Wybory AD 2010 - strona Jarosława Kaczyńskiego

Prezydenckie, do Sejmu i Senatu, samorządowe..
ODPOWIEDZ
Amid
Posty: 1365
Rejestracja: 7 lipca 2009, 17:00
Lokalizacja: Polska

Wybory AD 2010 - strona Jarosława Kaczyńskiego

Post autor: Amid » 2 czerwca 2010, 11:10

Dla zainteresowanych i nie zainteresowanych strona na którą powinno się zaglądać, żeby wiedzieć co sam kandydat mówi, a nie Palikot mówi:

http://jaroslawkaczynski.info/

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 3 czerwca 2010, 21:49

Sobecka i Żaryn: głosujcie na Kaczyńskiego.


O oddanie głosu na Jarosława Kaczyńskiego apeluje Chrześcijańsko-Narodowy komitet poparcia w przekazanym w czwartek PAP oświadczeniu.

"W obliczu bardzo poważnych wyzwań, ale i zagrożeń, przed jakimi stoi nasza Ojczyzna, potrzebny jest wybór prezydenta RP, który zagwarantuje realizację polskiej racji stanu, skuteczną obronę interesu narodowego i chrześcijańskiej tożsamości" - napisano w oświadczeniu, pod którym podpisało się blisko 40 osób-pracowników akademickich i polityków.

W ocenie komitetu "spośród kandydatów uczestniczących w wyborach kryteria te spełnia Jarosław Kaczyński". Komitet podkreśla, że J. Kaczyński "posiada niezbędne do pełnienia tej funkcji walory moralne i intelektualne oraz wszechstronne doświadczenie polityczne".


Komitet wzywa też do "innych kandydatów, którym bliskie są ideały patriotyczne, narodowe i chrześcijańskie" "by rozważyli możliwość wycofania swoich kandydatur i udzielenie poparcia Jarosławowi Kaczyńskiemu jeszcze przed pierwszą turą wyborów".

Pod oświadczeniem podpisali się m.in. senator Waldemar Kraska, poseł Gabriela Masłowska, b. poseł do Parlamentu Europejskiego Dariusz Grabowski, posłanka Anna Sobecka, prof. Antoni Bombik z Akademii Podlaskiej i prof. Jan Żaryn, historyk. Lista jest otwarta.

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 6 czerwca 2010, 19:39

J. Kaczyński w niemieckiej prasie: oto nasze trzy priorytety.
Jarosław Kaczyński w artykule dla weekendowego wydania niemieckiego tygodnika "Die Welt" ("Welt am Sonntag") wymienia trzy obszary, w których jego zdaniem wspólne, polsko-niemieckie działanie w ramach UE może przynieść sukcesy. To stworzenie unijnej armii, zniesienie wiz do UE dla krajów Europy Wschodniej, w tym Rosji i Ukrainy oraz wznowienie działań na rzecz bezpieczeństwa energetycznego.
- UE musi zdobyć się na to, by stworzyć własną armię. Nie można tego zadania stale odkładać - ocenia prezes PiS.

"Polacy i Niemcy chcieliby, aby zmiany, do jakich dochodzi w Rosji, okazały się autentyczne. Wyzwaniem pozostaje europejska droga Ukrainy. W obu kwestiach w minionych latach wiele się zmieniło. Nie mam wątpliwości, że właśnie teraz powinien wypłynąć nowy impuls na rzecz realizacji Partnerstwa Wschodniego, ale też adresowanego do Rosji Partnerstwa dla Modernizacji" - ocenia polski polityk.

"Wspólnym mianownikiem tych idei powinna być kwestia zniesienia wiz dla obywateli Ukrainy, lecz także Rosji i innych wschodnich sąsiadów Polski" - dodaje.

Wskazuje na doświadczenia Polski i Niemiec w zakresie współpracy sąsiedzkiej: "Nie ma powodzenia w reformach i dobrych kontaktów międzyludzkich, jeśli podróż do krajów UE wiąże się z kolejką po wizy" - pisze.

W ocenie Kaczyńskiego, Polska i Niemcy powinny również podjąć próbę uzgodnienia, co mogą wspólnie zdziałać w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego.

- Europa to idea, która wciąż jest naszym zadaniem do wykonania - i musimy być równie dalekowzroczni, jak nasi wielcy poprzednicy, którzy przed 50 laty rozpoczęli realizację idei wspólnoty europejskiej" - podkreśla poza tym prezes PiS.

Koniec podziału na "starą" i "nową" Europę

Przebieg kryzysu finansowego w Europie pozwala zaryzykować tezę, że nie istnieje już podział na starą i nową UE - pisze prezes PiS.

Ocenia, że Polska i Niemcy mogą lepiej niż dotychczas wykorzystać możliwości wspólnych przedsięwzięć w Europie i apeluje o postępy w kwestii liberalizacji przez UE reżimu wizowego dla wschodnich sąsiadów UE, w tym Rosji.

Zdaniem Kaczyńskiego, kryzys finansowy, dyskusje o zmianach w UE po wprowadzeniu Traktatu Lizbońskiego to nowe powody, "by wspólnie zastanowić się, jak powinna wyglądać nasza wspólna Europa, wymienić pomysły na mechanizmy, które najlepiej zagwarantują rozwój i konkurencyjność" kontynentu.

Jak zaznacza, Polacy życzą sobie "silnej Unii, która sprosta nowym wyzwaniom".

"Gdy przyglądam się sytuacji w Europie, mam wrażenie, że pod niektórymi względami nie wykorzystaliśmy możliwości stosunków polsko-niemieckich. Nie chodzi o to, by wypisywać w nawiasie sprawy, które nie zostały jeszcze załatwione w stosunkach dwustronnych. Znamy ten fenomen z życia zawodowego i prywatnego: im więcej wspólnych przedsięwzięć, tym więcej problemów. Środkiem zaradczym jest czasem - paradoksalnie - podjęcie nowych wyzwań albo nowe nastawienie do kwestii i tematów, nad którymi już kilka razy się pochyliliśmy" - napisał Kaczyński.

W jego ocenie, na niektóre problemy Europy Niemcy i ich wschodni sąsiad, Polska, odpowiadają wspólnym głosem i właśnie teraz udaje im się przejmować współodpowiedzialność za realizację niektórych wspólnych zadań.

- Spójrzmy na przebieg ostatniego kryzysu finansowego w Grecji i zaryzykujmy śmiałą tezę. Nie ma już starej i nowej Unii, ten podział został naprawdę odłożony ad acta. Wśród krajów, które w minionych latach przystąpiły do Unii są państwa lepiej radzące sobie z kryzysem. Dlatego dialog nie powinien być dłużej prowadzony w kategoriach "pomocy". Teraz musi chodzić o wspólną odpowiedzialność - ocenia Kaczyński.

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 10 czerwca 2010, 07:08

Kaczyński: nie jest "byczo", państwo jest słabe.


Jarosław Kaczyński, fot. PAPO tym, że nigdy nie miał planów prezydenckich, a wygrana Bronisława Komorowskiego będzie tylko poszerzeniem władztwa Donalda Tuska. O różnicach poglądów i wizji prezydentury z kandydatem PO, do której należy m.in. walka z korupcją i o tym, że chciałby kontynuować politykę Lecha Kaczyńskiego, mówi w pierwszej części wywiadu dla portalu Onet.pl Jarosław Kaczyński, kandydat PiS na prezydenta, były premier, prezes PiS. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Jacek Nizinkiewicz.

Jacek Nizinkiewicz: Panie prezesie, jak się czuje pana mama?

Jarosław Kaczyński: Mama przechodzi rehabilitację. Bardzo powoli wraca do zdrowia. Oczywiście, gdyby nie tragiczna wiadomość o moim bracie, wychodzenie z choroby byłoby prostsze.


- Mama wsparła pana w wyborze dotyczącym startu w wyborach?

- Moja mama, moja rodzina, ja sam jesteśmy w wyjątkowo trudnym momencie, a sytuacja wymagała szybkich decyzji. Musiałem je podjąć, to była moja odpowiedzialność. Powiem szczerze, wolałbym już na ten temat nie mówić.

- A jak pan się czuje, panie prezesie? W jakiej jest pan formie psychicznej? Czy pan na pewno jest w kondycji, która umożliwia panu kandydowanie?

- Czuję się tak, jak zapewne czuje się każdy, kto stracił najbliższych. Dlatego bardzo proszę raz jeszcze, nie kontynuujmy już tych osobistych wątków.

- Decyzja o kandydowaniu na urząd prezydenta była pańską samodzielną decyzją, czy ktoś panu doradzał, przekonywał pana do niej? Czytając pana wypowiedzi sprzed lat, nawet te sprzed lat 20. i więcej, nie znalazłem wypowiedzi, w której wykazuje pan pragnienie zostania prezydentem.

- To prawda, nigdy nie miałem takich planów. To jednak jest sytuacja nadzwyczajna. Decyzje podjąłem po konsultacjach, czego nie będę ukrywał, namowach moich politycznych przyjaciół oraz osób, które dotąd nie były związane z moim ugrupowaniem. Bardzo liczę się z ich opiniami i w tym przypadku przychyliłem się do nich.

- Dlaczego przychylił się pan do decyzji o kandydowaniu w wyborach prezydenckich?

- Bo Polska, w której władza troszczy się o obywatela i o państwo jako całość - a nie jest tylko władzą dla samej siebie - jest dla mnie najważniejsza. Tak zawsze było. Tak zawsze myślałem. Dla mnie rozwój Polski, jej modernizacja, pomyślność, są priorytetem – życiowym celem, który świadomie wybrałem. Wygrana Bronisława Komorowski ma być tylko poszerzeniem władztwa Donalda Tuska. A jak wiadomo, monopol władzy nie przynosi niczego dobrego.

- O jakim monopolu pan mówi? PiS rządziło, gdy prezydentem był Lech Kaczyński, podobnie jak sprawowało władzę SLD, gdy głową państwa był Aleksander Kwaśniewski.

- Mówię o monopolu jednej formacji politycznej, która jest poza jakąkolwiek kontrolą. Mam tu na myśli nie tylko instytucje państwa, ale także media. To jeden z członków komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego mówił o przyjaciołach w jednej i drugiej telewizji oraz nawoływał do zdobycia "przyjaciół" jeszcze w trzeciej. PO nie pozostała głucha na te apele. Dziś widać, że bardzo chce telewizji publicznej po swojej stronie. To, co grozi nam dzisiaj, to sytuacja, w której możemy mieć całkowite wyłączenie mechanizmów kontroli nad władzą. A to nie jest sytuacja dobra.

- Dlaczego prezydentura Komorowskiego i rządy Tuska niosą z sobą takie zagrożenia, a pańskie rządy i prezydentura Lecha Kaczyńskiego była od tego wolna?

- Dziś widać, że PO ulega pokusie władzy absolutnej, wyjętej spod kontroli, mogącej właściwie wszystko.

- A co mogą przynieść, według pana, monopolistyczne rządy, jak pan sugeruje, PO z Bronisławem Komorowskim jako prezydentem?

- Byłoby lepiej, żeby takich rządów nie było.

- Ale dlaczego, bo wcześniejsza argumentacja jest mało przekonująca.

- Dlatego, że władza niekontrolowana jest zawsze władzą złą. Władza totalna nie rozwija, nie polepsza, nic nie robi, bo po prostu nie musi. Jedynym jej zadaniem jest utrzymanie status quo. A to nie jest dobre. Polsce potrzebna jest modernizacja, a nie gra na przeczekanie. Kropka.

- Interesujące byłoby rozwinięcie po kropce, ale zapytam inaczej. W czym pan, jako prezydent, byłby lepszy i dlaczego Polska miałaby potrzebować akurat pana jako prezydenta?

- Dlatego, że ja jestem człowiekiem, który nie chce być od żyrandoli i ładnych wnętrz. Bronisław Komorowski, godząc się na start w tych wyborach, zaakceptował wizję prezydentury jaką ma Donald Tusk. To było widać, gdy Bronisław Komorowski asystował premierowi Tuskowi w wizytach na wałach przeciwpowodziowych. Tusk grał pierwsze skrzypce, pan Komorowski był jego cieniem. Ja uważam, że urząd prezydenta jest urzędem niezwykle ważnym. W dodatku o najsilniejszym mandacie społecznym.

- Słowa o żyrandolu są słowami Donalda Tuska, a nie Bronisława Komorowskiego, pod którymi Komorowski się nie podpisał.

- Ale można przyjąć, że akceptuje tę postawę i to nie jest dobre z punktu pełnienia funkcji prezydenta, to po pierwsze. Kolejną rzeczą jest element kontroli, o którym mówiłem. Pan Komorowski był zawsze przedstawicielem bardzo skrajnego skrzydła PO. To on był przeciwko koalicji PO z PiS, ale też, jako jedyny z PO, był przeciwko rozwiązaniu WSI. Nigdy też nie zwalczał tego bardzo złego politycznego języka, tej "palikotyzacji" polskiego języka, a wręcz bronił swojego przyjaciela, politycznego druha pochodzącego z Biłgoraja. Stwierdził nawet, że wycofa się z wyborów, gdy jego przyjaciela spotka ze strony Platformy jakaś kara. Komorowski jako marszałek Sejmu powinien ten język powściągać, a broniąc swojego przyjaciela, de facto ten język wspierał. Jest też kwestia respektowania dobrych obyczajów, jakie dotąd obowiązywały w Sejmie. Zanim pan Komorowski został marszałkiem Sejmu, regułą było, że marszałek, mimo swojego partyjnego pochodzenia, starał się, by wszystkie polityczne barwy były sprawiedliwie reprezentowane. Marszałek Komorowski tę zasadę zakwestionował, powodując, że Sejm stał się faktycznie maszynką do głosowania działającą na zamówienie rządu. To źle zapowiada jego ewentualną prezydenturę.

- Ale przypomina pan sobie Ludwika Dorna, marszałka PiS, któremu również wiele można było zarzucić?

- Marszałek Komorowski, kierując obradami Sejmu, pokazał, że nie jest człowiekiem kompromisu. A Polsce dla rozwiązania najważniejszych spraw kompromis jest potrzebny. Poza tym jest między nami wiele różnic programowych. Ja jestem zwolennikiem publicznej służby zdrowia jako obowiązującego modelu opieki zdrowotnej, tak, aby wszyscy, bez względu na zasobność portfela czy status społeczny, mieli takie same szanse na ratowanie zdrowia czy życia. Marszałek jest za prywatyzacją szpitali, która równy dostęp do opieki zdrowotne z pewnością ograniczy. Ja jestem zwolennikiem zrównoważonego rozwoju kraju, tak, aby osoby mieszkające w miastach średniej wielkości i na wsi miały równe szanse z mieszkańcami metropolii. Pan Komorowski reprezentuje koncepcję zwaną modelem lokomotyw, w której chodzi o koncentrowanie się na metropoliach kosztem reszty kraju. To jest zły model i to jest wielka różnica między nami. Pan Komorowski jest zdecydowanym zwolennikiem prywatyzacji prawie wszystkiego, ja uważam, że są tzw. srebra rodowe, które z uwagi na interes państwa, powinny zostać pod jego kontrolą.

- Nie słyszałem o takich planach kandydata PO.

- Różnią nas też takie rzeczy jak chociażby sytuacja, gdy Bronisław Komorowski był całkowicie bierny wobec takich wydarzeń jak próby stosowania cenzury wobec prac magisterskich, które mogą się podobać lub nie.

- Uściślijmy, mówi pan o książce Pawła Zyzaka, autora książki "Lech Wałęsa. Idea i historia", w której pisze o przywódcy Solidarności, że był współpracownikiem SB, "obszczymurkiem" i był "miałki intelektualnie", za co sąd przyznał 20 tysięcy złotych odszkodowania Annie Domińskiej, córce Lecha Wałęsy, w związku z naruszeniem dóbr osobistych córki byłego prezydenta.

- W całej tej sytuacji najbardziej dziwiło mnie to, że za recenzowanie pracy magisterskiej niespodziewanie zabrali się politycy.

- Ale w jaki sposób Bronisław Komorowski zajmował się cenzurowaniem pracy magisterskiej?

- On nigdy nie odciął się od takich działań. Nie protestował, gdy pani minister Kudrycka powiedziała, że musi być przeprowadzona kontrola na jednym z wydziałów Uniwersytetu Jagiellońskiego – taka kontrola byłaby rzeczą niezwykłą, prawda?

- Wycofano się z tej kontroli.

- Ale to był pomysł kompromitujący jego autorów. Tego typu przykłady można by mnożyć. Bronisław Komorowski jest zwolennikiem bardzo nieasertywnej polityki zagranicznej, która jest prowadzona przez rząd Donalda Tuska. Ostatnim przykładem tego jest to, że strona polska nie wystąpiła do władz rosyjskich o przejęcie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Teraz śledztwo prowadzą Rosjanie, ale mogli je prowadzić również Polacy. Tak mogłoby być, gdyby Polska zwróciła się do Rosji, a władze rosyjskie wyraziłyby zgodę. A powinny wyrazić zgodę w sytuacji, gdy ginie prezydent innego państwa i wielu bardzo ważnych ludzi.

- Ale zdaje pan sobie sprawę, że w świetle przepisów konwencji chicagowskiej, to śledztwo nie mogłoby zostać nam przekazane.

- Panie redaktorze, ja świetnie wiem, że w ramach tej konwencji - już abstrahuję czy ona powinna być tutaj użyta, bo jest jeszcze porozumienie rosyjsko–polskie z 1993 r., do którego w ogóle się nie odwołano - Donald Tusk miał pełne prawo zwrócić się do Rosjan o przekazanie postępowania wyjaśniającego. Rosjanie nie musieli się na to zgodzić, bo nie mają takiego obowiązku, ale mogli wyrazić zgodę i byłby to gest dobrej woli, zrozumiały w obliczu tej wielkiej tragedii.

- Zaraz wrócimy do katastrofy smoleńskiej. Ale proszę powiedzieć jeszcze o różnicach między panem, a Bronisławem Komorowskim.

- Gdy byłem premierem, duży nacisk kładłem i były tego efekty, na polepszenie sytuacji rolników i polskiej wsi. Teraz na wsi sytuacja jest gorsza. Mam wrażenie, że w sprawach wsi mamy daleko odmienne poglądy, choćby KRUS, system może niedoskonały, ale jednak bardzo korzystny dla tej biedniejszej części społeczeństwa.

- Wiemy, że marszałek Komorowski nie jest za likwidacją KRUS, tylko za jego gruntowną reformą.

- No może teraz nie jest, ale trzeba sprawdzić jak to było przedtem. Ja zawsze byłem przeciwnikiem likwidacji KRUS. Dzieli nas też cała sfera polityki socjalnej, bo ja jestem za prowadzeniem jej w sposób bardzo intensywny, prorozwojowy. Jestem przeciw wykluczaniu tych, którzy nie potrafią sobie dać rady w nowoczesnym systemie gospodarczym. Niektórzy sądzą, że wobec tego niedostosowani powinni odpaść z ekonomicznej gry. Dla mnie to droga do wykluczenia słabszych grup, które trzeba po prostu wzmacniać, edukować, pomóc im się przystosować do konkurencyjnych warunków. Wykluczenie rodzi koszty społeczne, jakie i tak zapłacą ci najsprawniejsi ekonomicznie. Im powiem, że zawsze taniej zapobiegać niż leczyć, a z głębi własnych przekonań dodam, że zawsze byłem wierny zasadzie solidarności społecznej.

- Jakie jeszcze różnice jest pan w stanie wskazać?

- Zasadniczo różni nas też kwestia podejścia do sfery związanej z szeroko pojętym bezpieczeństwem energetycznym. Reasumując, są miedzy nami różnice w bardzo wielu kwestiach i często są to różnice fundamentalne. Wizja Komorowskiego i wizja Kaczyńskiego, to dwie różne wizje. Moja zamyka się w stwierdzeniu, że Polska jest najważniejsza. Marszałek, mówi, ze zgoda buduje. To jest twierdzenie słuszne - ja też się mogę pod tym podpisać. Tylko, że nie na wszystko zgadzać się należy.

- A jaką pan ma wizję modernizacji kraju?

- Mam bardzo jasny plan, jak pchnąć Polskę do przodu, czyli jak załatwić te sprawy, które dziś nasz rozwój blokują takie jak np. brak autostrad, niewydolna służba zdrowia czy biurokracja, która jest wrogiem przedsiębiorczości. Dziś jest czas na realizację tych planów. Bardzo liczę, że po katastrofie smoleńskiej nastąpi zmiana języka i zostanie przywrócony dialog. Nie będzie słów o hienach cmentarnych itd., a usłyszymy język merytoryczny. Na razie nie zauważyłem, żeby marszałek Komorowski pokazał, że nie chce mieć już nic wspólnego z tamtym dyskursem politycznym, a jeśli zauważę to będę się bardzo cieszył. To jest kwestia przyszłości i tego, czy Polska powinna pozostać krajem, który nie zawsze daje sobie radę, czy też …

- Polska nie daje sobie teraz rady?

- Powódź i katastrofa…

- Opady nie są winą rządu.

- Oczywiście, że nie są. Ale już brak infrastruktury przeciwpowodziowej jest. To wszystko nie działa "byczo", tak jak słyszę na obradach RBN.

- Na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego słyszał pan, że rząd radzi sobie "byczo" w związku z powodzią?

- Słowo "byczo" nie padło, ale ja to tak podsumowałem.

- Państwo nie poradziło sobie z powodzią?

- Jest lepiej niż było w 1997 r., ale to żadne pocieszenie. Powódź znowu pokazała słabość państwa. Jeszcze jedna różnica między mną a Komorowskim - ja jestem za zdecydowaną walką z korupcją, a nie za tym, żeby ją łagodzić.

- Komorowski ogranicza walkę z korupcją?

- Komorowski nigdy nie pokazał, że jest za zadekowaną walką z korupcją.

- A jeśli pan zostanie prezydentem, to upubliczni pan aneks do raportu o WSI?

- Najpierw będę musiał go przeczytać.

- Nigdy nie zapoznał się pan z tym aneksem?

- Nigdy.

- A wie pan, co jest w tym aneksie?

- Nie wiem. To były ostatnie dni mojego premierostwa, a ja miałem tyle rzeczy na głowie, że naprawdę nie miałem czasu czytać aneksu. W chwili, kiedy przestałem być premierem, straciłem też takie prawo. A ja prawa przestrzegam. Skoro nie miałem prawa czytać tego dokumentu, to go nie czytałem.

- Wracając do marszałka Komorowskiego, mówi pan, że łamał on dobre obyczaje sejmowe, ale Ludwik Dorn, marszałek PiS do aniołów nie należał.

- Być może nie był aniołem, bo w polityce aniołowie bardzo rzadko się pokazują.

- Ale pamiętamy, że w panu jest czyste dobro.

- Mam nadzieję, że w polskiej polityce któregoś dnia będzie można żartować, bo tylko jedna prof. Jadwiga Staniszkis ucieszyła się, że żartuję i mam dystans do siebie. Wierzę, że ten poziom żartów będzie w przyszłości przyjmowany również przez dziennikarzy. Wtedy to był oczywisty żart. Ludwik Dorn, czy Marek Jurek aniołami nie byli, ale reguł przestrzegali.

- A jak reaguje pan na ostatnie słowa prof. Władysława Bartoszewkiego, czy Andrzeja Wajdy?

- W ogóle nie reaguję, proszę zdjąć ten temat z porządku dziennego. Nie mam zamiaru o tym rozmawiać.

- Wracając do tematu prezydentury, czy pan chciałby żeby pańska prezydentura była kontynuacją prezydentury Lecha Kaczyńskiego?

- Oczywiście. Brat zrobił bardzo dużo dobrego dla Polski, zarówno jeśli chodzi o umacnianie pewności siebie Polaków jak i o odbudowę ich świadomości historycznej. Ja przypomnę, że za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego Order Orała Białego dostawali ludzie, którzy nie zawsze służyli Polsce.

- Prezydent Kwaśniewski odznaczył chociażby Barbarę Skargę, Jacka Kuronia, Jana Karskiego, Leszka Balcerowicza, Zbigniewa Brzezińskiego, pośmiertnie Władysława Andersa i wielu innych zasłużonych dla naszego kraju.

- Zgoda, chylę czoła, ale wielu innych też dostawało. Mój brat słuchał ludzi, bardzo ożywił urząd prezydenta pod względem intelektualnym, spotykając się regularnie z intelektualistami. Doradzał mu m.in. prof. Michał Kleiber, który nie jest związany z naszym środowiskiem. Również bardzo zaangażował się w sprawy społeczne, chciał sprawiedliwości socjalnej dla różnych grup obywateli. Lech Kaczyński prowadził skuteczną, spójną politykę zagraniczną, w ramach której do dziś możemy załatwiać swoje interesy. Wbrew temu, co mówili krytycy, potrafił również dobrze obronić polskie sprawy w Unii Europejskiej.

- Ale pamiętamy wynegocjowanie Traktatu Lizbońskiego, a później niepodpisywaniem go przez długi czas, pamiętamy rezygnację na spotkaniu Trójkąta Weimarskiego.

- Jeżeli ktoś chce prowadzić politykę zagraniczną na zasadzie, że jak go w "Le Monde", czy "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pochwalą, to jest dobrze, a jak go zganią, to jest źle, to lepiej, żeby się czymś innym zajął.

- Ale nie uważa pan, że Lech Kaczyński zaniedbał spotkanie na szycie w Weimarza?

- To był jeden incydent, a później te spotkania się odbywały. Trzeba to widzieć we właściwych proporcjach. Znaczenie innych przedsięwzięć było nieporównywalnie większe. W Brukseli potrafił wywalczyć uzgodnione wcześniej stanowisko. Wielu mu tego gratulowało i mam nadzieję, że iskrówki z tego czasu, czyli depesze dyplomatyczne, zostaną ujawnione i wtedy wiedza o tym, czego Lech Kaczyński dokonał i jak bardzo ludzie, nawet krytyczni do niego, go szanowali, stanie się powszechna. On naprawdę dobrze rozgrywał nasze sprawy na forum UE, doskonale rozumiał reguły gry. Miał wyjątkową cechę: potrafił tworzyć koalicję i być zarazem niezależny. Chciałbym kontynuować jego politykę.

Koniec części pierwszej.

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Syriuszu,Polska jest słaba,bo wsi nami rzadzi

Post autor: sonia » 10 czerwca 2010, 12:31

od lat rozdają Karty,czytaj stanowiska,odwołują
POwołują,a jak się nie uda to i ktos zemrze smiercią NIENATURALNĄ
Polska słaba
Onet silny,biografią ich ukochanego guru
michnikowszczyzna,tefałny ,toki szoki

nachalna wrecz sowiecka jak za dawnych lat
NAGONKA
zwana Kampanią Wyborczą
OJ, Polsko bedzie bolało........wybierz sobie
tego,ktory kłamał
przed prokuratorem,ze nie zna pana Wojciecha Sumlinskiego,autora książki kto zabił KSIEDZA
wybierz sobie Polsko
tego,dzięki ktoremu
miast troski o PWODZIAN
masz troskę o Kampanię
wsi..spokojna:(
wsi ...wesoła;(
wsi palikotowa

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 10 czerwca 2010, 14:54

Kaczyński: nie wierzę, że załoga postradała zmysły.


Gabinet Tuska będzie rządził tylko przez kilkanaście miesięcy mojej prezydentury. Zwołanie RBN było niepotrzebne. Próby sugerowania, że prezydent jest odpowiedzialny za katastrofę, są rodzajem najskrajniejszej podłości. Marszałek Sejmu powinien wytłumaczyć się publicznie z przyjaźni z Palikotem i Drzewieckim. Nie podważam kwalifikacji Marka Belki, ale Komorowski powinien wstrzymać się z wysuwaniem jego kandydatury na szefa NBP, powiedział w drugiej części rozmowy dla portalu Onet.pl Jarosław Kaczyński, kandydat PiS na prezydenta, były premier, prezes PiS.

Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Jacek Nizinkiewicz

Jacek Nizinkiewicz: Panie premierze, kto jest współodpowiedzialny za rozpoczęcie wojny polsko – polskiej?


Jarosław Kaczyński: Odpowiedź można znaleźć po przeczytaniu gazet, które ukazywały się przez miesiąc po 19 czerwca 2005 r. Tamtego dnia, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, w przemówieniu Donald Tusk bardzo gwałtownie zaatakował PiS, mówiąc w hali Torwaru: "Nie chcę i nie dopuszczę do tego, żeby Polską rządzili ludzie, którzy mówią, że nic nie może się udać, którzy uważają, że Polacy to naród aferzystów i złodziei".

- Dokładnie pamiętam prasę z tamtego okresu i wiem, że jedna i druga strona, czyli PO i PiS nie szczędziły sobie ciosów. Pamiętam też pańskie słowa o wszechobecnym układzie, KPP, Ubekistanie, dekomunizacji, czy pamiętne: "My jesteśmy tu, gdzie wtedy. Oni tam, gdzie stało ZOMO", "Stanęła tutaj do walki w zwartym ordynku łże-elita III Rzeczypospolitej", słowa o Stefanie Niesiołowskim, który, wg. pana, "sypał na pierwszym przesłuchaniu". Pamiętamy atmosferę podziału społeczeństwa, słowa ludzi z pańskiego otoczenia o wykształciuchach, burej suce czy oskarżanie doktora G.

- Nie chcę panu cytować skrajnie obraźliwych wyrażeń, których używano względem nas, ale jedno jeszcze panu przypomnę: "Zachowujecie się, jak złodzieje walizek okradający pasażerów na tonącym statku". Chyba gorzej obrazić ludzi nie można, a to znowu sam Donald Tusk. Zostawmy już te porównania, te słowa padały, ale głęboko liczę na to, że więcej już nie padną. Na przełomie stycznia i lutego 2009 r. powiedziałem "przepraszam" na kongresie programowym PiS. Z drugiej strony nigdy nie usłyszałem przeprosin. Ale to nie jest najważniejsze, dziś wierzę, że to przeszłość, że to się skończyło.

- Nie chcę pana posądzać o plagiat, ale chyba Bronisław Komorowski pierwszy wystąpił z hasłem końca wojny polsko – polskiej.

- Jeżeli tak powiedział, to mam nadzieję, że nie będzie mnie więcej porównywał ze swoim przyjacielem z Biłgoraja. Chciałbym, żebyśmy mogli usiąść do rozmów nie na zasadzie, że jedna strona ma 100 proc. racji, a druga strona w ogóle. To jest nie do przyjęcia. Tak kompromisu się nie osiągnie. Porozmawiajmy merytorycznie, spierajmy się na argumenty, jest przecież kilka zasadniczych dla naszego kraju kwestii, co do których musimy się porozumieć.

- Panie prezesie, czy pan sobie wyobraża swoją współpracę, jako ewentualny prezydent, z rządem Donalda Tuska?

- Oczywiście, bo jeśli wyborcy tak zechcą, to zgodnie z kalendarzem wyborczym ten rząd będzie rządził przez kilkanaście miesięcy podczas mojej prezydentury.

- Czy pańska współpraca z rządem polegałaby na równie częstym stosowaniu weta, jak to było w przypadku Lecha Kaczyńskiego?

- Lech Kaczyński zawetował skutecznie 10 ustaw, a podpisał ok. 900, dlatego nie pokuszę się nazwać jego wet "częstymi". Ja na pewno nie zgodzę się na prywatyzację służby zdrowia i już dziś jasno to deklaruję.

- Ale Bronisław Komorowski nie chce prywatyzacji służby zdrowia.

- Naprawdę? Czyli myślimy podobnie i bardzo dobrze, bo jeżeli on przegra wybory, to na pewno jego pozycja w partii ogromnie wzrośnie i będzie miał większy wpływ na postawę PO i będziemy nam łatwiej znaleźć wspólny język. (uśmiech)

- A co, gdy pan przegra te wybory?

- Kandyduję, by wygrać, ale oczywiście zadecydują o tym wyborcy.

- Jak pan myśli, dlaczego sondaże tak gwałtownie podskoczyły panu i PiS po katastrofie smoleńskiej?

- Cieszę się, że poparcie dla mnie rośnie, ale uważam, że to efekt kampanii wyborczej.

- Panie prezesie, są ogromne różnice między sondażami sprzed katastrofy smoleńskiej a obecnymi.

- W moim przypadku ma pan rację, bo ja wcześniej w sondażach prezydenckich, kiedy startował mój brat miałem 3 proc., a teraz mam ponad 30.

- Chodzi o poparcie przed katastrofą smoleńską dla PiS, zaufanie do pana oraz nie najlepsze sondaże, które miał sam Lech Kaczyński.

- Miał bardzo różne sondaże i różnie je komentowano. Nie był na pierwszym miejscu, ale bywały też sondaże, w których miał ponad 30 proc. poparcia.

- Skąd obecna poprawa wyników?

- Nastąpiła pewna społeczna zmiana, niewątpliwie związana z tragedią. Ludzie zaczęli głośno mówić o przywiązaniu do państwa, szacunku dla jego instytucji. A politycy zyskali ludzką twarz, okazało się, że, tak jak wszyscy, przeżywają emocje. Taka sytuacja daje nam plusy w sondażach, bo ludzie nagle zobaczyli nas takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości. Pękło krzywe zwierciadło, w którym nas często pokazywano. Niestety, z mojego osobistego punktu widzenia, to zmiana bardzo gorzka, niezmiernie gorzka.

- Pan mówi o sobie, że się zmienił. Na pewno doświadczyło pana w znaczący sposób to tragiczne wydarzenie, ale na ile pan się zmienił jako polityk?

- Takie przeżycia zawsze zmieniają. Jako człowiek, który doznał wielkiego cierpienia, zmieniłem się na pewno. Nie zmieniłem jednak radykalnie swoich poglądów politycznych. Bardzo bym chciał, żeby debata polityczna w Polsce budowała, rozwijała i umacniała nasz kraj.

- A co z IV RP? Raz pan mówi "nie wracajmy do IV RP", innym razem czytamy, że nie wyrzuca pan do kosza tego projektu.

- Określenie IV RP, autorstwa Rafała Matyi, które później powtórzył Paweł Śpiewak, samo w sobie jest neutralne. Niestety, nasi krytycy obciążyli je takiego rodzaju skojarzeniami, że dzisiaj nie ma już sensu - dlatego do niego nie wracam. Nadal jednak uważam, że państwo polskie powinno być w głębokim stopniu naprawione - w tym sensie w moich poglądach nic się nie zmieniło.

- Na pojęcie IV RP, którą reprezentować miały rządy PiS, ma się składać tropienie układu, akcje CBA jak ta z Barbarą Blidą, agenci w kominiarkach którzy o 6.00 rano …

- Niech pan zaczeka na decyzje wymiaru sprawiedliwości.

- A afera gruntowa?

- Zostali skazani.

- Andrzej Lepper nie został, a tym którzy zostali, uchylono wyroki i sprawa wraca do sądu I instancji.

- To zaczekajmy na jego wyrok.

- Panie prezesie, mamy kampanię wyborczą, ale pan dopiero niedawno się w niej uaktywnił. Rozumiem tragedię, pański smutek i problemy zdrowotne mamy…

- Długo jeszcze będę smutny…

- … ale bierze pan udział w wyborach prezydenckich, a w kampanii wyborczej uaktywnił się pan dopiero niedawno. Nie odpowiada pan na pytania na konferencjach prasowych, ignoruje dziennikarzy, nie bierze pan udziału w debatach, a wywiadów udziela pan mediom, które światopoglądowo nie są odległe od PiS.

- Nie zauważyłem, żeby np. "Fakt" wspierał PiS.

- A co z konferencjami, dziennikarzami?

- Jak pan zauważył, coraz częściej jestem w mediach, także na konferencjach prasowych.

- Czy chce pan wziąć udział w debacie z Bronisławem Komorowskim w pierwszej turze wyborów? Czy chce pan debatować ze wszystkim kandydatami?

- Padła propozycja debaty czerech kandydatów. Waldemar Pawlak i Grzegorz Napieralski propozycję przyjęli. Przyjąłem też ja. Mam nadzieję, że Bronisław Komorowski nie uchyli się od debaty z nami.

- Licznik bije, zostały niecałe dwa tygodnie do wyborów, czy jest pan w stanie stanąć do debaty choćby już?

- Może nie w tej chwili (śmiech), bo jest już późna noc, kiedy rozmawiamy, ale w wyznaczonym terminie jak najbardziej przed drugą turą.

- Ale proszę powiedzieć, dlaczego pana kampania jest koncesjonowana?

- Nie rozumiem.

- Wszyscy kandydaci wypowiadają się dla wszystkich mediów, organizują konferencje, odpowiadają na każde pytanie dziennikarzy, niektórzy nawet już debatowali ze sobą.

- Przecież rozmawiam z panem. Nie unikam odpowiedzi.

- Nie udziela pan wywiadów na żywo i odmawia pan rozmów innym mediom. Również na konferencji prasowej odpowiedział pan na raptem trzy pytania.

- To było tuż przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie chciałem się spóźnić.

- W pierwszej turze może pan stanąć do debaty "jeden na jednego" z Bronisławem Komorowskim?

- Taka debata byłaby najlepsza, ale w pierwszej turze byłaby trudna do zaakceptowania ze względu na reguły demokracji. Nawet ta w czterech jest wątpliwa, ale jest ku temu przesłanka – czterech kandydatów parlamentarnych.

- Polacy nie wierzą w pańską dobrą współpracę z rządem Donalda Tuska. Jarosław Gowin uważa, że gdy pan zostanie prezydentem, to dojdzie do wojny na górze, a Włodzimierz Cimoszewicz twierdzi, że jest pan gotów podpalić Polskę.

- Wypowiedzi pana Cimoszewicza nie będę komentował, a Jarosław Gowin jest lojalny wobec własnej partii. Gdy zostanę prezydentem, zrobię wszystko, żeby doprowadzić do porozumienia w najważniejszych dla Polski sprawach. Na pierwszym miejscu stawiam reformę służby zdrowia. Ale zastrzegam, że nie zgodzę się na prywatyzację szpitali, bo to ograniczyłoby dostępność do opieki zdrowotnej.

- Został opublikowany stenogram rozmów w kokpicie samolotu Tu 154 M na około 40 minut przed tragedią. Czy według pana, z tych stenogramów wynika, co doprowadziło do tragedii?

- Dobrze, że te stenogramy zostały opublikowane. Zwoływanie RBN było niepotrzebne, a publikacja stenogramu była potrzebna.

- Czy pańska nieobecność na RBN nie było grą polityczną? Wiadomo, że w posiedzeniach rady mogą brać udział tylko jej członkowie.

- Proszę dokładnie przeczytać regulamin RBN, to zobaczy pan, że prezydent może zapraszać do udziału w pracach rady również inne osoby, których udział jest wskazany ze względu na przedmiot rozpatrywanych spraw. Również pana można by zaprosić na obrady RBN, czy innego obywatela, jeśli to byłoby uzasadnione. Innymi słowy, pan pełnomocnik mógłby być obecny na Radzie i nie była to gra polityczna. Decyzję Donalda Tuska o ujawnieniu całości stenogramu uważam za słuszną.

- Czy według pana, ze stenogramów wynika dlaczego doszło do tragedii? Jaki scenariusz się panu wyłania?

- Same stenogramy do końca niczego nam nie wyjaśnią. Potrzebne są też parametry lotu. Nie wierzę, że załoga postradała zmysły. Według ekspertów, i polskich i rosyjskich, załoga mogła mieć błędne dane co do odległości od lotniska, więc mogli być błędnie poinformowani.

- Przez kogo załoga został błędnie poinformowana?

- To pytanie do prowadzących śledztwo. Dziś nie można wykluczyć, że błąd leżał po stronie kontrolerów lotniska.

- Czyli po stronie rosyjskiej.

- Powtarzam, nie można wykluczyć, że wieża błędnie ich poinformowała. Nie chcę dalej spekulować, to nie służy wyjaśnieniu przyczyn tej tragedii. Ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego lądowali, jeśli nie było ku temu warunków?

- Pan rozmawiał z bratem kilkanaście minut przed katastrofą. Czy brat informował pana, że są złe warunki atmosferyczne?

- O niczym mnie nie informował, poza stanem zdrowia naszej mamy. Powiedział mi, że z rozmowy z lekarzem wynika, że stan mamy jest stabilny. Brat powiedział mi jeszcze, żebym się przespał.

- O niczym więcej panowie nie rozmawiali?

- O niczym. Gdyby wiedział, że coś jest nie tak z pogodą, na pewno by mi o tym wspomniał.

- Czy dopuszcza pan do siebie myśl, że piloci mogli być pod presją pana prezydenta lub pod pośrednią presją wywieraną przez osoby trzecie?

- Absolutnie tego nie dopuszczam.

- W stenogramie padają słowa dyrektora Kazany, który na 11 minut przed katastrofą mówi, że nie ma jeszcze decyzji prezydenta co dalej, a 8 minut później padają słowa "Wkurzy się, jeśli jeszcze...". Pamiętając sytuację z lotu do Tbilisi, czy dopuszcza pan do siebie myśl, że pan prezydent chciał, żeby pilot lądował mimo zagrożenia.

- Nie przyjmuję do wiadomości, że pilot słucha polecenia, które grozi katastrofą, a ktoś z pasażerów mu takie polecenie wydaje. Tam lecieli poważni, dorośli ludzie, którzy na pewno nie byli samobójcami.

- Pilot w Tbilisi odmówił wtedy za względów politycznych, a nie z powodu kwestii bezpieczeństwa?

- Z tego co wiem, to w sprawie tamtego lądowania pilot konsultował się z MON. Koniec końców sam podjął decyzje, gdzie lądować.

-Z kim z MON się konsultował?

- Dokładnie nie wiem, ale przypuszczam, że decyzje w tej sprawie zapadały w cywilnej części kierownictwa MON.

- Politycy mogli wtedy wydać rozkaz pilotowi?

- Taka świadomość jest dla mnie trudna do zaakceptowania.

- Kogo podejrzewa pan o wydanie tych rozkazów?

- To już naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Niestety, mam wrażenie, że te loty łączą ze sobą ludzie, którzy do końca nie mają dobrej woli. Kolejny raz chcę podkreślić, że absolutnie nie biorę pod uwagę możliwości, w której mój brat, wiedząc, że jest niebezpiecznie, nakazywałby lądowanie lub je sugerował.

- Ale piloci wcześniej mówili, że jest zła pogoda. A słowa pana Kazany…

- Słowa pana Kazany – o ile to on je wypowiedział, bo co do tego są również wątpliwości - mogły znaczyć bardzo wiele rzeczy, jak np., że prezydent nie podjął jeszcze decyzji czy lądować w Witebsku czy w Mińsku.

- A jak się panu wydaje, dlaczego gen. Błasik znalazł się w kokpicie?

- Nie potrafię powiedzieć.

- Mógł się tam znaleźć na żądanie prezydenta?

- Próby sugerowania, że prezydent jest odpowiedzialny za katastrofę, są rodzajem najskrajniejszej podłości i chciałbym, żeby to się znalazło w tym wywiadzie.

- Czy pan wybiera się do Londynu lub gdzie indziej za granicę prosić emigrantów polskich o wsparcie w wyborach prezydenckich?

- Na razie nie ma takich planów.

- Widział pan konferencję Bronisława Komorowskiego w Londynie, na której jeden z uczestników podrzucił marszałkowi gumowego penisa. Popiera pan zachowanie tego człowieka, który oskarżył Komorowskiego i PO o to, że nie odcina się od Janusza Palikota i byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego?

- Sprawy tego gadżetu nie będę komentował, ale uważam, że pan Komorowski powinien publicznie wytłumaczyć się ze swojej przyjaźni z panem Palikotem i Drzewieckim.

- Powinien wytłumaczyć się z przyjaźni?

- Według mnie tak.

- Zajmijmy się bieżącą polityką. Czy szef NBP powinien być teraz powołany i czy PiS poprze kandydaturę Marka Belki?

- Nie będę podważał kwalifikacji Marka Belki. Marszałek Komorowski pełni obowiązki prezydenta, ale nie jest prezydentem z wyboru Polaków. Na kilkanaście dni przed wyborami powinien się wstrzymać z wysuwaniem kandydata na tak ważną funkcję jak szef banku centralnego.

- Senat odrzucił sprawozdanie KRRiT. Czy według pana to słuszna decyzja? To oznacza rozwiązanie rady.

- W Polsce potrzebny jest pluralizm mediów, który jest elementarnym warunkiem demokracji. To może być wstęp do tego, o czym mówiła PO, czyli prywatyzacji mediów publicznych – co oznacza ich likwidację.

- Nikt nie chce likwidować TVP.

- TVP po prywatyzacji nie byłaby już medium publicznym.

- Czyje to plany?

- PO. Proszę dopisać po stronie różnic między mną a panem Komorowskim, że on jest za likwidacją TVP i mediów publicznych, a ja jestem przeciw.

- Chyba mylimy likwidację z odpolitycznieniem? Nie dostrzega pan upolitycznienia mediów publicznych?

- Nie, bo media, w których z jednej strony jest Tomasz Lis, a z drugiej Jan Pospieszalski, to są takie media, jakie powinny być.

- Widział pan film "Solidarni 2010", który był emitowany w TVP w godzinach najlepszej oglądalności, gdzie padają m.in. słowa, że premier Tusk ma krew na rękach po katastrofie smoleńskiej?

- Nie widziałem.

- Na nagraniu z wyrazami wsparcia dla środowiska "Gazety Polskiej" zamieszczonym na stronie niezalezna.pl powiedział pan: "Nasz naród znów pokazał swoją prawdziwą twarz. Wy jesteście jej częścią, tą najbardziej aktywną, tą, która nie schodzi z pola. Życzę wam z całego serca, żebyście z tego pola nie schodzili i jestem przekonany, że nie zejdziecie. Przyszłość należy do Was, do nas!". Nie przeszkadzały panu skrajne często poglądy tego środowiska np. w sprawie katastrofy smoleńskiej, gdzie na okładce tygodnika krzyczał napis: "To był zamach"?

- To gazeta o często skrajnych poglądach, ale takie media są potrzebne. Nie zawsze się z nimi zgadzam. My też byliśmy przez ten tytuł krytykowani.

- Czy podziela pan spiskowe teorie tam zawarte, jak okładkowy tekst jednego z wydań zatytułowany "To był zamach"?

- Nie podzielam, ale jeśli prokuratura badała taki wątek, to dlaczego "GP" ma o tym nie pisać? Czy pan jest zwolennikiem cenzury?

- Nie, jestem zwolennikiem zdrowego rozsądku.

- Ja też i uważam, że "GP" ma prawo się ukazywać, a ja mam prawo ją czytywać.

- Panie prezesie, czy pan będzie zbiegał o poparcie Radia Maryja i o. Rydzyka?

- Nie zauważyłem, żeby o. Rydzyk był przeciwko mnie. Liczę na poparcie milionów Polaków, a wśród nich są też zapewne zwolennicy Radia Maryja.

- Czy Marta Kaczyńska wesprze pana w kampanii wyborczej?

- Uważam, że atakowanie…

- To nie jest atakowanie…

- Tak, ale proszę dać mi skończyć. Uważam, że atakowanie Marty, która straciła obydwoje rodziców, jest skrajną podłością i tyle mogę powiedzieć.

- Myśli pan o Januszu Palikocie?

- Tak.

- Udziela pan wywiadu portalowi internetowemu, a wcześniej mówił pan o internautach, przy okazji głosowania przez internet, że "Można nimi najłatwiej manipulować" oraz "Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota".

- Kiedyś powiedziałem, o pewnym wydarzeniu, które wyolbrzymione, zaczęło żyć własnym życiem. Przez to ustawiono mnie w kontrze do internautów. Zupełnie niesłusznie. W naszym programie informatyzacja kraju to jeden z kluczowych punktów.

- Korzysta pan z internetu?

- Korzystam z internetu, oczywiście. Dzisiaj z internetu korzystają ludzie w różnym wieku.

- Ma pan swoją skrzynkę e-mailową?

- Mam służbowego maila, na którego dostaję bardzo dużo listów.

- Powiedział pan, że nie chce się pan w kampanii wyborczej odwoływać do relacji z bratem, ale pański spot jest bardzo podobny to spotu pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Również plakat wyborczy jest łudząco podobny i nie mam tu na myśli bliźniaczego podobieństwa panów.

- Ocenę spotów i plakatów pozostawiam wyborcom. Z tego, co od nich słyszę, to się podobają.

- Paweł Poncyljusz, rzecznik pańskiego sztabu wyborczego, tłumacząc, skąd się wziął dąb w pańskim spocie, powiedział, że w tym spocie są trzy rzeczy, które każdy mężczyzna powinien zrobić, czyli: "zasadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna".

- Wie pan, w tej sprawie do wyborów raczej nie zdążę (śmiech).

- A kłopot ma Paweł Poncyljusz?

- O ile mi wiadomo, to wśród jego dzieci są też synowie (śmiech).

- Dziękuję za rozmowę

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Re: Syriuszu,Polska jest słaba,bo wsi nami rzadzi

Post autor: Coltrane » 11 czerwca 2010, 23:12

Maila z tym tekstem otrzymałem ze dwa miesiące temu (jak ten czas leci :-/ ), ale dopiero temu tu zamieszczam
Lepiej późno niż wcale. :oops:

Oświadczenie J.K. Dzięki HALINIE KUNICKIEJ przesyłam Przyjaciołom i
Znajomym tekst oświadczenia JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO do zapoznania się i
pod rozwagę:Witam! Jarosław Kaczyński ogłasza swój start w wyborach
prezydenckich. pervox, 15 Kwietnia 2010, 23:10 Szanowni Państwo, obywatele
Rzeczypospolitej. Ostatnio wstrząsnęła naszym krajem niewyobrażalna
tragedia. Nie będzie żadną śmiałością stwierdzenie że jestem tą
osobą która ową, niemającą sobie równych tragedią, została
dotknięta najboleśniej. Ale nie chciałbym tu i teraz dawać świadectwa
swojego ogromnego, niewysłowionego żalu. Tragedią dotknięta jest
również i przede wszystkim nasza ojczyzna - umiłowana Rzeczpospolita.
Oto straciła swego najwybitniejszego syna, Wielkiego Patriotę,
niestrudzonego bojownika o wolność, wizjonera, człowieka z pasją
poznającego historię swojego kraju. Ta pasja nie służyła jedynie
zaspakajaniu własnej, jakże szlachetnej dociekliwości lecz miała na
celu wyciągnięcie wniosków z naszej tragicznej, skąpanej we krwi
przeszłości. Ta wiedza którą posiadł Prezydent Lech Kaczyński, mój
brat, miała ustrzec naszą udręczoną Polskę przed dalszymi błędami. I
tak by się stało gdyby nie tragiczne zdarzenie. Droga do szczęśliwej,
solidarnej Polski, przez niektórych określanej jako utopijnej nie mogła
być krótka i prosta. Nie da się tego celu osiągnąć tak prędko
jakbyśmy chcieli żeby to się stało, nie nazbyt prędko z przyczyn
ogólnie znanych. Te przyczyny to ograniczone możliwości wpływu na los
kraju. Tak się złożyło, jak Państwo wiecie, że ostatnie wybory były
triumfem sił wrogich temu postępowi. Dlatego musimy być cierpliwi, i
musimy ufać, ufać że nie wszystko stracone. RODACY ! MUSIMY WIERZYĆ ŻE
DZIEŁO ODBUDOWY RZECZPOSPOLITEJ MOŻE BYĆ KONTYNUOWANE ! MUSIMY PODJĄĆ
WYZWANIE I PRZEJĄĆ TO WIELKIE PRZEDSIĘWZIĘCIE KTÓRE ROZPOCZĄŁ WIELKI
POLAK LECH KACZYŃSKI ! Przyjaciele, rodacy, jestem dzisiaj człowiekiem
straszliwie doświadczonym lecz nie mogę się poddać. Nie mogę pozwolić
na unicestwienie dorobku Mojego Brata a waszego Prezydenta, pierwszego
prawdziwie niezależnego prezydenta wolnej Rzeczpospolitej. Mój brat nie
darowałby mi gdybym poniechał kontynuacji jego pracy. Ojczyzna jest
zagrożona przez siły zła. Te siły są potężne, lecz my musimy
wierzyć że jesteśmy silniejsi, że je pokonamy. Być może te siły
były również zamieszane bezpośrednio w tę tragedię. To jest bardzo
prawdopodobne, ale nie ma na to dowodów. Być może kiedyś dojdziemy do
owej prawdy nie będąc skazanymi na informacje dozowane przez tych którzy
nie są po naszej stronie. Będzie to trudne bo straciliśmy wielu
wybitnych i oddanych sprawie specjalistów. Szanowni Państwo, nie bez
potężnych wątpliwości, lecz w końcu z całą mocą własnej woli
powziąłem postanowienie o kandydowaniu w wyborach prezydenckich Jestem to
winien bratu, jestem winien potrzebującej ojczyźnie. Jestem do tego
przygotowany. Któż może lepiej znać wizję wolnej Polski, wizję która
rodziła się w toku wielogodzinnych naszych wspólnych z bratem dyskusji.
Wiecie że płynie w nas ta sama krew, ta sama miłość do Polski
wypełnia moje serce. Wesprzyjcie mnie, bo to jest walka o wolność, tę
prawdziwą wolność która przeniknięta jest duchem chrześcijańskiej
miłości bliźniego, wolność ukochanej Ojczyzny. Rzeczpospolita czeka na
nasze czyny. Ona warta jest najwyższych wyrzeczeń. Stańmy jeszcze raz do
walki ramię w ramię..................... JEŚLI TEN LIST JEST
WIARYGODNY-to wiem,że dojdzie do następnej tragedii=na pierwszym
śniadaniu JAROSŁAWA otrują...Na nie jednym posiedzeniu Tusk wypowiadał
się,że ród Kaczyńskich nie powinien istnieć...Teraz dla MEDIÓW żegna
się???POZDRAWIAM SERDECZNIE!!! Halina...

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 12 czerwca 2010, 21:02

Kaczyński: nie damy się teraz sprowokować.


iO przyczynach smoleńskiej tragedii, kampanii wyborczej, ostatnich ekscesach Palikota i wizji swojej prezydentury mówi Jarosław Kaczyński, lider Prawa i Sprawiedliwości, kandydat na prezydenta, w rozmowie z Michałem Karnowskim i Piotrem Zarembą.

Panie Premierze, w ubiegłym tygodniu poznaliśmy stenogramy z czarnych skrzynek. Czy, Pana zdaniem, dzięki nim jesteśmy bliżej odpowiedzi na pytanie, dlaczego doszło do katastrofy, dlaczego oni wszyscy zginęli?

Na pewno dużo mocniej trzeba postawić pytanie, czy piloci polskiego samolotu byli prawidłowo informowani przez wieżę kontroli lotów w Smoleńsku. Ten wątek wymaga poważnej analizy, mówi o tym coraz więcej ekspertów, w tym rosyjskich. Bez tego elementu musielibyśmy założyć zachowanie pilotów, którego nie da się wyjaśnić. A przecież nie byli oni samobójcami, nie byli amatorami.


Ważnym wątkiem jest też kwestia ewentualnych nacisków na pilotów. Obecność osób trzecich w kokpicie nie pozwala całkowicie odrzucić tego pytania.

O tym, czy lądować, czy też nie, zawsze decydują piloci. I są przykłady, że piloci, także na polskich lotniskach, nie pytając o zgodę, lądowali tam, gdzie uznawali to za bezpieczne. I Lech Kaczyński zawsze to akceptował. A co do obecności osób trzecich w kokpicie, to każdy, kto latał rządową flotą, wie, że to się zdarzało dość często i nigdy nie miało charakteru żadnego nacisku. Mówił o tym nawet ostatnio w waszej gazecie pułkownik Tomasz Pietrzak, były dowódca 36. pułku latającego z VIP-ami.

Publicznie zadawano ostatnio pytanie, czego dotyczyła Pańska telefoniczna rozmowa z prezydentem kilkanaście minut przed katastrofą tupolewa. Padają sugestie, że mógł Pan współdecydować o tym, czy należy lądować w Smoleńsku. Jak było naprawdę?

Moja rozmowa z bratem dotyczyła stanu zdrowia naszej mamy. Na koniec brat powiedział mi, że powinienem się jeszcze przespać.

Katastrofa smoleńska będzie tematem kampanii wyborczej?

Nie. Oczywiście nie można zapomnieć o tym, że zdarzyła się wielka tragedia. Na dodatek trudna do zrozumienia. Katastrofy lotnicze zdarzają się niezwykle rzadko i jeśli już do takiej tragedii dochodzi, to zazwyczaj wskutek wyjątkowo niekorzystnego zbiegu okoliczności. Te wybory odbywają się w cieniu katastrofy smoleńskiej - to jest nieuniknione. Chciałbym jednak podkreślić, że osobiście bardzo mi na tym zależy, by nie była ona przedmiotem kampanii. Kończąc ten wątek: na pewno ta tragedia nie jest dowodem siły państwa.

Marszałek Bronisław Komorowski bardzo pozytywnie oceniał sposób funkcjonowania państwa po katastrofie, podkreślał płynne zorganizowanie ciągłości władzy, zabezpieczenia osieroconych instytucji. Podobnie oceniają to w sondażach Polacy.

Bardzo przepraszam, ale gdzie tu był jakiś kłopot? Na czym polega trudność ogłoszenia, że wykonuje się obowiązki głowy państwa? To tak, jakby wychodzący przed chwilą z tego gabinetu mój kolega powiedział, że odniósł sukces, bo zamknął drzwi. Konstytucja jasno określiła działanie na wypadek takich tragicznych sytuacji. Jej realizowanie jest czymś oczywistym. Co do zabezpieczenia osieroconych instytucji, to działanie marszałka oceniam jako nadgorliwe. Chodzi tu zwłaszcza o prezesa NBP. Tej nominacji powinien dokonać prezydent wybrany w wyborach, a nie jedynie pełniący obowiązki. Do końca wyborów zostało już niewiele czasu, więc pośpiech marszałka jest nieuzasadniony.

Stan państwa wyrasta na główną oś kampanijnego sporu, także w związku z powodzią.

Z całą pewnością nie jest tak, że można mówić, że jest świetnie, że obroniliśmy się przed wodą. Wystarczy posłuchać osób dotkniętych powodzią, wystarczy spojrzeć na relacje z terenów popowodziowych w mediach. Wiele rzeczy można było zrobić lepiej. Platforma przez dwa lata przyzwyczaiła nas do uprawiania polityki "pod sondaże". A polityka i państwo muszą być naprawdę. Władza musi realnie służyć obywatelom. PO twierdzi, że im mniej państwa, tym lepiej. Linia reprezentowana przeze mnie zakłada coś przeciwnego: że sprawne państwo jest warunkiem dobrego funkcjonowania tak gospodarki, jak samorządu. Dziś możemy to obserwować w związku z powodzią - gołym okiem widać, jak wiele zależy właśnie od siły i skuteczności instytucji państwa.

Tu można postawić pytanie, na ile uprawnienia prezydenta pozwalają mu realnie wpływać na funkcjonowanie państwa? Doświadczenie podpowiada, że w niewielkim stopniu.

Prezydent ma realne narzędzia: inicjatywę ustawodawczą, prawo zwracania się do Najwyższej Izby Kontroli, ma prawo wygłoszenia orędzia do parlamentu, prawo weta. Te prerogatywy umożliwiają wpływanie na politykę państwa.

Chce Pan o tym mówić w swojej kampanii?

Tak, choć fakt, że kampania jest tak krótka, uniemożliwia pogłębienie pewnych wątków. Ale wstrząs moralny po smoleńskiej tragedii i wnioski dotyczące stanu przygotowania państwa na zagrożenie powodziowe sprzyjają poważnej rozmowie. W tej kampanii, ale i po jej zakończeniu, należy przede wszystkim odejść od języka, jakim posługiwano się w polskiej polityce przed 10 kwietnia. Taki język uniemożliwiał poważną debatę o Polsce.

Jaki jest Pana model prezydentury? Kandydat PO stawia na wersję samoograniczającą się.

Jestem zwolennikiem prezydentury aktywnej, prezydentury, która wyznacza cele i dąży do ich realizacji. Myślę, że to odmienny model do wizji Bronisława Komorowskiego czy raczej Donalda Tuska. Premier, desygnując marszałka do roli kandydata, wyznaczył mu zadanie bycia "człowiekiem od żyrandoli". I każdy dzień tej kampanii potwierdza, że Bronisław Komorowski zaakceptował tę rolę. To było widać chociażby wtedy, gdy Bronisław Komorowski asystował premierowi Tuskowi w wizytach na wałach przeciwpowodziowych. Tusk grał pierwsze skrzypce, Komorowski był jego cieniem.

Dojdzie do debaty przed pierwszą turą?

Jest propozycja debaty przed pierwszą turą z udziałem kandydatów ugrupowań parlamentarnych. Wyrazili na nią zgodę i Grzegorz Napieralski, i Waldemar Pawlak. Zgodziłem się i ja, choć nie ukrywam, że szansę na debatę powinni mieć także inni kandydaci. Ale przyjmuję też argument, że niezmiernie trudno byłoby rozmawiać w dziesięciu. Mam nadzieję, że zgodę wyrazi również marszałek Komorowski, choć wyraźnie widać, że jego sztabowcy chcą tej debaty uniknąć. Dlaczego? Myślę, że każdy może się sam domyślić…

Janusz Palikot powrócił, choć wiele osób było przekonanych, że jako polityk nie istnieje. Wygrywa wybory regionalne w PO, dalej prowokuje. Tym razem zorganizował konkurencyjny wiec w Lublinie.

To prawda. Ale ta prowokacja mu się nie udała, na nasze spotkanie na plac Litewski przyszło ok. 4 tys. osób. Bardzo wiele osób trzymało w dłoniach białe kwiaty jako symbol pojednania, tymczasem Palikot pokrzykiwał coś po drugiej stronie.

Myśli Pan, że Janusz Palikot jest harcownikiem czy jest autoryzowany przez władze Platformy.

Palikot jest przede wszystkim bliskim przyjacielem Bronisława Komorowskiego. Zakładam, że chciałby robić karierę u jego boku, gdyby marszałek te wybory wygrał. I zapewne niepokoi się, że pan Komorowski w sondażach spada, a dla mnie poparcie rośnie. Szefowa mojego sztabu wyborczego dwukrotnie apelowała do marszałka Komorowskiego, aby wpłynął na swojego bliskiego przyjaciela, aby ten wiec odwołał i nie zakłócał naszego spotkania. Marszałek na to nie zareagował, więc widać wyraźnie, że akceptował takie działania swojego kolegi. To nie pierwszy przykład bardzo silnych więzi pomiędzy Palikotem a Komorowskim. Ale nie chciałbym już o Palikocie rozmawiać. Kluczowym problemem jest uchylenie języka agresji, który on do polityki wprowadza - co potwierdził w środę w Lublinie. Bez tego nie ruszymy do przodu w ważnych dla Polaków sprawach. A trzeba skończyć z niemożnością rozwiązywania problemów. Przede wszystkim powinniśmy zająć się dziedzinami mającymi bezpośredni wpływ na jakość życia Polaków. Potrzebne jest porozumienie co do modelu ochrony zdrowia w naszym kraju. Jestem zdecydowanym zwolennikiem publicznej opieki zdrowotnej, tak aby każdy, niezależnie od zasobności portfela i statusu społecznego, miał takie same szanse na leczenie. Mimo szumnych zapowiedzi obecnego rządu budowa autostrad i dróg ekspresowych wciąż nie wygląda tak, jak byśmy tego sobie życzyli. Nasz kraj wymaga modernizacji w wielu dziedzinach. Ale to wymaga prawdziwej dalekowzrocznej polityki. Postawienia celów i konsekwentnego dążenia do ich realizacji.

To znaczy?

Skończenia z polityką plastikową, z ruchami wykonywanymi tylko i wyłącznie dla efektu propagandowego, często zaledwie kilkutygodniowego.

Na czym ma polegać wspomniane przez Pana uchylenie agresywnego języka? Nie będziecie na nic reagować?

Na zaczepki i ataki reagować nie będziemy. Jeśli ktoś sądzi, że nas sprowokuje, to się myli.

To jest cel PO?

Proszę zapytać tych, którzy tak się zachowują. Ja wierzę, że nastąpił przełom. Choć zachowanie Platformy w Lublinie nad tą optymistyczną wersją stawia znak zapytania.

Co to za przełom? Jak go Pan definiuje?

Przez ostatnie dwa miesiące każdy mógł zauważyć, że prawdziwy obraz niektórych ludzi był zupełnie inny, niż dotąd przedstawiano. To oczywiste, że mam tu na myśli śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonkę. Nagle okazało się, że był sympatycznym człowiekiem kochającym rodzinę, że razem z Marią tworzyli świetną, rozumiejącą się parę, że był prezydentem, który słowa "patriotyzm" i "dobro Polski" traktował bardzo poważnie. A jaki obraz kształtowano przedtem? Dziś jest szansa, że Polacy zobaczą polityków takimi, jakimi są w rzeczywistości. Że stłukło się to krzywe zwierciadło, w którym byli pokazywani. Jest też szansa, że zniknie ten zły język, którego używali czasem sami politycy i który zniechęcał do polityki wartościowych ludzi.

Czy jednak tylko jedna strona używała tego języka? Ostre, brutalne wypowiedzi zdarzały się często politykom PiS.

To prawda, ale ja już tę sprawę zamknąłem w 2009 r., kiedy na kongresie naszej partii powiedziałem "przepraszam". Przeprosiłem za złe wypowiedzi z naszej strony, choć ich skala i stopień agresji były nieporównywalne z tym, co kierowano przeciwko nam. A czy nas ktoś przeprosił? Nie może być tak, że po dyskusji ekonomicznej wychodzi Donald Tusk i mówi do nas, że zachowujemy się jak złodzieje walizek na tonącym statku. Donald Tusk ma pełne prawo mieć inne zdanie na tematy ekonomiczne niż my, ale nie ma prawa używać takich porównań. Jeżeli krytykujemy koncepcje ekonomiczne minister zdrowia pani Ewy Kopacz, to ona nie może na to odpowiadać stwierdzeniem, że jesteśmy hienami cmentarnymi. To chcemy wszystkim uświadomić. Tak nie może wyglądać dyskusja publiczna, bo to niszczy nas wszystkich i nasze państwo.

W tym kontekście mówił Pan Premier o zakończeniu wojny polsko-polskiej. Ale kto ją według Pana wywołał?

W tej chwili nie będę się nad tym zastanawiał, bo to by utrudniło jej zakończenie.

To samo w warszawskich Łazienkach mówił Bronisław Komorowski, choć w kontekście wystąpień raczej wojowniczych. Ale może to oznacza, że wasze intuicje się spotykają?

Jeżeli intuicje się spotykają, to się cieszę. Mam nadzieję, że za słowami pójdą czyny.

Poczuł się Pan dotknięty tymi wypowiedziami z Łazienek z inauguracji komitetu honorowego Komorowskiego?

Proszę panów, ja w sensie osobistym nie czuję się dotknięty. Swoją ocenę tego spotkania i padających tam słów zachowam dla siebie i sądzę, że podobną ocenę ma większość Polaków. Za dużo pilnych spraw jest w Polsce do załatwienia, żeby się nad takimi detalami rozwodzić.

Z Platformą?

Z tymi, którzy chcą. W tej chwili przy władzy jest PO i wszystko wskazuje, że będą rządzili do jesieni 2011, bo już wiemy, że nie będzie przyśpieszonych wyborów.

To dobra decyzja?

Przeprowadzenie wyborów przed początkiem polskiej prezydencji, tj. przed 1 lipca 2011 r., byłoby korzystne. Ta druga sprawa jest olbrzymim wyzwaniem, jeśli ma być pełniona na serio. Jak przy tym prowadzić kampanię wyborczą?

Wróćmy do tych pilnych spraw. Co jest na ich czele?

Powtórzę, bo warto. Priorytetem jest opieka zdrowotna. W tej sprawie trzeba się umówić przynajmniej co do podstaw. I, moim zdaniem, wrócić do planu śp. profesora Zbigniewa Religi. Zresztą innego na stole nie widzę. Mówiłem też już o autostradach. Bardzo ważne jest ułatwienie działalności przedsiębiorcom. Zlikwidowanie barier biurokratycznych i prawnych, aby polski biznes się rozwijał, bo to tworzy miejsca pracy. Podstawą rozwoju powinno być podniesienie poziomu polskiej edukacji i nauki. Nowoczesna gospodarka to taka, która opiera się na wiedzy. Przed nami bardzo ważne wyzwanie wykorzystania złóż gazu łupkowego. Według specjalistów mamy go prawdopodobnie najwięcej w Europie. Jego wydobycie to nie tylko zysk ekonomiczny, to także uniezależnienie się od dostaw surowców, co było zawsze naszym celem. Kiedyś w tej sprawie, sprawie bezpieczeństwa energetycznego, szliśmy ręka w rękę z Platformą, może dlatego, że tą sprawą zajmował się Jan Rokita, którego w PO już nie ma. Trzeba wreszcie zrobić wszystko, aby polscy rolnicy mieli takie same szanse jak rolnicy francuscy czy niemieccy. To kwestia wyrównania dopłat, czyli równej konkurencji, a naszym rolnikom to wystarczy, bo mamy najlepszą żywność w Europie.

Czy jako prezydent popędzałby Pan Platformę, żeby realizowała swój program, czy forsował własne projekty?

Prezydent ma prawo inicjatywy ustawodawczej i z tego prawa na pewno bym korzystał, ale oczywiście to rząd dysponuje większością w parlamencie i ma wszelkie instrumenty, by swoje ustawy uchwalać. Co do wet, to najpierw będę zapoznawał się z ustawami, wsłuchiwał w głosy społeczeństwa i ekspertów. Weto to ostateczność, można przecież odwołać się do opinii obywateli w drodze referendum, można przekazać ustawę do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny. W końcu nawet weto prezydenta nie jest ostatecznością, bo odpowiednia większość w Sejmie może je odrzucić. Zresztą straszenie wetem, kiedy nie ma konkretnych ustaw, byłoby niepoważne. Weto stosowałbym tylko wtedy, gdy konkretne ustawy byłyby niekorzystne dla milionów obywateli. Przypomnę, że Lech Kaczyński używał prawa weta bardzo oszczędnie.

Było też kilka zapowiedzi wet. I tu dochodzimy do pytania, czy jeśli zostanie Pan prezydentem, to nie będzie Pan wymówką dla rządzących, argumentem dla nicnierobienia.

Nie żartujmy. Lech Kaczyński zawetował tylko kilkanaście ustaw, a podpisał prawie 900. Weto stało się wymówką rządu. Ale wetami się nie rządzi. Gdy zostanę prezydentem, wystąpię z propozycją porozumienia w najważniejszych dla Polski i Polaków sprawach.

Myśli Pan, że po tym wszystkim może Pan jeszcze znaleźć wspólny język z premierem Donaldem Tuskiem?

W polityce najróżniejsze rzeczy są możliwe. Czy ja żywię wobec Donalda Tuska takie uczucia, które mnie zablokują i uniemożliwią poszukiwanie rozwiązań np. w sprawie ochrony zdrowia? Nie. Umiem pracować dla kompromisu.

Mówił Pan, że chce przejąć dziedzictwo prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Co to dokładnie znaczy?

To kilka spraw. Na pewno obrona praw socjalnych obywateli. Także stosunek do historii, ale rozumiany tak, jak widział te sprawy prezydent: jako kwestie nie tylko przeszłości, ale także przyszłości. I jeszcze jeden element kontynuacji polityki Lecha Kaczyńskiego: polityka zagraniczna. Zgadzałem się z prezydentem, że prezentowane przez obecny rząd podejście jest postawą nieasertywną. Co premier Tusk tak naprawdę dostał od Niemiec czy Rosji? Nic. Żadnych ustępstw w sprawie tak zwanego Centrum Wypędzonych, żadnych ustępstw w sprawie bardzo dla nas niebezpiecznego gazociągu. To jest walka o status Polski, kraju i narodu, który nie powinien być traktowany gorzej niż inny.

Wielu Polaków ma jednak poczucie, że Polska nie budzi dziś takich emocji w świecie, nie pisze się o niej w atmosferze skandalu.

Może, ale czy to dobra cena za rezygnację z własnych ambicji? Ze starań o pozycję kraju? Wątpię. Są kraje, o których w prasie zagranicznej pisze się krytycznie, ale one konsekwentnie walczą o swoje interesy. Inne znowu dla kilku pozytywnych artykułów gotowe są rezygnować z ważnych dla siebie spraw. Ja wolę podążać tym pierwszym przykładem. Czy myślą panowie, że Anglicy przejmują się bardzo tym, co napiszą o nich w prasie niemieckiej i na odwrót?

Można zapytać - a co więcej od obecnej ekipy osiągnął Pana rząd i prezydent Lech Kaczyński?

Uzyskaliśmy znaczne ustępstwa w traktacie lizbońskim. W Europie było to przyjęte jako nasze wielkie zwycięstwo. Zaczęto nas traktować jako ważnego partnera, pytać o zdanie, negocjować. Staliśmy się liderem regionu, potrafiliśmy budować koalicje, zmusić Unię do obrony naszych interesów w relacjach z Rosją. O prezydencie w wewnętrznych dokumentach najważniejszych państw Unii pisano: "niezależny i potrafiący budować koalicje". Czyli - skuteczny. Chciałbym też być takim prezydentem.

Naprawdę wierzy Pan w zwycięstwo?

Wierzę, bo Polska jest najważniejsza. Zasługuje na dobrą, aktywną prezydenturę, która skutecznie realizuje polskie interesy. Wygrana Bronisława Komorowskiego byłaby tylko poszerzeniem władztwa Donalda Tuska. A, jak wiadomo, monopol władzy nie przynosi niczego dobrego.

Był czas, gdy Pan był premierem, a Lech Kaczyński prezydentem.

Każdy, kto ma w sobie odrobinę obiektywizmu, wie, że nasza władza była pod ogromną kontrolą, łapano nas za każdy najmniejszy błąd, prawdziwy czy wymyślony, każda wypowiedź była prześwietlana ze wszystkich stron. Żaden rząd nie funkcjonował pod takimi naciskiem i presją. Porównywanie więc ewentualnego monopolu władzy Platformy do sytuacji sprzed lat jest więc zdecydowanie nieuprawnione.

Jak ocenia Pan swoją kampanię?

Rozwojowo. Sondaże rosną. Finał wkrótce.

Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 16 czerwca 2010, 20:13

J. Kaczyński: Polska powinna mieć pewien plan.


Jarosław Kaczyński, fot. AFPKandydat PiS na prezydenta Jarosław Kaczyński oświadczył, że Polska "powinna mieć pewien plan" dotyczący rozwoju kraju. Jak przekonywał, są środki na jego realizację - wśród nich wymienił m.in. fundusze europejskie i zasoby własne.

Kaczyński podsumowuje w środę siedem debat, które odbyły się w Hotelu Europejskim, gdzie mieści się centrum informacyjne kandydata PiS. Jak mówił, najważniejszą wartością debat jest to, że "stawiamy problemy, zadajemy sobie pytania o rzeczywisty stan naszego kraju".

Kandydat PiS ocenił, że w centrum polskich spraw jest kwestia rozwoju, który ma służyć rozwiązaniu problemów pojedynczych ludzi, ale także takich kwestii, "które nie mogą być rozwiązane w ramach indywidualnej inicjatywy", a są zadaniem państwa.


- Jest szereg problemów, które mogą być rozważane tylko przez polskie państwo - podkreślił. Według Kaczyńskiego, w polskim modelu rozwoju przyjętym 20 lat temu następował wzrost, ale nie rozwiązano takich spraw jak problem dróg i zabezpieczeń związanych z wodą, kwestii bezpieczeństwa energetycznego, gospodarki morskiej czy mieszkalnictwa.

- Procesowi wzrostu towarzyszyły zaniedbania i procesy destrukcji, (...) która była do uniknięcia - powiedział Jarosław Kaczyński. W jego ocenie, "Polska powinna mieć pewien plan", który powinien obejmować polskie życie publiczne. - Mamy zasoby, by go realizować - środki europejskie, zasoby własne, wzrost skolaryzacji (...) - mówił. Jak dodał, do tego "dochodzą inne nadzieje", np. na wydobycie gazu łupkowego.

Kaczyński mówił, że Polska w tym dziesięcioleciu powinna zrealizować plan, "który pozwoli na odblokowanie tego, co indywidualne, prywatne", który jednocześnie stworzy przesłanki do rozwoju życia publicznego, społecznego, doprowadzi np. do budowy dróg.

"Polska nie podjęła żadnych działań, by wejść do G-20"

Według Kaczyńskiego, Polska nie podjęła żadnych działań zmierzających do tego, by wejść do G-20. - Mamy wszelkie podstawy do tego, by (...) kłócić się o G-20 - powiedział.

- Są trzy znaczące rankingi gospodarek światowych - Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i CIA, we wszystkich tych trzech rankingach Polska jest albo w pierwszej dwudziestce, przy końcu co prawda, albo w jednym jest 21., tam przed nami jest Tajwan, a Tajwan nie jest uznawany jako państwo przez ogromną większość państw świata, w związku z tym, jeżeli Tajwan odjąć, to też jesteśmy w pierwszej dwudziestce - mówił Kaczyński.

- Argument pana (Donalda) Tuska, że my tam nie możemy być, bo nie jesteśmy w pierwszej dwudziestce gospodarek świata, jest po prostu nieprawdziwy - powiedział.

- To jest po prostu tak, że albo zabrakło odwagi, energii, determinacji, pewności siebie, albo też okazało się, że różnego rodzaju partnerzy, szczególnie ci traktowani jako wyższej rangi, powiedzieli: "nie, to nie jest miejsce dla was" - mówił kandydat PiS podczas podsumowania cyklu debat, które odbyły się w jego centrum informacyjnym w Hotelu Europejskim.

[ Dodano: 18 Czerwiec 2010, 20:10 ]
Kaczyński w Gdańsku: zwyciężymy!.

W Gdańsku swoją kampanię przed pierwszą turę zakończył Jarosław Kaczyński. Na koniec swojego przemówienia poprosił zgromadzonych na wiecu o poparcie. - Może nie zasłużyłem na prezydenturę, ale proszę o poparcie. Prezydentem mogę być nienajgorszym - żartował kandydat PiS. "Zwyciężymy!" - krzyczeli sympatycy.

- Polacy bardzo pragną, by nasze życie publiczne wyszło z tej trudnej, niedobrej fazy, w której znalazło się przed laty. Nie chcą ostrych, brutalnych słów. Nie chcą by dyskusja zamieniała się w brutalną kłótnię. Ci, którzy posługują się tym językiem nie budzą społecznego poparcia. Oni chcą by to się skończyło. I mają rację - powiedział podczas spotkania w Gdańsku kandydat PiS, Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS podkreślił, że podczas ostatnich dni odwiedził wiele miast, miasteczek i poznał, jakie jest tak naprawdę marzenie ogromnej większości naszego społeczeństwa. - Wszyscy marzą, by żyć w państwie dostatnim, szanowanym, ale także w społeczeństwie, które jest solidarne - mówił.


Kaczyński: monopol nie służy demokracji

- Polityka powinna być prowadzona w interesie całego narodu, a nie jakichś grup i grupek. Ja wierzę, że ludzie, którzy są dziś na scenie politycznej przyjmą ten punkt widzenia. Wyciągam do nich dłoń. Pomimo, że jest ona obecnie odtrącana, to ja ją wciąż wyciągam - powiedział podczas spotkania w Gdańsku.

Kandydat PiS dodał, że sukces w najbliższej dekadzie zależy w dużej mierze od tego, jak będzie wyglądało nasze życie publicznej. - To od polityków i ich postawy zależeć będzie, czy za 10 lat będziemy mogli powiedzieć, że to wielkie przesłanie "Solidarności" zostało spełnione. To już będzie 40 lat po tamtych wydarzeniach, a ciągle nie możemy powiedzieć, że tamto przesłanie nie zostało spełnione - mówił.

Były premier zagwarantował, że on jako prezydent zrobi wszystko, żeby odpowiednie standardy powróciły do polskiej polityki.

- Jeżeli to nie ja będę zwycięzcą, to powstanie monopol, a to nie służy demokracji. I nie przypadkowo mówię to w mieście, gdzie narodziła się "Solidarność" - ostrzegał prezes PiS.

ODPOWIEDZ