz tych, których wychowano w patriotycznym porządku. W rzeczywistości medialnej głównego nurtu udało się przemycić dosłownie kilka informacji na ich temat. Do świadomości Polaków powoli przebija się wiedza o czynach polskich żołnierzy z okresu bezpośrednio po II wojnie światowej. Udało się to jednak tylko dlatego, że byli to bohaterowie działający w ukryciu. Nie było więc obawy o naruszenie „godności” obrońców komunizmu. Mając do czynienia z odnalezionymi szczątkami ciał tych żołnierzy, należy postawić pytanie, gdzie zostaną pochowani. Jakimi pomnikami ich uhonorować? I wreszcie, co najważniejsze, jak traktować ich poczynania w świetle prawa?

Już odpowiedź na pierwsze pytanie nasuwa podejrzenie o niechęć obecnych władz. Wyklętym należy się kwatera żołnierska, taka sama, jaką mają na Wojskowych Powązkach powstańcy styczniowi, żołnierze 1920 r., obrońcy Polski z września 1939 r. czy powstańcy warszawscy. Byłoby to narodowe mauzoleum, które „górowałoby” ponad grobami otaczających Łączkę komunistów. Sąsiadowałoby więc z grobami posiadającymi inskrypcję „Budowniczy Polski Ludowej”? Na terenie Polski nie brakuje miejsc, gdzie wyklęci zaznaczyli swoją działalność. Tam wszędzie powinny o nich przypominać tablice.

Teraz, gdy mamy każdego dnia więcej namacalnych dowodów tego, jak traktowali Polaków urzędnicy i funkcjonariusze rządu PRL, nie będzie można dłużej pobłażać milczeniu o zbrodniarzach, zrzucając odpowiedzialność na trudne czasy, jak robił to Zygmunt Bauman. A zatem pewne jest, że z obroną funkcjonariuszy PRL wystąpią ci sami, którzy go bronili. To, co dotąd się wydarzyło, nie różniło się niczym od stylu PRL. W 1955 roku zaczęły się procesy rehabilitacyjne unieważniające zarzuty wobec wyklętych, np. o współpracę z III Rzeszą lub wywiadem amerykańskim. Nigdy jednak w PRL nie uznano ich za patriotów ani tym bardziej bohaterów. Podobnie było w III RP. Tymczasem ludzie pokroju Baumana są chwaleni w III RP nawet przez wielu działaczy tzw. Sierpnia.

Zamordowani znakomici polscy żołnierze wykazali się nie tylko znajomością sztuki wojennej. Byli patriotami walczącymi do ostatniego tchnienia, a nie jedynie poborowymi najemnikami. Nie czekajmy dłużej z upamiętnieniem bohaterów Powstania Antykomunistycznego. Nie patrzmy na to, co będą mówić ich przeciwnicy. Polska ma smutne doświadczenie w tej sprawie. To sprawa płk. Ryszarda Kuklińskiego, który dla ratowania Polski przed sowiecką agresją na Zachód działał wbrew prawu komunistycznej PRL.

Przez dwie ostatnie dekady toczy się w Polsce zażarta dyskusja pomiędzy Polakami o to, czy był bohaterem. Wątpliwości mają tylko jawni albo ukryci zwolennicy komunizmu i sowieckich wpływów w Polsce. Trawestując hasło: „Powiedz, co sądzisz o Ryszardzie Kuklińskim, a powiem ci, co myślisz o PRL”, namawiam gorąco, aby w taki sposób rozmawiać z opornymi wobec wyklętych: „Powiedz, jak chciałbyś uhonorować żołnierzy wyklętych, a powiem ci, co myślisz o PRL”. I tylko z takim hasłem może dokonać się ta kolejna przemiana w polityce historycznej.



Filip Frąckowiak

NASZ DZIENNIK 2013-08-28


OBUDŹ SIĘ POLSKO..

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 31 sierpnia 2013, 08:48

Media jak to media, bzdurami się zajmują i te bzdury analizują.
A sprawy ważne dla Polski jakby nie istniały.


Gowin a sprawa polska

Krzysztof Losz

Co, według Państwa, było najważniejszym wydarzeniem mijającego tygodnia? Projekt nowelizacji budżetu? Błąd. Polaków wcale nie interesuje stan finansów państwa. Nie obchodzi ich to, że będą obcinane wydatki publiczne, wzrośnie dług publiczny i realnie zostaną podniesione podatki. Takimi bzdurami nikt sobie głowy nie zaprząta, przecież wicepremier Jacek Rostowski mówił, że cięcia i wzrost długu to dobrodziejstwo dla kraju, to impuls do rozwoju. Tak przynajmniej to wyglądało w przekazie stacji telewizyjnych, zwłaszcza informacyjnych. Tam o budżecie mówi się niewiele.

Gdy w środę wicepremier Rostowski prezentował drastyczny projekt nowelizacji budżetu, dziennikarze biegali jak w ukropie po sejmowych korytarzach, pytając polityków nie o kwestie gospodarcze, ale o ultimatum, jakie Jarosławowi Gowinowi postawił Donald Tusk. Rozkładano na czynniki pierwsze groźbę Tuska, że jeśli Gowin „jeszcze raz przekroczy miarę, a uważam, że w ostatnich dniach przekraczał miarę, to na pewno pożegna się z Platformą”. Analizowano, co to oznacza dla samego Gowina, dla PO, koalicji rządowej, jak to wpłynie na kształt sceny politycznej, czy powstanie nowa partia itd. Ten festiwal trwa do dzisiaj i pewnie szybko się nie skończy.

To był doskonały, wręcz wzorcowy przykład, jak za pomocą wydarzenia drugo-, a nawet trzeciorzędnego łatwo można w mediach przykryć o wiele ważniejszy temat, ale przykry dla rządzących. Przy całym szacunku dla pana Gowina, trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że to, czy zostanie on w PO, czy go wyrzucą i założy nową partię (albo pójdzie do innej), nie ma żadnego wpływu na losy Polaków. Ale już kształt budżetu, polityka finansowa państwa ma na naszą teraźniejszość i przyszłość wpływ ogromny.

I tym powinni zająć się dziennikarze. Tylko że wtedy trzeba by zadawać pytania o to, kto nas do obecnego stanu doprowadził, kto spowodował gigantyczny wzrost długu publicznego, kto prowadzi katastrofalną politykę gospodarczą. Odpowiedzi zaś na te pytania byłyby bardzo przykre dla premiera, ministra Rostowskiego i całej koalicji rządzącej. Trzeba więc było zagłuszyć temat budżetu, a sprawa Gowina znakomicie się do tego nadawała. Niech ludzie mają chociaż igrzyska, bo już wiadomo, że o chleb będzie trudniej. A że rzucanie Gowina na pożarcie partyjnym chartom trochę potrwa, to o budżecie i gospodarce długo będzie cicho.

http://www.naszdziennik.pl/wp/52561,gow ... olska.html

ODPOWIEDZ