Moralność w małżeństwie

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Moralność w małżeństwie

Post autor: Coltrane » 9 grudnia 2013, 15:16

Moralność w małżeństwie

Istota małżeństwa

Wszyscy doskonale pamiętamy scenę z Księgi Rodzaju, kiedy Pan Bóg stworzył Adama, po czym Adam spośród wielości stworzeń nie odnalazł tej właściwej dla siebie pomocy. Pan Bóg, zastanawiając się, co z tym zrobić, stwierdza – niedobrze, żeby człowiek był sam. Wprowadza Adama w głęboki sen i pobierając, mówiąc językiem współczesnej medycyny, z jego ciała żebro, stwarza kobietę. Ten obraz biblijny napisany przez autora natchnionego pokazuje nam, że tak naprawdę to, co wyszło spod ręki Boga bezpośrednio, niczym nie różni się od tego, co wyszło spod ręki Boga pośrednio, czyli jest zachowana równość natury kobiety i mężczyzny. Obraz Adamowego żebra, z którego została stworzona Ewa, ukazuje tę inność co do płci, a równość co do natury. Dlatego można powiedzieć za Janem Pawłem II: "mężczyzną i niewiastą stworzył ich", innymi słowy, człowieczeństwo zawiera się jakby w dwóch sposobach realizacji programu życia: poprzez męskość i kobiecość. Są to dwa różne sposoby bytowania tego samego człowieczeństwa.

Tak naprawdę co do natury jesteśmy tacy sami, ponieważ natura to nasze człowieczeństwo, nasza nieśmiertelna dusza, plus to, co ta dusza organizuje w ciało, czyli materię, którą zostaliśmy obdarzeni przez naszych rodziców, a najbardziej pierwotnie, przez samego Boga. Kiedy Bóg stworzył Adama i Ewę, wypowiedział znamienne słowa, że stworzył ich na "swój obraz i podobieństwo". Co oznacza to podobieństwo i obraz? Są różne teorie na ten temat. Jedni dopatrywali się podobieństwa w zewnętrznym wyglądzie, inni we władzach duszy (tutaj kłania się cała filozofia św. Tomasza z Akwinu, który widział podobieństwo w niematerialnym poznaniu naszego intelektu, dzieląc na intelekt bierny, czynny itd.). Dopatrywano się również tego podobieństwa we władzach woli, która dąży do szczególnego dobra, niejako stara się do niego przylgnąć, jest kierowana rozumem itd. Pomińmy jednak te wszystkie filozoficzne dywagacje... Tak naprawdę podobieństwo zawiera się we wszystkim, co dotyczy człowieka.

Skoro jesteśmy podobni do Boga, jesteśmy Jego obrazem, to jesteśmy również podobni do Niego we wszystkich naszych wzajemnych relacjach, które podejmujemy w ciągu całego życia. Stąd także małżeństwa są, albo powinny być, obrazem Boga, Jego podobieństwem. W jednym z niemieckich podręczników do katechezy była zapisana taka historia. Pani na katechezie pyta dzieci: "Jak to sobie można wyobrazić – Bóg, Bóg w Trzech Osobach: Bóg Ojciec, Bóg Syn, Bóg Duch Święty?" Wielka burza mózgów wśród dzieci. Nagle wstaje Małgosia i mówi: "Proszę pani, to jest bardzo proste. Bóg to jest nazwisko, a pozostali to są członkowie rodziny". Pani się zdumiała i niestety musiała temu dziecku przyznać rację, że coś w tym jest. Tu kłania się nauka św. Augustyna, zapisana w jego dziele De Trinitate (O Trójcy Świętej), w którym ukazuje on, jak wyglądają te relacje wewnątrztrynitarne. Mówiąc najprościej, Bóg przez nikogo nie został stworzony. Nie jest nawet sam przez siebie stworzony, od nikogo nie pochodzi, nikt Go nie zrodził, Jego istotą jest "bycie". Jego "jest" było wczoraj, jest dzisiaj i będzie jutro. Dla Niego "być" znaczy: teraz, zawsze.

Bóg odwiecznie rodzi Drugą Osobę, rodzi Syna, który co do natury jest identyczny z Nim. Ma wszystko to, co ma Bóg, oprócz tego, że Bóg jest Ojcem, a On jest Synem. Natomiast Trzecia Osoba Boska jest więzią, która niejako krąży pomiędzy Ojcem i Synem. Co niedzielę w naszym wyznaniu wiary, Credo, powtarzamy: "Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca i Syna pochodzi". A więc ta osobowa więź, osobowe spoiwo, które łączy Ojca z Synem, św. Augustyn nazwał Więzią Miłości.

Tworzy się więc pewien obraz: Ojciec, Syn i Więź Miłości, która ich łączy. Przenosząc ten obraz na to, co dzieje się w rzeczywistości ziemskiej, okazuje się, że mamy mężczyznę, kobietę i więź miłości, która ich łączy, a więc jest analogia. Jest to obraz niedoskonały, pełen wad, usterek, ale obraz, w który Bóg wpisał jakby siebie samego. Swoje życie wewnętrzne, wewnątrztrynitarne zapisał w małżeństwie, w każdym człowieku. Trójca Święta jest wspólnotą osób, małżeństwo także jest wspólnotą osób. Trójca Święta jest więzią miłości, małżeństwo też jest więzią miłości. Trójca Święta działa wspólnie, małżeństwo również działa wspólnie, a przynajmniej powinno działać wspólnie. Ma wspólny cel, wspólne zadania, które wspólnie realizuje. Bóg widział, że Adam jest samotny, dlatego powiedział: "Niedobrze, żeby człowiek był sam".

W owej relacji międzypłciowej zachodzi bardzo silna więź. Mężczyzna w swojej męskości nie odczyta swojej tożsamości jako mężczyzny bez odniesienia do kobiety i jej kobiecości. Podobnie kobieta nie odczyta swojej kobiecości, jeśli na jej orbicie nie pojawi się jakiś mężczyzna, nie musi to być mąż, może być ojciec, brat, kolega, przyjaciel. Kobiecość bez mężczyzny jest niczym, nie ma jej. Podobnie męskość bez kobiecości po prostu nie istnieje. Dlatego Bóg postanowił, że człowiek będzie się realizował w relacji "do": mężczyzna w relacji do kobiety, kobieta w relacji do mężczyzny.

Znak sakramentalny

W pewnym momencie życia dwoje ludzi stwierdza, że się kochają, że pragną wejść w sakramentalny związek małżeński. Idą do księdza, załatwiają wszystkie formalności, stają przed ołtarzem i wobec Boga składają sobie przyrzeczenia małżeńskie. "Ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci".

Każdy sakrament można rozpatrywać w potrójnym kluczu – w kluczu znaku, ponieważ najprostsza definicja sakramentu głosi, że jest to widzialny znak niewidzialnej łaski. Tym znakiem będzie w sakramencie chrztu – woda, łaską zaś odpuszczenie grzechów, nadanie dziecięctwa Bożego, włączenie w struktury Kościoła, w mistyczne ciało Chrystusa itd. W przypadku sakramentu małżeństwa owym widzialnym znakiem jest związanie stułą i słowa przysięgi, które wobec siebie wypowiadają małżonkowie.

Natomiast ten potrójny znak to po pierwsze znak przypominający, a więc signum rememorativum. Ma on przypominać o tym, co się do tej pory dokonało w życiu świata i samego człowieka, w życiu tych dwojga. Zakładamy, że prowadzili życie chrześcijańskie, Bóg działał w ich życiu, są na pewnym poziomie wiary, przeszli drogę wiary i w tej wierze chcą zaprosić Boga do swojego życia, chcą, żeby On był obecny, żeby im stale przypominał o tych wszystkich wielkich dziełach, których do tej pory dokonał w ich życiu. Dał im wiarę, w tej wierze wzrastali, karmił ich swoim Ciałem, przebaczał im winy, namaścił ich swoim Duchem Świętym itd. O tym wszystkim mają oni świadczyć wobec swoich znajomych, przede wszystkim swoich dzieci, oraz tych wszystkich ludzi, do których zostaną posłani na drodze swojego małżeńskiego życia.

Drugim znakiem jest znak representativum, czyli uobecniający. To znaczy, że jeśli człowiek wchodzi w ową potrójną relację: mąż – żona czy żona – mąż i Bóg, to Bóg staje się obecny w jego życiu, uobecnia się. W tym miejscu warto przywołać 8 rozdział Księgi Tobiasza, gdzie jest przepiękna modlitwa Tobiasza i Sary. Sara miała siedmiu mężów, ale zły duch Asmodeusz zabił wszystkich podczas nocy poślubnej. Tobiasz pojął Sarę za żonę i zastanawiają się, co mają zrobić, bo grozi mu potężne niebezpieczeństwo. Podejmują modlitwę do Boga. Zapraszają do swoich relacji małżeńskich, do relacji seksualnych, Boga. Najpierw wypowiadają słowa dziękczynienia za cały świat, za to, że Bóg dał Adamowi żonę – Ewę. Potem Tobiasz mówi: Nie dla rozpusty biorę tę moją siostrę za żonę, ale dla związku prawego. Chcemy razem dożyć starości, prosimy o Twe błogosławieństwo. Na koniec oboje wypowiadają Amen. Bóg wchodzi w ich relacje, wchodzi w ich życie i tam, gdzie do tej pory panowała śmierć, nagle się okazuje, że panuje życie. Zły duch został pokonany. Więc poprzez sakrament, znak uobecnienia, Bóg wchodzi w relacje małżeńskie, staje się jakby członkiem tej nowej społeczności, niewidzialnej, nienamacalnej, ale działającej, o ile małżonkowie w Niego wierzą. W sytuacji, kiedy Bóg wkracza w życie małżonków, nagle się okazuje, że mogą oni powtarzać za św. Pawłem słowa z Listu do Galatów: "Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Bóg, żyje we mnie Chrystus".

W końcu znak sakramentalny jest signum prognosticum, znakiem zapowiadającym. Małżeństwo jest drogą do świętości, drogą do zbawienia, to pewien sposób realizacji powszechnego powołania do świętości każdego człowieka. Małżonkowie realizują to poprzez sakrament małżeństwa, kapłani realizują poprzez sakrament kapłaństwa, inni poprzez drogę rad ewangelicznych, ale wszyscy korzystamy z sakramentów. Z sakramentów, które są znakami, drogowskazami do życia świętego, do życia łaski, do życia w wieczności. Sakrament małżeństwa jest zapowiedzią tego, co ma się stać, a więc małżonkowie zbawiają się we wspólnocie, nie zbawiają się osobno, ponieważ ta jedność, unifikacja męża i żony jest tak ścisła, że nie ma możliwości osobno, trzeba razem.

Wspólnota miłości

Sakrament powoduje, że małżonkowie stają się jednym ciałem, wspólnotą miłości. Teologia nazywa to communio personarum. Communio, czyli wspólnota, personarum, czyli osobowa. Nie jest to jednak jakaś wspólnota oazowa czy inna grupa. Słowo communio w tym przypadku oznacza jedność celów, jedność działań, a w praktyce jest to jedność myśli, jedność rozwiązywania spraw, jedność bycia, jedność działania, jedność myślenia, jedność w wychowaniu, jedność w sprzątaniu, jedność w ustalaniu, jedność we wszystkim. Konsekwencją takiej jedności nadanej przez Boga jest nierozerwalność związku małżeńskiego.

Kościół, mówiąc na temat nierozerwalności małżeństwa, opiera swoją naukę przede wszystkim na Liście do Efezjan (5,21-33), gdzie św. Paweł porównuje miłość małżonków z miłością Chrystusa do Kościoła. Chrystus nabył Kościół, stał się Jego Głową poprzez to, że oddał za niego swoje życie na Krzyżu. A więc miłość Chrystusa do Kościoła jest miłością na wskroś ofiarną. Ofiarną, aż po "szaleństwo Krzyża", ofiarną, aż po heroizm śmierci za Kościół, który w swoich członkach jest Kościołem niewdzięcznym, Kościołem czasami wrednym, podłym, ale Chrystus jako Oblubieniec oddaje życie za swoją Oblubienicę.

Miłość Chrystusa jest miłością wierną: "A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata". Nie ma ani chwili, kiedy Chrystus nie byłby w swoim Kościele. Już nawet nie "przy", ale "w" swoim Kościele. Oznacza to, że Kościół jest przepojony Chrystusem, który ten Kościół od środka rozbudowuje, umacnia. W konsekwencji jest to też miłość płodna, ponieważ niejako rodzi nowych członków. W sakramencie chrztu rodzą się nowi członkowie dla Kościoła, dla społeczności wierzących.

Miłość pomiędzy małżonkami, na wzór miłości Chrystusa do Kościoła, powinna być dokładnie taka sama – ofiarna. Kochamy się po heroizm Krzyża. W praktyce jest to bardzo trudne. Dlatego też potrzeba jakby zawieszenia małżeństwa na krzyżu. Jeśli w małżeństwie nie ma krzyża, nie ma odniesienia do Krzyża – nie przetrwa. Tylko w Krzyżu można zrozumieć sens ofiary, którą Chrystus poniósł za swój Kościół i ofiary, którą małżonkowie ponoszą za siebie nawzajem. To jest ofiara niespełnionych nadziei, ofiara braku perspektyw, ofiara rozczarowania, to są różne ofiary kłopotów, ofiary zdrady, niewierności, nieuczciwości, kłamstwa, kiedy doświadczamy bólu. Jednak to nie może być jednostronne. Krzyż małżeństwa małżonkowie biorą na siebie oboje, jako wspólnota. Nie ma już "ja", nie ma już "ty", jest "my". Chociaż każda ze stron ma różną osobowość, różne doznania, przeżycia, to jednak na drodze empatii, wchodzenia w historię drugiego człowieka, zrozumienia, dialogu docieramy się i wspólnie niesiemy krzyż naszych słabości, bolączek i w tym wszystkim jesteśmy wierni Bogu, a ze względu na Niego jesteśmy wierni także sobie.

Miłość Chrystusa do Kościoła jest także miłością otwartą na płodność. To nie oznacza, że każdy akt seksualny, akt małżeński ma się skończyć dzieckiem. Ponieważ Bóg dał człowiekowi rozum, dał wolę, by tymi władzami kierował się także w programowaniu własnego rodzicielstwa.

Jako wspólnota małżeńska, communio personarum, małżonkowie winni się przede wszystkim nauczyć spotykania się. Nie spotykania się po to, żeby sobie wspólnie posiedzieć, ale spotykania się raz w tygodniu, może raz w miesiącu, w zależności od potrzeb, po to, aby rozmawiać, aby prowadzić dialog, który nie może być jednak listą zażaleń. Nie może być wytykaniem sobie – ty zrobiłeś to, ty zrobiłaś tamto, tego nie dopatrzyłeś itd., ale spotykaniem się po to, by wspólnie budować swoją więź, wspólnie rozwiązywać problemy, wspólnie układać to życie. Jest tutaj również miejsce na przebaczenie, na pojednanie, ale nie na zasadzie wytykania i domagania się – masz mnie przeprosić, bo jak nie, to się nie odezwę do ciebie do końca życia. Ideałem jest, kiedy dwoje ludzi widzi swoje błędy względem drugiej osoby i potrafi bez napominania, bez domagania się przyjść i powiedzieć: Wybacz, źle myślałem, źle zrobiłam, źle się zachowałem. Na tym właśnie polega wspólnota, na tym polega życie we wspólnocie. Z jednej strony jest to radość, ale z drugiej jest to krzyż.

Uczciwość

Przysięga małżeńska mówi o uczciwości: "ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość". Co to znaczy? Być uczciwym, to być człowiekiem prawym, otwartym, być człowiekiem prawdy. Prawda jest to zgodność przedstawianych faktów z rzeczywistością. W 3 rozdziale Księgi Rodzaju mamy pierwsze kłamstwo, ojcem wszelkiego kłamstwa jest szatan. To on podsunął Ewie projekt: Czy to prawda, że Bóg zabronił wam jeść ze wszystkich drzew tego ogrodu? Albowiem wie Bóg, że jak zjecie, to otworzą wam się oczy i będziecie tak mądrzy jak sam Pan Bóg. Szatan bazuje na kłamstwie niezależnie od tego, co robi. I człowiek, który kłamie, człowiek, który nie mówi prawdy, który jest nieuczciwy, staje się automatycznie sługą szatana, staje się jego pachołkiem. Kłamstwo zawsze powoduje nieufność, rozluźnia więzy, zawsze jest pewną gaśnicą miłości, gaśnicą zaufania, a w końcu kłamstwo również wprowadza w błąd. W zależności od tego, jak poważne jest to kłamstwo, tak poważny może być błąd. Czasami takie błędy mogą kosztować kogoś utratę zdrowia, życia, majątku... Dlatego każde kłamstwo, niezależnie, czy jest wielkie, czy małe, trzeba piętnować. Nawet małe kłamstwo pociąga za sobą większe. Czasami brniemy w kłamstwa, tłumacząc jedno kłamstwo następnym. Nagle wpadamy w taką spiralę kłamstwa, że już sami nie wiemy, od czego to się właściwe zaczęło i kłamstwo niejako wchodzi nam w krew, zaczynamy kłamać, czy potrzeba, czy nie.

Rozwijanie miłości

Żeby mówić o miłości w małżeństwie, najpierw trzeba sobie uświadomić, jaka ta miłość jest. Na ten temat pisze papież Paweł VI w encyklice Humane vitae, wydanej w 1968 r. W punkcie 9 czytamy o czterech cechach charakterystycznych dla miłości małżeńskiej. Przede wszystkim miłość małżeńska powinna być ludzka, czyli: nie kocham włosów mojej żony, nie kocham jej piersi, a ona nie kocha mojego portfela czy samochodu, tylko – kocham człowieka. Z tym wszystkim, co na tego człowieka się składa, począwszy od phisis, czyli tego, co widzialne – ciało, skończywszy na tym, co jest niewidzialne dla oczu, a więc duchowe. Włosi, kiedy wyznają sobie prawdziwą miłość, mówią: ti voglio tanto bene – "chcę twojego dobra". Oznacza to, że miłość jest pragnieniem dobra dla każdej z tych sfer. Czyli: chcę twojego rozwoju intelektualnego, duchowego, moralnego, psychicznego, emocjonalnego, fizycznego itd.

Miłość ludzka jest wierna i wyłączna, a więc mam świadomość tego, że łącząc się z tą kobietą czy z tym mężczyzną, biorę go sobie na całe życie. Owa nierozerwalność bazuje na miłości Chrystusa do Kościoła. Chrystus swój Kościół wziął raz na zawsze, niezależnie od tego, że ten Kościół czasami jest podły. Po to był czas narzeczeństwa, chodzenie ze sobą, żebyśmy mieli jak największe gwarancje tego, że wiem, kogo biorę.

Miłość jest pełna, a więc przejawia się we wszystkich kwestiach codzienności. Począwszy od wspólnego ustalenia koloru ścian, skończywszy na wspólnocie stołu, wspólnocie łoża, wspólnych znajomych, wspólnych spotkaniach, wspólnych imprezach, gdzie małżonkowie powinni być razem. Miłość jest wreszcie otwarta na płodność, jest miłością płodną.

Jak tę miłość podtrzymywać?

Empatią, czyli zdolnością słuchania, z wczuciem się w historię danego człowieka. Pochodzimy z różnych rodzin, niesiemy ze sobą różne doświadczenia. Sztuka polega na tym, aby spróbować zrozumieć drugą stronę. Tego można się nauczyć.

Gestami i słowami. Chodzi o zdolność odczytywania potrzeb. Gestami i słowami, ludzkimi zabiegami, bo nasza miłość jest ludzka, jest budowaniem wzajemnej więzi, podtrzymywaniem zaangażowania, żeby ono nie wygasło.

Czynami, czyli konkretną pomocą, konkretną obecnością. To szczególnie rzutuje potem na wychowanie dzieci. Niektórym się wydaje, że samo przynoszenie pieniędzy już jest cudem wychowawczym. Tymczasem dziecko potrzebuje obojga rodziców, a rodzice potrzebują obecności siebie nawzajem nie tylko "od wielkiego dzwonu". Badania wśród norweskich rybaków pokazały, że dzieci, których rodzice, ojcowie szczególnie, są gdzieś na morzu miesiącami, sprawiają więcej kłopotów. Potem w dorosłym życiu nie umieją się odnaleźć, boją się, mają różnego rodzaju lęki natury egzystencjalnej, czasami wręcz ekonomicznej. Nie było wzorca osobowego: dla dziewczyny nie było wzorca męża, dla chłopaka nie było wzorca męskości, jeśli ojca nie było w domu. Sama obecność fizyczna to też jeszcze trochę mało, musi być obecność również psychiczna, obecność emocjonalna. Co z tego, że tatuś przyjdzie po pracy, syn chce się pobawić, a tatuś mówi: Daj mi spokój, gazetę przeglądam.

Wśród tych czynów również bardzo ważna jest modlitwa, wspólna modlitwa małżonków. Wspólna modlitwa na wzór modlitwy Tobiasza i Sary oraz modlitwa za siebie, ponieważ nasze przyrodzone środki, środki wyrazu, podtrzymywania miłości są ograniczone, podobnie jak my jesteśmy też ograniczeni w naszej działalności. Tymczasem miłość, wszelka miłość i to, że jesteśmy małżeństwem i to, że to małżeństwo trwa, pochodzi od Boga. Weszliśmy w instytucję Bożą. Małżeństwa nie wymyślił żaden człowiek, małżeństwo jest instytucją Bożą. Jeśli chcemy w tym małżeństwie trwać, to potrzebujemy Boga, potrzebujemy Boga na co dzień.

Bardzo ważnym elementem jest wzajemny szacunek. Trzy słowa, które potrafią naprawdę stworzyć cuda w małżeństwie, to proszę, dziękuję, przepraszam. Tych słów nie da się nadużyć. Słowa, których należy unikać, to:nie wiem, nie mam ochoty, nie mam czasu, nie, nie zrobię, zostaw mnie w spokoju.

Erotyzm czy seksualizm?

W wielu małżeństwach pokutuje przekonanie, że współżycie seksualne jest obowiązkiem. To jest prawda. Jednak, aby ten obowiązek stał się czymś usprawiedliwionym w oczach Bożych, aby nie stał się grzechem, musi spełniać dwie podstawowe zasady. Po pierwsze motywem współżycia seksualnego musi być miłość, a często nie jest. Często motywem współżycia seksualnego jest pożądliwość, chęć zaspokojenia, chęć wyżycia się, chęć rozładowania napięcia seksualnego. A więc to, co mówi Jan Paweł II w Miłość i odpowiedzialność – drugi człowiek staje się przedmiotem użycia. I drugim warunkiem, bez którego akt seksualny nigdy nie będzie usprawiedliwiony, jest otwartość na poczęcie, otwartość na płodność, a więc od razu odpadają wszelkiego rodzaju formy antykoncepcji, stosunków przerywanych i tym podobnych rzeczy.

U podstaw erotyzmu leży miłość, z miłości rodzi się pożądanie, z pożądania rodzi się erotyzm, a jeszcze przed miłością można postawić Boga.

Natomiast u podstaw seksualizmu leży egoizm. Z tego egoizmu rodzi się pożądliwość, z pożądliwości rodzi się seksualizm.

Jaka jest różnica między erotyzmem, a seksualizmem? Taka jak między współżyciem z żoną a współżyciem z prostytutką. Erotyzm jest miłością, seksualizm jest zaspokojeniem, jest wyżyciem. I w wielu przypadkach małżonkowie przechodzą od erotyzmu do seksualizmu. Traktują to jako formę wyżycia się seksualnego i w tym nie ma miłości, a tymczasem akt seksualny ma budować moje małżeństwo, a nie zaspokajać moje takie czy inne potrzeby.

Małżeństwo jest moralnym zobowiązaniem człowieka, który w imię miłości przyjmuje drugą osobę, by wraz z nią w sakramencie zawartym w obliczu Boga dążyć do zbawienia. Małżonkowie wspólnymi siłami uświęcają swoje życie i siebie nawzajem poprzez codzienne, proste gesty miłości, wzajemne oddanie się sobie w darze i wspólne wpatrywanie się w Boga.

Konferencja O. Jerzego Szyrana OFMConv,
doktora teologii moralnej,
wygłoszona podczas I Rycerskiego Zjazdu Rodzin

http://rodzina.maryjni.pl/?moralnosc-w-malzenstwie,24

ODPOWIEDZ