Przysięga małżeńska w codziennym życiu małżonków

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Przysięga małżeńska w codziennym życiu małżonków

Post autor: KASIA » 28 stycznia 2008, 11:45

Każdy z nas małżonków pamięta moment, w którym przed Bogiem i Kościołem udzielaliśmy sobie Sakramentu Małżeństwa. Patrząc sobie w oczy ślubowaliśmy: MIŁOŚĆ, WIERNOŚĆ i UCZCIWOŚĆ MAŁŻEŃSKĄ oraz, że Cię NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚMIERCI.



Wypowiadane słowa mają bardzo głęboki sens, który nie zawsze rozumiemy. Postaramy się przyjrzeć bliżej treści zawartej w przysiędze.





Ślubuję Ci miłość



Najpiękniejszym wzorem dla miłości małżeńskiej jest Miłość Chrystusa do Kościoła. Chrystus kocha nas jako swój Kościół w sposób bezwarunkowy, kocha nas, pomimo tego, że cały czas grzeszymy, często zapominamy o Nim, znajdujemy sobie coraz to nowe bożki. To z miłości Chrystus oddał swoje życie za każdego z nas, ofiarował wszystko co miał: ciało, duszę, godność…



Prawdziwie kochać oznacza przebaczać na podobieństwo Chrystusa: nie raz, nie dwa, a „siedemdziesiąt siedem razy”. W małżeństwie powinniśmy się uczyć przebaczać bez pielęgnowania w sercu urazy przez dłuższy czas „niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.



Prawdziwie kochać, to obdarowywać sobą drugą osobę, to doskonalić siebie aby stawać się piękniejszym, mądrzejszym, bardziej atrakcyjnym dla ukochanej osoby.



Kochać, to również umieć przyjąć dar drugiej osoby z jej wszystkimi słabościami i ułomnościami.



Kochać to pragnąć przede wszystkim dobra drugiej osoby. Prawdziwe dobro nie zawsze pokrywa się z jej oczekiwaniami i wyobrażeniem szczęścia.



Oprócz wspólnoty intelektualnej, emocjonalnej, wolitywnej, całkowitość daru osobowego wyraża się wtedy, kiedy małżonkowie stają się jednym ciałem.



Pełne przyjęcie drugiej osoby dokonuje się, gdy akceptuje się jej męskość lub kobiecość. Sztuczne metody kontroli urodzin przeczą pełnej akceptacji drugiej osoby. Gdy chcemy pozbawić drugą osobę płodności przekazujemy jej komunikat, że co prawda kochamy ją bardzo, akceptujemy, chcemy z nią być blisko, ale nie zgadzamy się na jej płodność. Poza tym poprawiamy Pana Boga, który stworzył nas „bardzo dobrze”.



Miłość wymaga, aby małżonkowie poznali metody rozpoznawania płodności. Miłość wymaga także, aby małżonkowie w czasie płodnym, gdy nie planują dzieci uczyli się w inny sposób niż poprzez pełną bliskość wyrażać miłość, czułość i oddanie.





Ślubuję Ci wierność



Wypełnienie ślubu wierności ma miejsce wtedy, gdy małżonkowie są lojalni wobec siebie w odniesieniu do świata zewnętrznego. Pierwsza skojarzenie dotyczące złamania ślubu wierności, to myśl o zdradzie fizycznej – związana z aspektem seksualności. Tak rozumiana zdrada, to najbardziej oczywisty sposób złamania ślubowania. Może się ona dokonać także poprzez pielęgnowanie pożądliwych spojrzeń, myśli, pragnień.



Jest jednak inny aspekt niewierności, który jest konsekwencją mniej znanego oblicza zdrady. Można bowiem być niewiernym w inny, wydawałoby się banalny sposób, ale jednak znacznie osłabiający więź duchową pomiędzy małżonkami. Niewierność może po prostu polegać na wyśmiewaniu współmałżonka wobec innych ludzi, obgadywaniu go podczas jego nieobecności, mówieniu o naszych lub jego sekretach, podważaniu jego autorytetu. Można więc zdradzić współmałżonka z mamą, tatą, kolegami lub koleżankami, nawet z dziećmi.



Trzeba pamiętać o tym, że dobra relacja między małżonkami wymaga, aby małżonek był pierwszy i najważniejszy w hierarchii bliskich nam osób. Powinien być przed dziećmi, czy też przed rodzicami. Szczególnie ważne jest, aby w sytuacjach konfliktowych z innymi ludźmi, choćby rodzicami, stawać ze współmałżonkiem po tej samej stronie - nawet wtedy, gdybyśmy sobie musieli później na osobności wyjaśnić niektóre kwestie sporne.









Ślubuję Ci uczciwość małżeńską





Uczciwość to lojalność małżonków względem siebie. Złamanie przysięgi bycia uczciwym kojarzy się nam głównie z kłamstwem i oszukiwaniem siebie nawzajem.



Uczciwość względem współmałżonka powinna gwarantować: po pierwsze szczerość – nie tylko w znaczeniu mówienia prawdy, ale otwartego mówienia o problemach, o tym co cieszy i co boli, bez niepotrzebnych niedomówień i przemilczeń. Po drugie to ukazywanie prawdziwego “ja” przy współmałżonku, pozwolenie drugiej osobie na poznawanie siebie, to również gotowość rozmawiania z drugą osobą zawsze i o wszystkim.



Kolejnym aspektem uczciwości jest nie wykorzystywanie wiedzy o słabych stronach współmałżonka, szczególnie w sytuacjach konfliktowych.



Uczciwość wiąże się też z unikaniem cichych godzin, czy dni, ponieważ wina w konflikcie przeważnie jest obustronna, uczciwość po prostu zaprasza do dialogu, który prowadzić ma ku miłości i przebaczeniu.



Szczególnie wrażliwi powinni być małżonkowie na uczciwość w sprawach najbardziej intymnych. Niedopuszczalna jest np. sytuacja kiedy żona decyduje się na poczęcie dziecka wykorzystując swoją wiedzę na temat płodności zdając sobie sprawę, że mąż nie jest gotowy do podjęcia tej decyzji. Małżonkowie powinni szczerze mówić sobie o swoich potrzebach i pragnieniach, o tym co im sprawia największą przyjemność.





Ślubuję Ci, że Cię nie opuszczę aż do śmierci…



Wydaje się, że te słowa przysięgi są zrozumiałe. „Nie opuścić” znaczy: nie pozostawić w potrzebie, biedzie, chorobie, nawet jeśli trudno będzie wytrzymać ze współmałżonkiem, nawet jeśli pojawi się zdrada.



Opuścić można również wyjeżdżając na dłuższy czas do pracy za granicę. Nie każdy wyjazd oczywiście jest złamaniem przysięgi, ale pamiętajmy że wspólnota małżeńska opiera się na budowaniu i pielęgnowaniu więzi pomiędzy małżonkami – a tego nie da się robić na odległość, chyba, że krótkotrwale. Przecież więź małżeńską buduje się poprzez wspólnotę intelektualną, emocjonalną, duchową, która wymaga cielesnej bliskości.



Wyjątkową sytuacją rozstania na dłuższy czas jest separacja. Taką decyzję można podjąć w trosce o dobro męża lub żony (np. jeśli jedno z małżonków ma problem z alkoholem). Trzeba wtedy pamiętać o duchowej łączności, czyli modlitwie za małżonka.



Można również opuścić małżonka duchowo – uciekając w swój własny świat zainteresowań, pracy czy marzeń, nie interesując się potrzebami i problemami współmałżonka, żyć tak jakby “obok” niego, zamiast “z” nim.





Tak mi dopomóż Panie Boże wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy święci





Przysięga małżeńska jest bardzo bogata w treści a jej realizacja na pewno trudna. Dlatego właśnie jej ostatnia część jest prośbą o pomoc zwróconą do Boga i świętych. Warto jak najczęściej we wspólnej modlitwie sięgać po taką nadprzyrodzoną pomoc z nieba. Może dobrym pomysłem dla młodego małżeństwa byłoby obranie sobie jakiegoś szczególnego patrona. Skoro mamy swoich osobistych patronów, możemy mieć też wspólnego.





Przysięga małżeńska jest dla nas zadaniem, z którego zdajemy egzamin każdego dnia.





Anna i Paweł Szczepańscy



Ostatnio zmieniony 10 października 2009, 13:23 przez KASIA, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 5 lipca 2008, 08:26

Powszednie gesty miłości



Pełna miłość małżeńska szuka różnych form wyrazu. Małżonkowie wyrażają swoje uczucia bez specjalnie wybranego czasu i miejsca. Wzajemne odnoszenie się do siebie męża i żony to coś więcej niż przejaw dobrego wychowania czy czegoś, co nazwiemy kulturą bycia ze sobą. Ton wypowiedzi, przelotny uśmiech, spojrzenie, porozumiewawcze mrugnięcie okiem, przytulenie się, pogłaskanie, uścisk, spacer pod rękę to gesty, które mówią o małżeńskiej miłości, które tworzą atmosferę życia w rodzinie i w domu. Gesty dla nas, ale również dla naszych dzieci. Niech one widzą, że rodzice się kochają i wyrażają to wobec siebie w taki właśnie sposób.

Można być dobrze wychowanym, umieć powiedzieć: dziękuję, przepraszam, ale można to robić bez cienia życzliwości, serdeczności, bez uczucia. Z wielu kontaktów z ludźmi posiadamy takie doświadczenie zimnej uprzejmości. Ktoś nawet się uśmiechnie, ale czujemy, że nie jest to uśmiech wyrażający szczerość i sympatię. Mówimy wówczas: "Trudno, taki jest, trzeba z nim delikatnie się obchodzić, aby nie zaogniać niemiłej sytuacji". W małżeństwie też jest to możliwe, ale o wiele bardziej bolesne, gdy brakuje czułości, szczerości uczuć, serdeczności. Bywa i tak, że małżonkowie nie mogący wyrazić uczuć nie zauważają, że miłości już nie ma, że już ją zagubili. Albo jedno z małżonków stwierdza, że to nie była miłość, tylko młodzieńcza fascynacja. Teraz są już sobą znudzeni. (...)



Nie wystarczy powiedzieć sobie raz na początku, że się kochamy. Miłość musi być codziennie uobecniana przez różne znaki. Akt małżeński nie zawsze jest wyrazem miłości. Brzmi to brutalnie, ale tak jest.



Kiedyś młoda mężatka powiedziała mi: Proszę pana, gdyby nie ta cała oprawa czułości, zalotne nasze gesty, nastrój podczas dnia, wówczas nasze spotkanie, to najbardziej intymne, byłoby czymś okropnym, rozładowaniem tylko fizycznego napięcia. Dzięki nieustannym gestom informującym nas o naszym uczuciu, nasze współżycie jest ukoronowaniem tych powszednich gestów miłości.



Rzecz bardzo znamienna, naturalne planowanie rodziny i związana z nim okresowa wstrzemięźliwość jest elementem rozwijającym takie zachowanie małżonków.



Oto wypowiedź małżonków, którzy w małżeństwie przeżyli 26 lat.



Początkowo dostosowanie się do regularnej wstrzemięźliwości było bardzo trudne i nie obeszło się bez potknięć. Później, gdy pogłębiliśmy nasze życie religijne i zaczęliśmy regularnie korzystać z sakramentu pokuty, udało nam się zapanować nad tymi sprawami. Stosowanie naturalnych metod przyniosło nam, choć rzadsze, ale naprawdę szczęśliwe zjednoczenie. Przyczynia się ono także w dalszym ciągu do szukania innych form wyrażania i kształtowania miłości głębszej i prawdziwej.



Przed kilku laty skierowałem do małżonków żyjących w oparciu o zasady naturalnego planowania rodziny pytanie dotyczące tych powszednich gestów miłości. Oto jak je określali sami małżonkowie:



- miłe, czułe zwroty, imiona wypowiedziane zdrobniale, ton wypowiedzi w ogóle,



- przelotne pocałunki na dzień dobry, do widzenia, dziękuję,



- przytulenia, objęcia, głaskanie, trzymanie się za ręce,



- kwiaty jako wyraz pamięci, jako symbol słów "kocham cię", "jestem przy tobie",



- uśmiech serdeczny, czuły, a czasem zalotny,



- wspólna odpowiedzialność za pracę w domu, za to co się dzieje w domu, w rodzinie,



- czułość, troska rozumiana jako troska o drugiego człowieka wyrażana słowami: "pragnę, aby tobie kochanie było ze mną dobrze",



- bardzo indywidualne i osobiste znaki, rozumiane tylko przez małżonków, np. czułe przezwiska, pstryczek w nos lub ucho, drobny przezencik bez okazji, szczególny dotyk...



Teraz chciałbym zaprosić do osobistej refleksji nad własnym małżeństwem i nad tymi gestami. Jak to jest u nas, teraz gdy jesteśmy razem 2, 10, 15, 25, a może więcej lat?



Wiemy, że:



- czasami bardzo trudno jest dorosłego człowieka nauczyć czułości, jeżeli nie zaznał jej w dzieciństwie;



- trudno wymagać zwykłej grzeczności, jeżeli dookoła jest chamstwo i wulgarności;



- ktoś ma bardzo trudny charakter, niepohamowane, chore ambicje bycia kimś za cenę rozbicia własnej rodziny;



- niektórzy wstydzą się okazywania swoich uczuć, a jeszcze inni po prostu nie umieją.



Ale... właśnie małżeństwo jest taką intymną wspólnotą, gdzie w zaufaniu można otworzyć się przed współmałżonkiem całkowicie, bo przecież się kochamy, bo mamy do siebie zaufanie. Im wcześniej podejmiemy próbę ubogacania naszej miłości o czułość, serdeczność wyrażaną poprzez te powszednie gesty miłości, tym większą mamy szansę poczuć się prędzej bardziej szczęśliwymi w małżeństwie, odkryć jeszcze jedną formę naszych wzajemnych kontaktów, ubogacić miłość: "Jak dobrze, że jesteś obok mnie. Bez ciebie moje życie byłoby bardzo smutne, bezbarwne, zimne, nieczułe, bez poczucia bezpieczeństwa. Byłoby po prostu źle".









Marian Szczepanowicz

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 5 lipca 2008, 08:29

Szczęśliwe małżeństwo jest możliwe



SZCZĘŚLIWY W RAMIONACH BOGA!

Miłość stwarza takie podobieństwo kochających, iż można powiedzieć, że jedno jest drugim, a dwoje stanowi jedno. To właśnie ma na myśli św. Paweł pisząc: "Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus" (św. Jan od Krzyża "Pieśń duchowa" 11,6)



Podstawą jest pragnąć kochać współmałżonka tak, jak kocha go Bóg. O tym właśnie mówi św. Paweł w tekście należącym do ślubnej liturgii: Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, aby stanął przed nim jako chwalebny, bez skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. (Ef 5,25) "Jak Chrystus", nie mniej.



Czy może to nie przerastać naszych sił?! "Moja żona nie jest bez skazy czy zmarszczki" - pomyśli ktoś. Lecz św. Paweł tłumaczy właśnie chrześcijanom z Efezu, że w sposobie życia nie są już zdani na własne siły. (Nie jesteście jak poganie - Ef 4,17) Ponieważ tylko Bóg jest miłością, nie chodzi o to, by mieć siłę kochać, lecz by pozwolić miłości kochać w nas. Kto wierzy we mnie - mówi Jezus - strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza! (J 7,38) Aby popłynęły z naszego serca strumienie wody żywej, w małżeństwie, i nie tylko, potrzeba uwierzyć w Jezusa, zawierzyć się Jemu, pozwolić Mu przebywać w nas.



"Matko - pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus do swej przełożonej - odkąd zrozumiałam, że nic nie mogę uczynić sama z siebie, zadanie, które mi poleciłaś, nie wydaje mi się już trud- ne, poczułam, że jedyną konieczną rzeczą jest coraz bardziej jednoczyć się z Jezusem, a reszta będzie mi dodana w obfitości." Kto kiedykolwiek odważył się powiedzieć z takim przekonaniem: udział człowieka w działaniu to kontemplacja? To właśnie owa kontemplacja, uwalniająca w nas Boże działanie, poza którym nasza praca jest tylko niespokojną krzątaniną, sprawia, że jakiś czyn jest prawdziwie ludzki. Kontemplacja jest jednym z imion miłości: jest to całkowite przylgnięcie w każdej chwili do Dawcy wszelkiego życia, postawa Adama, pozwalającego się kształtować przez Stworzyciela.



Nie ma więc mowy o żadnej konkurencji między tymi dwoma miłościami, które stanowią jedną.(...)



Jedność z Bogiem nie istnieje obok jedności małżeńskiej, rodzinnej czy społecznej, lecz w jej sercu, ona jest pniem, którym płyną życiodajne dla całej rośliny soki.



Kto trwa we Mnie a ja w nim, przyniesie obfity owoc! (J 15,23) - mówi Jezus.





SZCZĘŚCIE KOCHANIA I PRZYJEMNOŚĆ PRZEBYWANIA RAZEM

W tym świecie spotykamy się ze sobą, nasze drogi przecinają się: w najlepszym wypadku idą równolegle, pozwalają nam "być razem" i "być z", lecz ostatecznie to zupełnie co innego niż "być zjednoczonym". Sprecyzujmy tę zasadniczą różnicę miedzy "być zjednoczonym" i "spotykać się". Jedność jest bezpośrednią obecnością jednej osoby dla drugiej, więcej, obecnością jednej w drugiej, wzajemnym przenikaniem. Aby wszyscy byli jedno, jak ty, Ojcze, jesteś we mnie, a ja w tobie (J 17,21), prosi za nas Jezus Ojca. Jacy narzeczem nie marzyli o tak pełnej jedności?



Oto dlaczego nie będziemy nigdy zjednoczeni jedni z drugimi inaczej niż w Trójcy Świętej, w sercu Boga, tam, gdzie jesteśmy wiecznie obecni jedni dla drugich w modlitwie Jezusa. Natomiast w czasie i w przestrzeni, w uwarunkowaniach ziemskiej egzystencji nie powiemy już o jedności międzyosobowej, lecz o spotkaniu indywidualnych osób: słowo to oznacza po francusku to, co niepodzielne (indivisible) niezbadane, co stawia nieprzekraczalną w bliskości granicę: ponieważ każde jest na swoim szlaku, spotykają się, zaś nie jednoczą. Nagi miecz Tristana zawsze rozdzielać będzie uśpionych kochanków. Ponieważ jesteśmy powołani, by żyć równocześnie na łonie świata i w sercu Boga, rzecz w tym, by harmonijnie przeżywać tę podwójną przynależność, nie oczekując od świata tego, co sam Bóg może nam ofiarować, i nie domagając się od Boga tego, co już nam daje za pośrednictwem świata.



W sytuacji małżeństwa będzie więc chodziło o to, by małżonkowie przeżywali swoją jedność w Bogu, jednakże w warunkach, które tu na ziemi pozostaną warunkami spotkania (w tym sensie po zmartwychwstaniu nie będziemy już żenić się ani za mąż wychodzić - Łk 2,35). Jakkolwiek jest to najpełniejsze ze wszystkich spotkań, zakładające dzielenie się wszystkim, czym są małżonkowie jako istoty stworzone.





BYĆ RAZEM W RAJU

(...) Zauważmy, że początkowo rzeczywistość pierwszej rodziny jest czysto duchowa, zawiera się w potrójnej relacji Boga z Adamem i z Ewą oraz Adama i Ewy między sobą. Zaznaczmy przy okazji, że z uwagi na tę duchową spójność rodziny, Kościół może stawiać za wzór dla wszystkich rodzin Świętą Rodzinę Marii, Jezusa i Józefa: nie była ona pozorem rodziny, a małżeństwo Marii i Józefa nie było pozorem małżeństwa, lecz właśnie tym, czym w sposób niewidzialny powinny być według Bożego planu wszystkie rodziny - w pierwszym rzędzie komunią zawiązaną między osobami, zanim jeszcze wyrazi się ona w języku ciała.



Następnie ta potrójna relacja przyobleka się w rzeczywistość cielesną, otrzymując misję w świecie: Bądźcie płodni, rozmnażajcie się, napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną! (Rdz 1,28). Odtąd Adam i Ewa wezwani są do przeżywania jedności, niebawem mającej objąć również ich potomstwo, za pośrednictwem praw duszy i ciała, psychologii i biologii, państwowości i polityki. Znać i szanować te prawa to znać i szanować warunki, w których Bóg pozwala nam uczestniczyć na ziemi w swej wiecznej miłości: to cały przedmiot moralności chrześcijańskiej, która odnajduje swój sens i światło w tym czysto duchowym powołaniu.



Zauważmy dwa poziomy powodzenia tego pierwszego małżeństwa, odpowiadające jego podwójnej rzeczywistości, duchowej i cielesnej: o ile są zjednoczeni w Bogu, Adam i Ewa są szczęśliwi, o ile są razem w raju, doświadczają przyjemności. Szczęście zaspokaja to, co w nich jest wieczne, podczas gdy przyjemność zaspokaja to, co w nich przemijające, co związane jest z ich obecnością w świecie, z ich potrzebami, instynktami, włącznie z instynktem seksualnym. Łatwo pojąć tę różnicę: fizyczna nieobecność mojej żony pozbawia mnie przyjemności przebywania z nią, ale w żaden sposób szczęścia wzajemnej jedności, choć jej obecność jest wówczas nieuchwytna, duchowa.



Tu dochodzimy do najdelikatniejszego problemu, nie duchowości, lecz moralności małżeńskiej, a co za tym idzie, rodzinnej i społecznej: odróżnić szczęście, które jest celem naszych działań, od przyjemności, będącej tylko ich efektem. Jednak, pragnąc szczęścia, często poszukuje się przyjemności. Dlaczego? Powiemy dalej o grzechu pierworodnym jako przyczynie. Tymczasem dochodzimy tu do zrozumienia, że przyjemność nie stworzy nigdy szczęścia, jako że obie należą do całkiem odrębnych porządków.



Szczęście, będąc związane z dziedziną miłości, może być jedynie darem Bożym, który z kolei może być przeżywany jedynie jako dar z siebie dla drugiego i drugich; w przypadku małżeństwa, jeśli spotkanie małżonków oznaczałoby coś innego niż ten dar, jeśli miałoby ograniczyć się do szukania przyjemności, zamknęłoby każdego w jego ziemskiej kondycji, przemijającej i śmiertelnej, odcinając go tym samym od przynależności do porządku miłości i szczęścia.



To "odcięcie" może przyjąć różne formy: wyłączenie jakiejś podstawowej właściwości, wzajemnego daru (sprawa antykoncepcji), czy też po prostu wolnego rozkładu relacji, kiedy życie małżeńskie staje się zwykłą wspólnotą interesów, korzyści uczuciowych, majątkowych, społecznych itd., słowem, jakiegoś rodzaju przyjemności.



Widzimy, że to nie przyjemność sama w sobie jest zła, lecz fakt, że poszukując jej dla niej samej, pragniemy czego innego niż miłość, czego innego niż szczęście.





GRZESZNA PRZYJEMNOŚĆ?

"To silniejsze ode mnie...". Wszystko dotąd wyda się wielu bardzo teoretyczne. Czas zapytać, dlaczego zwykła rzeczywistość miłości jest przeżywana z tak wielkim trudem: doświadczamy wszyscy, że rodzaj tyranii instynktu seksualnego ogromnie komplikuje relacje kobiety i mężczyzny.



Bardzo czysty człowiek odczuwa ten przypływ sił z głębi siebie już na widok telewizyjnego obrazu. Stąd myśl o pewnym fatalizmie grzechu w tej materii. Stąd też zawsze pewną trudność sprawiało ludziom wierzenie, że świętość można pogodzić z fizyczną rzeczywistością małżeństwa. "Na moje własne ryzyko i odpowiedzialność obiecuję wam świętość, nawet jeśli macie żony!" - musiał zapewniać św. Jan Chryzostom niedowierzających słuchaczy.



A św. Augustyn, tradycyjnie wliczany między pesymistów, wykazuje przecież wyjątkowo wyważony osąd, gdy kojarzy piękno miłości ze zranieniem naszych grzesznych serc. Można przypuszczać, że zachował z burzliwej młodości tylko złe wspomnienia: "Gdy oderwana została od mego boku kobieta, która dzieliła moje łoże, moje serce, które przywarło do niej, wydawało mi się przekłute na wylot i rozbite na kawałki, nie przestawało krwawić." (...) To wynikające z grzechu rozdarcie pomiędzy ducha i ciało opisuje św. Paweł słowami: Nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę (Rz 7,19)



Jest to prawdą w odniesieniu do wszystkich ludzkich czynów, zawsze połączonych z jakimś egoistycznym oczekiwaniem korzyści, nawet w przypadku najlepszych, jednakże ten rozdział uwydatnia się szczególnie, gdy w zamiarach leży ów dobry czyn, który powinien nas ogarnąć całkowicie, do głębi ducha i ciała: akt małżeński jest z pewnością, wraz z modlitwą, najtrudniejszy w tym sensie, że zakłada całkowite zawierzenie się, całkowite zaufanie drugiemu, brak maski, słowem - miłość. Jak modlitwa, osiągnie on pełną autentyczność jedynie przez noce duszy, poprzez przekraczanie siebie, aby spotkać drugiego, niezależnie od doświadczanych satysfakcji i rozczarowań.



Streśćmy: grzech to nie tyle robić coś złego, co źle robić coś dobrego. (...) Fakt, że pragnienie zwracające ku sobie małżonków nie ma już przejrzystości utraconego raju, fakt, że akt małżeński włącza w akt ofiarowania element wyrwania (Twoje pragnienie zwróci cię do twego męża, a on będzie panował nad tobą - Gn 3,16) przypomina jedynie realia kondycji ludzkiej odkąd Adam i Ewa wynieśli stworzenie ponad Stworzyciela.



A jednak nie chodzi o to, by uciec od tej kondycji, a raczej aby w tej dziedzinie, jak i w innych, przyjąć drogę zbawienia, drogę Chrystusa w tym, co zależy od Boga, drogę wiary i nawrócenia w tym, co zależy od nas.



Można w tym miejscu słusznie spostrzec, że moralna tradycja chrześcijańska zdaje się szczególnie surowa dla grzechów związanych z seksualnością, bardziej surowa niż dla rozwiązłości, niż dla łakomstwa i lenistwa na przykład. Czy nie wynika to jednak z samej istoty i wagi płciowości? Pozwolić Bogu przeniknąć tę, tak wewnętrzną dla nas sferę, znaczy pozwolić się zbawić.



W konsekwencji, zniszczyć relację małżeńską oznacza zniszczyć wszystkie inne relacje, całą strukturę Bożej rodziny na ziemi. Bóg potępia rozmiar grzechu, a nie rozmiar przyjemności, a skoro związał ją w takim stopniu z relacjami małżonków, to niewątpliwie związał z nimi również tyleż miłości. Zdradzić tę miłość znaczy uśmiercić w sobie to, co jest w nas na obraz Boga, zdolność pełnego ofiarowania siebie. Zaznaczmy tu, że z tej perspektywy należy patrzeć nie tylko na winy "małżeńskie", lecz wszystkie winy popełnione przeciw swemu ciału lub swej wrażliwości; lekceważone przez zlaicyzowaną moralność ("to nikomu nie szkodzi") uderzają one w to, czym najgłębiej, zgodnie z chrześcijańską wizją człowieka, jesteśmy.



W istocie, nasze ciało, zarówno jak i dusza, są przeznaczone do miłości i czyn ludzki, pozostając cielesnym, jest zawsze zarazem duchowym. Usiłowania, by oddzielić ciało od serca w poszukiwaniu przyjemności dla niej samej, przyjemności "poza szczęściem", zawsze będą oznaczały zerwanie z miłością, nawet jeśli pozornie osoba nie ponosi widocznych tego konsekwencji.(...)





MAŁŻEŃSTWO TO POŚWIĘCENIE SIĘ BOGU

Ale ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana, a Pan dla ciała.(...) Czyż nie wiecie, że dala wasze są członkami Chrystusa? - pisze św. Paweł (1 Kor 6,13-15). Są też one, jak Jego ciało "świątyniami Ducha Świętego (lKor 6,19), co nas uzdolnią do "uwielbienia Boga w naszym ciele"(1 Kor 6,2)



W to zadanie, otrzymane przez każdego na chrzcie świętym, w sytuacji małżeństwa włącza się posłannictwo małżonków: uznając i czcząc małżeństwo jako sakrament, Kościół potwierdza szczególną obecność Chrystusa, drogę Jego wcielenia i drogę zbawienia w życiu małżeńskim. (...) Dlatego też Kościół błogosławi małżonkom w tym posłannictwie: są oni, jedno dla drugiego, niosącymi Chrystusa, który uświęci wszystkie ich czyny, składające się na rzeczywistość zarazem Bożą i ludzką.(..) Im pełniej przeżywać będą swoje małżeństwo, tym bardziej pozwolą Chrystusowi przebywać w nich i między nimi: będzie to tajemnica radosna w rodzinnych radościach, tajemnica bolesna w cierpieniach, tajemnica miłosierdzia, gdy potrzeba przebaczyć. (...)





MODLITWA I MAŁŻEŃSTWO

Małżeńskie powołanie będzie również kształtować życie modlitwy. Bywa że gorliwi małżonkowie niepokoją się: czy poświęcając czas jedno drugiemu albo naszym dzieciom, nie marnujemy czasu, który moglibyśmy przeznaczyć na modlitwę? Z pewnością osoby żyjące w małżeństwie nie dysponują w tej dziedzinie tą samą wolnością co inni.



Jest to rzeczywista trudność i od czasów św. Pawła (1 Kor 7,34 - człowiek żyjący w małżeństwie doznaje rozterki) wszyscy mistrzowie duchowi pochwalali prostotę celibatu dla tych, którzy pragnęli bez reszty poświecić się Panu. Tym niemniej większość świętych nie było celibatariuszami i posiadali dosyć zdrowego rozsądku, by nie przeciwstawiać sobie wzajemnie dwóch sakramentów, jednakowo ustanowionych przez Chrystusa.



Nie ma poważnego konfliktu między osobistym życiem chrześcijańskim z jednej strony, a życiem małżeńskim i rodzinnym z drugiej; pod warunkiem, że samo małżeństwo rozumiane jest i przeżywane jako praktyka oddawania czci Bogu, w trosce o zgodność z Jego wolą, w pełni godną umiłowania, jako że w pełni jest miłością. Na tym polega świętość.



Zdarza się również - rzadziej w naszych czasach niż dawniej - że innego rodzaju pytanie trapi małżonków pragnących doskonałości: "Czy przyjemność związana z aktem małżeńskim, ten rodzaj upojenia, w którym ciało nam się wymyka, nie jest słabością w naszym pragnieniu życia wyłącznie dla Boga?" Czy samo wyrażenie "małżeńska powinność" nie brzmi już jak godna pożałowania, prawie wstydliwa konieczność? Pięknie odpowiada św. Franciszek Salezy, że "czyste serce jest jak ostryga perłodajna, nie może przyjąć ani żadnej kropli, która nie pochodziłaby z nieba!"



Nie dopuszczajmy więc do siebie jakiejś "kapryśnej pretensji do cnoty": każda przyjemność jest dobra, jeśli jest na swoim miejscu, jak wszystko, co stworzył Bóg. Cała rzecz w tym, by pokornie przyjmować ją taką, jaka jest, z Jego ręki: lecz zawsze dlatego, że to On ją daje, a więc jedynie wtedy, gdy On ją daje. Otrzymywana od Niego przyjemność staje się radością, a jeśli może pozostać jakiś niepokój, pewność woli Bożej może przemienić go w dziękczynienie: Spróbujcie i zobaczcie, jak Pan jest dobry! (Ps 34,9)



Dla przyjmujących wszystko w taki sposób małżonków ustalenie proporcji między modlitwą osobistą i małżeńską dokona się bez większej trudności, czułość nie będzie przerwą w skupieniu, praktyki religijne nie będą odczuwane jako zewnętrzne wobec rodzinnego rytmu życia, a ofiary przyjęte na terenie religijnym, jak na każdym innym, staną się częścią podstawowego daru miłości Boga i małżonka.



Wszystko to bardzo piękne, można usłyszeć, ale "jeśli tylko jedno z nas widzi sprawy w taki sposób?" czy też "proszę spróbować pomodlić się z czwórką dzieci w domu!"



Spójrzmy na życie rodziny w perspektywie chrześcijańskiej: w perspektywie stałego wzrastania, zbawienia, które wciąż na nowo musimy przyjmować aż do ostatniego dnia nie zakończonej nigdy pokuty, słowem historii budowanej codziennie miłości. Codzienność nie zabija miłości, jeśli to miłość stoi w jej centrum. Możemy ulegać pewnej iluzji, że łatwiej byłoby nam zostać świętymi w spokojnym życiu zakonników i osób samotnych.



To nie tyle nasze życie jest zabiegane i niespokojne, co my sami niepokoimy się, ponieważ nie postawiliśmy solidnie na pierwszym miejscu pierwszego przykazania, to jest ojcostwa Boga, jako fundamentu wszystkich naszych relacji, w tym małżeństwa.



Tą drogą letniość wkrada się we wszystkie stany życia. Jeśli wchodzi ona w życie małżeńskie, potrzeba nie tyle lepszej organizacji, co głębszego zanurzenia się w źródle miłości. (...)



Nie ma z góry udanego małżeństwa i kiedy pojawiają się pierwsze rysy, zamiast rozpaczliwie starać się zakleić je z zewnątrz, trzeba przypomnieć sobie, że Jezus przyszedł nas zbawić, nie wynagrodzić. Od grzechu pierworodnego każda miłość jest ukrzyżowana, lecz Jezus uczynił ze wszystkich naszych dróg krzyżowych drogi radości. Bo radość nie jest związana z powodzeniem miłości, lecz z samą miłością.(...) A dzięki Niemu, klęska staje się terenem jeszcze większej miłości.



Nie chodzi, rzecz jasna, o to, by szukać niepowodzeń, lecz, jako że będą one zawsze, aby powierzać je Temu, który nieustannie ze śmierci wyprowadza życie. Nasz udział w dziele zbawienia to wiara w Niego: najpilniejsze jest, by wciąż ja ożywiać.



Uważamy za naturalnie potrzebny czas nowicjatu przygotowujący do życia konsekrowanego. Czyżby małżeństwo było stanem mniej uświęconym niż kapłaństwo lub życie zakonne? Czyżby Chrystus był mniej obecny w małżeństwie niż w Eucharystii? Niewątpliwie małżeństwo jest bardziej rozpowszechnione niż życie konsekrowane i prowadzące ku niemu środki są bardziej zwyczajne, nie znaczy to jednak, że mniej wymagające czy też mniej duchowe.



Trzeba przede wszystkim jasno sobie uświadomić: małżeństwo jest poświęceniem się Bogu, by żyć w stałym odwoływaniu się do tego życia nadprzyrodzonego, które nam On za darmo daje, dlatego też podkreśliliśmy charakter absolutnie nadprzyrodzony "dobrego" małżeństwa: "O, małżonkowie, niczym jest powiedzieć: kochajcie się miłością naturalną, to czynią i pary gołębi! Ani też: kochajcie się miłością ludzką, bo i poganie przeżywali taką miłość! Ale powtarzam wam, za wielkim Apostołem: mężowie, kochajcie swoje żony, tak jak Chrystus kocha swój Kościół, żony, kochajcie mężów tak jak Kościół kocha swojego Zbawiciela!"



Aby ta świadomość umocniła się i utrwaliła, potrzeba czasu i środków. Czasu: nie po to, by wszystko przewidzieć i przygotować, lecz czasu przed Bogiem, dużo czasu... Środków: przyjmujemy życie Boże w modlitwie. Przygotowanie do małżeństwa będzie czysto iluzoryczne, gdy nie postawi się na pierwszym miejscu skupienia, czyli przyjmowania Boga. (...)



Problemy życia małżeńskiego mają swój wymiar psychologiczny czy też medyczny; lecz jakie światło pozwoli je rozwiązać, jeśli w gruncie rzeczy nie wiemy, co znaczy kochać?! Dotykamy tu kwestii znajomości nauczania Kościoła w tej dziedzinie.(...)



Podobnie jak inne sakramenty, małżeństwo wymaga ochrony i pielęgnacji. Tak należy rozumieć zachętę św. Pawła do okresów pewnego dystansu w życiu małżeńskim, tak aby miłość braterska odnawiała się nieustannie w miłości synowskiej: Nie unikajcie jeden drugiego, chyba że na określony czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie. (1 Kor 7,5)



Jest to niewątpliwie konieczne, aby poszukiwanie przyjemności nie zagłuszyło pragnienia szczęścia, ale przede wszystkim dlatego, że życie małżeńskie tworzy się "odgórnie", poprzez stałe powierzanie go rękom Boga; On ogarnia każde możliwe ludzkie szczęście i karmi ludzkie miłości w modlitwie, użyczając naszej miłości własnego serca.









o. Max Huot De Longchamp

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 5 lipca 2008, 08:31

Zjednoczenie w miłości



Zdecydowali się na życie we dwoje. Poprosili Boga o błogosławieństwo. Stało się... Są już małżeństwem. Teraz czeka ich radość i trud budowania komunii miłości w wymiarze duchowym, psychicznym i cielesnym. Pismo Święte mówi o małżonkach: "(...) A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (Mt 19, 6).

Tę szczególną przynależność do siebie mąż i żona urzeczywistniają we współżyciu seksualnym, które jest wyrazem największej intymności i bliskości między dwojgiem ludzi.



Można się zastanowić nad tym, co małżonkowie komunikują sobie poprzez ten akt. Odpowiedzi mogą być różne, zależne od dojrzałości osób i ich miłości.



Skoncentrujmy się na scenariuszu optymistycznym. A zatem mężczyzna i kobieta wytrwali w czystości przedmałżeńskiej. Przez cały okres swej znajomości budowali porozumienie na różnych płaszczyznach. Poznali swoje zalety i wady, hierarchię wartości, nauczyli się wybaczać, przepraszać i w końcu oddali się sobie, ślubując miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Teraz nadszedł czas ukazania tej jedności. Właśnie współżycie jest jednym z widzialnych znaków przynależności męża do żony i żony do męża. Żona chce powiedzieć poślubionemu mężczyźnie, że w każdej najdrobniejszej cząstce swego człowieczeństwa należy do niego, a mąż pragnie przekonać żonę, że nie ma takiej sfery w jego życiu, której nie chciałby powierzyć ukochanej. Realizują się słowa: Jam twoja, tyś mój. Tyś moja, jam twój. Można powiedzieć, że akt seksualny obrazuje to, co już istnieje, a więc komunię miłości, a jednocześnie, przeżywany w prawdzie, przyczynia się cały czas do pogłębiania tej niezwykłej więzi.



To wzajemne oddanie stanowi tylko jeden biegun współżycia. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że celem popędu seksualnego, który zmierza do współżycia, jest istnienie gatunku ludzkiego, jego przedłużanie. Porządek natury jest taki, iż przez współżycie człowiek się rozmnaża. Małżonkowie zatem, podejmując stosunki seksualne, wchodzą w ten wymiar rodzenia. Miłość osób, mężczyzny i kobiety, kształtuje się w obrębie tej celowości, niejako w jej łożysku, kształtuje się jakby z tego tworzywa, którego popęd dostarcza (K. Wojtyła: Miłość i odpowiedzialność, Lublin 2001, s. 51). Tak więc znając celowość popędu, mężczyzna i kobieta wybierający małżeństwo jako drogę swojego pielgrzymowania decydują, że chcą służyć przekazywaniu życia, powoływaniu do istnienia nowego człowieka - człowieka, który stanowi swoiste przedłużenie ich własnej miłości. Małżonkowie stają się współtwórcami istoty ludzkiej. Współpracują z samym Bogiem, który stanowi ostateczną instancję i jedyne źródło życia. Wysławiam Cię, że mnie stworzyłeś tak cudownie. Godne podziwu są Twoje dzieła. Oto Ty utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. I dobrze znasz moją duszę, nietajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi (Ps 139, 13-15). Z ciała męża i żony nie może jednakże zaistnieć duch człowieka. Tutaj niezbędna jest Boża ingerencja.



Czy to wszystko nie jest wspaniałe? Miłość kobiety i mężczyzny jest płodna, wydaje owoce, które będą trwały w wieczności. Uznanie tej prawdy pozwala małżonkom przeżywać prawdziwą głębię zjednoczenia - głębię, która przyczynia się do ich przybliżania i szczególnego porozumienia na poziomie psychiki, ciała i ducha. Z powyższych rozważań wynika, że we współżyciu spotykają się dwa wymiary: jedność małżeńska i rodzicielstwo. Oba są niezbędne. Pominięcie lub wykluczenie jednego z nich staje się wielkim wypaczeniem tego cudownego aktu. Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty, łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego życia, zgodnie z prawami zawartymi w samej naturze mężczyzny i kobiety (Paweł VI: Humanae vitae, 12).



Zapewne każde małżeństwo, podejmując współżycie, chce, aby rodziło ono szczęście i przyczyniało się do pogłębiania więzi pomiędzy mężem i żoną. Zastanówmy się, co może pomóc w takim przeżywaniu aktu seksualnego. Jakie warunki są konieczne do tego, by współżycie dawało radość i przyczyniało się do zbliżania małżonków? Oto niektóre z nich:





Dojrzałość osobowa małżonków - zakłada istnienie harmonii w poszczególnych sferach życia człowieka, którą się osiąga poprzez podejmowanie trudu życia według wymagań Ewangelii, przez codzienną modlitwę, regularną spowiedź, solidną pracę i umiejętność dobrego odpoczynku, a więc przez systematyczne kształtowanie swojego charakteru, aby stawać się człowiekiem dojrzałym, kierującym się nie egoizmem, lecz miłością Boga i bliźniego. Człowiek dojrzały potrafi kierować swoimi pragnieniami, pobudzeniami, swym popędem seksualnym. Jest w stanie podporządkować wszystkie swoje działania miłości, a więc dobru własnemu i drugiej osoby. Taka postawa chroni przed nadużyciami, przed traktowaniem współżycia jedynie jako źródła przyjemności. Umożliwia roztropne korzystanie z seksualności, polegające także na świadomej rezygnacji ze współżycia w sytuacjach tego wymagających.



Uznanie prawdy, że człowiek jest szczególną wartością i że jedynym odniesieniem do niego może być miłość. Człowiek jest koroną stworzenia, istotą, która może stanowić o sobie, dokonywać wyborów, która ma wolną wolę. Tylko człowiek został obdarzony życiem duchowym. Jest inny niż pozostałe byty ziemskie - potrafi rozeznać celowość istnienia, poszukuje sensu życia. Temu najwspanialszemu ze wszystkich stworzeń należy się szczególny szacunek. Nigdy nikomu nie wolno traktować drugiego człowieka jako środka do osiągnięcia własnych celów. Wyklucza się w ten sposób hedonistyczne podejście do współżycia, w którym dwoje ludzi traktuje siebie jednie jako przedmiot użycia, źródło osiągnięcia satysfakcji seksualnej.



Traktowanie sfery seksualnej jako dobrej, czystej, bez kierowania się uprzedzeniami czy zranieniami. Barierę dla osiągnięcia prawdziwej bliskości we współżyciu stanowić może obarczenie sfery seksualnej różnego rodzaju lękami. W poradni rodzinnej miałam przyjemność spotkać młode małżeństwo - wspaniałe i bardzo religijne. Ludzie ci wytrwali w czystości do ślubu, byli pełni miłości i zrozumienia, jednak zamiast obiecanego szczęścia w sferze seksualnej otrzymali przykre doświadczenia. Dlaczego tak się stało? Otóż dziewczyna wyniosła ze swego domu rodzinnego przekonanie, że współżycie jest naznaczone jakimiś szczególnymi ograniczeniami. Podejmując je, bała się, że robi coś grzesznego. To ją blokowało przed pełnym oddaniem się mężowi - do tego stopnia, że każde zbliżenie było dla niej niemiłym przeżyciem. W tej sytuacji wystarczyło tylko odtruć wpojone jej niegdyś szkodliwe poglądy i ukazać prawdziwą naukę Kościoła o ludzkiej seksualności.



Wyzbycie się lęku przed dzieckiem, czyli uszanowanie podwójnej funkcji aktu małżeńskiego - jedności i rodzicielstwa. Psychologia i psychiatria wyraźnie podkreślają, że lęk jest tym, co uniemożliwia przeżywanie pełnej satysfakcji we współżyciu. Nie jest możliwe pełne oddanie się małżonkowi, jeśli głowę zaprzątają myśli typu teraz dziecka mieć nie możemy. Jak to się skończy? Pełne napięcia oczekiwanie na miesiączkę... Horror... Jeśli małżonkowie pragną przeżyć głębię aktu seksualnego, nie mogą bać się naturalnych "konsekwencji" współżycia (czytaj: dziecka). Prawdą jest, że doskonała miłość usuwa lęk (por. 1 J 4, 18). Dlaczego mamy się bać? Przecież się kochamy i do tego czuwa nad nami Pan Bóg. Jeśli pojawi się dzieciątko, na pewno zostanie przez nas przyjęte, nawet kiedy nie będzie planowane. Taka postawa rodzi pokój wewnętrzny. Ale niestety czasem żona odczuwa strach na myśl o tym, jak mąż zareaguje, gdy się dowie o poczęciu: Gdyby on to zaakceptował, nie bałabym się, ale niestety... Tak się czasami zdarza. Sama spotkałam takie małżeństwo. Postawa męża mogłaby tutaj wiele zmienić. To bardzo przykra sytuacja, kiedy ten, który ma dawać poczucie bezpieczeństwa, nie spełnia swojego powołania, a wręcz przeciwnie - staje się źródełem obaw.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby każdy akt seksualny prowadził do poczęcia dziecka (bywają przecież w życiu takie okoliczności, gdy małżonkowie powinni je odłożyć, a poza tym płodność kobiety jest cykliczna), lecz o to, by świadomie nie niszczyć funkcji prokreacyjnej i nie czynić rozdziału między jednością a rodzicielstwem. Można tu mówić o wewnętrznej zgodzie, o akceptacji dziecka: Wprawdzie nie planujemy poczęcia, ale gdyby dzieciątko się pojawiło, na pewno je przyjmiemy. W przeciwnym razie małżonkowie zachowują się jak ludzie, którzy chcą coś wykraść Bogu; jak eksperymentujący z ogniem, którzy fascynują się jego płomieniem i pragną się doń zbliżyć, ale jednocześnie odczuwają lęk przed poparzeniem.





Nieustanne budowanie więzi w codzienności - aby małżonkowie mogli przeżywać pełnię współżycia, muszą troszczyć się o swoje relacje każdego dnia. Chodzi tutaj o rozwiązywanie konfliktów, rozmowę, o wzajemną troskę i dawanie sobie widzialnych znaków miłości. Wielkim fałszem jest podejmowanie współżycia, gdy małżonkowie są negatywnie nastawieni wobec siebie, gdy nie pielęgnują miłości poprzez czułość, delikatność, wzajemne zainteresowanie, pomoc i troskę.



Znajomość własnych potrzeb i pragnień - do czego niezbędne jest prowadzenie przez małżonków ciągłego dialogu oraz wsłuchiwanie się w przeżycia drugiej osoby, jej obawy i radości. Chodzi tu o słuchanie z nastawieniem: Jesteś dla mnie ważna (ważny), chcę wiedzieć, co czujesz.



Podsumowując, można stwierdzić, że przeżywanie pięknej małżeńskiej miłości wymaga podjęcia trudu pracy nad sobą, nieustannego budowania wzajemnych relacji, integracji wszystkich wymiarów człowieczeństwa, porzucenia wszelkich wypaczonych wizji seksualności oraz wyzbycia się egoizmu i lęku. Pan Bóg chciał bowiem, aby współżycie wyrażało rzeczywistą jedność dwojga oraz ich otwartość na dar życia. Nie bójmy się podążać tą drogą. Owocem wierności Bogu jest zawsze głębokie poczucie szczęścia i świadomość, że z Nim budujemy wspólnotę, której nikt i nic zniszczyć nie może.







Anna Borkowska

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 10 lipca 2009, 14:38

Chcą zakrzyczeć V Światowy Kongres Rodzin



Środowiska antyrodzinne głośno oprotestowują V Światowy Kongres Rodzin, który odbędzie się w dniach 10 – 12 sierpnia 2009 r. w Amsterdamie (Holandia).



Organizatorzy serdecznie zapraszają wszystkich Europejczyków na to największe światowe spotkanie rodzin i liderów organizacji prorodzinnych. Tymczasem przeciwnicy wartości rodzinnych, antagoniści małżeństwa rozumianego jako związek mężczyzny i kobiety, oponenci nauki kościołów chrześcijańskich na temat małżeństwa i rodziny mobilizują się do manifestowania swojego sprzeciwu.



W upowszechnianych materiałach nazywają Kongres Rodzin kolejnym zjazdem „chrześcijańskich fundamentalistów”, który ma nawoływać do powrotu do „chrześcijańskiej tradycji” nierówności między kobietą a mężczyzną. W opinii przeciwników Kongres jest „antykobiecy, antywolnościowy, homofobiczny, przeciwny rozwodom, przeciwny wszystkim prawom do wolności, które sobie ludzie wywalczyli”.



Jedna z grup feministycznych, Autonome Feministische Actie (AFA), nie posiada się z oburzenia, że chrześcijanie „upatrzyli sobie Holandię, aby szerzyć te swoje idee, które sprytnie ukrywają w przekazywanych treściach”.



Komentując protesty, organizatorzy V Światowego Kongresu Rodzin mówią, że najlepszą odpowiedzią na to wszystko jest po prostu przyjazd do Amsterdamu i udział w spotkaniu rodzin. Sukces Kongresu ujawni słabość argumentacji jego przeciwników.



Strony V Światowego Kongresu Rodzin w języku angielskim: www.worldcongress.nl lub www.worldcongress.org



[Inf. WCF - Lawrence D. Jacobs]

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 10 lipca 2009, 16:03

Chcą zakrzyczeć V Światowy Kongres Rodzin

W upowszechnianych materiałach nazywają Kongres Rodzin kolejnym zjazdem „chrześcijańskich fundamentalistów”, który ma nawoływać do powrotu do „chrześcijańskiej tradycji” nierówności między kobietą a mężczyzną. W opinii przeciwników Kongres jest „antykobiecy, antywolnościowy, homofobiczny, przeciwny rozwodom, przeciwny wszystkim prawom do wolności, które sobie ludzie wywalczyli”.
Zezwierzęcenie w UE poszło tak daleko, że nie dostrzega się tam piękna rodziny, tradycji rodzinnej, zdrowej relacji rodzinnej międzypokoleniowej. Zabija się świat

cywilizacji życia ukształtowanego przez kulturę historii człowieka.

Człowieczeństwo w UE jest zabijane.

Dlatego V Światowy Kongres Rodzin, który odbędzie się w dniach 10-12 sierpnia 2009r w Amsterdamie /Holandia/ jast wielką nadzieją dla Europy i Świata.

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 10 lipca 2009, 17:06

Boją się że zepsuta Holandia może zatęsknić do tradycji.

A wtedy seksbiznes upadnie.

Trzeba będzie budować zaplecze socjalne dla rodzin.

Zamiast oferowania łatwych rozwiązań typu antykoncepcja, aborcja, eutanazja.

Zdrowe rodziny dawałyby obywateli ,którzy by rozwijali kraj.

Wtedy trzeba by zadbać o emerytury i ubezpieczenia zdrowotne zamiast eutanazji.

Bo skoro nie budują więzi rodzinnych, to nikt nie będzie chciał dbać o ludzi starszych i chorych. A państwo chętnie ich się pozbędzie kierując się tak zwaną promocją prawa do “godnego życia “, a więc do szybkiej śmierci, dla ludzi nieproduktywnych.

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 10 lipca 2009, 17:09

KASIA,

Rodzina TA tradycyjna jest dla nich największym zagrozeniem,przecież wtedy nie będą mogli rządzić ludzmi,dlatego TAK walczą z RODZINĄ

TAM gdzie matka i ojciec są autorytetemi dla dzieci,tam mało miejsca jest dla "obcych"

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 10 lipca 2009, 17:14

longinus9, dlatego Polska jest solą w oku,jeszcze TYLKO my się jakoś TRZYMAMY...ale narkotyki,seks wolny

i dziwne PORAWNE wychowanie w "nowoczesnych"szkolach może to wszystko zniszczyc........

moje dzieci uczyłam katechizmu Polaka,Kto ty jesteś POLAK mały,ale obecne dzieci juz tych słow nieznają.........obecne dzieci wychowuje trener,czy coś w tym rodzaju

TRENER nie wf a UMYSŁU,znacie to pojecie...kształtowanie wlasnego rozwoju....np w klasie 4........?

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 10 lipca 2009, 17:19

piękna rozmowa i oby SKUTECZNA ,tego srdecznie zyczy stara mężatka,:) z Bogiem.

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 10 lipca 2009, 17:19

errata."stara mężatka":)

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 11 lipca 2009, 15:35

sonia pisze:piękna rozmowa i oby SKUTECZNA ,tego srdecznie zyczy stara mężatka,:) z Bogiem.
W kwietniu minęło 42 lata, jak przed Kapłanem ślubowaliśmy sobie nawzajem z Żoną. Tak jak w każdym związku dwojga ludzi były różne chwile, ciche dni, sprzeczki, ale twierdzę, że moja Bogdanka /tak ma na imię/, jest KOBIETĄ MOJEGO ŻYCIA i nic , gdybym mógł ponownie przeżyć te lata nie zmieniał bym.

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 11 lipca 2009, 15:48

adsenior,

:))) i ja nie zmieniałabym NIC....no może TROSZECZKĘ

czyli

stanęłabym na głowie,by zdobyć mieszkanie i uwolnić

Tesciową....od NAS,:) która dawno patrzy na nas,ale z z tęczowej chmurki i chyba się UŚMIECHA:)

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 11 lipca 2009, 15:50

serd pozdrowienia dla zony:))))

dobrej nocy

własnie wychodziłam,gdy zerknęłam na STRONĘ,o RODZINIE:)

Awatar użytkownika
KASIA
Posty: 6624
Rejestracja: 16 kwietnia 2007, 09:03
Lokalizacja: Alaska

Post autor: KASIA » 11 lipca 2009, 16:53

A ja żaluję że nie mamy wiecej dzieci. :-D

ODPOWIEDZ