Aborcja

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 30 września 2013, 16:11

Marnie to widzę.
Tu trzeba Orbana.

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 6 października 2013, 20:39

Jak umiera dziecko poddane aborcji eugenicznej?



Podczas pierwszego czytania projektu ustawy o uchyleniu przepisów zezwalających na aborcję eugeniczną, posłowie poznali okoliczności uśmiercania chorych dzieci poczętych.

Informację przekazała przedstawicielka wnioskodawców projektu, Kaja Urszula Godek, matka niepełnosprawnego dziecka. Jej wypowiedź przytaczamy za ogólnodostępnym (strona internetowa Sejmu RP) „Sprawozdaniem Stenograficznym z 50. posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej”.

„Powoli wychodzi na jaw prawda o tym, w jaki sposób morduje się w Polsce niepełnosprawne dzieci. Na zapytanie działaczy pro life wystosowane w trybie dostępu do informacji publicznej odpowiedział prof. Mirosław Wielgoś, ordynator oddziału położnictwa i ginekologii Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus (jest to jeden z warszawskich szpitali, gdzie zabija się takie dzieci).

Otóż kobiecie podaje się środki na wywołanie porodu i czeka się na wydalenie w ten sposób dziecka. Wykonuje się to w piątym i szóstym miesiącu ciąży. Badania prenatalne, jak wcześniej wspomniałam, przebiegają etapami i w sumie diagnostyka trwa kilka tygodni, stąd ten termin.

W piśmie, które otrzymaliśmy od prof. Wielgosia, zaznacza się, że na tym etapie ciąży dziecko, jak to stwierdzono, zwykle rodzi się martwe. Jeśli urodziłoby się żywe, w szpitalu obowiązuje procedura tzw. odstąpienia od reanimacji. Oznacza to, że takie dziecko zostawia się na misce lub chuście chirurgicznej, aby tam zmarło. Ono umiera w cierpieniach, dusząc się z powodu niewystarczającego wykształcenia płuc.

Z relacji pracowników wielu szpitali w Polsce wiemy, że do takich przypadków dochodzi i że te dzieci mogą umierać nawet kilkanaście godzin. Pozwolę sobie przytoczyć słowa położnych, których świadectwa zebrała w ubiegłym roku dziennikarka jednego z poczytnych tygodników.

Pierwsza relacja. Pacjentka, 23. tydzień ciąży, otrzymuje środki naskurczowe zaaplikowane przez lekarza i czeka na poród, który uwolni ją od problemu, jakim byłoby wychowanie upośledzonego dziecka. Stwierdzone wady rozwojowe. Zapada decyzja o natychmiastowym zakończeniu ciąży. Dziecko rodzi się zniekształcone. Zaraz po urodzeniu traktowane jest jak preparat do badania. Nie zdecydowano tylko jeszcze, czy ma trafić do lodówki czy do formaliny. Zaraz zapadnie wyrok. Ale uwaga, ono żyje. Leży wraz z łożyskiem w metalowej misce i wyraźnie widać, jak bije mu serce, wbrew przewidywaniom i diagnozie. Dziecko po kilku minutach umiera i trafia do lodówki. Próby oporu położnych kliniki wobec takiego procederu traktowane są jako przejaw niesubordynacji i grozi się takim położnym utratą pracy, co kierownictwo kliniki dobitnie i jasno wypowiada.

Druga relacja. Mówi to syn kobiety, która jest położną: ‘Dzieci rodzą się po 20. tygodniu, czasem to nawet 24., 25. tydzień ciąży. Mają zespół Downa głównie. Zazwyczaj, jak przewiduje plan terminacji, są już martwe. Matka często płacze, szczególnie wtedy gdy martwe dziecko, nawet prawie kilogramowe, jak się urodzi, to jednak chwilę zakwili. Nawet do inkubatora takiego dzieciaczka się nie bierze, bo po co. Moja matka jest na skraju wyczerpania nerwowego, nie ma nawet pomocy psychologicznej, ale co możemy zrobić? Mama nie znalazła innej pracy’. Takie rzeczy dzieją się w polskich szpitalach”.

Materiał źródłowy:

„Sprawozdanie Stenograficzne z 50. posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 26 września 2013 r. (drugi dzień obrad), Warszawa 2013”, s. 209.

W internecie:
http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter7.ns ... 57BF200066...

Zdjęcie: Archiwum

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 9 października 2013, 19:26

Musiałam asystować przy terminacjach .

Agata Puścikowska

Z Nikoletą Brodą, położną i socjologiem, która asystowała przy tzw. terminacjach ciąż, rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: - Nie będziemy udawać, że się nie znamy. Poznałyśmy się ponad sześć lat temu, gdy opowiadałaś mi o sytuacji w polskich szpitalach położniczo-ginekologicznych. Wtedy miałam przed sobą inną kobietę: przestraszoną, niepewną, prawie… złamaną. Prosiłaś, by w reportażu o terminowaniu ciąż zmienić Ci dane osobowe - występowałaś tam jako Iwona (przeczytaj tekst Krótkie historie o terminowaniu). Teraz mówisz otwarcie, co Cię wiele lat temu spotkało. Skąd ta zmiana?

Nikoleta Broda: - Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Wszystko jest po coś. Kilka lat temu rzeczywiście nie byłam w stanie rozmawiać na ten temat. Najwyraźniej teraz nadszedł odpowiedni czas - konieczny do dawania świadectwa. Zresztą nie do końca jest prawdą, że wtedy nie chciałam mówić. Chciałam. Mimo, że rozdrapywanie ran bolało, próbowałam mówić o tym, co działo się w jednym z warszawskich szpitali. Niestety, spotkało mnie wtedy bardzo wiele zła ze strony mediów. Jeden z dziennikarzy okłamał mnie i wykorzystał perfidnie mój wizerunek. Zaczęłam unikać kontaktów z mediami. Doświadczyłam na własnej skórze, że za mówienie prawdy o przerywaniu ciąży trzeba czasem ponieść wysoką cenę… Prawda zawsze kosztuje - ale ostatecznie jest warta swojej ceny. Poza tym nie chciałam skupienia medialnej uwagi na sobie. Nie byłam i nie jestem w tym wszystkim ważna. Media czasem niestety mieszają porządki: na plan pierwszy wysuwają „bohatera”, który doświadczył traumy, a zapominają o istocie problemu… Dodam, że już wtedy, m.in. po artykułach w jednym z dzienników, po raz pierwszy - sprawa warunków, w jakich dokonuje się terminacji w polskich szpitalach, trafiła do prokuratury. Została zresztą dwukrotnie umorzona.

Gdy pierwszy raz rozmawiałyśmy, byłaś pełna cierpienia. Teraz boli mniej?

- Tego co widziałam, zapomnieć się nie da. Ale czas leczy rany. Musiały minąć lata, musiałam przepracować w sobie traumę którą przeżyłam. Odeszłam wtedy z zawodu, bo pracować w położnictwie nie byłam w stanie. Zawód, którego celem powinna być pomoc matce i dziecku, w szpitalu, w którym miałam praktyki, został zbrukany. Teraz czuję się silniejsza, bo znalazłam drogę, by te wszystkie złe doświadczenia przeobrazić w dobro. Po latach pracy w innym zawodzie, wróciłam do położnictwa. Dziś pracuję jako położna na bloku porodowym. Działam też w Fundacji MaterCare Polska, która zajmuje się m.in. edukacją medyczną i pomocą matkom najbardziej potrzebującym. W miarę możliwości czasowych wspieram też inne organizacje pro-life.

W 2006 r. po artykule w jednym z dzienników, w którym opisywałaś, jak się zabija chore dzieci, śp. prof. Religa zabrał głos…

- Tak. Profesor wypowiedział się wtedy ostro: procedurę indukowania przedwczesnego porodu, tzw. terminacji, a następnie odstępowania od reanimowania dzieci, w przypadku gdy rodzą się żywe, nazwał morderstwem. Wtedy spowodował, że kwestia terminacji i braku poszanowania dla dziecka urodzonego na granicy przeżywalności, wróciła do prokuratury (a następnie znów została umorzona). Konkretnym dobrem, które wynikło m.in. z mojego świadectwa oraz nacisków środowiska pro-life, było też rozporządzenie wydane przez prof. Religę. Miało ono na celu umożliwienie godnego pochówku każdego dziecka zmarłego w okresie okołourodzeniowym, niezależnie od czasu trwania ciąży.

W programie „Bliżej” wspierałaś Kaję Godek. Już bez lęku, pewna siebie i pod własnym nazwiskiem. Długo trzeba było Cię namawiać na wystąpienie w programie na żywo?

- Ani trochę! Przemówienie sejmowe pani Kai bardzo mnie poruszyło. Z jednej strony zachwyciło mnie, że młoda, elokwentna i odważna kobieta pięknie argumentuje i mówi tak spokojnie prawdę. Z drugiej - byłam przerażona, że wokół niej wręcz ryczą wściekli ludzie. Tak naprawdę był to ryk ludzi poranionych, którzy za wszelką cenę nie chcieli dopuścić jej do głosu. Potem usłyszałam słowa ministra zdrowia, który z pretensją nakazał, by o przypadkach zabijania dzieci informować prokuraturę! Był to dla mnie podwójny szok. Bo po pierwsze ujawnił swą niewiedzę w tej sprawie, a po drugie - przecież kwestia terminacji była już w prokuraturze. W dodatku, tak jak powiedziała pani Kaja, proceder dzieje się w świetle prawa! Wydarzenia w Sejmie na tyle mnie poruszyły, postawa pani Kai na tyle mną pozytywnie wstrząsnęła, że postanowiłam ją wesprzeć, tak jak potrafię. Wiem, bo na własnej skórze tego doświadczyłam, że za mówienie prawdy spotka ją wiele przykrości. Sumienie nie pozwoliło mi zostawić jej z tym wszystkim.

Myślisz, że wspólnie uda się coś zmienić? Ratować dzieci, ratować sumienia położnych?

- Prawdę mówiąc, patrzyłam realnie na układ sił politycznych i nie wierzyłam w powodzenie głosowania. Te przypuszczenia się sprawdziły: obecni posłowie nie rozumieją lub nie chcą rozumieć istoty problemu. Oni nawet o zabijaniu dzieci, na które zezwalają, nie pozwalają mówić wprost… Ale nie same rozwiązania legislacyjne się liczą! Moim zdaniem, dzięki obecnej sytuacji, nagłośnieniu nadużyć przy tzw. terminacji ciąży, pracownicy medyczni, rodzice, mają większą świadomość skutków „zabiegów”. Dlatego warto o tym właśnie teraz mówić: aby uratować jak najwięcej dzieci, sumień rodziców oraz… położnych.

No właśnie. Położne. Rok temu pomogłaś mi w zebraniu materiału do tekstu o łamaniu sumień położnych, które są zmuszane do asystowania przy terminacjach. Tekst był zresztą potem wykorzystany właśnie przez Kaję Godek, podczas sejmowego wystąpienia (przeczytaj tekst Gdy położna jest jak grabarz). Czy od czasu gdy rozmawiałyśmy, zmieniło się coś w sytuacji położnych?

- O dramacie położnych, które mimo zapisu prawnego o klauzuli sumienia, muszą uczestniczyć w „zabiegach”, rozmawiałam z minister Kozłowską-Rajewicz. W maju 2012 złożyłam na jej ręce stosowne pismo: ponieważ minister zajmuje się dyskryminacją, powinna chronić ofiary dyskryminacji! Niestety, do dzisiaj, pani Kozłowska-Rajewicz do sprawy się nie odniosła.


Dodam też, bo to ważne, że w większości przypadków, które znam, nie chodzi przecież o zmuszanie fizyczne do udziału w terminacjach. Chodzi po prostu o presję psychiczną, ekonomiczną, mobbing ekonomiczny. Obecnie jest trudno o pracę w zawodzie położnej, etatowa praca to często podstawa utrzymania całej rodziny. Więc naprawdę trudno się postawić i odejść z zawodu. Położne, które muszą utrzymać dom, boją się wychylać i jawnie buntować. Nie chcą się skarżyć do Izby Pielęgniarek i Położnych, bo wydaje się, że izby nie spełniają ich oczekiwań, a poza tym nie są raczej darzone zaufaniem. Natomiast sygnały o obecnej sytuacji dostaję od wielu położnych, a także lekarzy (!) poprzez Fundację MaterCare. Próśb o pomoc, radę, jest dużo. Można mieć więc nadzieję, że w końcu strach przed pracodawcą zamieni się w konstruktywne, wspólne działanie. Obecnie impulsem do głośnego zabrania głosu było dla mnie wystąpienie pani Kai. Mam nadzieję, że podobnie moje głośne świadectwo będzie impulsem dla innych położnych. Chciałabym dodać odwagi tym, które się boją. Nie możemy być bezwolne, zastraszone. Jesteśmy profesjonalistkami, odpowiadamy za dobro kobiety i jej dziecka, dlatego powinnyśmy się szanować i walczyć o swoje prawa. Społeczeństwo natomiast musi wiedzieć, że uczestniczenie w pozbawianiu życia dziecka 24-25 tygodniowego nie pozostaje bez skutków dla personelu medycznego i osób w to zaangażowanych! Położne również cierpią. I chociaż starają się „zapominać”, traktować swoje „obowiązki zawodowe” bez emocji - po prostu pozostaje w nich to, co widziały, w czym uczestniczyły. To niszczy psychicznie.

Od lat 90. nauczyliśmy się „rodzić po ludzku”, warunki w polskich szpitalach położniczych są coraz lepsze. Pacjentka i jej dziecko (zdrowe), traktowani są z większym szacunkiem.

- To prawda - moim zdaniem podejście do pacjentki i dziecka coraz bardziej się humanizuje. A jednocześnie istnieją ośrodki medyczne specjalizujące się w bezwzględnym rozwiązywaniu „ciąż, które nie rokują”. Przykry paradoks… Mnie, jako socjologa, bulwersuje też fakt, że nie istnieją badania dotyczące tego, czy postawiona podczas badań prenatalnych diagnoza dotycząca choroby dziecka, potwierdziła się po sztucznie wywołanym porodzie. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że część dzieci, u których podejrzewano czy zdiagnozowano prenatalnie jakąś ciężką i nieuleczalną chorobę, to dzieci zdrowe. Lub też, że ich choroba nie jest tak ciężka, jak przewidywali lekarze. Matki, które doświadczyły terminacji, często nie chcą wykonywania sekcji, nie chcą odbierać wyników, wracać do szpitala, gdzie TO się stało (i trudno im się dziwić…). Bardzo niepokojący jest też tryb informowania rodziców o niepozytywnej diagnozie prenatalnej. Gdy okazuje się, że dziecko w łonie matki jest prawdopodobnie chore, rodzice najczęściej słyszą: „można ciążę zakończyć lub urodzić”. W takiej sytuacji matki bardzo często czują presję: popędzane przez lekarzy, aby szybko podjąć decyzję, straszone, że wada dziecka będzie ciężka, zrujnuje życie całej rodziny. Tymczasem rodzice powinni od razu przy wysłuchaniu wstępnej diagnozy usłyszeć, jaka jest alternatywa: zamiast zabicia dziecka powinni otrzymać kompleksową pomoc, by podjąć świadomą decyzję, wolną od nacisku osób trzecich. O tym mówią rekomendacje sygnowane przez autorytety medyczne w Polsce. Również z punktu widzenia zdrowia kobiety - pod względem psychicznym i fizycznym lepiej jest dla niej, aby urodziła naturalnie i pozwoliła godnie dziecku odejść.

Tymczasem w Polsce są tylko trzy hospicja perinatalne!

- Aż trzy! Jeszcze niedawno nie było ani jednego, potem powstało pierwsze w Warszawie. I powstają kolejne. Oczywiście, powinno być ich znacznie więcej - by w każdym zakątku kraju rodziny oczekujące na chore dziecko mogły liczyć na pomoc. Moim zdaniem z roku na roku będzie takich ośrodków przybywać. W każdym szpitalu, przychodni, która wykonuje badania prenatalne, powinny być dostępne ulotki, informujące kobietę, że choroba dziecka to nie wyrok. Że matka nie musi pozwalać na uśmiercenie własnego dziecka! Dziecko chore letalnie (nieuleczalnie), jak twierdzą niektórzy, nie będzie skazane „na straszliwe cierpienie” - o ile zaraz po porodzie otrzyma odpowiednią pomoc paliatywną. Natomiast kobiety oczekujące na dzieci z podejrzeniem Zespołu Downa powinny być kierowane do organizacji wspierających rodziny z takimi dziećmi. Lekarz nie powinien, podczas informowania o chorobie dziecka, ograniczyć się tylko do suchego przekazania diagnozy i informacji o prawnej możliwości zakończenia ciąży. Moim zdaniem lekarz powinien zapewnić kobiecie poczucie bezpieczeństwa, okazać akceptację i skierować do miejsc, w których matka otrzyma pomoc.

http://gosc.pl/doc/1730578.Musialam-asy ... rminacjach

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 18 października 2013, 16:35

BARDZO SMUTNE DANE: wg badań CBOS-u od 4 do prawie 6 mln dorosłych Polek poddało się w życiu aborcji.

Nie mniej niż co czwarta a nie więcej niż co trzecia dorosła Polka poddała się w swoim życiu aborcji - wynika z ostatnich badań CBOS. Autorzy badania, posługujący się nową metodą losowych odpowiedzi, dodają, że są to dane szacunkowe, "z dużym prawdopodobieństwem". W skali całego społeczeństwa dawałoby to liczbę od 4,1 do 5,8 mln kobiet. Badania trwały pół roku - od listopada 2012 roku do kwietnia 2013 roku, objęto nimi łącznie 3576 Polek w wieku od 18. do 65. roku życia.

Badania przebiegały z udziałem ankieterów, za pośrednictwem laptopa. Na ekranie pojawiały się dwa pytania - jedno dotyczyło aborcji a drugie neutralnego tematu. Kobieta sama przyporządkowała każdemu pytaniu "orła" lub "reszkę", a ankieter rzucał monetą. Ankietowana odpowiadała tylko na wylosowane w ten sposób pytanie - ankieter nie wiedział, które z nich zostało wylosowane. Celem tej metody miało być zwiększenie poczucia prywatności respondentek.

W wyniku tych badań uzyskano dane mówiące, że odsetek kobiet przerywających ciążę jest wyższy w starszych grupach wiekowych - szczególną granicę wyznaczają 35-latki, czyli respondentki, które weszły w wiek rozrodczy na krótko przed zaostrzeniem prawa aborcyjnego. Kobiety młodsze decydowały się na aborcję prawie trzykrotnie rzadziej niż kobiety mające 35 lat i więcej (13 proc. wobec 36 proc., największy odsetek dokonanych aborcji dotyczy kobiet w przedziale od 55 do 64 lat - 42 proc.). Wpływ na to miała zmiana regulacji prawnej, utrudniającej od 1993 roku dostęp do legalnej aborcji.

Poza respondentkami starszymi, częściej przerwanie ciąży deklarują kobiety gorzej wykształcone, niezadowolone ze swojej sytuacji materialnej, mające prawicowe poglądy, rzadko praktykujące religijnie (kilka razy w roku).

Najrzadziej aborcji dokonywały kobiety z wykształceniem wyższym, z miast o liczbie mieszkańców 101-500 tys., niezamożne, ale dobrze oceniające swoją sytuację materialną, o nieokreślonych poglądach politycznych i regularnie praktykujące religijnie (dane mówiące o respondentkach w ogóle niepraktykujących oraz praktykujących kilka razy w tygodniu oznaczone są jako obarczone dużym błędem).

Według oficjalnych danych, które przypomina CBOS, w 2011 roku przeprowadzono w Polsce 669 legalnych aborcji. Od 2002 roku liczba rejestrowanych przerwań ciąży wzrosła czterokrotnie, głównie za sprawą powiększającej się z roku na rok liczby zabiegów uzasadnionych wynikami badań prenatalnych. W 2002 roku wykonano ogółem 159 aborcji, w tym 82 w wyniku badań prenatalnych, 71 z powodu zagrożenia życia lub zdrowia matki, 6 w wyniku czynu zabronionego, ale w 2010 r. przy ogółem 641 aborcji, już 614 z powodu badań prenatalnych, zero w wyniku czynu zabronionego i 27 z powodu zagrożenia życia lub zdrowia matki, w 2011 r. na 669 aborcji 620 z powodu badań prenatalnych, zero w wyniku czynu zabronionego i 49 z powodu zagrożenia zdrowia czy życia matki.

Rozporządzenie z dnia 11 lipca 1932 roku zniosło całkowity zakaz aborcji obowiązujący w czasie zaborów. Zalegalizowano przerywanie ciąży powstałej wskutek kazirodztwa, gwałtu lub współżycia z nieletnią mającą mniej niż 15 lat oraz z przyczyn medycznych. W chwili wejścia w życie, było to jedno z bardziej liberalnych rozwiązań w Europie. W latach 1943–1945, niemieckie władze okupacyjne wprowadziły prawo do aborcji „na życzenie”.

Ustawa z dnia 27 kwietnia 1956 roku dopuszczała przerywanie ciąży, gdy przemawiały za tym wskazania lekarskie, trudne warunki życiowe oraz gdy zachodziło podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa (w praktyce na prośbę ciężarnej).

Prawo aborcyjne regulują obecnie zapisy ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Ciążę można przerwać w trzech sytuacjach: gdy jest ona wynikiem czynu zabronionego, stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia matki oraz gdy przesłanki medyczne wskazują na ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu.
KAI/Prej

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 5 listopada 2013, 19:04

Obrazek

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: AnnaE » 5 listopada 2013, 19:58

A co na to tłumacz google?

Obrazek

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 8 listopada 2013, 15:13

W Indiach dziewczęta postrzega się jako ciężar dla rodziny, ponieważ trzeba im dać olbrzymi posag. Przeprowadzane badania USG mają jak najwcześniej ustalić płeć dziecka. Jeśli ma się urodzić dziewczynka, dokonuje się aborcji. Zdarzają się również przypadki zabijania dziewczynek lub ich porzucania. Obsesja na punkcie posiadania syna doprowadziła do spadku liczby dziewcząt w Indiach. W niektórych regionach na 1000 mężczyzn przypada tylko 850 kobiet. Bohaterką filmu jest kierowniczka domu dziecka dla porzuconych dziewczynek.

„Obyś była matką tysiąca synów" -- takie życzenia składają sobie Hinduski. W intencji przyszłych synów odprawia się modły i składa ofiary. Realizację marzeń ułatwiają ultrasonografy i aborcja. Na świecie przypada średnio 105 kobiet na 100 mężczyzn, w Indiach te proporcje są inne. Na początku XX wieku na 100 mężczyzn rodziło się tam 97 kobiet, teraz -- 93. Kanadyjscy socjologowie pracujący nad raportem dla ONZ oszacowali, że w ciągu ostatnich 20 lat „zniknęło" 10 milionów dziewczynek. To około 500 tysięcy rocznie.Ile z nich przyszło na świat, a ile stało się ofiarą tak zwanej selektywnej aborcji, nie sposób policzyć. W Indiach nie istnieją dokładne statystyki zgonów ani narodzin, w przeludnionych miastach, slumsach i maleńkich wsiach takie zdarzenia często nie są rejestrowane. Jedna czwarta wszystkich kobiet rodzących bez pomocy lekarza lub położnej to Hinduski. Nie ma nie tylko dokumentów, ale też świadków. Na wsiach, gdzie brak wiedzy o aborcji i pieniędzy na zabieg, niechciane noworodki są trute, duszone lub topione w studni.

W miastach postęp technologiczny i wysokie zarobki rodziców okazują się dodatkowym zagrożeniem dla dziewczynek. Płeć płodu można ustalić w gabinecie ginekologicznym i przerwać ciążę. Zdarza się to coraz częściej, choć od 1971 roku prawo zezwala na usunięcie ciąży wyłącznie w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia matki, a od 1996 roku lekarze mają zakaz informowania o płci płodu. Indyjscy dziennikarze podający się za małżeństwo przeprowadzili w zeszłym roku prosty test. Po badaniu USG pytali, czy urodzi się chłopiec czy dziewczynka. W większości przypadków otrzymali informacje, także od kobiet ginekologów.

W sierpniu 2008 dziennik „Times of India" opublikował szczegółowy raport dotyczący aborcji w Bombaju. Okazało się, że największy „deficyt dziewczynek" występuje w dzielnicach zamieszkanych przez zamożną klasę średnią. W tej grupie dyskryminacja nie wynika z sytuacji finansowej, jest warunkowana wyłącznie kulturą.

Dyskryminacja Hindusek jest wpisana w indyjską historię i mitologię, a selektywna aborcja i małżeństwa dzieci to tylko niektóre z wielu jej przejawów. Choć o cierpieniu dziewczynek piszą w Indiach gazety, w prywatnych rozmowach to temat tabu. http://duchowaadopcjadziecka.wordpress. ... ydowanych/

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 18 listopada 2013, 17:27

Fundacja Gatesów promuje aborcję w biednych krajach

Bill & Melinda Gates Foundation promuje aborcję wśród biednych narodów. W zorganizowanej przez nią konferencji poświęconej kontroli narodzin w krajach ubogich uczestniczyć będzie 3000 osób. Wśród uczestników etiopskiego spotkania będą m.in. czołowe organizacje propagujące aborcję. Jest tak pomimo, że żona założyciela Microsoftu deklarująca się jako katoliczka twierdziła, że jej fundacja nie będzie propagować aborcji.

W kwietniu ubiegłego roku Melinda Gates rozpoczęła kampanię No Controversy. Zapewniała wtedy, że zamierza promować antykoncepcję, która rzekomo nie ma nic wspólnego z aborcją. Jednak tytuły wystąpień etiopskiej konferencji mówią same za siebie: "wysiłki zmierzające do zastosowania polityki, która zwiększy dostęp do aborcji", "dostęp do bezpiecznej aborcji", "aborcja i jakość opieki", "aborcja przed i po". Wezmą w niej udział m.in. takie znaczące organizacje aborcyjne jak Planned Parenthood czy Marie Stopes.

Jak zauważa portal lifesitenews.com, konferencja w Etiopii jest ciągiem dalszym ubiegłorocznego szczytu w Londynie, podczas którego rządy, korporacje i prowadzone przez bogaczy fundacje zobowiązały się do wzmożenia wysiłków dotyczących kontroli narodów w ubogich krajach. Podczas szczytu w czerwcu 2012 r. Fundacja Gatesów przeznaczyła 4,6 miliardów dolarów na promocję antykoncepcji w Azji południowo-wschodniej i Afryce. Melinda Gates została z tego powodu skrytykowana przez Giulię Galeotti dziennikarkę L’Osservatore Romano. Jej zdaniem żona założyciela Microsoftu "zeszła na psy".

Fundacja Billa i Melindy Gatesów warta 36,2 miliardy dolarów koncentruje się na sprawach społecznych głównie w krajach rozwijających się. Promuje m.in. ochronę zdrowia, edukację i walkę z ubóstwem. Choć przez wielu jest doceniana za działalność filantropijną, to obrońcy życia zwracają uwagę na promowanie przez nią aborcji i antykoncepcji. To ostatnie Melinda Gates uważa za swoją życiową misję.

Fundacja Gatesów nie jest jedyną związaną z wielkim biznesem organizacją która wspiera aborcję i antykoncepcję. Do takich grup należą także Fundacja Forda czy Hewlett Packard. Drastyczne ograniczenia populacji popiera m.in. szef CNN Ted Turner. Sam Bill Gates w czasie spotkania z m. in. Davidem Rockefellerem jr., Georgem Sorosem Turnerem wyraził obawy o wzrost populacji Ziemi do 9,3 miliarda osób przed 2040 r.

Źródła: lifesitenews.com / catholicnewsagency.com

Mjend

http://www.pch24.pl/fundacja-gatesow-pr ... 226,i.html

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 18 listopada 2013, 17:40

Fundacja Gatesów promuje aborcję w biednych krajach .
Eutanazja zamiast leczenia ,aborcja zamiast pomocy w rozwoju gospodarki państw najbiedniejszych. Demoralizacja zamiast wychowania i kształtowania człowieka.
A więc unicestwienie ,wyludnienie ,następnie zasiedlenie przez innych ,wykupowanie ziemi . Nie potrzebna jest akcja militarna, by wybić naród ,wystarczą Lemingi które się nawet nie potrafią już obronić ,bo głupotę im przetoczono do krwiobiegu .

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 18 listopada 2013, 20:51

KASIA pisze:Eutanazja zamiast leczenia ,aborcja zamiast pomocy w rozwoju gospodarki państw najbiedniejszych. Demoralizacja zamiast wychowania i kształtowania człowieka.
A więc unicestwienie ,wyludnienie ...
Pachołki demona rządzą światem. Dla nich nie istnieją : Dobro, Prawda, Miłość.

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 19 listopada 2013, 21:23

Aborcja : zabójstwo, egoizm, reklama

„Kobieta”, która dokonuje aborcji lub ją po prostu popiera, cierpi na postępujący zanik sumienia. Aborcja jest zabójstwem i powinna podlegać najsurowszym sankcjom moralnym oraz prawnym.

Spowodowania śmierci nie usprawiedliwi żadna przyczyna. Współwinny jest także nie tylko ten, kto do aborcji namawia, ale i ten, który programowym działaniem (znęcaniem się psychicznym, fizycznym a nawet wyrafinowaną formą manipulacji) doprowadza drugą osobę do głębokiej depresji, a w konsekwencji do próby samobójczej albo po prostu do śmierci. Walka o godność życia nie jest już kwestią metafory czy na trwałe sformułowanego postulatu. To walka autentyczna, walka na życie i śmierć.

Aborcja jest aktem „ideologicznie” obudowanego egoizmu. Może ona skutkować trwałym okaleczeniem, poważnym urazem psychicznym, który ujawnia się w kilka tygodni po „zabiegu”. Wśród fizycznych skutków aborcji wymienić należy: krwotok związany z rozdarciem szyjki macicy lub z zakażeniem spowodowanym rozwojem drobnoustrojów w niedokładnie oczyszczonej jamie macicy, poronienia, niepłodność, zwiększenie ryzyka raka piersi. U kobiet, które poddały się aborcji, częściej występują nawracające stany zapalne dróg rodnych oraz zaburzenia miesiączkowania, a także przedwczesne porody na skutek niedomagania szyjki macicy.

Aborcja pozostawia też niekiedy trwałe skutki w ich psychice: poczucie winy i skrzywdzenia, obsesyjne myśli o zamordowanym dziecku, w wielu przypadkach niechęć do współżycia seksualnego, a nawet myśli samobójcze.

Istnieją najróżniejsze odmiany zła i jego personifikacje. Zło przypadkowe, zło systematyczne, zło świadome, zło zaplanowane, zło o proweniencji manipulacyjnej, zło konsekwentne, zło narastające i wreszcie zło, które określiłabym mianem organicznego, łączące w sobie wszystkie wymienione tu elementy. Przerażają mnie reklamy prywatnych klinik w różnych krajach europejskich, promujące aborcję jako „proces medyczny, który ma na celu przedwczesne zakończenie ciąży”. Przykładów takich klinik można by wymienić wiele, a podanie ich nazw przez wiele kobiet potraktowane zostać może… jako kryptoreklama.

Brytyjskie kliniki szczegółowo informują m.in. o przebiegu odsysania próżniowego czy tzw. późnej aborcji (late abortion). We Francji koszty przerywania ciąży bierze na siebie budżet państwa, a w 1990 roku przyjęto ustawę legalizującą aborcję w pierwszych trzech miesiącach ciąży pod warunkiem podpisania przez kobietę ciężarną oświadczenia, że znajduje się w dramatycznej sytuacji życiowej. W Hiszpanii trzy lata temu została przyjęto nowa ustawa pozwalającą na przerywanie ciąży na wniosek kobiety w pierwszych czternastu tygodniach ciąży. Ustawa ponadto pozwala Hiszpankom dokonać aborcji do dwudziestego drugiego tygodnia, jeżeli ciąża zagraża życiu matki lub płodu, zaś szesnastolatka roku może dokonać zabiegu bez zgody rodziców!

Kobietę domagającą się dokonania aborcji należy uznać podżegania do zabójstwa lub nawet udzielenia pomocy w działaniu. Jeśli nie chce wychować dziecka, niech odda je pod opiekę: bezdzietne małżeństwa pragnące adopcji czekają na jej dzieciątko z otwartymi ramionami. Jeśli nie potrafi dziecka wychować, niech powierzy je Oknu Życia!

Nakazem naszego sumienia jest obrona życia bez względu na wolę człowieka, Świętość życia nakazuje nam szacunek nie tylko do osoby, która ma możność decydować o swoim życiu, ale dla osoby, która jeszcze nie potrafi się werbalnie komunikować. Dzieciątko od chwili poczęcia jest człowiekiem, jest ludzkim życiem! Człowiek rozwija się od poczęcia do narodzin, a dalsze jego życie jest procesem ciągłym!

„Matka” i „lekarz”, którzy podejmują decyzje o aborcji, wydają zarazem wyrok: kara śmierci dla niewinnego dziecka.

Marta Cywińska

http://fundacjasos.pl/aborcja-zabojstwo-egoizm-reklama/

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 1 grudnia 2013, 20:08

Sześć miesięcy, 700 gramów, i żył .

http://videos.religionenlibertad.com/vi ... os-y-vivio

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 20 lutego 2014, 09:54

Być może dotarła do Was informacja o tym, że we wrocławskim szpitalu ważące 700 gramów Dziecko przeżyło aborcję (miało zostać zamordowane, bo jest chore...). Fundacja Pro – Prawo do Życia przygotowała petycję skierowaną do Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza:

http://www.citizengo.org/pl/4467-domaga ... i-w-polsce.

Fragment: "Dziecko z wrocławskiego szpitala wyjątkowo zostało poddane reanimacji. To rzadkość, bo w większości przypadków takie dzieci zostawia się na powolną śmierć. Szpitale przyznają, że w razie urodzenia żywego obowiązuje u nich procedura "odstąpienia od reanimacji", lekarze aborterzy w wywiadach prasowych mówią, że to najlepszy sposób postępowania z takim dzieckiem. Wypowiedzi podobnej treści udzielił prof. Romuald Dębski ze Szpitala Bielańskiego w Warszawie tygodnikowi "Wprost" (nr 29/2013)..”

Petycja zawiera pytania o konkretne powody, dla których dokonano w Polsce aborcji:

1. Jakie były w ubiegłych latach konkretne diagnozy, na podstawie których kwalifikowano dzieci do aborcji?

2. W jaki sposób weryfikowano te diagnozy?

3. Jakie są procedury dotyczące postępowania z dziećmi, które rodzą się żywe w wyniku aborcji? Jakie są kryteria decydowania o tym, czy danemu dziecku pomocy udzielić czy nie?

Mamy prawo wiedzieć, jak wydawane są nasze pieniądze. Autorzy petycji podkreślają, że "kieruje nami przeświadczenie, że jako płatnicy składek zdrowotnych mamy prawo poznać szczegóły procedur z naszych składek finansowanych.”.

Aby zapoznać się z treścią całej petycji i podpisać ją, wystarczy kliknąć:

http://www.citizengo.org/pl/4467-domaga ... i-w-polsce

Zwracamy się do Państwa z gorącą prośbą o podpisanie petycji oraz o wysłanie wiadomości o niej Państwa Rodzinie, Przyjaciołom i Znajomym. O tym, co dzieje się w polskich szpitalach, powinniśmy mówić głośno (wiele osób nie zdaje sobie sprawy z powagi problemu!), a niniejsza petycja do Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza niech będzie ważnym głosem sprzeciwu wobec aborcji oraz wyrazem troski o życie każdego dziecka, zwłaszcza tych chorych dzieci, które w Polsce można legalnie zabijać. Niech przykład maleńkiej Dziewczynki z wrocławskiego szpitala obudzi sumienia aborterów.

Łączę wyrazy szacunku,

Magdalena Korzekwa

Menedżer Campanii CitizenGO w Języku Polski wraz z Międzynarodowym Zespołem Fundacji

----

CitizenGO jest organizacją aktywnych obywateli, dla których ważna jest ochrona życia człowieka, rodziny i wolności.

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty: 2197
Rejestracja: 2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja: Śląsk

Ku pamięci - Nawrócenie Bernarda Nathansona

Post autor: AnnaE » 2 kwietnia 2014, 13:09

Bernard Nathanson, urodzony w 1926 r. profesor z Cornell University, był ateistą i jednym z największych na świecie zwolenników aborcji. Dążył uparcie do tego, by w USA uczynić aborcję legalną, tanią i dostępną. W 1968 r. był jednym z założycieli National Abortion Rights Action League (Narodowej Ligi Walki o Prawo do Aborcji). Prowadził największą klinikę aborcyjną w Stanach Zjednoczonych. Przyznaje się do dokonania 75 000 aborcji. Mówi teraz z wielkim bólem: "w tej liczbie jest także zabicie mojego nie narodzonego dziecka, które uśmierciłem własnymi rękami". W życiu Nathansona dokonał się jednak cud przemiany umysłu i serca. Z czołowego światowego aborcjonisty stał się przodującym obrońcą życia dzieci nie narodzonych. Po wielu latach przygotowań, w 1996 r. przyjął chrzest w Kościele Katolickim.

Dom rodzinny i szkoła

Jego ojciec, profesor medycyny, syn żydowskich emigrantów, jeszcze w latach studenckich odwrócił się od tradycji ortodoksyjnego judaizmu. Nie wierzył w Boga, a jedynie w jakąś "wyższą siłę". To właśnie ojciec wyrył trwałe piętno na życiu i osobowości Bernarda, wpajając swojemu synowi nihilistyczne postawy i wierzenia. Bernard wzrastał w domu, w którym tylko zachowywano zwyczaje i obrzędy wiary żydowskiej, ale jej nie praktykowano. Na dodatek ojciec Bernarda nienawidził swojej żony.

Rodzice wysłali Bernarda do jednej z najlepszych szkół w Nowym Jorku (Columbia Grammar School), gdzie uczyły się dzieci najbogatszych żydowskich rodzin.

Bernard, wpatrzony w ojca odwrócił się również od religii, uważając ją za bezużyteczną i utrudniającą życie "jak kamień u szyi". Mimo swojej niewiary ojciec zmusił Bernarda, aby trzy razy w tygodniu chodził do ortodoksyjnej szkoły hebrajskiej. Uczył się tam na pamięć hebrajskich modlitw i wyniósł przekonanie, że religia żydowska jest surowa i bezlitosna. Bóg mojego dzieciństwa - wspomina po latach - przypominał ponurą, majestatyczną, brodatą postać Mojżesza z rzeźby Michała Anioła. Widzę Go, jak siedzi przygarbiony, dumając nad moim losem na chwilę przed wygłaszaniem nieuchronnie skazującego wyroku. Taki był Bóg mojej żydowskiej religii - potężny i przerażający jak lew. Jak wielkiego doznałem olśnienia, gdy służąc w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych, z czystej frustracji i nudy zacząłem uczęszczać na wieczorowe kursy biblijne! Wtedy odkryłem, że Bóg Nowego Testamentu jest kochający, wyrozumiały, łagodny i wszystko przebaczający ludziom o skruszonych sercach.

Studia na wydziale lekarskim prestiżowego Uniwersytetu McGilla rozpoczął w 1945 r. Podczas wykładów na czwartym roku medycyny wielkie wrażenie wywarł na nim profesor psychiatrii, Karl Stern. Ten wspaniały nauczyciel, wybitny naukowiec również był Żydem. Nathanson uwielbiał prof. Sterna za jego niezwykle ciekawe wykłady oraz szczególny duchowy pokój. Nie zdawał sobie sprawy, że Stern w 1943r. nawrócił się na katolicyzm, po wielu latach rozmyślań, analiz i lektur. Proces swojego nawrócenia opisał w książce The Pillar of Fire (Słup ognia), która po raz pierwszy została opublikowana w 1951 r. Nathanson przeżył prawdziwy szok, kiedy po raz pierwszy przeczytał ją w 1974 r. Lektura tej książki w dużym stopniu przyczyniła się do jego nawrócenia na katolicyzm. W ostatnim rozdziale swojej książki Stern wyjaśnia swojemu bratu, ortodoksyjnemu Żydowi, dlaczego stał się katolikiem: Kościół pozostaje niezmienny w swym nauczaniu. Istnieje tylko jedna nadprzyrodzona prawda, podobnie jak istnieje tylko jedna prawda naukowa. Tym, czym dla doskonalenia materii jest prawo Postępu, dla spraw duchowych jest prawo Zachowania. Pamiętam, jak pokazałem ci kiedyś papieską encyklikę o nazistach. Zrobiła na tobie spore wrażenie i powiedziałeś: «Zupełnie, jakby została napisana w pierwszym wieku». Właśnie o to chodzi!

Szatański świat aborcji

Jesienią 1945 r. na balu uniwersyteckim Bernard poznał czarującą, niewinną, siedemnastoletnią Ruth. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu, planowali ślub. Ruth zaszła w ciążę. Fakt ten zburzył sielankowy nastrój zakochanych. Nie chcieli tego dziecka. Postanowili je "usunąć". Po wielu poszukiwaniach udało im się znaleźć lekarza abortera, który w prywatnym gabinecie, w ukryciu, wykonywał ten proceder, wtedy jeszcze nielegalnie. Kiedy dziecko zostało zabite, Bernard i Ruth zachowywali się jak spiskowcy po haniebnej zbrodni, o której nie wolno mówić. Po latach Bernard wspomina: Jestem pewien - że mimo jej dzielnej miny, jej lojalności i miłości do mnie - w jakichś melancholijnych zakamarkach umysłu Ruth, rodziły się pytania: "Dlaczego się ze mną nie ożenił? Dlaczego nie mogliśmy mieć tego dziecka? Dlaczego musiałam narażać swoje życie i życie moich przyszłych dzieci dla jego wygody i studiów? Czy Bóg ukarze mnie za to, co zrobiłam, i uczyni mnie bezpłodną?

Dla Bernarda w tym czasie pytania natury religijnej były nieistotne. Dojrzewał w nim - jak sam pisze - charakter żydowskiego ateisty o twardym karku. Martwił się tylko o zdrowie Ruth i jej zdolności rozrodcze w przyszłości. Wkrótce jednak ich drogi się rozeszły. To doświadczenie stało się dla Nathansona pierwszą podróżą w szatański świat aborcji.

W połowie lat sześćdziesiątych Bernard ukończył staż na położnictwie i ginekologii, stał u początku wspaniale zapowiadającej się kariery. Miał jednak już za sobą dwa nieudane małżeństwa, zniszczone - jak sam dziś przyznaje - przez "egoizm, narcyzm i nieumiejętność kochania". W tym czasie począł dziecko z kobietą, która go bardzo kochała. Błagała go, aby pozwolił jej je donosić i urodzić. Nathanson był nieugięty, zażądał, aby natychmiast usunęła ciążę, bo on nie może sobie pozwolić na utrzymanie dziecka, a jeżeli nie podda się aborcji, to się z nią nie ożeni. Zaproponował jej, że osobiście dokona aborcji ich dziecka. Pozbawił je życia w sposób fachowy. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, ani nawet cienia wątpliwości, że źle postąpił. W swojej świadomości lekarza-abortera miał tylko poczucie dobrze wykonanej roboty.

Przed dokonaniem aborcji Nathanson, jak i inni lekarze nie informowali pacjentek o niebezpiecznych następstwach przerwania ciąży. Po swoim nawróceniu on sam napisał: Okazuje się, że aborcja może być powiązana z rakiem piersi, że tysiące kobiet utraciło płodność w wyniku nieudanej aborcji, a śmiertelność kobiet poddających się temu zabiegowi po trzynastym tygodniu ciąży jest wyższa, niż wskaźnik urodzeń. Arogancja ludzi praktykujących medycynę zawsze była uważana za nieznośny dodatek nieodłącznie towarzyszący ich profesji, ale niebotyczna zarozumiałość lekarzy trudniących się aborcją do dziś nie przestaje zadziwiać. Na każde dziesięć tysięcy dziewczyn, takich jak Ruth, przypada jeden aborter: zimny, pozbawiony sumienia, bez skrupułów wykorzystujący swoje talenty do nikczemnych celów, brukający swoją etyczną odpowiedzialność i skłaniający - wręcz uwodzący - kobiety swoim lekarskim spokojem i uspokajającym profesjonalizmem, by zdecydowały się na zabójstwo. Nie przypadkiem następny krok w tym perwersyjnym wynaturzaniu umiejętności lekarskich dokonuje się tam, gdzie lekarze są upoważnieni przez państwo do dopomagania - zawsze w imię współczucia! - w akcie samobójstwa. Jakże inaczej wyglądałby świat, gdyby jakiś nierozważny Ťekspertť od rachunku cierpienia w godzinę po ukrzyżowaniu wspiął się na drabinę i podał Jezusowi dawkę cykuty...

W 1968 r. dr Nathanson został jednym z założycieli "National Abortion Rights Action League" (NARAL), która miała doprowadzić do zalegalizowania aborcji w USA. Po jej legalizacji w 1970 r. w stanie Nowy Jork otrzymał nominację na dyrektora największej kliniki aborcyjnej w świecie. Przyznaje się do odpowiedzialności za 75 000 aborcji. W jednym z artykułów napisanym tuż przed swoim nawróceniem, zatytułowanym "Wyznania eks-aborcjonisty", Nathanson opisał taktykę, jaką zastosował on i jego koledzy z NARAL, aby przełamać wszelkie prawa ograniczające aborcję w USA oraz na całym świecie. Trzeba pamiętać, że w latach sześćdziesiątych większość Amerykanów była przeciwna aborcji. W ciągu 5 lat, dzięki intensywnej kampanii reklamowej "specjaliści" z NARAL przekonali Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych i ten w 1973 r. wydał decyzję legalizującą aborcję na żądania i bez ograniczeń, aż do 9 miesiąca ciąży.

Jak to zrobiliśmy? Ważne jest zrozumienie taktyki jaką zastosowaliśmy, bo jest ona w dalszym ciągu praktykowana w krajach zachodnich w dalszej liberalizacji aborcyjnego prawa.

Pierwszym kluczem skuteczności ich taktyki było przekonanie mediów, że akceptacja dla aborcji jest znakiem oświeconego liberalizmu. Wiedzieli, że gdyby przeprowadzono sondaż opinii publicznej, przegraliby z kretesem. Dlatego fabrykowali dane statystyczne w oparciu o fikcyjne sondaże. Informowali media, że według najnowszych sondaży 60% Amerykanów popiera aborcję. Podawali jako prawdziwe informacje, że na skutek nielegalnej aborcji rocznie umiera 10 tys. kobiet, gdy prawdziwa liczba wynosiła 200 - 250. Twierdzili, że w ciągu roku w USA przeszło 1 mln kobiet dokonuje nielegalnej aborcji, podczas gdy rzeczywiście było ich około 100 tys. Nieustanne powtarzanie wielkich kłamstw w publicznych mediach przekonuje słuchaczy. Tego rodzaju akcja propagandowa okazała się bardzo skuteczna. W ciągu 5 lat udało im się przekonać większość społeczeństwa, że należy jak najszybciej zalegalizować aborcję.

Drugim elementem ich taktyki było granie tzw. katolicką kartą. Nieustannie szkalowali Kościół Katolicki i jego "wsteczne" poglądy, wskazując na hierarchów Kościoła, jako na pełnych hipokryzji łajdaków, którzy przeciwstawiają się aborcji, chcąc ograniczyć wolność wyboru. Ten motyw był ciągle powtarzany. Karmili media różnymi kłamstwami, jak: Wszyscy wiemy, że przeciwnikami przerywania ciąży są tylko duchowni, natomiast świeccy katolicy w zdecydowanej większości są za aborcją.

Trzecim sposobem działania było uwiarygadnianie akcji propagandowej przez blokowanie informacji o naukowych dowodach, świadczących o tym, że ludzkie życie zaczyna się od chwili poczęcia. Twierdziliśmy, że nauka nie będzie mogła nigdy tego określić, ponieważ nie należy to do jej kompetencji, a tylko do filozofii i teologii. Było to wielkie kłamstwo ponieważ fitologia (nauka o początkach życia ludzkiego) przedstawia niezaprzeczalne dowody, że życie człowieka zaczyna się w chwili poczęcia i potrzebuje takiej samej ochrony, jaką my się cieszymy.

Gdy dziś cofam się - pisze Nathanson - dwadzieścia pięć lat, do tamtej odrażającej gry odbywającej się wśród ciał ciężarnych kobiet i ich mordowanych dzieci, zaskakuje mnie absolutny brak krytycyzmu wobec zadania, jakie sobie wyznaczyliśmy, całkowita moralna i duchowa pustka, leżąca u podstaw tego koszmarnego przedsięwzięcia, nasze niepodważalne przekonanie o wysokim poziomie moralnym naszych działań. A przecież to, co robiliśmy, było po prostu podłe! Dlaczego nie potrafiliśmy dostrzec zakłamanej etyki i niegodziwości praktykujących lekarzy, połączenia tej ewidentnej chciwości z pozbawioną wyższych uczuć motywacją: beznadziejnej głupoty samego przedsięwzięcia z tępotą uczestniczących w nim ludzi; wszystkich wskazówek etycznych z niemoralnością samego aktu?!

Nawrócenie

W 1973 r. Nathanson został ordynatorem wydziału położniczego w szpitalu św. Łukasza w Nowym Jorku. Po raz pierwszy zainstalowano tam ultrasonograf, najnowocześniejszą wtedy aparaturę, dzięki której można było oglądać i badać płód w łonie matki. Ultrasonograf otworzył przed Nathansonem nowy świat. Wspomina: Pierwszy raz mogliśmy naprawdę zobaczyć ludzki płód - mierzyć go, obserwować, przyglądać mu się, a także związać się z nim i pokochać go. Pokazywane na USG obrazy płodu robią niewiarygodnie silne wrażenie na oglądającym.

Po wprowadzeniu ultrasonografu nastąpił radykalny przełom w podejściu Nathansona do ludzkiego płodu. Dzięki USG mogliśmy nie tylko przekonać się, że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem, ale także wykonać pomiary jego funkcji życiowych, ważyć go i określać jego wiek, widzieć jak przełyka i oddaje mocz, widzieć go w stanie uśpienia i przebudzenia, a także obserwować, jak porusza się nie mniej celowo niż noworodek. Od tego momentu Nathanson już nie był przekonany o słuszności aborcji na życzenie. Drastycznie ograniczył ilość dokonywanych przez siebie "zabiegów" do przypadków, które według niego miały medyczne uzasadnienie. Ostatniej aborcji dokonał w 1979 r.

Od 1984 r. zadawał sobie coraz więcej pytań na temat przerywania ciąży. Chciał wiedzieć, co się rzeczywiście dzieje podczas jej wykonywania. Przeprowadził ich przecież tak wiele, ale czynił to bez zastanowienia, mechanicznie, na ślepo. Wprowadzał narzędzie do macicy, włączał silnik, a maszyna wysysała jakieś strzępy tkanek. Zapragnął wiedzieć co się wtedy rzeczywiście dzieje. Poprosił więc swojego przyjaciela Jay`a, który dokonywał do 20 aborcji dziennie, aby podczas "zabiegu" włączył USG i nagrał jego przebieg na taśmie filmowej. Kolega zrobił to z wielką sumiennością. Kiedy później obaj obejrzeli taśmy w studiu montażowym, przeżyli prawdziwy szok, a Jay powiedział, że już nigdy nie podejmie się przerwania ciąży. Był to wstrząs dotykający korzeni mojej duszy - napisał później Nathanson. Po raz pierwszy zobaczył, co rzeczywiście dzieje się podczas aborcji i czym ona naprawdę jest. Po profesjonalnym opracowaniu taśm powstał film The Silent Scream (Niemy krzyk). Był to filmowy dokument makabrycznej zbrodni dokonanej na najbardziej niewinnej i bezbronnej istocie. Pokazywał dwunastotygodniowe dziecko w łonie matki, próbujące bronić się przed rozrywającym je na kawałki narzędziem zgniatającym i aparatem ssącym. Film został pokazany po raz pierwszy 3.01.1985 r. na Florydzie i jego projekcja wywołała sensację.

Liberałowie podnieśli straszny krzyk, ponieważ ten dokument był ogromnym zagrożeniem dla sił proaborcyjnych. Liberalne media starały się całkowicie zablokować dotarcie tej prawdy do szerszych kręgów amerykańskiego społeczeństwa. Żadna z sieci telewizyjnych nigdy nie chciała pokazać tego filmu, ani nawet nie zgodziła się na kupienie czasu antenowego na reklamy, których treścią byłaby pochwała wyboru życia. Było to ewidentnym dowodem na to, jak bardzo media zdominowane są przez ludzi opowiadających się za kulturą śmierci. Naukowe fakty otworzyły serce Nathansona: przyjął niepodważalną prawdę, że życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia, a każde usunięcie ciąży jest morderstwem niewinnej i bezbronnej ludzkiej istoty. Dr Nathanson zmienił swoje poglądy na temat aborcji kierując się tylko względami naukowymi a nie religijnymi.

Droga do Kościoła Katolickiego

Duchowa podróż do wiary w Boga była dla Bernarda Nathansona niezwykle trudna. Najpierw było odkrycie świętości ludzkiego życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci, a dopiero później dojście do wiary w Boga. Nie szukałem niczego duchowego; moje pragnienia były w większości ziemskie i cielesne, moje dążenia konkretne i namacalne, łatwo dające się spieniężyć. Co gorsza, odnosiłem się do spraw duchowych z pogardą, jak przystało na żydowskiego ateistę o twardym karku - pisze Nathanson. W latach 1978-1988 przeżył niezwykle trudny okres. W sposób wyjątkowo bolesny zaczął odczuwać skutki swojego grzesznego życia. Budziłem się co noc o czwartej lub piątej nad ranem, wpatrywałem się w ciemność i czekałem, czy wśród mroku rozbłyśnie nagle wiadomość o uniewinnieniu mnie przez jakiś niewidzialny sąd. Po bezowocnym oczekiwaniu zapalałem nocną lampkę, brałem którąś z książek o grzechu i kolejny raz czytałem ustępy z "Wyznań" św. Augustyna, Dostojewskiego, Paula Tillicha, Kierkegaarda, Niebuhra, a nawet Lewisa Mumforda i Waldo Franka.

Nawiedzały go coraz częściej myśli samobójcze. Ciężar popełnionych win był nie do uniesienia, szczególnie świadomość tysięcy aborcji na niewinnych dzieciach. Próbował leczyć swój duchowy ból i rozpacz środkami uspokajającymi, alkoholem, poradnikami, chodzeniem do psychiatry - nic nie pomagało. W tym też czasie dr Nathanson coraz bardziej angażował się w działalność ruchu obrony życia. Jeździł po całych Stanach Zjednoczonych z wykładami, pisał książki, włączał się w działalność polityczną. Uczestnicząc w wiecach obrońców życia, dawał wyraźnie do zrozumienia, że łączy go z nimi jedynie sprzeciw wobec aborcji, natomiast z rezerwą odnosi się do wiary w Boga. W czasie tych wieców i protestów przed klinikami aborcyjnymi doświadczał panującej wśród zgromadzonych nieuchwytnej atmosfery bezinteresowności. Z twarzy zgromadzonych tam i modlących się ludzi, otoczonych przez kordony policji, promieniowała prawdziwa miłość. Ci ludzie nieustannie się modlili i stale przypominali sobie o całkowitym zakazie stosowania przemocy. Nathanson pisze: Po prostu zaskoczyła mnie siła ich miłości i modlitwy: modlili się za nie narodzone dzieci, za zagubione i przerażone matki, za pracujących w klinice lekarzy i pielęgniarki. Modlili się nawet za policję i media, które transmitowały demonstrację. Modlili się za siebie nawzajem, ale nigdy za siebie samych. Zacząłem się zastanawiać: Jak to się dzieje, że ci ludzie mogą z siebie tyle dawać, występując na rzecz mniejszości, która jest niema, niewidoczna i niezdolna do wyrażenia im swojej wdzięczności?

Przykład tych ludzi sprawił, że Nathanson po raz pierwszy w swoim życiu zaczął serio dopuszczać do siebie myśl o możliwości istnienia Boga. Pisze, że zaczął zastanawiać się nad istnieniem Boga, który przeprowadził mnie przez wszystkie kręgi piekła tylko po to, by w swej łasce wskazać mi drogę do zbawienia i okazać swoje miłosierdzie. Ta myśl - sprzeciwiająca się wszystkim moim dziewiętnastoletnim pewnikom, którym byłem wierny - w jednej chwili ukazała moją przeszłość jako ohydne bagno grzechu i zła, oskarżyła mnie i uznała winnym ciężkich przestępstw (...), a równocześnie - w cudowny sposób - ukazała mi (...), że Ktoś umarł dwa tysiące lat temu za moje grzechy.

Zanim jednak zdecydował się na duchową podróż w poszukiwaniu Boga, z wielką zachłannością zaczął czytać autobiografie wielkich katolickich konwertytów, takich jak Malcolm Muggeridge, kardynał Newman, Graham Greene, C.S. Lewis, Walker Percy i innych. Jednak najbardziej identyfikował się z historią swojego profesora Karla Sterna, który w autobiografii The Pillar of Fire opisał swoją fascynującą duchową podróż do katolickiej wiary. Nathanson wyznaje, że za każdym razem kiedy czyta tę autobiografię, z trudem powstrzymuje łzy: Było mi przeznaczone przemierzać glob w poszukiwaniu Tego, bez którego byłbym potępiony, teraz jednak uchwyciłem się rąbka Jego szaty w rozpaczy, w przerażeniu, w niebiańskim przystępie najczystszej potrzeby. Moje myśli wracają znów ku bohaterowi moich lat studenckich, Karlowi Sternowi - który przechodził przemianę duchową dokładnie w tym czasie, kiedy kształcił mnie w sztukach poznawania ludzkiego umysłu, jego porządku i jego źródeł - i ku słowom, które napisał do swego brata: Nie ma co do tego wątpliwości: biegliśmy do Niego albo uciekaliśmy przed Nim, a On przez cały czas był w centrum wszystkiego.

Nathanson był świadomy, że bardzo wiele osób z ruchu obrony życia modli się za niego. Duchowa przemiana dokonywała się w nim w sposób łagodny i naturalny, przynosząc mu wewnętrzną ulgę i pokój. Zaczął regularnie, każdego tygodnia spotykać się z ks. Johnem McCloskey, który stał się jego duchowym przewodnikiem po trudnych drogach wiary. O swojej decyzji przejścia na katolicyzm zaczął publicznie mówić już 1994 r. Został ochrzczony 9 grudnia 1996 r. w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku przez kard. J. O`Connora. Żydowscy przyjaciele z życzliwością przyjęli jego decyzję. Sam dr Nathanson mówi: "Przyjmując Chrystusa jeszcze bardziej doceniam fakt, że przynależę do kultury, narodu i tradycji żydowskiej. Tak będzie zawsze i jestem z tego dumny." Od tego czasu regularnie uczęszcza na Mszę św., spowiada się, prowadzi życie głębokiej modlitwy, a jako naukowiec w swoich książkach, filmach i licznych konferencjach daje świadectwo, że życie ludzkie jest tak święte, jak święty jest Bóg - dawca tego życia, a więc nikt i nigdy nie ma prawa ludzkiego życia nikomu odbierać. Nawrócenie prof. Bernarda Nathansona, który z czołowego światowego aborcjonisty i "ateisty o twardym karku", stał się gorliwym katolikiem i przodującym obrońcą życia dzieci nie narodzonych, jest niewątpliwie jednym z największych nawróceń XX wieku.

Kiedy przyjechał do Polski 19.10.1996 r., na konferencji prasowej w galerii Porczyńskich, skierował apel do polskich parlamentarzystów: Błagam was, nie róbcie żadnego kroku w kierunku liberalizacji aborcji! Historia wam nigdy tego nie wybaczy. Chcę Was przestrzec, żebyście nie popełniali tych samych błędów, które my popełniliśmy w Ameryce. Głosowanie za aborcją będzie jednocześnie głosowaniem za eutanazją, zabijaniem ludzi starych, kalekich i terminalnie chorych, za eksperymentami genetycznymi - będzie pierwszym krokiem na równi pochyłej, na dole której znajduje się całkowita dehumanizacja życia, dolina śmierci.


Ks. M. Piotrowski TChr

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 4 kwietnia 2014, 08:07

Bogata, znana, szczęśliwa... i martwa.
Zabił ją zespół poaborcyjny



Piękna, znana, bogata, a jednak w depresji, która doprowadziła ją do samobójstwa. Charlotte Dawson jest przykładem tego, że aborcja zabija kobiety. Australijka 15 lat po aborcji popełniła samobójstwo.
A z jej opublikowanych wspomnień wynika zupełnie jednoznacznie, że początkiem depresji, która ją zabiła była... aborcja. Zabicie dziecka wymusił na niej jej były mąż, dla którego od ojcostwa ważniejsza była kariera sportowa. O tym, że właśnie aborcja była początkiem „potwora depresji” pisała Dawson niezwykle mocno. „Kiedy wróciła do domu (po aborcji) poczułam, że coś się zmieniło. Czułam zmianę” - wspominała w książce „Air Kiss & Tell” i dodawała, że to był początek jej depresji.

Jej historia to dramatyczny przykład miłości, zdrady, zabójstwa i męskiej nieodpowiedzialności. W 1999 roku kobieta wyszła za mąż za pływaka Scotta Millera. I błyskawicznie zaszła w ciążę. Jej mąż, który przygotowywał się do Olimpiady w Sydney nie był jednak, jak wspomina ona sama, gotowy na dziecko, przeszkadzało mu ono w karierze. Wspólnie podjęli więc decyzję, że je zabiją, a potem spróbują mieć następne, by to, które już jest nie przeszkadzało w zdobyciu medalu. - Kto by się przejmował rozwijającym się płodem, gdy może zdobyć złoty medal – wspominała kobieta po latach.

Ale to były tylko słowa. W istocie nie chciała ona zabić swojego dziecka. Tyle, że mąż i inni naciskali na nią, przekonywali, że dziecko jest przeszkodą, że za wiele zainwestowali w jego karierę, by teraz jakieś dziecko miało w niej przeszkodzić... I wreszcie kobieta zajechała do kliniki aborcyjnej i została tam zostawiona sama. Mąż nie był w stanie wytrzymać „atmosfery” panującej w klinice i uciekł. - Byłam zupełnie rozbita. Chciałam tego dziecka. Jak długo będziemy musieli później czekać... Nie ma żadnych gwarancji, że kiedyś jeszcze zajdę w ciążę. Oczywiście akceptowałam, że olimpiada jest absolutnym priorytetem – opowiadała o swoich uczuciach. - Starałam się myśleć o dziecku, jako o przeszkodzie i niedogodności, ale nie wychodziło mi – dodawała. I podkreślała, że walczyła ze sobą, bo kochała już to dziecko.

Ostatecznie jednak do aborcji doszło. I nie stała się ona wcale doświadczeniem wyzwolenia. Dawson czuła się winna, pełna wstydu i bólu. Próbowała skupić się na małżeństwie, ale nie była w stanie. - To był straszny dla mnie czas – dodawała. A potem do tego wszystkiego doszła jeszcze rozwijająca się depresja.

Ofiara z życia dziecka w niczym nie pomogła zresztą ani pływakowi, ani jego żonie. Krótko potem jej mąż został przyłapany na zdradzie małżeńskiej, a także udowodniono mu doping. I z wielkich sukcesów nic nie wyszło. A jej małżeństwo rozpadło się. - Coś we mnie się złamało, poczułam, że są rzeczy, których nie da się już naprawić, że coś już nigdy nie wróci – opowiadała kobieta.

Piętnaście lat później, depresja związana z zabiciem dziecka, a także z nieodpowiedzialnością mężczyzny, doprowadziła Charlotte Dawson do samobójstwa. Winę za to ponosi zaś nie tylko jej były mąż, dla którego kariera była ważniejsza niż życie jedynego dziecka, ale też ideologia aborcyjna, która przekonuje, że żywy człowiek jest tylko płodem, że można się go pozbyć, jak wyrostka.

Ta historia pokazuje także niezwykle mocno, że aborcja to nie jest sprawa kobiet, że opłaca się ona nie tyle kobietom, ile nieodpowiedzialnym, głupim, niedojrzałym mężczyznom. Takim, jak pływak z Australii, który uznał, że może zmusić swoją żonę do zabicia dziecka, tylko po to, by lepiej przygotować się do olimpiady. Ile jeszcze takich historii musi się wydarzyć, byśmy zrozumieli, że aborcja zabija nie tylko dziecko, ale łamie także serce kobiety, pozbawia ją możliwości normalnego życia? Ile ofiar muszą jeszcze zobaczyć aborcjoniści, by dostrzec, że ich ideologia zabija?

Tomasz P. Terlikowski

Źródło: http://www.fronda.pl/a/bogata-znana-szc ... map=%5B%5D

http://wuzetka2012.blogspot.com/2014/03 ... -zabi.html

ODPOWIEDZ