Śledztwo w sprawie katastrofy

Polityka, gospodarka, ekonomia...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 22 grudnia 2010, 17:11

MSZ kłamało, zaprzeczając w sobotę, że Tomasz Turowski jest ambasadorem tytularnym w Moskwie. "Nasz Dziennik" prezentuje wizytówki dyplomaty
Turowski na "ty" Komorowskim



Wszyscy szpiedzy ulokowani przez służby PRL w Watykanie pracowali także dla Związku Sowieckiego - podkreślają historycy. Tak najpewniej było z Tomaszem Turowskim, ambasadorem tytularnym, którego IPN podejrzewa o kłamstwo lustracyjne, a który miał być w latach 80. szpiegiem w Watykanie.

- Nie było żadną tajemnicą, że polskie komórki wywiadu realizowały wprost zlecenia centrali KGB - mówi dr Henryk Głębocki z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. - KGB kierowało polecenia zgromadzenia, np. określonych informacji albo inwigilacji kogoś - dodaje. Głębocki podkreśla, że takie same relacje (czyli faktycznie podwójna zależność), jakie obowiązywały w kraju, należy odnieść do agentów ulokowanych za granicą, a zwłaszcza w Watykanie. - Kierunek watykański był jednym z priorytetów KGB - podkreśla historyk.
W zeszłym tygodniu IPN skierował wniosek o lustrację Tomasza Turowskiego, którego podejrzewa o kłamstwo lustracyjne. Wszystko wskazuje na to, że miał on za sobą współpracę ze służbami PRL. Miał być tzw. nielegałem skierowanym w 1975 r. jako oficer wywiadu do zakonu jezuitów w Watykanie. Tam przez 10 lat korzystał z dostępu do "największych tajemnic Watykanu dotyczących polityki wschodniej". Meldunki Tomasza Turowskiego, przysłane odrębnymi kanałami, miały oznaczenie "9596", a później były podpisywane pseudonimem "Orsom". W 1986 r. Turowski tuż przed święceniami wystąpił z zakonu. Fakt wykorzystywania polskiej siatki agenturalnej, także po upadku komunizmu, potwierdza dr Tadeusz Witkowski, znawca tematyki służb specjalnych, były pracownik Służby Kontrwywiadu Wojskowego i członek Komisji Weryfikacyjnej WSI.
- Wszystko wskazuje na to, że pan Turowski był absolutnie pewny, że to nie zostanie ujawnione - ocenia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Anna Fotyga, była minister spraw zagranicznych. - Dosłownie rzutem na taśmę, tuż przed orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, przy całym rejwachu mediów (osobiście byłam o to atakowana) doprowadziliśmy do złożenia większości oświadczeń lustracyjnych przez dyplomatów - mówi Fotyga. - Ci, którzy przyznali się do współpracy, zaczęli rezygnować z pracy - dodaje.
Tomasz Turowski pracował w MSZ od 1993 r., a kilka lat później trafił do Moskwy. Ostatnio został nawet ambasadorem tytularnym. Jak przypuszcza Ryszard Czarnecki, deputowany do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), Turowskiego szykowano na głównego ambasadora. - Jaki był wrzask w mediach w Polsce, gdy został mianowany ambasadorem w Moskwie absolutny fachowiec, Wojciech Zajączkowski, merytorycznie przygotowany, bez związków np. z PiS - mówi Czarnecki. - Ewidentnie grano o to, żeby to Turowski został ambasadorem, nie tytularnym, jak do tej pory - podkreśla.
Był to zresztą fragment większej rozgrywki. Turowski sam o sobie miał mówić, że jest człowiekiem prezydenta Bronisława Komorowskiego (w przeciwieństwie do ambasadorów reprezentujących interesy Donalda Tuska). Chodziło o zrównoważenie wpływów. - Pan ambasador - minister pełnomocny Tomasz Turowski był i jest - jako jeden z nielicznych polskich dyplomatów - na "ty" z prezydentem Bronisławem Komorowskim, który nie ma zbyt wielu bliskich kolegów w tym środowisku, dyplomacja to nie jego klimaty. Turowskiego jednak zna na tyle dobrze, że od lat są właśnie po imieniu - wyjaśnia Czarnecki. - To jest duża zażyłość - dodaje.
Kwestia posiadania tytułu ambasadora tytularnego przez Turowskiego jest w ogóle ciekawa. Jeszcze kilka dni temu rzecznik MSZ Marcin Bosacki zaprzeczał, jakoby Turowski posiadał taki tytuł. Jednak wczoraj ten fakt potwierdziły "Naszemu Dziennikowi" służby prasowe MSZ. Zresztą sam Turowski od wielu miesięcy rozdaje na prawo i lewo wizytówki z adnotacją: "ambasador pełnomocny".
- To jest tytuł dyplomatyczny w gestii ministra spraw zagranicznych - mówi minister Fotyga. MSZ odsyła nas do ustawy o służbie zagranicznej, która na pierwszym miejscu wymienia taki stopień dyplomatyczny.
Zenon Baranowski

NASZ DZIENNIK 2010-12-22

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 22 grudnia 2010, 21:38

Longinusie9
Klania sie brak lustracji,rząd potrafili przewrocic/dwa RAZy/byle nie doprowadzic do lustracji,a kto przeciwko niej głosował ? ano pan komorowski,a dlaczego ? ano wiadomo..przykład z panem Wojciechem Suminskim,to jeden z tych przykładow gdy ow pan,osobiscie zadbał o interesy wsi spokojna,wsi wesoła........herbu czeresnia
a pan konsul ? a moze pytając o niego warto zapytać wreszcie o pana Sikorskiego, o dziwną-samobojczą śmierc 23 grudnia 2009 ,pana Grzegorza Michniewicza,a dalej
o pana ARABSKIEGO,jego przełozonego i role jego jaka spełnił rano 10Kwietnia 2010
/słynne,samowolne zmienie charakteru Wizyty w Katyniu,Polskiego Prezydenta,w wycieczke prywatną.........
Pan Arabski,konsul,Tomasz Turowski i dzisiejsze aresztowanie rosyjskiego szpiona w Warszawie............po drodze był tez niejaki Jakimiszyn..........i Raport Pana Macierewicza,a raczej aneks
Ciepły był jeszcze Gabinet Mojego Prezydenta,gdy ludzie na polecenie komorowskiego,przeszukiwali go,czego szukali..............?
Dlaczego pREZYDENT,gdy jeszcze był tylko "po",smiał się jak szalony z TUSKIEM, w trakcie przylotu Polskich trumien ze Smolenska.?........znowu czeresnie mu zaszkodziły...?
a moze rosyjska wodka.......?

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 24 grudnia 2010, 05:26

Po trzyletniej przerwie, 14 lutego 2010 roku, Tomasz Turowski wrócił do pracy w MSZ. Dzień później został skierowany do Ambasady RP w Moskwie, na stanowisko kierownika wydziału politycznego. Zadanie: przygotowanie wizyty przedstawicieli polskich władz w Katyniu
Ślub z bezpieką


Agenturalne uwikłanie Tomasza Turowskiego to w wielu środowiskach tajemnica poliszynela. Opozycjoniści z kręgu Editions Spotkania utwierdzili się w swoich przypuszczeniach w 1986 roku, gdy na jego ślubie rozpoznali wśród gości funkcjonariuszy bezpieki. Pierwotnie wybranką Turowskiego była jego francuska uczennica, jednak ostatecznie - ku ogólnemu zaskoczeniu - poślubił Hiszpankę. Z informacji, do których dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że francuską narzeczoną Turowskiego była córka socjalistycznego premiera Francji Michela Rocarda, za rządów prezydenta Fran÷oisa Mitterranda. Wiele wskazuje na to, że szeroko reklamowany ślub nie doszedł do skutku w wyniku interwencji francuskiego kontrwywiadu. Tajemnicza kariera Turowskiego w dyplomacji III RP i bierność kontrwywiadu rodzi pytanie, czy jego współpraca ze służbami zakończyła się w PRL. Teczka Tomasza Turowskiego nie jest dostępna w zbiorach jawnych IPN. W Instytucie zachowały się tylko zapisy rejestracyjne i dane paszportowe. "Nasz Dziennik" dotarł do dwóch pisemnych notatek informacyjnych sporządzonych przez wywiad PRL na podstawie donosów "źródła nr 9596", datowanych na styczeń 1989 roku. Tydzień temu "Rzeczpospolita" ujawniła, że tym właśnie numerem, a potem pseudonimem "Orsom" swoje meldunki podpisywał oficer elitarnego Wydziału XIV Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (wywiad PRL), a obecnie ambasador tytularny w Moskwie, Tomasz Turowski. Z materiałów, do których dotarliśmy, wynika, że w swoich donosach wykorzystywał kontakty, które wyrobił sobie, kiedy już jako funkcjonariusz SB wstąpił do nowicjatu jezuitów w Rzymie. 7 stycznia 1989 roku zastępca naczelnika Wydziału XIV Departamentu I MSW mjr Zbigniew Nowak z informacji, które dostarczyło "źródło nr 9596", sporządził opracowanie "o napięciach między Kościołem a opozycją polską na emigracji", zwłaszcza tą paryską, oraz na temat przyszłego spotkania Michaiła Gorbaczowa z Janem Pawłem II. Nr 9596 donosi... O czym donosił wówczas "Orsom"? "Jednym z symptomów narastających napięć pomiędzy Kościołem polskim, a kręgami opozycji polskiej w Paryżu było usunięcie S. Frankiewicza z redakcji 'Osservatore Romano' w Rzymie. Podobna decyzja miała być podjęta również w odniesieniu do ks. A. Bonieckiego, ale została ona na razie zawieszona, co oczywiście nie oznacza, że A. Boniecki zachowa swoje stanowisko w przyszłości" - czytamy donos "źródła nr 9596" w notatce informacyjnej sporządzonej przez Wydział XIV Departamentu I MSW. We wszystkich cytatach z donosów "Orsoma" zachowujemy pisownię oryginalną. Dalej nr 9596 interpretował podaną przez siebie wiadomość: "W/w posunięcie personalne miało swoje źródło w związkach A. Bonieckiego i S. Frankiewicza ze środowiskiem paryskiej 'Kultury' ostro atakującej ostatnio hierarchię kościelna w Polsce, a szczególnie prymasa Glempa". Źródło nr 9596 relacjonował też swoim przełożonym nastawienie Kościoła do PZPR. "W ocenie jezuitów warszawskich, PZPR wypierana jest z dotychczasowych pozycji i zaczyna dryfować w kierunku socjaldemokracji. Tezy na X plenum są niespójne i obiektywnie rozmiękczające" - czytamy w notatce informacyjnej wywiadu PRL. Znacznie ciekawszym fragmentem jest opis tego, co zdaniem agenta wynika z tych "rozmiękczających tez". "Jednym z ich ubocznych skutków są odnotowane w kościele Jezuickim przy ul. Rakowieckiej kościelne śluby: 1 pracownika kadry WP, 2 milicjantów, 1 ZOMO i 1 pracownika aparatu MSW od chwili ogłoszenia tez. Śluby te rejestrowane są w specjalnych utajnianych księgach, przesyłanych następnie do archiwów kurii biskupich, odpowiednich dla danego Kościoła" - precyzyjnie przedkładał zwierzchnikom nr 9596. "Orsom" wyrządził olbrzymią szkodę opozycyjnemu środowisku Spotkań. - Turowski podejmował ewidentne działania dezintegracyjne, próbując skłócać środowisko Spotkań francuskich ze Spotkaniami lubelskimi. Krótko mówiąc, ostro przeciwstawiał sobie Piotra Jeglińskiego i śp. Janusza Krupskiego - mówi nam osoba znająca donosy "Orsoma" z lat 80. I dodaje, że agent posługiwał się zwykłymi oszczerstwami, np. oskarżał Jeglińskiego o nieuczciwość w prowadzeniu wydawnictwa czy współpracę ze służbami francuskimi. Numer 9596 informował także o planowanym spotkaniu Michaiła Gorbaczowa z polskim Papieżem. "Wg informacji ks. prof. Krapca i dr. M. Radwana w ramach przewidzianej na pierwszą połowę br. wizyty M. Gorbaczowa w Rzymie dojdzie do jego spotkania z Janem Pawłem II. W pakiecie propozycji wobec Kościoła M. Gorbaczow ma m.in. do zaoferowania otwarcie seminarium dla alumnów pochodzenia polskiego na terenie ZSRR" - donosił. Mocodawcy oczekiwali też od niego oceny aktualnej sytuacji w kraju. "Po X Plenum Mazowiecki nie oczekuje większych rewelacji czy zmian personalnych. W opinii M. Jaruzelski jest ciągle 'języczkiem u wagi'. 'Liberałowie' są bez niego za słabi, by samodzielnie działać, a 'konserwatyści' jeszcze nie na tyle silni, by go otwarcie krytykować" - ocenia "Orsom" w notatce, do której dotarł "Nasz Dziennik". Próbowaliśmy zebrać informacje o Tomaszu Turowskim z okresu jego szerokich kontaktów z jezuitami zarówno włoskimi, jak i francuskimi. Wiadomo już, że do zakonu założonego przez św. Ignacego Loyolę wstąpił jako funkcjonariusz SB. Było to w 1975 roku. A do nowicjatu w Rzymie przyjmował go legendarny jezuita o. Antoni Mruk, ostatni spowiednik Jana Pawła II. I już ten początkowy fakt każe stawiać pytania. Dlaczego Turowski, student z Krakowa, wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Rzymie? - Pewną regułą jest u nas, że wstępuje się do nowicjatu na terenie, z którego się pochodzi. Ale oczywiście są od tej reguły pewne odstępstwa. Na przykład ktoś wstępuje do nowicjatu w kraju, w którym studiował - tłumaczy "Naszemu Dziennikowi" jeden z warszawskich jezuitów. W czasie pobytu w Rzymie dzisiejszy dyplomata nawiązał kontakt z jezuitami francuskimi. Zaczął wyjeżdżać do Paryża, a potem do Meudon. Tam przebywał w ośrodku, w którym jednocześnie udzielał lekcji języka rosyjskiego i sam poszerzał wiedzę o Związku Sowieckim. Osoba znająca ambasadora w tamtym okresie mówi nam, że Turowski posiadał bardzo dobre kontakty w Watykanie, zwłaszcza w Sekretariacie Stanu i tej części Kurii Rzymskiej, która odpowiada za relację z Kościołem na Wschodzie. - Sprawiał wrażenie, i dawał to odczuć, że spełnia jakąś misję dla Kościoła. Mocno sugerował, że przekłada encykliki Papieża na język rosyjski - mówi nam osoba, która w tamtym czasie spotykała Turowskiego. - Pamiętam go. Przychodził czasami do biura pielgrzymkowego, gdzie pracowałem. Narzekał na Włochy, mówił, że szuka swojego miejsca. Dziwiło mnie to. Po wyborze Jana Pawła II wszystko wyglądało bardzo ciekawie, zwłaszcza z polskiego punktu widzenia - mówi "Naszemu Dziennikowi" jezuita o. Kazimierz Przydatek, od lat pracujący w Rzymie, pierwszy dyrektor Ośrodka i Domu Pielgrzyma "Sursum Corda". Gdy zbliżał się termin święceń (10 lat od wstąpienia do nowicjatu), Turowski zrezygnował z zakonu. Wrócił do Polski i w roku 1986 wziął ślub. - Otrzymałem zaproszenie na ślub. Tomasz planował wstąpić w związek małżeński z Francuzką, którą w Meudon uczył języka rosyjskiego. Okazało się jednak, że Turowski poślubił swoją uczennicę, ale nie tę Francuzkę, tylko Hiszpankę De Dios De Dios - opowiada nam jego znajomy z tamtych czasów i dodaje, że nie potrafi powiedzieć, skąd nagła zmiana kandydatki na małżonkę. Z informacji, do których dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że francuską narzeczoną Turowskiego była córka socjalistycznego premiera Francji Michela Rocarda, za rządów prezydenta Fran÷oisa Mitterranda. Wiele wskazuje na to, że szeroko reklamowany ślub nie doszedł do skutku w wyniku interwencji francuskiego kontrwywiadu. Działacz opozycji w PRL i założyciel paryskiego wydawnictwa Editions Spotkania Piotr Jegliński nie chce z nami rozmawiać o Tomaszu Turowskim. - Muszę zapoznać się bliżej z jego szkodliwą działalnością i wtedy wypowiem się na temat Turowskiego - mówi. Kiedy Jegliński zaczął podejrzewać, że dzisiejszy dyplomata jest uwikłany agenturalnie? - Po jego ślubie dostałem wiadomość, że widziano tam funkcjonariuszy bezpieki. Później słyszałem to jeszcze wielokrotnie - ucina rozmowę z "Naszym Dziennikiem". Po tym jak Turowski pojawił się w 1986 roku w PRL, do polskich jezuitów we Włoszech zaczynały docierać informacje o jego związkach ze służbami. - Trudno było cokolwiek stwierdzić, bo o ile w Warszawie krążyły pogłoski, że jest człowiekiem służb, to w Rzymie czy we Francji można było usłyszeć, że Turowskiego szykanuje KGB - mówi nam inna osoba działająca w tamtym czasie w opozycji na emigracji. Bartoszewski - Oleksy - Turowski Z informacji przekazanych przez Biuro Prasowe MSZ wiemy, iż pracę w tym resorcie podjął 3 maja 1993 roku. Najpierw pracował w Departamencie Europa II, odpowiedzialnym za Europę Wschodnią. W 1996 roku trafił do Moskwy, gdzie w ambasadzie pełnił funkcję radcy, a potem ministra pełnomocnego. Z kolei 5 lat później, jak to określił na posiedzeniu sejmowej komisji kultury lewicowy premier Józef Oleksy, dyplomata odbył "egzotyczną przeprowadzkę" i został ambasadorem RP na Kubie. Oto w jaki sposób ówczesny minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski przedstawiał polską politykę wobec Kuby i samego Turowskiego: "Mieliśmy tradycyjnie znakomite stosunki z Kubą. Obecnie nie są one aż tak dobre. Trzeba jednak zauważyć, że prezydent Putin okazał zainteresowanie Kubą, zanim okazał zainteresowanie wieloma innymi krajami. Dla nas także coś znaczy" - czytamy w protokole z posiedzenia sejmowej komisji (8.03.2001). Dalej Bartoszewski przedstawia Turowskiego i znów posługuje się "wątkiem rosyjskim": "Chciałbym zaznaczyć, że moja decyzja jest przemyślana. Brałem pod uwagę, jakie będzie stanowisko administracji waszyngtońskiej i Watykanu. Zależało nam na tym, aby stanowisko ambasadora RP w Republice Kuby powierzyć człowiekowi, który może przyczynić się do nowego otwarcia, m.in. przez kontakty kościelne, które na Kubie zaczynają odgrywać istotną rolę dla Fidela Castro" - przekonywał Bartoszewski. I tłumaczył swoją decyzję: "Kandydat ma doświadczenie jeśli chodzi o proces transformacji na terenie postradzieckim. Był wysoko oceniany przez naszych partnerów rosyjskich, o czy wiem drogą nieoficjalną. Jest to nienajgorsza referencja dla Polaka udającego się na Kubę" - przekonywał Bartoszewski. Józef Oleksy określił wówczas kandydaturę Turowskiego na to stanowisko jako "tajemniczą": "Nie rozumiem wciąż egzotyki przeniesienia z Moskwy na Kubę. (...) Co dla pana będzie priorytetem (...). Nie jest to bez znaczenia w kontekście tajemniczości pańskiej kandydatury" - dopytywał się prominentny polityk lewicy. Turowski odchodzi, przychodzi Latem 2005 roku Turowski wrócił do Polski z placówki na Kubie i dalej pracował w MSZ jako radca-minister w dyspozycji Biura Kadr i Szkolenia oraz radca-minister w Departamencie Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej. Od lutego do maja 2007 roku pełnił funkcję ambasadora tytularnego w Departamencie Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej. Nadanie tego stopnia dyplomatycznego podpisała ówczesna szefowa resortu Anna Fotyga. - Musiało to być na wniosek któregoś z moich zastępców. Nie wiem, ja tego nie kojarzę - mówi minister spraw zagranicznych w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Trzy miesiące po awansie Turowskiego, jak wynika z informacji podanych przez resort spraw zagranicznych, nastąpiło "rozwiązanie stosunku pracy w MSZ". Nie wiadomo, czy sam się zwolnił, czy to ministerstwo "rozwiązało stosunek pracy". 14 lutego 2010 roku powrócił do pracy w resorcie. Zastanawia fakt, że już dzień później został skierowany do Ambasady RP w Moskwie, na stanowisko kierownika wydziału politycznego. Wykonując te zadania, brał udział w przygotowaniach wizyt premiera Donalda Tuska, a potem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku. - Nie wiem, co się z nim działo, ale nie dziwi jego zniknięcie. Po prostu bał się lustracji. Gdyby w służbach cywilnych została przeprowadzona weryfikacja, to uniknęlibyśmy pewnie takiej sytuacji jak z Turowskim - mówi "Naszemu Dziennikowi" poseł Antoni Macierewicz, opozycjonista, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. - Tuż przed orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego osobiście byłam atakowana za to, że doprowadziliśmy do złożenia większości oświadczeń lustracyjnych przez dyplomatów - mówi "Naszemu Dziennikowi" minister Fotyga. Turowski wrócił do MSZ w maju 2007 roku. Jak już informowaliśmy, wiele wskazuje, iż to właśnie Turowski domagał się od rosyjskich funkcjonariuszy zniszczenia nagrania polskiego operatora, który filmował miejsce katastrofy. Antoni Macierewicz zwraca też uwagę na status, jaki w wywiadzie PRL miał Turski. - Należał do tzw. nielegałów. Z tej służby się nie wychodzi. Nie mam wątpliwości, że ta sprawa powinna być przedmiotem najsilniejszego zainteresowania ze strony polskiego kontrwywiadu. Jeżeli tego nie zrobiono, to odpowiedzialny za to, co się stało, jest premier Donald Tusk jako człowiek, któremu bezpośrednio podlegają służby specjalne - uważa.
Mariusz Majewski

NASZ DZIENNIK 2010-12-24

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 28 grudnia 2010, 05:30

Entropia opowieści Edmunda Klicha, czyli jaką rolę w modulowaniu tonu narracji o katastrofie smoleńskiej odegrał polski akredytowany przy MAK
Bankructwo teorii Edmunda Klicha


W styczniu dobiegnie końca kadencja Edmunda Klicha w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Wszystko wskazuje na to, że będzie to kompromitujący finisz kariery polskiego akredytowanego przy moskiewskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym badającym okoliczności katastrofy Tu-154M. Medialna nadaktywność, artykułowanie nieodpowiedzialnych i wewnętrznie sprzecznych tez na temat jej przyczyn dobitnie świadczą, że wybór osoby płk. Klicha jako polskiego akredytowanego przy MAK był bardzo poważnym błędem. Klich nigdy nie latał na tupolewach, nie zna tych samolotów. A co gorsza, zaczął bić się w piersi w imieniu Polski, choć polska prokuratura nie wykluczyła żadnej z czterech rozważanych hipotez katastrofy na Siewiernym. Już na pierwszej konferencji prasowej poświęconej okolicznościom katastrofy polskiego Tu-154M gen. Tatiana Anodina zademonstrowała swoją wyraźną zwierzchność nad Edmundem Klichem. - Ja odpowiem na to pytanie, pan Klich będzie mówił później - nakazała autorytatywnie. Sam Klich w zeznaniach przed sejmową Komisją Infrastruktury nigdy nie krył tego, że to gen. Aleksiej Morozow, wiceprzewodniczący MAK, wezwał go do Smoleńska, a Władimir Putin i Anodina zdecydowali, według jakich przepisów będą badane okoliczności i przyczyny katastrofy i że to właśnie Edmund Klich ma w tym badaniu reprezentować stronę polską. Jak zeznał przed sejmową Komisją Infrastruktury Edmund Klich, to nie polski rząd, lecz zastępca przewodniczącego MAK gen. Aleksiej Morozow wybrał go na polskiego akredytowanego do badania katastrofy smoleńskiej, dzwoniąc do niego, w czasie gdy ten zmierzał przez Garwolin do Warszawy. - W połowie drogi dostałem telefon od pana Aleksieja Morozowa, to jest obecnie przewodniczący Komisji Federacji Rosyjskiej, zastępca pani Anodiny - szefowej Mieżnonarodnej Awiacionnej Komisji... Komitetu, to znaczy Międzynarodowego Komitetu Lotniczego [chodzi o Międzypaństwowy Komitet Lotniczy w Moskwie skupiający państwa byłego ZSRS] - oświadczył płk Edmund Klich. Nie wiadomo, skąd Morozow już godzinę po tragedii wiedział, że to cywilny MAK będzie prowadził badanie po katastrofie samolotu wojskowego, do czego nie ma uprawnień. Skąd miał numer telefonu komórkowego Klicha i jakim prawem z pominięciem drogi oficjalnej się z nim kontaktował? I tak Klich wybrał się w podróż do Smoleńska i bez jakiegokolwiek zezwolenia natychmiast przystąpił do zarządzania ludźmi, którzy jeszcze formalnie nie byli przecież jego podwładnymi. Z wyjaśnień Klicha wynika, że dokonał wyboru na zasadzie własnego widzimisię, decydując się na wybór pilota Waldemara Targalskiego i inżyniera Sławomira Michalaka do oględzin czarnych skrzynek i delegując ich do Moskwy. Gdy nie opadł jeszcze kurz po katastrofie, Edmund Klich po raz pierwszy otarł się w swoim postępowaniu o artykuł 129 Kodeksu Karnego RP: "Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją [a taką jest MAK], działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10". Jak wynika z wyjaśnień składanych przez Edmunda Klicha posłom z sejmowej Komisji Infrastruktury, to z jego inicjatywy katastrofę badano według załącznika 13 do Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym, która ograniczyła rolę Polski w dochodzeniu. Klich doskonale wiedział, że badanie katastrofy w oparciu o konwencję i jej załączniki jest bezprawne. Zaznaczył to nawet w swoim sejmowym wystąpieniu. Dlatego że samolot jest samolotem - był samolotem - lotnictwa państwowego. Załoga była wojskowa. W związku z tym dotyczy to lotnictwa państwowego, którego nie obejmuje załącznik 13 do Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym - zaznaczył Klich. Artykuł trzeci konwencji mówi bowiem wyraźnie: "a) Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś do statków powietrznych państwowych. b) Statki powietrzne używane w służbie wojskowej, celnej i policyjnej uważa się za statki powietrzne państwowe". Ponieważ polski samolot Tu-154M był statkiem powietrznym w służbie wojskowej, ze znakowaniem wojskowym "M", wybór konwencji chicagowskiej - wspólna inicjatywa Klicha i Morozowa - był bezprawny i szkodliwy dla Polski. 13 załącznik przewiduje bowiem, że w tym wypadku to Rosja (państwo miejsca zdarzenia) ma prawo badać katastrofę, a Polska może co najwyżej wyznaczyć swojego akredytowanego przedstawiciela. Tymczasem istniała podpisana w 1993 r. polsko-rosyjska umowa gwarantująca powołanie wspólnej komisji przez Polskę i Rosję w przypadku katastrofy polskiego samolotu wojskowego, a takim był Tu-154M, na terenie Rosji. Niesprawdzenie, czy istnieje taki dokument, niewykorzystanie go do badania przyczyn katastrofy przez wspólną polsko-rosyjską komisję wojskową, której wbrew umowie (zdeponowanej w MSZ) nie powołano, i nielegalne przyjęcie innego, niekorzystnego rozwiązania, może być poczytywane jako świadome działanie na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej. Jak wyjaśniał w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prof. Marek Żylicz, specjalista z zakresu prawa lotniczego, procedowanie w oparciu o umowę z 1993 r. było możliwe, choć wymagałoby dodatkowych dookreśleń prawnych, ze względu na cywilnych pasażerów tupolewa. Nikt takiej próby jednak nie podjął. Kardynalnym błędem strony polskiej po 10 kwietnia jest fakt braku przeglądu instrumentarium prawnego, jakim dysponuje Rzeczpospolita, które można było wykorzystać do badania katastrofy. Rząd działał na zasadzie reaktywnej, przystaliśmy na propozycję, a w zasadzie dictum strony rosyjskiej, która dokonała wyboru konwencji chicagowskiej. A to wiązało się ze znaczącym ograniczeniem polskich kompetencji i udziału w badaniu katastrofy. Jeden akredytowany zamiast 21 Jak wynika z wyjaśnień Klicha, w sytuacji gdy nie było jeszcze jasne, według jakich procedur badana będzie katastrofa, dążył on już do tego, by w myśl załącznika 13 Polska nie miała wielu pełnoprawnych akredytowanych przedstawicieli, lecz tylko jednego. Czytamy w jego opowieści: "I tam od razu wyszła sprawa liczby akredytowanych. Pan płk Grochowski poprosił, żeby akredytowano ze strony polskiej siedmiu przedstawicieli. No to jest oczywista niezgodne z załącznikiem, bo załącznik 13 jasno mówi, że - przepraszam, bo to tak się nie powinno mówić, załącznik nie mówi, ale tak kolokwialnie trochę, żeby... wiadomo o co chodzi, prawda - że może być jeden pełnomocny akredytowany i w tym załączniku jest również napisane, że doradców - tam jest opisane, że to są doradcy, ale często używa się formy eksperci, bo w zasadzie to są eksperci, którzy doradzają temu akredytowanemu, bo on przecież nie może się znać na silnikach, płatowcach, rejestratorach i innych urządzeniach, więc ma tych doradców swoich". Co ciekawe, Edmund Klich miał konkretny powód do tego, aby w tym śledztwie Polska miała tylko jednego akredytowanego. Chciał bowiem zaproponować siebie: "No i Rosjanie, strona rosyjska nie bardzo chciała przystaćze zrozumiałych względów. Ja wtedy podniosłem sprawę, że - właściwie oni też już nie procedują zgodnie z załącznikiem 13, bo jeśli chodzi o załącznik 13, to raczej wskazanie jest, że powinien być ktoś ze strony cywilnej, z komisji cywilnej". Z zeznań Klicha wyłania się też szokujący obraz jego postawy w czasie rozmów z premierem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem: "Udałem się na tę konferencję. Pierwszy głos zabrał pan premier Putin, później jego zastępca pan Iwanow i jako trzecia pani Anodina - szefowa MAK-u, która jasno powiedziała, że będzie procedowanie według załącznika 13". Klich zaakceptował tę propozycję, mimo że wiedział, iż polski rząd nie ma o tym fakcie pojęcia. Rozmawiał bowiem wcześniej z ministrem infrastruktury Cezarym Grabarczykiem. Wiązało się to z wyznaczeniem przez Rosjan Klicha na polskiego przedstawiciela w śledztwie. Czytamy bowiem: "W związku z tym zorientowałem się... Aha i Morozow mi mówi: od teraz ja jestem szefem. Więc już został wycofany ten przedstawiciel wojskowy. Ja identycznie sądząc, zebrałem całą grupę i mówię: panowie, myślę, że jeśli z tamtej strony jest taka zmiana, to tutaj też będzie, i ja na razie czekam na decyzję, ale myślę, że musimy się przygotować, żebyśmy wiedzieli, jakie mamy prawa, obowiązki zgodnie z załącznikiem 13". W ten sposób bez akceptacji polskiego rządu Klich pozbył się szefa grupy polskich ekspertów płk. inż. Mirosława Grochowskiego, bardzo szanowanego w wojsku szefa Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów, przejmując dowodzenie nad jego zespołem. "No i od tego momentu zauważyłem, że ta współpraca zaczęła się poprawiać. Już nie było tych problemów proceduralnych, bo i pan Morozow, i ja znaliśmy załącznik 13 i nie było już tutaj pod tym względem żadnych konfliktów" - mówił. Po chwili ujawnił jednak, że polski rząd nadal nic nie wiedział o prowadzeniu dochodzenia według niekorzystnego dla Polski załącznika 13, i nie wiedział, że Edmund Klich wyznaczony został przez Morozowa na polskiego akredytowanego przedstawiciela i że samowolnie przejął szefostwo w grupie polskich ekspertów. "Dostałem decyzję ministra obrony narodowej w sprawie powołania Komisji Badania Wypadków Lotnictwa Państwowego i zarazem druga decyzja powołania wszystkich członków tej komisji na akredytowanych przy komisji rosyjskiej. Przedstawiłem tędecyzjępanu Morozowowi. Trochętak popatrzył. Najpierw miało być7, a teraz już21, więc rosły jak gdyby tutaj, nie powiem wymagania, tylko życzenia strony polskiej. I ta decyzja postawiła mnie -można powiedzieć- jak gdyby na dwóch koniach i dwóch sytuacjach prawnych" - opisuje swoje doświadczenia Klich. Dowodem na lekceważenie prawa przez Edmunda Klicha i zarazem znamiennym probierzem jego pracy może być krótki cytat z jego zeznań: "I wchodzę do tego pomieszczenia, jest pan minister Parulski i od razu - no, powiedziałbym dosyć ostro - powiedział mi, że ja w ogóle nie potrafię działać, ja utrudniam pracę prokuraturze, a w ogóle ja ustawiłem... przyjąłem jako załącznik 13 do procedowania i działam na szkodę Polski. To były bardzo mocne słowa i ja sobie je zapisałem zaraz wieczorem. Więc w tej sytuacji nie wiem, o co chodzi. Ja mówię, ja muszę procedować według załącznika 13 i wymaga tego ode mnie pan Morozow". Brak niezawisłości i mowa nienawiści Edmund Klich bardzo często daje wyraz swojej irracjonalnej awersji wobec pilotów wojskowych. W jednym z wywiadów czytamy m.in. opis linii lotniczych Exin Air, cenionych głównie za swoją punktualność (każde większe opóźnienie w systemie DHL, do którego należy linia, powoduje dobowe opóźnienia w dostawie przesyłek, ponieważ samoloty, do których powinny być przeładowane, po kwadransie odlatują). Klich w ten sposób charakteryzował Exin: "Kolejnym przykładem jest też pewna linia lotnicza, która miała dwa zdarzenia lotnicze w Estonii.Nazwy nie będę wymieniał, aby im nie robić czarnego PR. Okazało się, że większość pilotów tam latających to byli wojskowi z krakowskiego pułku lotniczego. Przenieśli złe nawyki do instytucji cywilnej i dopiero te zdarzenia pomogły wprowadzić, można tak powiedzieć, zarząd komisaryczny, który ma za zadanie uporządkować firmę". Złe nawyki, o których mówi Klich, to - jak się okazuje - awaryjne lądowanie wypełnionym ładunkiem samolotem na tafli zamarzniętego jeziora �lemiste, na jednym silniku, w dodatku po awarii podwozia. Drugi incydent Exin to nagłe zapadnięcie się podwozia przy bardzo dużej prędkości na rozbiegu do startu. Nikt z członków załogi nie odniósł obrażeń. Wypowiedzią Klicha oburzeni byli piloci krakowskiej jednostki, których polski akredytowany przy MAK bezpodstawnie obraża. - To jest oburzająca mowa nienawiści, jeśli my musimy przerwać zadanie i siadać awaryjnie, to jest dla Edmunda Klicha zły nawyk, nieodpowiedzialność i wojskowe łamanie procedur, jeśli to zrobią piloci cywilni, to mamy do czynienia z dbałością o bezpieczeństwo, kunsztem pilotażu i ratowaniem życia pasażerów - z takim nastawieniem nie bada się katastrof lotniczych - mówi były pilot krakowskiego 13. Pułku Lotnictwa Transportowego, który za sterami maszyn An-26, An-28 i An-2 spędził ponad 2 tysiące godzin. Brak doświadczenia Edmund Klich - jak sam przyznał - wbrew kreowanemu przez siebie medialnemu wizerunkowi nie jest osobą doświadczoną w badaniu katastrof lotniczych. - My na szczęście nie mamy tylu, prawda, i dobrze, ale w związku z tym też nie mamy doświadczenia. Ja nigdy nie brałem udziału w badaniu takiej katastrofy w lotnictwie cywilnym - przyznał Klich przed sejmową Komisją Infrastruktury. Trochę więcej na temat swojej pracy powiedział Klich w jednym z ostatnich wywiadów. "Za mojej kadencji mieliśmy 2 poważne incydenty lotnicze, które otarły się o katastrofę. Pierwszy z nich to incydent samolotu ATR-72, do którego doszło 4 grudnia 2006 roku w trakcie lotu z Bydgoszczy do Warszawy. W samolocie ATR-72 po wejściu w chmury nastąpił zanik poprawnych wskazań przyrządów pilotażowych. Korzystając z przyrządów awaryjnych, załoga wyprowadziła samolot nad górną granicę chmur, uzgodniła przyrządy i wykonała lot do Warszawy zakończony bezpiecznym lądowaniem. Drugi incydent ruchowy dotyczył 2 samolotów, które nad Warszawą minęły się bez separacji poziomej, zaś separacja pionowa wynosiła około 30 metrów". Minięcie się samolotów w niewielkiej odległości czy kolejne osiągnięcia Edmunda Klicha, jak uznanie za przyczynę wypadku samolotu rolniczego typu Dromader... zbyt luźnego - zdaniem Klicha - przypięcia się pasami przez pilota, są niczym w porównaniu z wyzwaniami, jakie stoją przed osobą badającą katastrofę samolotu komunikacyjnego. - Klich się zajmował takimi raczej bzdetami, typu np. w aeroklubie startuje mała cessna i urządzenie wyważające jest źle podpięte, przez co powstają duże siły aerodynamiczne na sterze, i pilot turystyczny zdecydował się wrócić i wylądować. Albo też pilot szybowcowy drugiej klasy źle przyziemił i mu trochę skrzydło uciekło tak, że nastąpił tzw. cyrkiel. To się niestety zdarza, bo szybowce podchodzą z prędkości niemalże 80-100 km/h. I wtedy przyjeżdża dwóch panów od Klicha, przesłuchują tego pilota, podliczają mu nalot z książeczki i robią zdjęcia. Potem biorą kogoś z aeroklubu, jako eksperta, jakiegoś tam instruktora, i piszą raport z szablonu - opisuje metodologię pracy Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych jeden z pilotów, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik". - Gdy w Katowicach samolot pasażerski wykosił na podejściu nieprecyzyjnym lampy naprowadzające przed pasem, komisja też zrobiła zdjęcia, przesłuchała wszystkich pasażerów i miesiącami nie mogła wyjaśnić przyczyn wypadku - dodaje inny pilot. Brak przygotowania merytorycznego Edmund Klich przystąpił do badania katastrofy samolotu Tu-154, nie posiadając wiedzy na temat jego konstrukcji i systemów. Najdobitniejszym tego przykładem jest jego wywiad z 11 grudnia udzielony jednej z gazet, w którym oświadczył, że bez systemu ILS (precyzyjnego podejścia do lądowania) nie da się odejść na drugi krąg z pomocą autopilota. "Wiele wskazuje na to, że nacisnęli przycisk 'odejście', czekali kilka sekund na reakcję maszyny, której nie było, i dopiero potem próbowali odejść ręcznie. Ale pewności nie ma" - mówił polski akredytowany. Piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", nie mogą uwierzyć w indolencję Klicha. Ich zdaniem, system ten jest bowiem pomocny jedynie w czasie podejścia do lądowania, nie zaś podczas odchodzenia. - Ten przycisk jest niezależny od ILS. Wielokrotnie wykonywałem tym samolotem odejścia. Nawet jak od początku lecimy w trybie ręcznym, bez włączonego autopilota, to ten system powinien działać. Po wciśnięciu przycisku "Uchod" [odejście] samolot zadziera automatycznie nos i zadaje moc niezbędną do odejścia. Potem trzeba tylko zmniejszyć kąt wychylenia klap (gdy wariometr wskazuje już dodatnią wartość wznoszenia) i schować podwozie. Dalej trzeba już tylko w odpowiednim momencie schować klapy, ponieważ prędkość samolotu rośnie do wartości, przy której klapy muszą być schowane - tłumaczy pilot PLL LOT kapitan Boeinga 767, który 2,5 tys. godzin wylatał na Tu-154M. Jednakże Klich w tym samym wywiadzie popełnia także kolejne błędy merytoryczne. "Większość ekspertów, z którymi się konsultowałem, uważa, że naciśnięcie przycisku 'odejście' nie pozostawia śladu w rejestratorze lotu, jeśli na ziemi nie ma ILS, jeśli cały system nie został aktywowany". Diametralnie innego zdania jest ekspert ds. bezpieczeństwa lotów, doświadczony pilot-instruktor Michaił Makarow, który pilotował samoloty takie jak Tu-154M i Airbus A-320: - Moim zdaniem, pan Klich najwyraźniej nie ma pojęcia, o czym mówi. Oczywiście, że wciśnięty przycisk odejścia na drugi krąg, czerwony przycisk, pozostawia ślady w czarnych skrzynkach, jak każde odejście na drugi krąg - tłumaczy Rosjanin. - Nie wiem, kto, gdzie i kiedy tego człowieka uczył pilotażu, jestem pewien, że nikt z Aerofłotu - dodaje. Faktem jest, że zastosowanie tej procedury zostawia w rejestratorze sygnał dźwiękowy. Mimo to Edmund Klich wypracował misterną koncepcję katastrofy, w której pilot po nieudanym wciśnięciu przycisku miałby zwlekać z ręcznym odejściem na drugi krąg i w efekcie tego znaleźć się tak nisko, by już nie móc się poderwać. - To kompletna bzdura. Tę teorię wysnuł Siergiej Amielin, a Edmund Klich chętnie ją podchwycił. Major Protasiuk miał próbować odejść z 80 metrów, kilka sekund nie reagować i się rozbić. Jednak coś tutaj nie gra - w normalnych warunkach od wysokości 80 m do ziemi jest jeszcze bite półtorej minuty lotu - tłumaczy pilot PLL LOT z nalotem 19 tys. godzin. Niestety, problematyka odejścia na drugi krąg i sposób jego pojmowania przysparza MAK znacznie więcej okazji do manipulacji, a Edmundowi Klichowi do gaf. Klich szczegółowo rozwodzi się nad próbami symulatorowymi na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo, w trakcie których rosyjski pilot w towarzystwie Klicha usiłował rozbić Tu-154M na wzór katastrofy smoleńskiej. Szkopuł w tym, że nie dość, że udało się to dopiero za czwartym razem, to w dodatku Edmund Klich relacjonuje, że zobaczył ziemię dopiero z wysokości 20 metrów. Tymczasem Międzypaństwowy Komitet Lotniczy wyraźnie zaznaczył, że parametr widoczności wertykalnej wyrażonej przez podstawę chmur wynosił 50 metrów. Aby więc dopasować się do swojej teorii, MAK musiał ponaddwukrotnie zaniżyć warunki pogodowe. - Reprezentatywność tych rosyjskich prób jest żenująca nie tylko dlatego, że odbywały się przy pogodzie znacznie gorszej niż w Smoleńsku i z drugim pilotem Edmundem Klichem nieposiadającym uprawnień i przeszkolenia na Tu-154 (czyli w załodze niepełnowartościowej), ale też dlatego że w symulatorze nie było amerykańskich urządzeń nawigacyjnych, w które wyposażona była przecież rządowa tutka - tłumaczą piloci. Trudno również wyobrazić sobie aktywny udział Klicha w eksperymencie, głównie ze względu na brak znajomości języka rosyjskiego, co uniemożliwia mu komunikację z rosyjską załogą wyznaczoną do testu symulatorowego. Podczas innych, niezależnych prób symulatorowych instruktorzy z Instytutu Lotnictwa w Kijowie na swoim symulatorze Tu-154 dowiedli, że przy pogodzie takiej samej, jaka była w Smoleńsku, da się bez problemu wylądować samolotem znacznie gorzej wyposażonym od prezydenckiej maszyny i w dodatku bez pomocy wieży. Bez problemu wykonali również odejście na drugi krąg, a także zdołali podejść do lądowania i wylądować przy widoczności wynoszącej niemalże 0, a więc przy warunkach nieporównywalnie gorszych od tych panujących 10 kwietnia w Smoleńsku. Dodatkowe siedzenie Przez wiele miesięcy Edmund Klich nie potrafił nawet ustalić, czy w kabinie pilotów samolotu Tu-154 znajduje się dodatkowe siedzenie, co byłoby potwierdzeniem jego teorii, jakoby generał Andrzej Błasik został w kokpicie do tragicznego końca lotu. W wynurzeniach Klicha pojawia się też surrealistyczna koncepcja "bycia za wysoko i gonienia ścieżki" przez załogę Tu-154M. - Rekomendowałbym Klichowi przynajmniej raz przeczytać (i to tak ze zrozumieniem) stenogram czarnej skrzynki CVR [Cockpit Voice Recorder] z rozmów załogi, którego posiadaniem z lubością się chwalił. Jest tam wyraźnie rozpisane, jak kontroler mówi wielokrotnie "na kursie, glissadzie" [na kursie i ścieżce podejścia do lądowania - przyp. red.]. Kontroler rosyjski mówi najpierw wejście na ścieżkę 10 km, potem odległość 8 km "na kursie, glissadzie", 6 km, 4 km, 3 km, "2 km na kursie, glissadzie"... Dopiero w odległości kilometra krzyknął "horyzont". Jak pilot miał gonić ścieżkę, skoro kontroler wmawiał mu niemalże do końca, że na niej jest? Przecież to bzdury - wyjaśnia doświadczony pilot-instruktor 13. Pułku Lotnictwa Transportowego, a następnie Polskich Linii Lotniczych LOT, który pilotował tupolewy. Słuchać bez znajomości rosyjskiego Gdy czyta się wywiady płk. Edmunda Klicha, nasuwają się poważne wątpliwości co do jego prawdomówności. Klich twierdzi tam między innymi: "niedługo po katastrofie otrzymaliśmy nagrania rozmów na wieży", chwilę potem dodaje, w kontekście rozmów na wieży: "zeznania nie są ważne, bo mamy w ręku zapis tego, co się tam realnie działo. Poza tym mam wrażenie, że Rosjanie wielu fragmentów nie odczytali dobrze. Słyszałem na taśmie komendy, których nie ma w stenogramie" - jeśli Edmund Klich niedługo po katastrofie dostał już stenogram z taśmy urządzenia rejestrującego rozmowy prowadzone na wieży kontroli lotów lotniska Siewiernyj, jakim cudem Rosjanie zdążyli tak szybko go sporządzić? Mało tego, Klich twierdzi, że nagrania z wieży to dla niego kopalnia wiedzy: "Słuchałem tych rozmów nawet wieczorami, żeby wyczuć, jaka atmosfera była na wieży, jakie tam były emocje" - chwali się polski akredytowany przy rosyjskiej komisji badającej katastrofę. Tymczasem przed sejmową Komisją Infrastruktury zarzekał się, że nie zna rosyjskiego. W jaki więc sposób rozumiał, lub usiłował zrozumieć, nagrania z wieży? Lub ewentualnie kto przetłumaczył nagrania na język polski? Jaka instytucja naukowa podjęła się tego zadania, podczas gdy byliśmy informowani, że tych nagrań Rosjanie nam nie chcą przekazać? - Klich rosyjskiego nie zna w ogóle i pod tym względem obrzydliwe są jego zarzuty wobec załogi, jakoby nie znała rosyjskiego. Podpułkownik Bartosz Stroiński dobitnie nazwał to "ściemą". Takie zachowanie Klicha jest nie do zaakceptowania. Gdyby załoga samolotu posługiwała się językiem rosyjskim, tak jak Edmund Klich polskim, mogłyby istotnie wystąpić pewne niewielkie problemy w komunikacji z wieżą kontroli. Kazus Klicha, który jednak z polskimi wieżami się dogadywał, daje nam do zrozumienia, jak płynna i swobodna była wymiana informacji pomiędzy załogą naszego 101, a wieżą w Smoleńsku, w warunkach gdy zarówno kapitan Arkadiusz Protasiuk, jak i drugi pilot Robert Grzywna biegle znali język rosyjski - twierdzą piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik". Łamanie konwencji chicagowskiej Jednak najważniejszy zarzut, jaki dotyczy postawy Klicha, to łamanie prawa międzynarodowego. Przyjęta do wyjaśniania przyczyn i okoliczności katastrofy konwencja chicagowska wraz ze swoim 13 załącznikiem była wielokrotnie łamana przez płk. Edmunda Klicha. Na przykład jej artykuł 5.26 wyraźnie mówi, że akredytowani przedstawiciele i ich doradcy nie ujawniają informacji o przebiegu i wnioskach wynikających z badania bez jasno wyrażonej zgody państwa prowadzącego badanie. Tymczasem Edmund Klich w TVN 24 "ujawnił", że to generał Andrzej Błasik, dowódca Sił Powietrznych, obecny był w kokpicie prezydenckiej maszyny. Co ciekawe, jeszcze tego samego dnia w radiu RMF FM kategorycznie odmawiał ujawnienia, że to generał Andrzej Błasik, bo tego nie może zrobić bez zgody Rosjan. Jednak w swoim postępowaniu i notorycznym ujawnianiu informacji z dochodzenia Klich nie ograniczył się do dwóch wywiadów. Od momentu katastrofy niemalże cały czas był bardzo aktywny medialnie. Już w kwietniu oświadczył, że Polska w rosyjskim śledztwie przyjęła rolę "petenta" - nie dodał, że przyjęła ją dzięki jego własnym staraniom, by było prowadzone w myśl konwencji chicagowskiej. Zyskał w ten sposób wizerunek bezstronnego i uczciwego śledczego w oczach opinii publicznej, która nie znała jego zeznań złożonych posłom. Żalił się także, że nie przydzielono mu tłumacza. Tu pojawia się pytanie, jak ten człowiek odnalazł się w ogóle w Rosji, skoro nie znał języka rosyjskiego. 7 maja jest datą niewątpliwie zwrotną w postawie Klicha - przekonał się wtedy, że może bezkarnie łamać obowiązujące go przepisy i ujawniać informacje ze śledztwa. Ujawnił godzinę katastrofy, niejako ucinając medialne spekulacje i budując swój arbitralny wizerunek. Oświadczył też, że zna przyczyny katastrofy, oskarżył o jej spowodowanie jakiś mityczny system i niezgodnie z prawdą zapowiedział, że śledztwo zakończy się dopiero za 2-3 lata. Zakończyło się już po pół roku. Klich poszedł jednak dalej - kolejny raz złamał konwencję chicagowską, otwarcie ogłaszając, że jego zdaniem katastrofę spowodował błąd pilota. Złamał tym razem nie tylko artykuł 5.26, ale także 5.12, który pozwala na ujawnianie opinii wyrażanych w trakcie analizy informacji z rejestratorów tylko w uzasadnionych przypadkach. Ogłosił też, że na pilotów mogła być wywierana presja. Od 8 lutego 2008 r., gdy ogłosił, że "dla eksperta nie ma czegoś takiego jak błąd pilota", jego poglądy nadzwyczaj bardzo się zmieniły. - To zastanawiające, że polski urzędnik wskazuje na polskich pilotów jako winnych katastrofy rządowego samolotu. Kontrowersyjne tezy Edmunda Klicha, polskiego przedstawiciela przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) w Moskwie, natychmiast podchwytują rosyjskie media. Klich wypowiada się dużo, sprzecznie i zaskakująco na rękę Rosjanom. Wszystko przy milczącym przyzwoleniu premiera Donalda Tuska - alarmował już w maju prof. Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej. Jego ostrzeżenia zostały jednak zignorowane - Klich nadal pełnił swoją funkcję i oskarżał pilotów. Kolejnych kilkadziesiąt wywiadów, jakich udzielił polskim i zagranicznym mediom, dobitnie dowiodło, że wykorzystał swoją pozycję, aby zabłysnąć jako gwiazda mediów i celebryta. Demonstracyjnym wręcz brakiem taktu był wywiad Klicha udzielony tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w którym po raz kolejny odpowiedzialnością za katastrofę obarczył załogę tupolewa. Było to szczególnie bolesne dla rodzin pilotów, które przeżywały pierwsze święta bez mężów i ojców.
Katarzyna Orłowska-Popławska

NASZ DZIENNIK 2010-12-28


W dziale:
Entropia opowieści Edmunda Klicha, czyli jaką rolę w modulowaniu tonu narracji o katastrofie smoleńskiej odegrał polski akredytowany przy MAK
Bankructwo teorii Edmunda Klicha
Krótsze zasiedzenie tamą dla niemieckich roszczeń?
Zasiedzenie o 10 lat krócej
Czy policyjni kryminalistycy odczytali więcej niż ABW
Jest ekspertyza filmu ze Smoleńska
Scenariusz "szturmu" na CBA
Premier Donald Tusk zdaje się robić wszystko, żeby kompromitujące go stenogramy ze spotkania z rodzinami ofiar katastrofy rządowego Tu-154M nie ujrzały światła dziennego
Arabski nie znalazł podstaw prawnych
Pomoc dla powodzian tylko do końca marca
Małopolski nie przejedziesz
Przenosiny żubrów

Awatar użytkownika
Krzysztof
Posty: 1140
Rejestracja: 6 kwietnia 2008, 04:32
Lokalizacja: Babia GĂłrka

Post autor: Krzysztof » 28 grudnia 2010, 13:21

Znaleziony w necie:
Nam lecieć nie kazano, wszedłem do kokpita
i spojrzałem na pole...trzeba brata spytać,
jak przekonać pilota w mglistej atmosferze,
by odwagą pokonał nieprzyjaciół wieżę,
z której Moskal przez radio próbuje dyktować
Prezydentowi Polski - gdzie ma wylądować.

Przez mgłę dostrzeże prawdę człowiek wielkiej cnoty,
co przejrzał dziadów, małpy oraz palikoty.
I z czystym sercem powie, że mgły tej przyczyna
tkwi w potajemnym spisku Tuska i Putina.
Chcą mnie z drogi zawrócić i wysłać do Mińska;
już widzę, jak się cieszy pewna morda świńska.

Lecz ja się nie ulęknę broniąc racji stanu;
już raz mnie zaciągnęli do Azerbejdżanu.
Wylądujemy tutaj, żeby zbaranieli
jak Tusk, kiedy wkroczyłem na salę w Brukseli.
A w najgorszym przypadku - śmierć na posterunku!
Przynajmniej cały naród nabierze szacunku.

I aby nie mówili "Lechu-Kamikadze",
najlepiej, jeśli jeszcze brata się poradzę.
"Jarku, jest pewien problem i wygląda ślisko,
Ruskie chcą nas skierować na inne lotnisko"!
"Ależ to oczywista przecież oczywistość,
że kłamią, by nam zepsuć całą uroczystość!
Nie będzie nas kontroler wodził po manowcach,
bo przecież to samolot na bazie bombowca.
Nawet gdy walnie w ziemię, to się nie rozwali,
powiedz wieży, że stoi, gdzie zomowcy stali.

Będziemy postępować tak jak było w planie,
wiesz przecież co masz robić - Wykonać Zadanie!
A Błasik niech tam dobrze przypilnuje!
Zadzwoń ponownie do mnie jak już wylądujesz.
By Ci dodać otuchy - odmówię paciora,
I masz błogosławieństwo Ojca Dyrektora".
Czego nie powiedziano w tej rozmowie braci,
że, by władzę odzyskać, trzeba czasem stracić.
"Gdybyś jednak wpakował rękę do nocnika,
cały naród Cię uczci jako męczennika".

http://wiadomosci.onet.pl/forum.html?di ... AwMS5qcw==
My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa "postkomunizm", którego używałem. (Jarosław Kaczyński)

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 28 grudnia 2010, 15:09

Krzysztof, nie podoba mi się ten wiersz. Można nie lubić PiS i Kaczyńskich, i o.RYdzyka, a nawet ich nienawidzieć, ale zniżać się do poziomu Wymiotnej nie wypada.

Awatar użytkownika
Krzysztof
Posty: 1140
Rejestracja: 6 kwietnia 2008, 04:32
Lokalizacja: Babia GĂłrka

Post autor: Krzysztof » 28 grudnia 2010, 15:23

Coltrane pisze:Krzysztof, nie podoba mi się ten wiersz. Można nie lubić PiS i Kaczyńskich, i o.RYdzyka, a nawet ich nienawidzieć, ale zniżać się do poziomu Wymiotnej nie wypada.
W porządku Colcik, ja tylko pokazałem w formie rymowanki(nie moje autorstwo) jeden z możliwych scenariuszy katastrofy. Nie wiem, czy jest to poziom wymiotnej, czy innego koscherbrukowca. wiem tylko tyle, że nie jest to na rękę Tobie, który trzymasz się wersji podanej przez PIS. Wracając do wymiotnej ja nie zauważyłem różnicy w jej z Twoją oceną w kwestii wyborów na Białorusi.
Czyli co? Pamięć wybiórcza? :-/
My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa "postkomunizm", którego używałem. (Jarosław Kaczyński)

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 28 grudnia 2010, 17:10

Krzysztof pisze:Nie wiem, czy jest to poziom wymiotnej, czy innego koscherbrukowca. wiem tylko tyle, że nie jest to na rękę Tobie, który trzymasz się wersji podanej przez PIS.
Krzysztof, człowieku, co Ty z tym co dla mnie na rękę. Ja nie mam w tym żadnego interesu. Tyle że interesuje mnie tylko prawda. I nie obchodzi mnie co PiS mówi na temat katastrofy. Ja już tu piszę na temat katastrofy już 8 miesięcy, i pierwsze słyszę, że to co ja podaję, to wersja PiS. Ja posiłkuję się tekstami z niezależnych forów (jakie, to powinieneś wiedzieć), i nigdzie nie wyczytałem, że to jest wersja podawana przez PiS. PiS nie podawał żadnej wersji, przynajmniej w pierwszych tygodniach, był tak dobity tym wszystkim, że nie miał siły myśleć o tym co się stało, i jak się stało. Doprawdy, ale doszukiwanie się wszystkiego w PiS, to już zwyczajne maniactwo. Wy z Endekiem już nic innego nie widzicie tylko zły PiS, złego Kaczyńskiego, żydowski PiS itd itd.

A wracając do wierszyka, to wersja z wierszyka jako żywo przypomina to co te gnidy z Sikorskim na czele ogłosiły zaraz po katastrofie. Przecież to nic innego jak wersja podawana przez rządzącą bandę. A Ty najwyraźniej tę wersję przyjmujesz jako swoją.

A ja Wam mówię, że przyczyny katastrofy muszą być poznane, i że to wcześniej czy później nastąpi. I nie obchodzi mnie czy PiS tego chce czy też nie. Polacy mają prawo do poznania prawdy, jaka by ona nie była. A wklejanie tych wierszyków, to zwyczajne kpiny z katastrofy.

Awatar użytkownika
Endek
Posty: 2948
Rejestracja: 24 listopada 2008, 20:37
Lokalizacja: Nieporęcki Las

Post autor: Endek » 28 grudnia 2010, 17:54

Katastrofa to wdzięczny temat dla partii PiS przed zbliżającymi się wyborami do władz RP.Pisanie, ze tej partii chodzi o prawdę jest tylko grą mającą maskować prawdę.A prawda jest taka jak napisałem w pierwszym zdaniu. Jeżeli Ty Coltrane ciągle piszesz o zamachu i wskazujesz winnego przed zakończeniem śledztwa, to stawiasz się w roli nieomylnego sędziego. Nawet jeśli byś miał twarde dowody winy Tuska i Putina że spowodowali tą katastrofę, to prawo całego świata nakazuje o podejrzanych pisać Donald T i Władimir P. Nie masz twardych dowodów winy, a jedynie nachalnie bitą pianę przez określone środowiska.
Liberał to fanatyk na rzecz niezależności, który wychwala ją w każdej dziedzinie, aż do granic absurdu(abp, Marceli Lefebvre)

Awatar użytkownika
Gitka
Posty: 521
Rejestracja: 29 października 2009, 13:13
Lokalizacja: pomorskie

Post autor: Gitka » 28 grudnia 2010, 18:02

Coltrane pisze:Krzysztof, nie podoba mi się ten wiersz. Można nie lubić PiS i Kaczyńskich, i o.RYdzyka, a nawet ich nienawidzieć, ale zniżać się do poziomu Wymiotnej nie wypada.
Podpisuję się pod tą opinią.

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 29 grudnia 2010, 07:22

Endek pisze:Katastrofa to wdzięczny temat dla partii PiS przed zbliżającymi się wyborami do władz RP.
To kpiny z katastrofy, której przyczyny nawet nie zostały rzetelnie wyjaśnione. A ogłupionym Polakom podaje się bzdurne informacje, jakoby to sam Prezydent domagał się lądowania itd.
A z tym Palcem Bożym to też gruba przesada. Tak jakby Bóg nie miał kogo karać, tylko biedny prożydowski PiS. :-/

Polacy mają prawo do tego, aby znać przyczyny katastrofy, i należy im się to.
Nie wolno oszukiwać, i podawać fałszywe informacje, ukrywając prawdziwe przyczyny katastrofy. Zresztą, co ja tam będę pisał, prawda i tak wyjdzie na jaw. Jeszcze trochę ...

Awatar użytkownika
Krzysztof
Posty: 1140
Rejestracja: 6 kwietnia 2008, 04:32
Lokalizacja: Babia GĂłrka

Post autor: Krzysztof » 29 grudnia 2010, 10:27

Ja posiłkuję się tekstami z niezależnych forów (jakie, to powinieneś wiedzieć),
Tak, doskonale. Na jednym z nich zostałem nawet wyrzucony po bolszewicku bez wyjaśnienia za krytykę działacza PIS-uczestnika tego forum. :-/
i nigdzie nie wyczytałem, że to jest wersja podawana przez PiS. PiS nie podawał żadnej wersji, przynajmniej w pierwszych tygodniach, był tak dobity tym wszystkim, że nie miał siły myśleć o tym co się stało, i jak się stało.
Colcik, nie rob mnie w bambuko. Przeczytaj ostatni wywiad z Ziobro, oraz innych polityków PIS a zmienisz zdanie. Owszem, oficjalnie nigdzie nikt nie napisze, że PIS prowadzi własne śledztwo, ale po co ukłony Yaro w stronę republikańskich neokonów wraz związana z tym podroż Tośka do Usraela?
Doprawdy, ale doszukiwanie się wszystkiego w PiS, to już zwyczajne maniactwo. Wy z Endekiem już nic innego nie widzicie tylko zły PiS, złego Kaczyńskiego, żydowski PiS itd itd.

Nie będziemy pisać o PO na forum, ponieważ Ty i Twoi przyjaciele doskonale sobie z tym radzicie, a potrzebna tu jest jak powietrze równowaga opinii o tych niewątpliwie dwóch antypolskich formacjach.
Prosty przykład; Przeglądając wpisy wielokrotnie zauważyłem Wasz skowyt odnośnie problemu 2 braciszków -Adasia i Stefanka. Jest to słuszne i ja się pod tym podpisuje, ale wychodzi przy tej okazji wasza hipokryzja, ponieważ zapominacie, że zastępcą naczelnego wymiotnej jest jeden z braciszków -Jaruś-brat Jacusia, którego tu pewna część nadzwyczajnie wielbi.
Lubię pana Kurskiego,lubię i już.......:)
W końcu nic nie szkodzi -"głupi Naród to kupi"
A wracając do wierszyka, to wersja z wierszyka jako żywo przypomina to co te gnidy z Sikorskim na czele ogłosiły zaraz po katastrofie. Przecież to nic innego jak wersja podawana przez rządzącą bandę. A Ty najwyraźniej tę wersję przyjmujesz jako swoją.
Jesteś już tak pochłonięty udowodnieniem winy Putinowi i Tuskowi, że nie zauważasz, że w wierszu jest dużo faktów obiektywnych, świadczących o pojawiających się w waszym środowisku śledczym to, o którym pisaliście. Czy wzmianka o generatorach mgły, to także element wersji rządowej? Zauważ, że w tym temacie moje wypowiedzi są skąpe, ale jeżeli chcesz mnie sprowokować do polemiki, to nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć wyzwanie.
A ja Wam mówię, że przyczyny katastrofy muszą być poznane, i że to wcześniej czy później nastąpi. I nie obchodzi mnie czy PiS tego chce czy też nie. Polacy mają prawo do poznania prawdy, jaka by ona nie była. A wklejanie tych wierszyków, to zwyczajne kpiny z katastrofy.
Ja również chciałbym poznać prawdę, chociaż kieruje się innymi niż emocjonalne przesłankami. Dla mnie otaczanie kultem zmarłego tragicznie prezydenta jest czymś paranoicznym i niedopuszczalnym, ale przecież mamy wolność, więc "róbta co chceta".
Czy wklejanie obrazków o takiej treści:


Obrazek Obrazek
Wielce wymowne zdjęcie. Lech Kaczyński w otoczeniu przyszłych morderców ...

http://forum.dlapolski.pl/search.php?se ... &start=390

To nie kpiny z wymiaru sprawiedliwości? :-/
My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa "postkomunizm", którego używałem. (Jarosław Kaczyński)

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 29 grudnia 2010, 10:34

Krzysztof takiego komentowania jakie Ty ostatnio stosujesz, że każde zdanie oddzielnie komentujesz, jakoś nie mogę strawić. Przypomina mi i to bardzo, styl lemingów. Nie lepiej napisać 3-4 konkretne zdania w nawiązaniu do problemu ? Takie komentowanie jak to powyżej sprawia, że wychodzi z tego groch z kapustą, bo każde zdanie oddzielnie komentujesz, i to patrząc na całość wypowiedzi traci sens. Trąci wybiórczością. Bo komentujesz jakieś zdanie, albo fragment, a zdanie to bez zdania następnego traci sens, albo ma zupełnie inny sens. Ta metoda wybiórczowości jest typowa dla lemnigów. Oni nie wczuwają się w całośc wypowiedzi, tylko przeczytają jedno zdanie (nie patrząc na inne), i dawaj to zdanie komentować.

Ale może to tylko takie moje przewrażliwienie, bo lemingi których znam, w podobnym stylu komentują ... :-/
Ostatnio zmieniony 29 grudnia 2010, 10:45 przez Coltrane, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 29 grudnia 2010, 10:41

Krzysztof pisze:Obrazek
Wielce wymowne zdjęcie. Lech Kaczyński w otoczeniu przyszłych morderców ...
Nie widzę tu Putina .... :-/

Awatar użytkownika
Krzysztof
Posty: 1140
Rejestracja: 6 kwietnia 2008, 04:32
Lokalizacja: Babia GĂłrka

Post autor: Krzysztof » 29 grudnia 2010, 10:56

Coltrane pisze:Krzysztof takiego komentowania jakie Ty ostatnio stosujesz, że każde zdanie oddzielnie komentujesz, jakoś nie mogę strawić. Przypomina mi i to bardzo, styl lemingów. Nie lepiej napisać 3-4 konkretne zdania w nawiązaniu do problemu ? Takie komentowanie jak to powyżej sprawia, że wychodzi z tego groch z kapustą, bo każde zdanie oddzielnie komentujesz, i to patrząc na całość wypowiedzi traci sens. Trąci wybiórczością. Bo komentujesz jakieś zdanie, albo fragment, a zdanie to bez zdania następnego traci sens, albo ma zupełnie inny sens. Ta metoda wybiórczowości jest typowa dla lemnigów. Oni nie wczuwają się w całośc wypowiedzi, tylko przeczytają jedno zdanie (nie patrząc na inne), i dawaj to zdanie komentować.

Ale może to tylko takie moje przewrażliwienie, bo lemingi których znam, w podobnym stylu komentują ... :-/
Zapewniam Cię, że nie pobierałem kursów hasbary, ani nie terminowałem u Olka Smolara :mrgreen:
Dla mnie takie komentarze nie wymagają wytężenia wzroku, aby dostrzec w nich sens wypowiedzi, ale jeśli sobie życzysz, to będę specjalnie dla Ciebie produkował naukopodobne elaboraty ;-)
A czego w nich nie zajarzyłeś ? :shock:
My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa "postkomunizm", którego używałem. (Jarosław Kaczyński)

ODPOWIEDZ