Świadectwo: Zatraciłam swoje człowieczeństwo

ODPOWIEDZ
Amid
Posty: 1365
Rejestracja: 7 lipca 2009, 17:00
Lokalizacja: Polska

Świadectwo: Zatraciłam swoje człowieczeństwo

Post autor: Amid » 5 lipca 2011, 18:59

Wstrząsający wywiad z Moniką Campean, rumuńską ginekolog, która wykonała ponad 1000 aborcji. Choć od ostatniego zabiegu minęło już wiele lat, Campean wciąż nie może dojść do siebie. Do dziś przeżywa zespół poaborcyjny, który – jak przekonuje – może się przytrafić także lekarzowi.

Świadectwo: Zatraciłam swoje człowieczeństwo

Procedura wykonywania aborcji mówi o tym, iż zabieg jest prawidłowo wykonany, jeśli na koniec słychać dźwięk, który w języku medycznym określa się jako wołanie, krzyk macicy. Po francusku nazywa się to cri uterine. Wówczas zrozumiałam, że jest to w rzeczywistości płacz, płacz macicy, to samo ciało kobiety płacze za płode - mówi Monika Campean – rumuńska lekarz ginekolog.


Jaka była Pani droga do zawodu ginekologa i aborcjonisty?

– Ukończyłam medycynę, którą wybrałam z powołania. Całe życie wiedziałam, że będę lekarzem, ponieważ moim celem było pomagać ludziom. Na początku kariery miałam bardzo dobre zamiary i nigdy nie pomyślałam, że jako lekarz kiedykolwiek zrobię coś złego. Zdziwiłam się i byłam naprawdę wstrząśnięta, kiedy uświadomiłam sobie, że po tylu wysiłkach, po ogromie nabytej wiedzy, po wielu latach poświęconych nauce i praktyce lekarskiej popełniłam największy błąd, jaki może popełnić człowiek – czyli zabijać innych ludzi. Było to dla mnie wstrząsające.

Jak do tego doszło?

– Prawdopodobnie doszłam do tego stanu, ponieważ bardzo chciałam czynić dobrze, starając się przede wszystkim przestrzegać prawidłowych procedur, a tą drogą straciłam człowieczeństwo. Zresztą całe kształcenie medyczne jest stopniowym procesem w kierunku utraty człowieczeństwa. Swój początek ma ono w prosektorium oraz na wykładach, gdzie uczymy się o rozwoju człowieka i bezkrytycznie zgadzamy się z najbardziej wulgarną formą teorii ewolucji. Bardzo wierzyłam moim profesorom, a w okresie komunizmu ta teoria była powszechnie uznawana.

Pamięta Pani początki swojej praktyki?

– Za pierwszym razem, kiedy patrzyłam, jak wykonuje się zabieg aborcji, nie wytrzymałam, musiałam opuścić pomieszczenie i zemdlałam. Powiedziałam sobie, że nie będę lekarzem ginekologiem. Ale z czasem straciłam wrażliwość i później nie dokonywałam już żadnych powiązań pomiędzy aborcją a ludzkim życiem, nauczyłam się „pracować” fachowo. O kobietach nie myślałam. Byłam przekonana, że to, co robię, jest dobre, że im pomagam. Tylko to miałam w głowie. Kobiety nie muszą mieć dzieci, jeśli tego sobie nie życzą. Miałam wrażenie, że kobiety są ofiarami mężczyzn, że cały ciężar spoczywa na ich barkach. A gdy mężczyzna nie przyjmuje na siebie odpowiedzialności, wówczas kobieta nie ma innego wyjścia – musi usunąć ciążę. Zgłasza się do lekarza, a ten powinien jej pomóc pozbyć się ciężaru. Tak sądziłam wówczas. I myliłam się.
Poniekąd odseparowałam wówczas życie od procedury medycznej. Byłam robotem, który miał wykonać wszystko wedle określonych prawideł. Myślałam tylko o tym, aby nie powstały komplikacje, aby pacjentka nie cierpiała i nie zastanawiałam się zbyt długo nad życiem duchowym. Mimo że uważałam się za osobę wierzącą, wówczas nie praktykowałam. Miałam swoje osobiste zdanie na temat Boga. Po rewolucji 1989 roku zmienił się u nas ustrój. W czasie komunizmu aborcja była zabroniona, więc wykonywałam nieliczne zabiegi. Jednak abym mogła stać się lekarzem ginekologiem, musiałam się tego nauczyć. Nawet byłam dumna, że potrafię dobrze wykonać ten zabieg. Po rewolucji aborcja stała się legalnym procederem. Musiałam codziennie wykonywać coraz więcej zabiegów. W pewnym momencie poczułam, że już nie mogę.

Dlaczego?

– Nie chodziło tylko o wysiłek fizyczny. Był to innego rodzaju ciężar. Nie chciałam już chodzić do szpitala. Codziennie rano myślałam, jak tego unikać, próbowałam ciągle być na zwolnieniu lekarskim. Ale nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje. Pewnego dnia mój syn poszedł do szkoły. Czułam, że coś się dzieje w naszych relacjach. Byłam zdenerwowana, niezadowolona, że nie dostaje wyłącznie dobrych ocen. Usłyszałam wtedy o wykładzie pewnego profesora z Kanady na temat psychiki dziecięcej. Nie zwróciłam uwagi na to, że wykład dotyczył aborcji. Poszłam tam z zamiarem zapytania go, jak mam poprawić relacje z moim synem. Na wykładzie dowiedziałam się natomiast o całym dramacie aborcji. Wówczas uświadomiłam sobie, że embrion, który niszczyłam, był w rzeczywistości istotą ludzką. Nie mogę pojąć, skąd taka głupota u mnie i u tylu lekarzy, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje w czasie aborcji. Jest faktem, że kiedy wykonywałam zabieg, nie myślałam, że mam do czynienia z istotą ludzką. Kiedy dotarło to do mnie w trakcie wykładu tego profesora z Kanady na temat traumy poaborcyjnej, przeżyłam prawdziwy wstrząs i przez dwa lata nie mogłam dojść do siebie. Nie wiedziałam, co się ze mną dalej stanie. Równocześnie nie byłam w stanie przestać wykonywać zabiegów. Starałam się wykonywać ich coraz mniej, lecz za każdym razem czułam się coraz gorzej. Mówiłam sobie, że powinnam przestać, ale nie miałam siły z tym skończyć naprawdę. Wykonałam wtedy mnóstwo zabiegów. Na płaszczyźnie duchowej oczekiwałam na karę, która nie mogła być mi darowana, tym bardziej że sama nie mogłam sobie darować tego, co zrobiłam. Stale się zadręczałam.

Dlaczego wykład, o którym Pani wspomniała, był tak ważny w Pani życiu?

– Na tym wykładzie uświadomiłam sobie, że życie jest ważne, a niszczenie życia to katastrofa. Dziecko jest darem Bożym. Nie możemy robić, co się nam podoba. Zrozumiałam, jakie są konsekwencje aborcji dla kobiety i dla całego społeczeństwa, a przede wszystkim dla zniszczonego nienarodzonego dziecka. Miałam przed oczyma gromadę dzieciaków, które się bawią i żyją, a tu nagle jakby ktoś je zastrzelił. Coś w rodzaju olśnienia. To był widok martwych dzieci. Znów mną wstrząsnęło. Potem przypomniałam sobie o procedurze aborcji mówiącej o tym, iż zabieg jest prawidłowo wykonany, jeśli na koniec słychać dźwięk, który w języku medycznym określa się jako wołanie, krzyk macicy. Po francusku nazywa się to cri uterine. Wówczas zrozumiałam, że jest to w rzeczywistości płacz, płacz macicy, to samo ciało kobiety płacze za płodem. Podczas studiów uczyliśmy się tego, lecz nie dokonywaliśmy powiązań między słowami, między znaczeniami tych słów. Potem pomyślałam o własnych dzieciach, o braciach mego dziecka, które mogłyby być razem z nami, a których nie mieliśmy w rodzinie. Często mój syn pytał, czy nie będzie miał braci: „Dlaczego nie mam brata, nie mam siostry?”. Pomyślałam o moich licznych przyjaciółkach, które zwracały się do mnie z prośbą o wykonanie aborcji, myślałam o dzieciach, które mogłyby nas otaczać. Myślałam o znajomych, o krewnych. Tylu ich było!

Przez długi czas nie mogła Pani jednak zaprzestać.

– To się stało dopiero wtedy, kiedy długo myślałam o Bogu. Dotarłam do Irlandii, do rodziny chrześcijańskiej, która przyjęła mnie z wielką gościnnością, z wielką miłością. Wtedy zrozumiałam, że „kluczem życia” jest miłość. I jeszcze raz miłość. Że Bóg jest Bogiem miłości, Bóg jest miłością, która niekoniecznie musi ukarać. Profesor Philip Ney, który otworzył mi oczy w sprawie aborcji, utrzymywał ze mną kontakt przez dłuższy czas i próbował mi pomóc, bym miała odwagę w konfrontacji z pacjentkami mówić im prawdę i przekonywać, żeby nie wykonywały więcej aborcji. W tym celu poprowadził wykład dla lekarzy i personelu medycznego, którzy nie chcieli wykonywać aborcji. Miało to miejsce w Irlandii. Właśnie tam dotarło do mnie, co znaczy miłość, a także to, że Bóg może nam wybaczyć. Działo się to w 1996 roku.

W jakich okolicznościach po raz pierwszy odmówiła Pani wykonania aborcji?

– Po powrocie z Irlandii jedna z pierwszych pacjentek poprosiła mnie o wykonanie zabiegu jej córce. Wcześniej wykonałam zabieg matce. Dlatego zgłosiła się do mnie w sprawie swojej córki. Wówczas był to pierwszy raz, kiedy powiedziałam „nie”. Pacjentka była zszokowana i oburzona, że nie chcę wykonać zabiegu. Mówiła, że to obowiązek lekarza. Ja jednak nie uległam. Starałam się ją przekonać, przedstawiając moje nowe stanowisko. Odeszła zagniewana. Ten pierwszy przypadek był porażką, nie moją osobistą, lecz tej kobiety. Ona dopięła swego gdzie indziej. Ale potem byłam coraz bardziej odważna. Sporo pacjentek rezygnowało z zabiegu – mają dzieci, które dziś są radością ich życia.

Kiedy nadszedł dla Pani krytyczny moment?

– Przeżywałam kryzys zawsze, gdy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy. Mówiłam wówczas pacjentkom, że w tych tygodniach nie wykonuję zabiegów aborcji. Z jednej strony było to dobre, ale z drugiej jednak trochę dziwne. Przez tydzień nie robiłam tego, a potem zaczynałam od nowa. Za czasów komunistycznych, żeby zdać egzamin na lekarza specjalistę, musieliśmy również wykonywać aborcje. Wówczas przepisy prawa przewidywały, że można wykonać zabieg tylko kobietom, które miały czworo dzieci, były w wieku powyżej 40 lat lub jeśli ciąża zagrażała życiu. Nie wykonywaliśmy więc zbyt dużo zabiegów, ale jednak trochę ich było. Każdy lekarz miał jeden dzień w tygodniu, kiedy trzeba było wykonywać aborcje na wniosek. Po zmianie ustroju liczba aborcji znacznie wzrosła. Przed bramą szpitala ustawiała się kolejka. W latach 1990-1996 aborcja stała się narzędziem antykoncepcyjnym. Kobiety nie były przyzwyczajone do stosowania antykoncepcji. Wiele niepożądanych ciąż było usuwanych. Była ogromna liczba zabiegów. Bywały dni, kiedy wykonywałam od siedmiu do dziesięciu aborcji. To straszne obciążenie dla lekarza.

Czy zapamiętała Pani jakieś szczególne sytuacje?

– Przypominam sobie przypadki zaawansowanych ciąż. Czasami nie można było ustalić, w jakim miesiącu jest ciąża. Mimo że funkcjonowało ograniczenie do dwunastu tygodni, nieraz trzeba było dokonać zabiegu bez wyraźniej orientacji. Były wtedy już widoczne części płodu, fragmenty kończyn górnych i dolnych, części czaszki. Czasami widać było wypływający mózg. To są szokujące widoki. Tego się nie zapomina. Kobiety, które pamiętam, przeważnie były mi znajome lub z mojej rodziny. Na przykład żona mojego brata czy moje przyjaciółki. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam... Ciekawe, że takie obrazy pozostają zarejestrowane gdzieś w pamięci jak film. Początkowo nie poruszają szczególnie. Dopiero teraz, po przemyśleniu, przypomina mi się każdy szczegół – jak konkretna kobieta trafiła do mnie, o czym opowiadała, będąc u mnie w gabinecie, jak się w jej przypadku toczył cały proces, jak leżała w łóżku i płakała, bo prawie za każdym razem kobiety płaczą, gdy przechodzą aborcję. I nie płaczą z powodu bólu, lecz dlatego że zawsze zdają sobie sprawę z tego, że coś zostało utracone. Próbowałam je wspierać, pomagać przejść przez ten moment. Czasem sama bywałam wzruszona i mimo że płakałam wraz z nimi, myślałam, że to, co się stało, było konieczne. Że był to etap, przez który ktoś przeszedł, dlatego że był konieczny. Teraz wszystko, co mogę powiedzieć w każdym przypadku, który miałam, to: „Niech Pan Bóg mi wybaczy! Mea culpa”.

Jak radzi sobie Pani ze swoją przeszłością?

– Bywają momenty, gdy mam więcej zapału i nadziei. Szczególnie wtedy, kiedy myślę, że jednak podjęłam dobrą decyzję, by nie wykonywać więcej aborcji. To daje podstawę do tego, by wierzyć, że mogę otrzymać przebaczenie. Pomaga mi to także przejść łatwiej przez trudniejsze chwile życia. Kiedy jednak napotykam trudności, wówczas pamięć złych rzeczy i tych morderstw, które popełniłam, powraca.

Co działo się z ciałami dzieci po aborcji?

– Pamiętam, że w pewnym momencie, po usunięciu jednej ciąży, pielęgniarka zabrała pojemnik z usuniętym zarodkiem i przekazała woźnej, by go wyrzuciła do toalety. Przez długi czas miałam obsesyjną myśl, że krew i wszystkie ciała dzieci uśmierconych w czasie aborcji trafiają do miejskiej kanalizacji i że całe miasto jest nieczyste, zanieczyszczone ich krwią. Taki obraz krwi wędrującej przez wszystkie kanały miejskie bardzo mnie prześladował. Miewałam koszmary nocne i bezsenność. Ale z czasem, po to by nie cierpieć ciągle, zaczęłam się dystansować, zapominać. Prawdopodobnie zadziałał mechanizm obronny i nie pamiętałam stale tych obrazów.
Sposób, w który były traktowane te usunięte dzieci, często był makabryczny. Pamiętam, jak nieraz leżały pozostawione na małej tacce przy toalecie. Niektóre jeszcze żyły. Przechodząc obok można było usłyszeć słabe kwilenie lub zobaczyć spowolniony ruch. Takie obrazy są jak przebłyski i kiedy przychodzą mi do głowy – są nie do wytrzymania, powodują wręcz fizyczny ból.

Czy usuwała Pani samodzielnie dzieci w zaawansowanych ciążach?

– Nigdy nie wykonałam ich sama, ale jako lekarz asystowałam przy aborcjach ze wskazaniem lekarskim, w bardzo zaawansowanej ciąży, kiedy wstrzykiwano do macicy hipertoniczny roztwór soli, by uszkodzić płód. Z tego, co widać na ekranie ultrasonografu, wynika jasno, że te dzieci cierpią i miotają się. To są kolejne obrazy, które do mnie powracają. Podobnie jak film Niemy krzyk doktora Bernarda Nathansona, który oglądałam i który jest wstrząsający. Był przeznaczony między innymi dla samych lekarzy, by uświadomili sobie, co oznacza aborcja i fakt, że dziecko rzeczywiście czuje ból.
Wydaje mi się, że gdyby na początku mojej kariery choć jedna osoba powiedziała mi, że to, co robię, nie jest dobre, i że powinnam to przemyśleć, na pewno bym się zastanowiła. Ale wtedy nikt nie mówił, że to może być coś złego. Wszyscy mówili, że czasem tak się rzeczy mają. Dlatego wydaje mi się niezwykle ważne, by o problemie aborcji mówić studentom medycyny, ponieważ jeśli oni raz nauczą się pewnych rzeczy, potem będzie im bardzo trudno. Jeśli nie będą mieli grupy wsparcia, jaką ja miałam, sądzę, że nie będą potrafili zrezygnować. Mam przykłady moich kolegów, z którymi rozmawiałam i których próbowałam przekonać, by przestali usuwać ciąże. Niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że jest to faktycznie niedobra rzecz, ale robią to, mówiąc, że jedno dziecko więcej lub mniej nie stanowi różnicy. I nadal usuwają kolejne ciąże. Uważam, że jest bardzo ważne powiedzieć młodym lekarzom rozpoczynającym karierę, by dobrze uświadomili sobie, co oznacza usuwanie ciąży. Oni są bardziej otwarci, odmówiliby wykonywania czegoś takiego.

Mówi Pani, że w trakcie wykonywania aborcji lekarz widzi, że ma do czynienia z dzieckiem, ale z drugiej strony nie zdaje sobie sprawy z sytuacji. Prawdę mówiąc, nie mogę tego zrozumieć. To jest trudne do wyobrażenia. Jak to jest możliwe?

– To jest pytanie, na które nikt chyba nie znalazł odpowiedzi: jak to jest możliwe, by lekarz wykonał aborcję, a kilka minut później szedł na salę porodową, żeby pomóc przyjść na świat innemu dziecku – i nie kojarzył tych dwóch wydarzeń? Jak to możliwe, by myślał, że w obu przypadkach postąpił dobrze – zarówno zabijając dziecko, jak i pomagając mu się urodzić? Jedyna sensowna odpowiedź to postępujące odczłowieczenie lekarza. Tak się niestety dzieje. Jesteśmy przygotowywani, by stać się maszynami, robotami, by zareagować tylko na to, co jest od nas wymagane. Powiedziałabym, że medycyna staje się komercyjna. To, że ktoś jest doceniony, ma dobrą reputację, dobrze zarabia i ma dużo pacjentów, staje się najważniejsze. Wtedy wszystkie pozostałe rzeczy można zanegować. Lekarz się komercjalizuje i robi to, co mu się każe. Za wszystko jednak trzeba kiedyś zapłacić. Nie wiem, czy to przypadek, ale bardzo wielu moich kolegów ginekologów źle skończyło. Zginęli w strasznych okolicznościach bądź stali się alkoholikami. Inni mają dużo osobistych problemów. Myślę, że dzieje się tak z powodu aborcji.

Mam wrażenie, choć mogę się mylić, że ta przeszłość ciągle w Pani żyje, choć usiłuje Pani oddalić ją od siebie...

– To prawda. Przez jakiś czas za każdym razem, gdy tylko myślałam o aborcjach, nie mogłam powstrzymać się od płaczu. Dużo cierpiałam i nie mogłam już tego znieść. Wypracowałam w końcu swój własny mechanizm obronny – poszłam do księdza, wyznałam kilkakrotnie podczas spowiedzi swoje grzechy i powoli odnalazłam pewien spokój. Nie jest on ciągły, ale powraca choć od czasu do czasu. To jest konieczne do życia. Taki spokój jest jak mur, który chroni mnie przed sobą samą. Nie można żyć z ciągłym poczuciem winy. Muszę się dystansować, ponieważ w życiu pojawiają się nowe problemy, które mnie absorbują. Minęło już jest wiele lat od kiedy zrezygnowałam z wykonania aborcji. Gdybyśmy się spotkali w 1997 lub 1998 roku, to sądzę, że nie byłabym w stanie rozmawiać, gdyż płakałabym przez cały czas.

Czy myślała Pani o sobie, że przeżywa zespół poaborcyjny? Zwykle odnosimy go do rodziców, ale także lekarze są nim dotknięci.

– Kiedy usłyszałam pierwszy raz o zespole poaborcyjnym, odnosiłam go przede wszystkim do matek i do ich cierpienia. Odnosiłam go również do siebie, ale z powodu tego, że sama kilkakrotnie byłam w ciąży i usunęłam ją. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że ten zespół może się zdarzyć lekarzowi w wersji wzmożonej, proporcjonalnie do liczby wykonanych aborcji. Jeśli matka, która miała jedną lub kilka aborcji, przeżywa i przypomina sobie na przykład datę urodzenia dziecka lub dzieci, których już nie ma, to w przypadku lekarza możecie sobie wyobrazić, ile razy czuje ten ból serca, kiedy liczy, ile istnień ludzkich zostało przez niego zgładzonych.

Jak ten zespół poaborcyjny przejawia się w Pani życiu?

– Miałam dużo okresów depresyjnych, podczas których nie czułam w ogóle żadnej radości z życia. Myślałam kilkakrotnie o popełnieniu samobójstwa. Nie mogłam patrzeć na małe dzieci. Na początku pociągały mnie i bywały mi drogie, po czym dostawałam ataków paniki i miewałam nieodparte wrażenie, że za chwilę może im się coś złego przydarzyć. Taka panika bywała chwilowa, trwała tylko kilka sekund, ale zawsze była okropna. To bardzo mocne przeżycie. Wrażenie tak samo silne, jak przy lęku przed własną śmiercią. A ja miałam wrażenie, że za chwilę jakieś dziecko spotka coś bardzo strasznego i całe jego cierpienie przeżywałam sama w ciągu kilku sekund. To były moje najgorsze stany. Często zdarzało mi się czuć taką panikę podczas pracy w gabinecie ginekologicznym. To było najgorsze. Wiem, że depresja może mieć powiązania z porami roku i rzeczywiście w listopadzie oraz grudniu miewałam takie stany najczęściej. Nie wiem, czy miało to związek z jakimś szczególnym przypadkiem aborcyjnym, ale na pewno nie pozostaje bez związku z moimi doświadczeniami.

Czy myśli Pani o tym, gdzie mogą być teraz te dzieci, które Pani zabiła?

– Myślę, że one są w niebie. One nie mają przecież żadnej winy, są czyste, niewinne. Domyślam się więc, że są w niebie. Nie mogę być tego pewna, ale tak właśnie myślę.

Czy myślała Pani kiedyś, by prosić je o wybaczenie?

– Księża, z którymi rozmawiałam, polecili mi, bym nadała imię każdemu takiemu dziecku i modliła się w intencji każdego z nich jak za osobę, ale to jest trudne i wymaga dużo wysiłku od lekarza, który wykonał dużo aborcji. Czyniłam tak przez długi czas. Również kiedy chodziłam na Mszę, ofiarowałam ją danemu dziecku. Myślę, że będę musiała to robić przez całe życie. Z moich wyliczeń wynika bowiem, że podczas swej kariery lekarskiej wykonałam około tysiąca aborcji. To bardzo dużo. Dlatego proces modlitwy o przebaczanie będzie trwał całe moje życie.

Co chciałaby Pani powiedzieć innym kobietom, by zrozumiały, czym jest aborcja?

– One powinny wiedzieć, że w momencie zajścia w ciążę zostają matkami swoich dzieci. Nawet jeśli dokonają aborcji, nadal pozostaną matkami tych dzieci, a te dzieci ciągle będą istniały. Nie ma odwrotu od tej sytuacji. Jeśli kobieta zachodzi w ciążę, nie może już cofnąć czasu. Jeśli zdecyduje się na aborcję, czeka ją trauma, ponieważ zamiast być matką żywego dziecka, zawsze będzie matką martwego dziecka. Nie można pozbyć się ciąży, uśmiercić własne dziecko, bez ponoszenia konsekwencji.

Rozmawiali Maciej Bodasiński i Lech Dokowicz
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... stwo_14124

Tekst ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika Fronda.

ODPOWIEDZ