Szkoła dla wybranych.

ODPOWIEDZ
Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Szkoła dla wybranych.

Post autor: Syriusz » 18 marca 2010, 12:22

Szkoła dla wybranych; tam się uczą dzieci bogatych polityków.

"Polska The Times": Program edukacyjny dla elit, na który stać tylko zamożnych polityków i biznesmenów. Szkoła dla wybranych pod patronatem Opus Dei. W ten sposób, po raz kolejny zresztą, wraca temat szkół prowadzonych przez Stowarzyszenie "Sternik".
Dzieje się to za sprawą informacji powtarzanych przez media o przyjaźni Romana Giertycha z Radosławem Sikorskim. Jedną z płaszczyzn, na której miałaby się cementować ta znajomość, jest właśnie szkoła, do której politycy posyłają swoje dzieci.

Wysuwana jest teza, że kontakty towarzyskie między rodzinami Giertychów a Sikorskich wzięły się między innymi z tego, że dzieci obu par uczęszczają do placówek związanych z Opus Dei. - I choć szkoły nie są koedukacyjne (Sikorscy mają synów, Giertychowie córki) i jest różnica wieku między dziećmi, to rodzice mają okazję spotykać się w ramach prac stowarzyszenia zarządzającego placówkami - pisze jedna z gazet. Nawiasem mówiąc: do szkoły Sternika chodzi już tylko młodszy syn szefa MSZ, starszy został wysłany do szkoły za granicą.

Szkoła elit

Rzeczywiście, moje córki uczęszczają do szkoły prowadzonej przez Stowarzyszenie "Sternik" i muszę powiedzieć, że jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy - przyznaje ze śmiechem Roman Giertych. - Natomiast teza, abym się z Radkiem Sikorskim spotykał właśnie w szkole, jest, łagodnie rzecz biorąc, przesadzona - zapewnia. - Ale to bardzo dobra, stawiająca duże wymagania zarówno dzieciom, jak i rodzicom szkoła - mówi.

Paweł Zuchniewicz, dyrektor ds. komunikacji Stowarzyszenia Wspierania Edukacji i Rodziny "Sternik", bo tak brzmi pełna nazwa organizacji prowadzącej dziś kilka placówek w całym kraju, w tym także przedszkole, szkołę podstawową i gimnazjum w podwarszawskich miejscowościach (Międzylesie, Falenica, Józefów), trochę zżyma się na taką reklamę, która stawia ich w nieco sensacyjnym świetle. - Nieszczególnie zależy nam na właśnie takim nagłaśnianiu naszej działalności - mówi. Ale zarówno on, jak i Monika Kossel ze stowarzyszenia przyznają, że marka Sternika faktycznie przyciąga także ludzi o znanych z pierwszych stron gazet nazwiskach. Ale ci znani czy bardzo zamożni, twierdzi Monika Kossel, to może z 10 proc. wszystkich rodziców. Znakomita zaś większość to po prostu rodziny inteligenckie, zwykle wielodzietne, którym zależy na dobrej edukacji potomstwa.

Niemniej do szkół Sternika swoje dzieci posłał Jerzy Polaczek, były minister infrastruktury w rządzie PiS (w tym celu przeprowadził się do Warszawy ze Śląska). Za dobre miejsce dla dzieci uznał je także znany publicysta TVN 24 Bogdan Rymanowski - do męskiej szkoły chodzi tam jego 9-letni syn, a do żeńskiej 12-letnia córka. Wnuki umieścił w nich skrajnie prawicowy Antoni Macierewicz, ale także liberalna Henryka Bochniarz

"Projekt", jak mówią o swoim edukacyjnym przedsięwzięciu członkowie Sternika, zgromadził dziś 500 rodzin i ponad tysiąc dzieci. Placówki stowarzyszenia zaczęły działać od 1 września 2004 r., a stworzyli je sami rodzice którzy chcieli, aby ich dzieci uczęszczały do szkoły, w której będą obowiązywały takie same zasady i ideały, jakie oni sami wyznają. Wielu z założycieli było członkami Opus Dei i - tworząc stowarzyszenie - kierowali się słowami założyciela Opus Dei św. Josemaria Escriva. "Zakładajcie szkoły dla swoich dzieci - mówił - szkoły będące przedłużeniem domu rodzinnego, w którym praktykuje się ducha służby, współpracy, hojności, jedności". - Ale mówienie, że to szkoła Opus Dei, jest krzywdzące dla tych rodziców, którzy związani są z innymi formacjami, jak Rodzina Rodzin, Kościół Domowy czy Oaza - tłumaczy Monika Kossel. Bo szkoła promuje wartości chrześcijańskie, choć, jak zapewniają członkowie Sternika, dla dzieci osób niewierzących też znajdzie się tu miejsce.

Najważniejszym jednak założeniem "projektu" jest to, że prowadzone przez niego szkoły czy przedszkola nie są miejscami tylko dla dzieci, ale dla całych rodzin. I to nie dzieci są w nich najważniejsze, lecz właśnie rodzina. To placówki totalne, które organizują nie tylko naukę i wychowanie, ale też czas dzieci i ich rodziców. To nie jest miejsce, jak mówi Zuchniewicz, dla tych, którzy mają pieniądze i chcą luksusowo zaparkować dzieci. Rola rodzica nie ogranicza się do spotkań z tutorem, szkolnym opiekunem (wywiadówek tu nie ma). Wspólnie ze szkołą organizują wycieczki, imprezy kulturalne. Niedawno grupa chłopców z ojcami pojechała do Francji na warsztaty śpiewów gregoriańskich. Sami rodzice organizują też wykłady, na których dowiadują się np. o różnych fazach rozwoju dziecka, o procesie jego uczenia i, generalnie rzecz biorąc, o tym, jak być dobrym rodzicem. To wymaga zaangażowania i, co bywa najtrudniejsze, znalezienia czasu. - Mnie często trudno jest i było wygospodarować czas na spotkanie z tutorem moich córek - przyznaje Giertych. Radka Sikorskiego też często w szkole nie widują, syna częściej przywozi matka lub po prostu kierowca. Ale podobnie trudno wygospodarować czas menedżerom. - Takie czasy - mówi Monika Kossel i dodaje, że rodzice i tak robią, co mogą, i bardzo się angażują w życie szkoły.

Szkoła kieruje się zasadą, że najważniejsze dla dzieci jest wychowanie, edukacja dopiero na drugim miejscu. I to działa. Od przedszkola dzieci uczone są pewnych nawyków: porządku, działania w grupie, samodzielności, dyscypliny, bycia życzliwym. A to się przekłada na wyniki w nauce. Bo, jak tłumaczy Monika Kossel, wiedza się dezaktualizuje, ale narzędzia przydatne do jej zdobycia zostają. Dlatego wyniki nauczania w placówkach Sternika należą do najwyższych w kraju, przy czym jeśli w młodszych klasach różnica między ich wynikami a średnią krajową nie jest jeszcze duża, systematycznie rośnie w starszych.

Szkoła wcale nie tania

Kolejną zasadą jest to, że szkoły nie są koedukacyjne. Ta rozdzielność płciowa wynika z prostej przyczyny - różnic w rozwoju między dziewczynkami a chłopcami, innego sposobu przyswajania wiedzy. Następna zasada to liczne klasy: za idealne uznaje się 28-30-osobowe - bo diament szlifuje się diamentem, a człowieka człowiekiem. I jeszcze ta, że za dobrą edukację trzeba płacić. - Niektórzy rodzice pobrali kredyty, by móc posłać dzieci do naszych szkół - mówi Zuchniewicz.

Każdy, kto posyła tu dziecko, musi wykupić udziały w wysokości kilkanaście tysięcy złotych. Przeciętne czesne za dziecko to około tysiąc złotych miesięcznie. Jednak wysokość kwoty negocjowana jest indywidualnie i osoby gorzej uposażone płacą mniej. W rezultacie 40 proc. biedniejszych uczniów jest dofinansowywanych przez 60 proc. zamożniejszych. Bo w idei Sternika nie chodzi o to, by robić getto dla bogatych, tylko dobrą szkołę.

Mira Suchodolska.

ODPOWIEDZ