Co o tym myślisz ?

Polityka, gospodarka, ekonomia...
ODPOWIEDZ
Syriusz
Posty: 4297
Rejestracja: 3 października 2008, 14:56

Co o tym myślisz ?

Post autor: Syriusz » 16 czerwca 2010, 22:58

Lokal, w którym za napoje płaci się modlitwami.


Zrzeszenie turystyczne chorwackiej stolicy proponuje przybywającym do Zagrzebia turystom wizytę w kawiarni Jedro (żagiel), w której za napoje płaci się ... modlitwami.
Za cafe latte trzeba trzy razy zmówić "Ojcze nasz". Najdroższa jest coca cola - kosztuje aż pięć "Zdrowaś Mario".

Portal Tportal.hr informuje, że na pomysł "modlitewnej kawiarni" wpadła młodzież z tamtejszej parafii św. Ducha, która po mszy chce spędzać trochę czasu razem. W kawiarni pracuje kilkoro kelnerów-ochotników, a lokal finansuje parafia i sponsorzy.

Na razie kawiarnia jest otwarta tylko w niedzielę od godz. 13 do 14, ale planuje się przedłużenie czasu otwarcia, ponieważ zainteresowanie ofertą parafii okazało się ogromne. Pierwotnie w kawiarni było tylko sześć stolików; obecnie jest ich już 30.

W kawiarni nie podaje się napojów alkoholowych. Obowiązuje zakaz palenia.
Ostatnio zmieniony 17 grudnia 2011, 06:04 przez Syriusz, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
NRohirrim
Posty: 68
Rejestracja: 7 czerwca 2010, 02:33
Lokalizacja: PL

Post autor: NRohirrim » 19 czerwca 2010, 15:08

Fajnie, jeśli zdarzyłoby się, że byłbym kiedyś w tamtej okolicy to spróbuję wpaść.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 17 lipca 2010, 02:26

Homoseksualizm niszczy Zachód


Z dr. Paulem Cameronem, amerykańskim psychologiem i terapeutą zajmującym się zagadnieniem homoseksualizmu, rozmawia Mariusz Bober

Europejscy homoseksualiści, biseksualiści i inne mniejszości organizują w Warszawie paradę. To kolejny krok mający na celu szerzenie gejowskiej propagandy w Europie Wschodniej?
- Tak właśnie uważam.

Dlaczego działają w ten sposób, tj. organizują hałaśliwą kampanię? Jakie mogą być skutki takich akcji dla społeczeństwa?
- Ci, którzy angażują się w ruch gejowski, są "zdrajcami". To prominentni homoseksualiści, którzy za nic mają obowiązek wobec swoich rodzin i społeczeństwa, aby założyć rodzinę i mieć dzieci. To osoby angażujące się w działalność w organizacjach homoseksualistów, zamieszane w szpiegowanie, oszustwa, sprzeniewierzenia, a nawet w "miękkie przestępstwa". Parady homoseksualistów mają być spektaklem rebeliantów dla widzów ujawniającym prawdziwy charakter ruchu gejowskiego (żadnej innej parady nie cechuje taka nienawiść, buta i wrogość). Wokół wielu uczestników tych imprez, zwłaszcza młodych ludzi, budowane są intrygi, a także składane są im oferty typu: "Zostań gejem na próbę". Ci, którzy wcześniej byli już zaangażowani w ruchy homoseksualne, namawiani są do tego, by nie rezygnowali ze swojego zaangażowania, i często skłaniani są do kontaktów homoseksualnych, także przy okazji parady. Homoseksualizm wcale nie jest "dostojny", jak przekonują aktywiści gejowscy, ale raczej biologicznie wstrętny. Jest też niebezpiecznym przedsięwzięciem, zwłaszcza dla mężczyzn. Jeśli ktoś uczestniczy w takiej manifestacji, to jasno pokazuje, że zostawia wszystko inne. Przykładem może być jeden z sędziów, który dla swoich brudnych rządz zdradził w ten sposób swój zawód i współpracowników. 61-letni sędzia brytyjski przyznał, że miał "romans" z 26-letnim mężczyzną.

Jakie są skuteczne sposoby przeciwstawiania się homopropagandzie? Gdy były prezydent Warszawy nie wyraził na nią zgody, złamał w ten sposób prawo...
- Najlepszym sposobem jest blokowanie takich parad. Można też zorganizować kontrdemonstrację, ustawiając się wzdłuż trasy przemarszu i trzymając transparenty z napisami typu: "Dlaczego szerzycie chorobę?", "Dlaczego propagujecie bałagan moralny?", "Dlaczego hołdujecie egoizmowi?", "Dlaczego nawołujecie do skracania życia?". Albo też: "Wstydźcie się za molestowanie dzieci", "Bezprawie to nie powód do świętowania", "Obrażacie Polskę, Boga i Kościół" itd. Uczestnicy kontrmanifestacji mogliby ustawić się tyłem do parady gejów.

Motto obecnej parady ("Wolność, równość, tolerancja") nawiązuje do haseł rewolucji francuskiej. Czy jest to kolejna aluzja do lewicowej spuścizny?
- Tak, ale jest pewna różnica. Hasło rewolucji francuskiej zakłada, przynajmniej w teorii, że wszyscy członkowie społeczeństwa są sobie równi. Tymczasem homoseksualiści tak naprawdę nie propagują równości społecznej - ich działalność przyczynia się do tego, że rodzi się mniej dzieci, rośnie poziom ubóstwa, zwiększają się koszty leczenia, zmieniają się trendy ekonomiczne, wzrasta przestępczość i nasilają się różne podziały społeczne. W dodatku więcej obszarów społecznych staje się narażonych na nadużycia seksualne i propagowanie narkotyków.

Jak Pan odbiera mówienie o tolerancji przez ludzi, którzy zakulisowymi metodami wpływają często np. na wyrzucanie z uniwersytetów krytykujących ich naukowców. Pan przecież także spotykał się niejednokrotnie z krzywdzącymi decyzjami...
- Honor, prawda, uczciwość wyraźnie tracą na znaczeniu dla ludzi, którzy angażują się w działalność w organizacjach homoseksualistów. "Sprzedają" wszystko dla przyjemności. Pomawianie, oczernianie, rozsiewanie plotek, nieodpowiedzialne zachowania - to charakterystyka zachowań homoseksualistów. Domagają się ustanawiania dla nich specjalnych zasad językowych, niepodlegających normalnym regułom, co znaczy, że żądają czegoś więcej, niż przysługuje to innym ludziom.

Dlaczego lobby homoseksualne jest tak silne, że politycy decydują się nawet ograniczać prawa większości na rzecz właśnie tej mniejszości?
- Poświęca się ustanowione prawa na rzecz przywilejów dla homoseksualistów. Politycy wiedzą, że jeśli sprzeciwią się homoseksualistom, wówczas zostaną napiętnowani. Dlatego uważam, że tak jak do przestrzeni publicznej nie powinno się dopuszczać prostytutek, tak i publiczna działalność organizacji homoseksualnych powinna być zakazana.

Jakie są skutki funkcjonowania lobby homoseksualistów na Zachodzie?
- Zachód przeżywa demograficzny kryzys - rodzi się zbyt mało dzieci. Ale homoseksualistów to nie obchodzi. Propagują za to opinie, że "mają prawo do tego, by zaspokajać swoje zachcianki seksualne w taki sposób, jaki wybrali, a społeczeństwo ma obowiązek popierać ich w tych dążeniach". Takie myślenie i działania osłabiły Zachód i należałoby położyć im kres. Bo dlaczego społeczeństwo ma ponosić skutki spełniania tych zachcianek? Dlaczego musimy akceptować ich zachcianki i płacić za nie, narażając społeczeństwo, w tym dzieci, na poważne choroby zakaźne?

Ma Pan wiele osiągnięć na polu terapii dla homoseksualistów. Dlaczego tak wielu z nich nie chce słyszeć o leczeniu i wybiera propagowanie homoseksualizmu?
- Te sukcesy dotyczą tych, którzy byli zmotywowani do leczenia. Wielu tego nie chce, bo łatwiej jest zadowolić się wymuszoną na społeczeństwie akceptacją dla ich rządz, niż podjąć trud zmiany siebie. Dlatego nie chcą nawet spróbować się zmienić.

Ilu homoseksualistów statystycznie podejmuje taki wysiłek?
- Trudno mi to ocenić. Wydaje mi się, że ok. 1/3 osób z takimi skłonnościami wyraża z tego powodu niepokój i opór przed angażowaniem się w ruch gejowski.

Jakie postawy zajmowali Pana pacjenci? Co ich motywowało do leczenia? Czy są zadowoleni z efektów terapii?
- Na to pytanie również trudno mi odpowiedzieć. Utrzymuję kontakt jedynie z kilkoma pacjentami. Niektórzy są aktywnymi członkami organizacji antygejowskich. Inni nie chcą w ogóle zabierać głosu w tej sprawie.

Czy są zadowoleni z tego, że poddali się terapii? Założyli rodziny?
- Kilku moich pacjentów jest bardzo zadowolonych i mówią o tym z entuzjazmem. Ważne jest też, by trzymać się z dala od ruchów homoseksualnych, znanych homoseksualistów chcących "pomagać" tym, którzy mają takie skłonności.

Często zwraca Pan uwagę, że w związkach homoseksualistów nierzadko dochodzi do przemocy i aktów pedofilii. Jakie są rozmiary tego problemu?
- Na Zachodzie 25-35 proc. homoseksualistów dopuszcza się wykorzystywania seksualnego dzieci. Ale już w krajach Bliskiego Wschodu problem ten może dotyczyć nawet 70-90 proc. homoseksualistów. Natomiast dane na temat przemocy domowej wskazują, że w związkach homoseksualnych do przemocy dochodzi 2 razy częściej niż w konkubinatach i aż 7-10 razy częściej niż w małżeństwach.

Zupełnie inne dane prezentowane są np. w filmach i niektórych mediach...
- Homoseksualiści są często tchórzliwi. Lesbijki natomiast wykazują więcej odwagi. Na pewno jednak w związkach heteroseksualnych relacje są o wiele zdrowsze, niż przedstawiają to media.

W jednym z ostatnich artykułów ostrzegał Pan przed możliwością podjęcia swego rodzaju współpracy między homoseksualistami na Zachodzie a tymi z krajów islamskich, i że jej ofiarą mogą paść dzieci. Co to oznacza w praktyce?
- Pederastia pojawia się od dawna w historii rozwoju wpływów muzułmańskich. Rozmiary zjawiska zmniejszyły się w ciągu ostatnich 200-250 lat. Ale na Środkowym Wschodzie, szczególnie w Afganistanie i Pakistanie, problem jest wciąż ogromny. Homoseksualiści z Zachodu jeździli do Egiptu, Pakistanu oraz Indii już od końca XIX wieku. Ten proceder trwa nieprzerwanie. To patologia, która wciąż czeka na stanowczą reakcję rządów, które często udają, że nie dostrzegają problemu.

Dziękuję za rozmowę.

NASZ DZIENNIK 2010-07-17

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 18 lipca 2010, 13:58

szturm na Warszawę,czy "na warsiawkę"?
oby
dostali taki odpór jak w dwudziestym ROKU,ubiegłego wieku.......
ale "warsiawka" raczej
bedzie ich witać radosnie i oklaskami........wot
warsiawka

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 21 lipca 2010, 04:32

Polska między historią a geopolityką
Zuchwałe oczy prawdy


Józef Szaniawski

"Jeżeli mamy w Rosji więcej niż dwa zbiegi okoliczności, to nigdy nie są one dziełem przypadku". Autorem tych słów jest nie byle kto, bo Wiktor Suworow - autor "Akwarium", "Lodołamacza", "Dnia M" oraz innych znakomitych prac o najnowszej historii Rosji. Mimo że Związek Sowiecki nie istnieje, komunizm upadł - to wyrok śmierci na Suworowa nadal jest ważny, nie może wrócić do Moskwy, pozostaje na emigracji w Anglii, gdzie jest profesorem w Royal Military Academy of Science i znanym na Zachodzie ekspertem od spraw rosyjskich. Dlatego jego opinia ma pryncypialne znaczenie.
Mija już czwarty miesiąc od tragicznej polskiej katastrofy narodowej, w której zginął prezydent i cała elita Rzeczypospolitej. Niech to będzie wreszcie napisane jednoznacznie i wyraźnie: nikt i nic nie przywróci życia prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i tym, którzy polegli razem z nim. Ale musimy wreszcie spojrzeć w zuchwałe oczy prawdy! Musimy wreszcie powiedzieć, dlaczego chcemy znać całą prawdę o tym strasznym wydarzeniu, jakim był w dziejach Polski 10 kwietnia 2010 roku.
Skoro zdaniem rosyjskich śledczych wszystko jest jasne - zawinili pilot Arkadiusz Protasiuk i prezydent Lech Kaczyński, który go zmusił do lądowania - to dlaczego zacierano ślady: rodziny ofiar nakłaniano w Rosji do podpisania zgody na zniszczenie ubrań, teren katastrofy zrównano spychaczami, złożono wniosek do sądu wojskowego w Warszawie o zniszczenie rzeczy osobistych ofiar, polskich lekarzy i obserwatorów wyłączono z uczestnictwa w sekcjach zwłok, zadbano, by przysłanych z Moskwy trumien nie otwierać. W miejscu katastrofy zawłaszczono czarne skrzynki, fałszowano stenogramy, wycięto nawet drzewa.
Cały wysiłek rosyjskiego śledztwa skierowano na udowodnienie, że za katastrofę odpowiada załoga, że nie jest ona wynikiem np. błędnego naprowadzenia samolotu.
Czy to możliwe, aby doszło przypadkiem do takiej katastrofy? Akurat na terytorium Rosji, akurat tuż obok Katynia? Czy to możliwe, aby rosyjskie służby specjalne znane od stuleci z nienawiści do Polski i Polaków na zimno zaplanowały bestialską zbrodnię zamordowania kolejnej elity Rzeczypospolitej? Od odpowiedzi na te i inne pytania zależy bardzo wiele. Otóż od wyników śledztwa, ale naszego polskiego śledztwa, zależeć będzie, czy zdefiniujemy Rosję jako sąsiada, jako złego sąsiada, czy wręcz jako wroga Polski. Problem polega na tym, że realnie polskiego śledztwa nie ma, chociaż formalnie i oficjalnie jest ono prowadzone. Wiadomo, że premier Donald Tusk i jeszcze marszałek Bronisław Komorowski podjęli grę z premierem rządu rosyjskiego, byłym prezydentem Władimirem Putinem. Ta gra miała na celu wyeliminowanie prezydenta RP i delegacji z nim lecącej na uroczystości w Katyniu 10 kwietnia. Tutaj właśnie należy szukać genezy tragicznej katastrofy. Komorowski i Tusk powinni być przesłuchani. Powinni wyjaśnić swoje wypowiedzi i swoje stanowisko w sprawie lotu do Katynia Lecha Kaczyńskiego. A co ważniejsze - Tusk i Komorowski powinni w Sejmie odpowiedzieć na interpelacje na temat swych rozmów z politykami rosyjskimi w ostatnich miesiącach. Bo to, że Tusk ściskał się z Putinem, to wszyscy widzieli, ale o czym rozmawiali - tego obaj nie chcą ujawnić.
Do rosyjskiej tradycji należy likwidacja przeciwników politycznych. Mordy polityczne sięgają mroków ruskiego średniowiecza, w XX wieku w Rosji Stalina skala ludobójstwa sowieckiego była bez precedensu, a za rządów Putina nieznani sprawcy zamordowali wielu niewygodnych dla kremlowskiego reżimu (Anna Politkowska, Aleksander Litwinienko). Czy jest możliwa hipoteza, że obecny premier na Kremlu, a niegdyś wysoki funkcjonariusz morderczego KGB - niemal jawnie epatuje przed całym światem: patrzcie ja to zrobiłem, właśnie w Katyniu, i co mi możecie zrobić?! Naiwniacy, ignoranci mogą zapytać - a po co Putin miałby coś tak straszliwego kazać zrobić? Odpowiedź jest klarowna. Rosja od ponad trzystu lat chciała, aby Polska była słaba i uzależniona od Kremla. A najlepiej, aby stanowiła integralną część imperium. I tak właśnie niestety było. W okresie 1990-2010 Polska coraz bardziej uniezależniała się od Rosji, a polityka Lecha Kaczyńskiego była pod tym względem jednoznaczna. Przeciwnie Tusk, Komorowski, Graś i liczni politycy oraz dziennikarze związani z PO. Ci ogłosili jednostronne pojednanie z Rosją Putina, chociaż nie jest to polska, ale moskiewska racja stanu. Polska od czasów cara Piotra I była dla Rosji bardzo ważna i Rosja nigdy dobrowolnie nie zrezygnuje ze swych wpływów w Polsce. Elementem tych wpływów jest osławione "pojednanie".

NASZ DZIENNIK 2010-07-21

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 24 lipca 2010, 04:25

Ekipa Donalda Tuska wtapia się się w główny nurt polityki europejskiej, który kieruje nas na peryferie unijnego mechanizmu decyzyjnego. Zamiast składania wiernopoddańczego hołdu Brukseli, proponuję nowo wybranemu prezydentowi odwiedzić najpierw Pragę, następnie Budapeszt (gdzie władzę odzyskał podobnie jak my myślący i ambitny Victor Orban) i zakończyć podróż kolacją w Bukareszcie
Monopol partii władzy na gruzach narodowego interesu



Witold Waszczykowski

Po raz pierwszy od 1989 r. partia rządząca uznała, że aktywna polityka zagraniczna w imię interesów narodowych może być porzucona, jeśli realizacja tych interesów przyniosłaby wizerunkowy uszczerbek w kraju i przyczyniła się do utraty poparcia społecznego. Zmniejszanie aktywności polskiej dyplomacji jest niebezpieczne w kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego państwa i w Europie. Mamy do czynienia z poważnym krachem finansowo-ekonomicznym Unii Europejskiej, rosnącą asertywnością Rosji na obszarze postsowieckim i wobec państw byłego bloku komunistycznego, ambiwalentną postawą NATO w obliczu tej sytuacji.

Platforma Obywatelska przeszła w ostatnich latach ciekawą, choć raczej negatywną ewolucję. Z partii programowej, skierowanej do określonego środowiska, wyznającego przeważnie liberalne poglądy, przekształciła się w dość bezideowy front, spajany głównie antypisowskimi sloganami. Wokół niej powstał szerszy obóz sympatyków zorientowanych na karierę u boku władzy, wspierany przez celebrytów ze środowisk kultury i mediów pod hasłami "antykaczyzmu", zadowolonych z dorobku i układów III Rzeczypospolitej. Mimo sprawowania władzy od prawie trzech lat obóz ten nie zamierza podejmować istotnych i niezbędnych reform. Publiczną wymówką wstrzymywania reform były dotychczas rzekome działania blokujące śp. Lecha Kaczyńskiego. W rzeczywistości liderzy PO przyznawali, że ich ambicją było stworzenie i utrzymanie ugrupowania z jak najszerszym poparciem politycznym. Przykładem tworzenia takiego bezideowego frontu politycznego było formowanie reprezentacji Platformy do Parlamentu Europejskiego w ubiegłym roku. Obserwatorzy polityczni zatem dość zgodnie określili to zjawisko jako tworzenie monopolistycznej partii władzy.

Monopol jak dawniej?
Wydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce sprawiły, że w praktyce całkowita władza w państwie została przejęta przez PO. Jej sympatycy dowodzą, że jest to sytuacja podobna do poprzednich. Jednak wielu obserwatorów zwraca uwagę, że tym razem jest ona dalece odmienna, gdyż poprzednie monopole poddane były licznym ograniczającym je zjawiskom. Otóż, za czasów pierwszego monopolu władzy lewicy wolno było mniej. Obóz, ten musiał uwiarygodnić swoją legitymację demokratyczną, wykazać się pewną poprawnością polityczną oraz determinacją w utrzymaniu prozachodniego kursu w polityce zagranicznej. Wszelkie zaś patologie i afery były wychwytywane i piętnowane przez czujne media. Również w latach 2006/2007 obóz rządzący nie był wszechwładny. Był poddany bezprecedensowej presji medialnej. Wielu liderów z tego okresu było wręcz demonizowanych i szkalowanych w publicznym dyskursie. Nie mogąc utrzymać kruchej koalicji, rząd PiS nie kontynuował jej za wszelką cenę i zdecydował się poddać wyborczemu sprawdzianowi.
Dzisiejszy obóz władzy nie czuje żadnych ograniczeń. Stosując na niespotykaną dotąd skalę instrumenty propagandowe, wtłacza społeczeństwu wykładnię, że jest bezpośrednią i zasadniczą emanacją antykomunistycznych ruchów protestacyjnych i dysydenckich sprzed lat. Umiejętnie stwarza wrażenie, że jest namaszczony przez środowiska kultury i inteligencję. Przedstawia się jako jedyna nadzieja dla młodego pokolenia. Z różnych powodów, w tym i błędów opozycji, obóz władzy zdobył olbrzymie wsparcie mediów, które nie rozliczają rządu z trzech lat sprawowania władzy i niespełnionych obietnic, zaś z niespotykaną gorliwością albo roztrząsają rządy PiS sprzed lat, albo obecny stan tej partii i dokonują egzegezy każdej wypowiedzi jej liderów. W takiej sytuacji dyskurs polityczny przestał być areną ścierania się poglądów i merytorycznych racji. Stosując propagandowe chwyty i dyskredytując racje opozycji bez podejmowania jakiejkolwiek debaty, obóz władzy stara się zawłaszczyć, zmonopolizować sposób myślenia społeczeństwa o funkcjonowaniu państwa. Przykładem takiego działania jest podejście obozu władzy do tragedii smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie. Nie tylko opozycja i sympatycy poległego prezydenta, ale i rodziny ofiar są poddani polityczno-medialnej presji, by pozostawali poza procesem wyjaśniania przyczyn katastrofy, żeby czasem nie odkryli, że popełnione zostały błędy w funkcjonowaniu państwa kierowanego od trzech lat przez rząd PO.
Najważniejsza różnica w obecnej sytuacji monopolistycznej dotyczy jednak podejścia do opozycji. Poprzednie monopole, choć rywalizowały z opozycją i utrudniały jej funkcjonowanie, to jednak nie posunęły się do działań na rzecz trwałego jej wyeliminowania ze sceny politycznej. A tak się dzieje dzisiaj. Liderzy polityczni obozu rządzącego, wykorzystując celebrytów oraz sprzyjające media, starają się wyszydzić poglądy opozycyjne, usunąć je z dyskursu politycznego, a nawet przekonać społeczeństwo, że główna partia opozycyjna jest siłą antysystemową, a tym samym niedemokratyczną i nie posiada legitymizacji w demokratycznym państwie. Co ciekawe, nie używa się w tych potyczkach argumentów merytorycznych. Nie toczy się dyskusja o podatkach czy infrastrukturze pastwa. Argumenty i pytania opozycji kwituje się zwykle epitetami i osobistymi napaściami, często o charakterze wulgarnym. Niektórzy nie stronią nawet od makabrycznych żartów w stylu, że przeciwnika należy ustrzelić i wypatroszyć.

Zawłaszczyć dyplomację
Taki sposób funkcjonowania obozu władzy niestety nie ominął również polityki zagranicznej. Cały repertuar wspomnianych wyżej instrumentów działania zastosowano już w poprzednich latach wobec śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od początku istnienia kohabitacji przypuszczono atak na prerogatywy prezydenta. Istnienie ośrodka prezydenckiego jako strażnika wartości i zasad konstytucyjnych, audytora i recenzenta działań rządu nie mieściło się w monopolistycznej koncepcji władzy PO. Stąd szybko pojawiły się opinie i apele o zmianę Konstytucji w kierunku tzw. systemu kanclerskiego.
Szczególnie w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa starano się ograniczyć, a nawet odebrać prezydentowi i jego współpracownikom ich prerogatywy. Czy to przez Trybunał Konstytucyjny, czy decyzje administracyjne w sprawie samolotu, czy przez embargo informacyjne starano się nie dopuścić prezydenta do wykonywania przynależnych mu zadań w polityce zagranicznej. Jeśli to nie skutkowało, podejmowano działania dyskredytujące prezydenta, wyszydzające jego politykę, wyjazdy i spotkania międzynarodowe. Szczególnie krytykowano jego zaangażowanie w regionie na rzecz integracji państw regionu z NATO i Unią. Zaś prezydenckie zabiegi o uzyskanie podmiotowości w Unii Europejskiej przedstawiano i w kraju, i za granicą jako politykę antyeuropejską i awanturniczą. Jagiellońskie marzenia o współkształtowaniu polityki europejskiej i giedroyciowskie zasady polityki wschodniej, które były kanonem naszej dyplomacji przez kilkanaście ostatnich lat, określono jako przeżytek, który miał zostać zastąpiony piastowskim czynem modernizacji Polski.
Od trzech lat partia rządząca usiłuje przekonać partnerów na świecie, że w Polsce toczy się wojna sił postępowych i europejskich z siłami konserwatywnymi, antyeuropejskimi, a nawet ksenofobicznymi. Wykorzystuje się między innymi dyplomację rządową, wielu naszych przedstawicieli w biurokracji unijnej sponsorowanych przez zagraniczne fundacje ośrodków analitycznych czy korespondentów mediów zagranicznych. I znowu język jest pełen sloganów, a nie merytorycznych racji. Odmienia się na wszelkie przypadki terminy: "Europa", "europejskość", "integracja", "modernizacja" etc., co ma wywołać wrażenie, że ludzie posługujący się nimi są ze wszech miar postępowi i światowi oraz akceptowani czy wręcz namaszczeni przez Unię Europejską do sprawowania władzy. Wytwarza się iluzję, że ambitna, podmiotowa polityka poprzedników w rzeczywistości była romantyczną mrzonką, była awanturnicza i słusznie została zastąpiona obecnie przez mądrą, realistyczną i pragmatyczną politykę rządu Platformy. Wszelkie ośrodki krytyczne wobec takich poglądów były i są izolowane, pozbawiane funduszy i informacji, wreszcie obrzucane epitetami, że są ministerstwami wojny, okopami Świętej Trójcy etc. I tak jak w kwestiach polityki wewnętrznej, tak na temat polityki zagranicznej nie podejmuje się rzeczowej debaty z jej krytykami. Wszelkie opinie czy propozycje wysuwane pod adresem polityki zagranicznej spoza kręgów władzy spotykają się z oskarżeniami o straszenie społeczeństwa i z wybuchami gniewu w stylu stwierdzeń: "jak tak można?", "to kompromitacja", "to żenujące, niedopuszczalne" etc. Przykładów na to dostarczyła między innymi debata prezydencka i propozycja rzucona przez jednego z kandydatów, jak i z kim rozmawiać o problemie Białorusi, z którym rząd nie daje sobie rady od lat. Mamy więc kolejną próbę zawłaszczenia całego dyskursu politycznego przez jedną stronę, tym razem w dziedzinie polityki zagranicznej.

Niebezpieczna marginalizacja Polski
Rząd od kilku lat prowadzi zatem politykę ograniczania aktywności polskiej dyplomacji. Padają przy tym różne motywy i wymówki. Od potrzeby oszczędzania środków finansowych po hasła o konieczności skoncentrowania się na wewnętrznej modernizacji państwa. W rzeczywistości takie odejście od aktywności dyplomatycznej i zerwanie z wieloma dotychczasowymi kanonami polskiej dyplomacji i naszego zaangażowania w świecie jest wynikiem kalkulacji partyjnej na użytek wewnętrznej sceny politycznej. Takim kalkulacjom zawdzięczamy decyzje o całkowitym wycofaniu się z Iraku w 2008 roku, ochłodzeniu naszych relacji z USA czy ostatnio podjęcie publicznej debaty w czasie kampanii wyborczej na temat wycofania się z Afganistanu. Takie podporządkowanie interesów państwa jedynie kalkulacjom partyjnym powoduje, że nie można rzeczowo ocenić jakichkolwiek działań zewnętrznych państwa i im zaufać. I tak nie wiemy, czy negocjowanie prawie trzydziestoletniego kontraktu gazowego służy interesowi państwa czy jakimś doraźnym korzyściom, lub czy ważny okres polskiej prezydencji w Unii będzie wykorzystany do promowania naszych interesów w Europie, czy raczej jako wielka i międzynarodowa kampania rządu przed wyborami parlamentarnymi.
Zmniejszanie aktywności polskiej polityki zagranicznej jest niebezpieczne w kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego kraju i w Europie (kryzys finansowo-ekonomiczny Unii Europejskiej, neoimperialne zakusy Rosji na obszarze postsowieckim, inercja NATO względem tego trendu). Należałoby oczekiwać w takiej sytuacji, że rząd podejmie starania o odbudowanie konsensu politycznego w dziedzinie polityki zagranicznej. Uaktywni naszą dyplomację, aby inni za nas i bez nas nie podejmowali decyzji dotyczących naszych interesów.
Tymczasem w sposób nieprzemyślany, i znowu dla doraźnych korzyści partyjnych, podjęto w kampanii prezydenckiej debatę o wycofaniu się z Afganistanu. Było to szczególnie niebezpieczne dla Polski. Operacja w Afganistanie jest operacją NATO, które właśnie debatuje nad nową koncepcją strategiczną, na której Polsce powinno szczególnie zależeć. Przez wiele lat pozostaniemy państwem peryferyjnym zarówno w Unii, jak i NATO, ponosząc wszelkie konsekwencje tego położenia w dziedzinie bezpieczeństwa. Polska zabiegająca o solidarność sojuszniczą nie może sobie pozwolić na egoistyczne gesty. Nie możemy stracić wypracowanej przez lata opinii wiarygodnego sojusznika. W przeciwnym razie nasze interesy nie będą respektowane przez sojuszników, a nasze działania będą traktowane jako niewiarygodne, doraźne i koniunkturalne.

Test prezydencki
W takich oto okolicznościach, wobec takich działań rządu na scenie wewnętrznej i międzynarodowej funkcje prezydenta przejmuje polityk mocno związany z obozem władzy. Będzie miał do wyboru: albo utrzymać ośrodek prezydencki jako niezależny urząd stojący na straży Konstytucji, wartości, interesów państwa, doktryny polityczno-obronnej i wieloletnich kanonów polityki zagranicznej, albo podporządkować się interesom partii rządzącej i przekształcić urząd prezydenta w ośrodek adoracji premiera i jego polityki.
Już pierwszy test, pierwsza podróż zagraniczna może określić kierunek prezydentury. Nowy prezydent może podjąć ambitny plan odbudowania pozycji Polski w regionie, a przez to w Unii. Układ polityczny w naszej części Europy pozwala obecnie na uaktywnienie się Polski, na stanie się rzecznikiem regionu zarówno wobec Zachodu, jak i Wschodu. Zamiast składać wiernopoddańczy hołd Brukseli, proponowałbym objechać w jeden dzień Pragę (odwiedzić naszego najdłuższego sojusznika prezydenckiego), następnie Budapeszt (gdzie władzę odzyskał podobnie jak my myślący i ambitny Orban) i zakończyć kolacją w Bukareszcie (gdyż Rumunia to drugi największy kraj w regionie, który przejął od nas uprzywilejowane relacje z USA). Wyposażony w wiedzę o sytuacji w regionie prezydent mógłby następnie odwiedzić Berlin i Paryż, aby poważnie porozmawiać o stanowisku tych stolic wobec problemów naszego regionu i naszej wspólnej polityce wobec Rosji oraz o relacjach transatlantyckich. Dopiero po takich podróżach i rozmowach prezydent powinien spotkać się z urzędnikami brukselskimi, aby poinformować ich o polskiej wizji polityki Unii i NATO i zapytać, jak chcą uwzględnić ją w swoich planach działania. Ciekawe zatem, czy nowo wybrany prezydent zechce kontynuować ambitne działania swojego poprzednika na rzecz uzyskania podmiotowości w instytucjach, do których należymy, czy raczej za namową rządu pozwoli Polsce nadal wtapiać się tylko w główny nurt polityki europejskiej, który raczej kieruje nas na peryferie unijnego mechanizmu decyzyjnego.

Autor jest dyplomatą, byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję podsekretarza stanu w MSZ, a także głównego negocjatora w rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej.

NASZ DZIENNIK 2010-07-24

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 25 lipca 2010, 16:08

DONALD TUSK - POLAK ROZŁAMANY, ZNAK 1987, nr 11-12 (pełny tekst)
Musieliśmy jako naród coś bardzo "przeskrobać", że los nas pokarał premierem Polakiem R O Z Ł A M A N Y M ,

Polskość jako zadany temat...
Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski. Zwycięstwa?
Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń?

Polskość to nienormalność — takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do grainic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.

Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości - między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. Wolność jest w nim wartością najwyższą — [----] [Ustawa z dnia 31 VII 1981 r. O kontroli publikacji i widowisk, art. 2 pkt 6 (Dz. U. nr 20 poz. 99, zm.: 1983 Dz. U. nr 44 poz. 204)] porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem. Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski, jest ucieczką od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem.

Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. „Czym jest nasze życie? — pisał Andrzej Bobkowski w Szkicach piórkiem (ile w nich trafnych uwag o polskości!). — Nawijaniem na kawałek tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego — do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągle podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie — to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech
przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?..."

Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka, że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli. Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją, a i te są zmienne. Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona także przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę — tak po polsku, patetycznie - że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem.
Donald Tusk

Awatar użytkownika
longinus9
Posty: 2190
Rejestracja: 19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja: Łódź

Post autor: longinus9 » 27 lipca 2010, 04:42

PiS powinno otworzyć się na inne środowiska: patriotyczne, niepodległościowe, społecznikowskie. Szeroka formacja zbudowana na mocnym fundamencie wartości moralnych skruszy najtwardszy monopol władzy
Czas na otwarcie



W Prawie i Sprawiedliwości nastąpiły zapowiadane i oczekiwane zmiany personalne - największa partia opozycyjna ma nowych wiceprezesów, nowego szefa klubu parlamentarnego i kandydata na wicemarszałka Sejmu. Czy odnowione PiS będzie w stanie zresetować polską politykę? A może ostatnie roszady na szczytach władzy partyjnej to nihil novi sub sole?

Falę awansów, jaka przetoczyła się przez PiS, wymusiła sytuacja po 10 kwietnia: osoby, które zginęły w katastrofie pod Katyniem, a piastowały ważne funkcje w partii i w parlamencie, zostały zastąpione przez działaczy wskazanych przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Najwięcej uwagi skupiła na sobie Joanna Kluzik-Rostkowska, znana z lewicowych poglądów, która wbrew spekulacjom mediów nie objęła żadnej funkcji i nie będzie (przynajmniej na razie) "twarzą" PiS, tak jak było to w kampanii prezydenckiej. Deliberowanie, dlaczego tak się stało, to raczej strata czasu, tak jak i rozpatrywanie zmian personalnych w PiS w kategoriach rozdawania cukierków za dobre sprawowanie. Kto się sprawdził - otrzymał nagrodę, kto okazał się nieudolny - został ukarany. Do tego sztucznego w gruncie rzeczy problemu liczni komentatorzy chcieliby sprowadzić decyzje prezesa PiS, tymczasem warto spojrzeć na całą rzecz z innej perspektywy.
Prawo i Sprawiedliwość - największa partia opozycyjna określająca się jako prawica, musi być realną alternatywą dla Platformy Obywatelskiej i ideologii, którą ona uosabia. Czy sobotnie decyzje czynią PiS ugrupowaniem bardziej wyrazistym, klarownym w sferze ideowej? Zauważmy, że tzw. prawe skrzydło PiS, czyli politycy, którzy identyfikują się z tym nurtem, nie zostali należycie docenieni. Można się zastanawiać, jak ten brak wyraźnej równowagi w najwyższych władzach partii wpłynie np. na jej stanowisko w nieodległej debacie o in vitro i innych kwestiach bioetycznych. Czy PiS będzie stawiało tamę uzurpatorskim żądaniom lobby homoseksualnego? Czy nie powtórzy się sytuacja, gdy tzw. pragmatyzm przekładało nad wierność zasadom moralnym? Te pytania trzeba stawiać. Odsunięcie lewicowej Joanny Kluzik-Rostkowskiej może cieszyć, lecz konserwatywny elektorat oczekuje od PiS kompleksowego programu uwzględniającego aktualne wyzwania cywilizacyjne, jak choćby wsparcie niszczonej rodziny, wyjście naprzeciw zagrożeniu demograficznemu czy uzdrowienie systemu edukacyjnego. W pogoni za władzą politycy nie mogą stracić z oczu sensu istnienia swojego ugrupowania - realizowania dobra wspólnego. Nie mogą oderwać się od ludzi. Stołki, struktury to zawsze rzecz wtórna wobec podstawowego celu działania partii. Dlatego potrzebny jest fundament moralny polityki, inaczej sprowadzi się ona jedynie do techniki rządzenia, będzie budowaniem preferencji wyborczych na lotnych piaskach i zagrozi osunięciem się w tani populizm. Nie tego oczekuje konserwatywny elektorat.
Ze zmianami personalnymi w Prawie i Sprawiedliwości zbiegło się zauważalne po przegranych wyborach prezydenckich porzucenie języka i kreowanego doraźnie, na potrzeby kampanii, wizerunku tegoż ugrupowania. Jednak PiS nie tyle powróciło do dawnego obrazu partii wojującej, "rewanżystowskiej" (co usiłują mu wmówić niektórzy komentatorzy), ile znów podejmuje ważne dla Polaków tematy poprzez deklaracje choćby tego, że w centrum swych działań postawi wyjaśnienie okoliczności katastrofy pod Katyniem. Szczerze mówiąc, upodobnienie się przez PiS w kampanii wyborczej do "partii miłości" i jej języka, było zabiegiem niestrawnym dla większości elektoratu, który miał prawo czuć się zlekceważony. Czarę goryczy przelały dusery prawione Grzegorzowi Napieralskiemu i całej formacji postkomunistycznej, kreowanie Edwarda Gierka na polskiego patriotę, swoiste rehabilitowanie PRL. Teraz ten język został porzucony, obowiązuje inna linia, ale pewne wątpliwości pozostały. Czy partia, która z taką łatwością, w zależności od politycznego zapotrzebowania, w skrajnie odmienny sposób diagnozuje to samo zjawisko, jest wiarygodna? Czy nie zmierza w kierunku partii bezideowej, którą scala tylko osoba przywódcy?
- Większość nowych nominacji można określić jako powrót "starej gwardii" na "stare czasy". Nowa gwardia, którą było widać w okresie kampanii, została odsunięta. To oznacza, że prezes PiS postrzega najbliższe miesiące i lata jako okres nawałnic, wielkiego nacisku i "ciężkiego boksu", a nie czas szansy i sytuacji, w której pewna lekkość oraz inteligencja pozwala uniknąć twardej konfrontacji - komentuje ostatnie roszady personalne w PiS Jan Filip Staniłko, ekspert z Instytutu Sobieskiego. "Stara gwardia", czyli dawni działacze Porozumienia Centrum, określani też jako "zakon PC", są na pewno frontmenami w polityce i potrafią skontrować ciosy wymierzane przez "posła z Lublina". Są też biegli w zakulisowych zagrywkach, znają (nieciekawe) tajniki politycznej kuchni. Ale czy tego oczekuje elektorat prawicowy i konserwatywny? Przecież polityka polska nie cierpi na deficyt polityków-graczy, wręcz przeciwnie - reakcje po 10 kwietnia pokazują, że chcemy, by ludzie sprawujący władzę byli przejrzyści, by celem ich pracy było dobro wspólne, a nie partykularny interes własnej partii, która nigdy nie będzie reprezentować całości życia społecznego, ale tylko jego część (wskazuje na to źródłosłów pojęcia "partia" - od łacińskiej "pars" oznaczającej "część"). Sięgnięcie przez Jarosława Kaczyńskiego po wiernych mu polityków PC, z którymi na początku lat 90. chciał budować w Polsce partię chadecką (z wielu powodów eksperyment okazał się nieudany), dowodzi, że PiS jest znów dotykany przez występujący nierzadko u polityków syndrom "skuteczności". Dlatego tak istotne jest domaganie się przedstawienia przez PiS całościowego programu i jego założeń ideowych. Można, niestety, odnieść wrażenie, że w tym przypadku obie największe partie - i PO, i PiS - przyjęły bardzo dziwną pozę. Jest to postawa obronna przed... własnym Narodem, który mimo zabiegów tylu inżynierów dusz nie pozwala się ujarzmić ani nie siedzi cicho. Pokazał po 10 kwietnia siłę, patriotyzm, troskę o państwo. Kocha Polskę i chce dla niej zrobić coś dobrego. Jednak ta eksplozja twórczej energii zogniskowana nie tylko wokół Prawa i Sprawiedliwości została dość szybko zgaszona i spacyfikowana. Zwrócił na to uwagę tuż po wyborach prof. Andrzej Zybertowicz, gdy na łamach "Naszego Dziennika" wypowiadał się, że "sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, podobnie jak partia, wykazał ograniczone umiejętności zagospodarowania entuzjazmu społecznego". Gdyby środowiska niepodległościowe potrafiły podjąć ten impuls troski o naszą suwerenność, pozytywnie odpowiedzieć na chęć współpracy rzeszy ludzi, którzy nagle odkryli ludzki wymiar polityki, wynik prezydenckiej batalii byłby na pewno inny. Kto stworzy propozycję dla tego "milczącego" do tej pory elektoratu, ten może okazać się zwycięzcą nie tylko przyszłorocznych, lecz także wszystkich kolejnych wyborów. I w tym tkwi klucz do strategii, jaką powinno obrać PiS: nie klecenie partyjnych koterii wokół działaczy o choćby najgłośniejszych nazwiskach, ale otwieranie się na inne środowiska: patriotyczne, niepodległościowe, społecznikowskie. Taka szeroka formacja zbudowana na mocnym fundamencie wartości moralnych skruszy najtwardszy monopol władzy, przyciągnie nowych ludzi i pozwoli uwierzyć, że polityka nie musi być grą i geszeftem, ale solidarnym działaniem w dobru.
Małgorzata Rutkowska

NASZ DZIENNIK 2010-07-27

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 27 lipca 2010, 04:56

Taa, a następnie, przyłączy się do łże "elyt" i wykończy swoich sojuszników, tak jak zrobili z LPR i Samoobroną!

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 27 lipca 2010, 07:20

adsenior pisze:Taa, a następnie, przyłączy się do łże "elyt" i wykończy swoich sojuszników, tak jak zrobili z LPR i Samoobroną!
Nie no, nie ma tu mowy o koalicji, bo kolega AD Senior miał chyba takową na myśli.
Mowa tu o szerokiej formacji zbudowanej na mocnym fundamencie wartości moralnych, która skruszy najtwardszy monopol władzy. Nie może być tak, że wybitni Polacy, którzy powinni być przy władzy (zamiast rządzącej hołoty), są zepchnięci na margines. Potrzebne jest zjednoczenie wszystkich środowisk patriotycznych i niepodległościowych. I to autor miał na myśli. A nie koalicję typu PiS-LPR-Samoobrona.

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 27 lipca 2010, 08:31

Nie Panie Coltrane, mnie dręczy cały czas myśl o faryzejskim zachowaniu przywódców PiS. gdy wykończyli LPR i Samoobronę. Czy takim ludziom można ufać? W/g mojej oceny, osoba z cechą zdrajcy, zawsze zdradzi, w momencie gdy jest to, w/g jej oceny korzystne. Nie ważne, że po czasie, jak w przypadku PiS, okazało się, że na tej judaszowskiej taktyce, wyszli "jak Zabłocki na mydle", oni już pokazali swoją prawdziwą twarz!

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 27 lipca 2010, 09:11

adsenior pisze:Nie Panie Coltrane, mnie dręczy cały czas myśl o faryzejskim zachowaniu przywódców PiS. gdy wykończyli LPR i Samoobronę. Czy takim ludziom można ufać? W/g mojej oceny, osoba z cechą zdrajcy, zawsze zdradzi, w momencie gdy jest to, w/g jej oceny korzystne. Nie ważne, że po czasie, jak w przypadku PiS, okazało się, że na tej judaszowskiej taktyce, wyszli "jak Zabłocki na mydle", oni już pokazali swoją prawdziwą twarz!
Panie AD Seniorze, nie czas na rozrywanie ran, gdy wróg opanował Polskę, i zamierza Ją do reszty zniszczyć. Tak naprawdę nie wiadomo kto bardziej zawinił, jeśli chodzi o tę koalicję. Ja np. nigdy nie miałem zaufania do Leppera, którego zawsze uważałem za komucha. Do dziś pamiętam jak Samoobrona wspomagała SLD w głosowaniach dla nich ważnych (a dla Polski niekorzystnych), mimo że nawet nie była w koalicji z SLD. Zawsze Leppera uważałem za przybocznego komuchów. On potrafił tylko gadać, o liberałach itd. Ale jego czyny zaprzeczały temu co mówił. Rola Leppera w polityce polskiej zawsze byłą dla mnie bardzo niejasna. Nie możemy na 100% powiedzieć że to nie dzięki Lepperowi rozwaliła się ta koalicja. Nie mówię że PiS był idealny, do niego też można się przyczepić o różne sprawy.
Teraz jednakże gdy chodzi o ratowanie Polski, i gdy autor pisze o szerokiej formacji patriotycznej i niepodległościowej, wywoływanie tematu koalicji jest działaniem, mającym na celu zablokowanie powstania tej szeroko rozumianej formacji. PO i SLD jest nie na rękę, aby taka formacja powstała. Dlatego też będą robić wszystko aby do tego nie dopuścić.
Ja w każdym razie powstanie takiej formacji (nie koalicji) będę popierał. Tym bardziej że sytuacja diametralnie się zmieniła. Zapominasz Pan o tym co wydarzyło się 10 kwietnia. A przecież jak wynikało z Pana wpisów, jesteś Pan przeświadczony o tym, że to był ewidentny zamach na polskiego Prezydenta. Tym bardziej więc nie rozumiem pańskiej postawy.

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 27 lipca 2010, 11:47

Panie Coltrane, tylko w PRL-u była 99,99 jednomyślność Narodu, w/g danych "wadzy", tak i w tej ocenie mam różne zdania.

ps. Ja innych łatek Kaczyńskiemu nie przypinam, ani nie wypominam, jak to często wespół z komuchami głosował!

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty: 17740
Rejestracja: 31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja: Polska

Post autor: Coltrane » 27 lipca 2010, 11:57

adsenior pisze:Panie Coltrane, tylko w PRL-u była 99,99 jednomyślność Narodu, w/g danych "wadzy", tak i w tej ocenie mam różne zdania.

ps. Ja innych łatek Kaczyńskiemu nie przypinam, ani nie wypominam, jak to często wespół z komuchami głosował!
Panie AD Seniorze. Zupełnie Pana nie rozumiem. Raz Pan mówisz tak, innym razem inaczej.
Bez vodki nie razbierjosz.

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 27 lipca 2010, 12:07

no to stakany na wierch :-D Coltrane, Przyjacielu
w pełni popieram
formacja nie koalicja
pozwolę sobie przypomniec co zmarnotrawiło nasze wysiłki
z czasow Solidarnosci"
ot sojusze z kolegami z ZMS,z PZPR
czyli z Kwaśniewskimi młodymi,z" psiapsielami"
kiszczakow i innym im podobnymi
Jesli dobrze rozumiem,to
"Idzie" o ruch,taki,ktory pozwoli odebrac Polskę z rąk
Jej nieprzyjaznych........
Dokładnie tak samo było na naszych
"nieformalnych spotkaniach komisji zakladowych "S"
prawie bilismy sie z tymi,ktorzy
wtedy proponowali SOJUSZE,
z pzpr,czy z rezimowym zwiazkiem............

ODPOWIEDZ