Co o tym myślisz ?

Polityka, gospodarka, ekonomia...
ODPOWIEDZ
sonia
Posty:6384
Rejestracja:7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja:z Polski

Post autor: sonia » 27 lipca 2010, 12:09

re Koalicja PO i SLD
wszak to wciąż ci sami ludzie,tylko garniturami sie co jakiś
czas
zamieniają.......
a pan Kalisz,
to juz chyba......nie wymaga nawet komentarza....

sonia
Posty:6384
Rejestracja:7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja:z Polski

Post autor: sonia » 27 lipca 2010, 12:15

pozwolę sobie na przytoczenie kilku NAZWISK,za co z gory
biorę odpowiedzialność
Boni,człek od prywatyzacji
od czasow lat Wielkiej Transformacji
Lewandowski,takze
Buzek,"na wózek" jak mawiali KOLEDZY
z S 80 /i mieli rację/
BALCEROWICZ ulubieniec PO,I szy sekretarz PZPR,wykładowca na
pzpr uczelni,wykładowca marksa
a pozniej Największy LIBERAŁ
i chwilowo
na tym poprzestanę..............

czy to nie od początku "SLD i PO"?
/w wielkim oczywiście skrocie myslowym /

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 29 lipca 2010, 04:30

Mordercy Przemyka włos z głowy nie spadnie


Sąd Najwyższy oddalił kasację w sprawie Ireneusza Kościuka, zomowca oskarżonego o pobicie ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka. Tym samym utrzymano w mocy wcześniejszy wyrok sądu apelacyjnego z 2009 r., który uznał, że doszło do przedawnienia zbrodni. Zamyka to trwającą ponad 28 lat sprawę pobicia przez funkcjonariuszy milicji 19-letniego studenta, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej. Sam Sąd Najwyższy w orzeczeniu uznał, że to porażka wymiaru sprawiedliwości.

Na przedawnieniu sprawy zaważyła kwalifikacja czynu Ireneusza K. - nieumyślne spowodowanie śmierci. Pełnomocnik rodziny Przemyka mecenas Andrzej Zalewski próbował w trakcie procesu ją zakwestionować. Wskazywał, że można mówić w tym przypadku o umyślnym spowodowaniu śmierci lub ciężkim uszkodzeniu ciała. A to oznaczałoby, że sprawa nie przedawniła się w 2005 r. - jak utrzymuje sąd - ale dopiero w 2020 r., co określa art. 2 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Zalewski wskazywał podczas procesu na znamiona ciężkiego uszkodzenia ciała Przemyka, o czym świadczy m.in. protokół jego oględzin w 1983 roku. "Na końcowym odcinku jelita cienkiego masywne wylewy koloru wiśniowego, torebka wątroby zmatowiała" - czytał mecenas. Przerwała mu przewodnicząca składu sędziowskiego Ewa Strużyna, twierdząc, że jego wystąpienie powinno się odnosić do zagadnień ściśle prawnych, a nie materiału dowodowego. Zażądała też, żeby "nie epatował" opisami sekcji zwłok. Zalewski argumentował, że jest to niezbędne do wykazania błędnej kwalifikacji czynu popełnionego przez funkcjonariusza. Przypomniał, że Ireneusz K. zadawał wraz z innymi milicjantami wiele ciosów w to samo miejsce oraz zachęcał ich do bicia "tak, by nie było śladu". - Czyli umyślność działania w tej materii jest oczywista - dodał Zalewski. Na zakończenie stwierdził, że wyrok sądu apelacyjnego jest nie do utrzymania, powinien być uchylony, a sprawa skierowana do ponownego rozpatrzenia.
Niestety, Sąd Najwyższy w swoim wyroku zamykającym całą sprawę rację przyznał nie oskarżycielom, ale obrońcom zomowca. Oddalił kasację wyroku w tej sprawie wniesioną w lutym tego roku przez Krzysztofa Kwiatkowskiego, ministra sprawiedliwości, jako bezzasadną. Uzasadniając swoje orzeczenie, SN zaznaczył jednak, że należy wyrazić ubolewanie, iż w wolnej Polsce wymiar sprawiedliwości nie zdołał orzec o zasadności zarzutu postawionego oskarżonemu. Sąd zwrócił uwagę, że matactwa w tej sprawie z czasów komunistycznych okazały się po latach skuteczne.
Do zabójstwa Przemyka doszło 12 maja 1983 r., kiedy na placu Zamkowym w Warszawie świętował on zdane egzaminy maturalne. Został zatrzymany przez milicjantów, w tym Ireneusza K., którzy zabrali go na komisariat. Został tam dotkliwie pobity, otrzymując ponad 40 ciosów pałkami w barki i plecy oraz kilkanaście ciosów łokciem lub pięścią w brzuch. Przewieziony do szpitala zmarł po dwóch dniach.
Jacek Dytkowski

NASZ DZIENNIK 2010-07-29

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 2 sierpnia 2010, 02:47

Kazus Marcela Reich-Ranickiego


W czerwcu hucznie świętował 90. urodziny. W Niemczech, gdzie od wielu lat mieszka, uznawany jest za wybitnego krytyka literackiego i autorytet w tej dziedzinie. Bezkompromisowy w sądach oraz zarozumiały, lubi łajać i pouczać innych. Jest jednak coś, co chciałby starannie ukryć przed opinią publiczną - swoją antypolską, agenturalną przeszłość. Marcelowi Reich-Ranickiemu status nietykalnego gwarantuje w Niemczech fakt, że jest Żydem, który przeżył holokaust.

Marcel Reich-Ranicki mówi o sobie, że jest "w połowie Polakiem, w połowie Niemcem, ale w całości Żydem". Dopytywany o swoje polskie korzenie, szybko się irytuje i dodaje, że "nie ma dużo polskich uczuć". W Niemczech szaloną popularność zdobył jako krytyk literacki. "Papież literatury", jak jest określany, swoją opinią wielokrotnie decydował o przyszłości pisarzy i ich dzieł. Choć kapryśny i zarozumiały, jest uwielbiany, podziwiany i tak naprawdę niewielu obchodzi prawda o jego niechlubnej przeszłości, która kilka lat temu ujrzała światło dzienne. On sam zresztą niechętnie do niej wraca, jeśli już - to ją bagatelizuje, a nawet kreuje się na ofiarę najpierw holokaustu, a potem systemu komunistycznego.

Młodość Marcela Reicha

Ranicki, który w czerwcu świętował hucznie swoje 90. urodziny, urodził się we Włocławku jako Marcel Reich. W wieku dziewięciu lat przeniósł się wraz z rodzicami do Niemiec. Tam zdał maturę i rozpoczął pracę jako urzędnik w jednym z domów handlowych. Studiów nigdy nie skończył. Jako polski Żyd bez niemieckiego obywatelstwa został wydalony w 1938 r. z III Rzeszy i powrócił do Polski. Od tego momentu wersja wydarzeń Ranickiego znacznie różni się od faktów ujawnionych przez historyków Instytutu Pamięci Narodowej. Wspomnienia związane z Polską, które stanowią część jego autobiograficznej książki "Moje życie", określają oni jednoznacznie jako fałszerstwo historyczne.
Pierwsze rozbieżności dotyczą okresu z warszawskiego getta. Niemiecki historyk i korespondent dziennika "Die Welt" w Polsce Gerhard Gnauck, autor książki "Reich-Ranicki - polskie lata", w jednym z wywiadów określa temat getta jako bardzo drażliwy dla Ranickiego. Według niego, młody Marcel współpracował z administracją getta, pracując w Judenracie jako szef tłumaczy. Co ciekawe, w swoich wspomnieniach Ranicki próbuje kreować się na człowieka zbliżonego do ruchu oporu w getcie, na co nie posiada żadnych dowodów. Zdaniem Gnaucka, sam fakt pracy w Judenracie świadczy o tym, że należał raczej do ludzi władzy niż do ruchu oporu. Ranicki twierdzi, że w 1943 r. udało mu się uciec podczas transportu do obozu zagłady w Treblince. Wojnę przetrwał, ukrywając się u jednej z polskich rodzin na Gocławiu.

Przykładna kariera w UB

Po zakończeniu wojny bardzo szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości. Wstąpił do komunistycznego wojska i rozpoczął służbę w Zarządzie Polityczno-Wychowawczym Wojska Polskiego. Następnym stopniem w jego niechlubnej karierze była praca w Głównym Urzędzie Cenzury w Katowicach od lutego 1945 roku. Ranicki przekonuje, że podejmując pracę w tym urzędzie, początkowo nie miał świadomości, iż podlega on kontroli Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tymczasem z dokumentów, do których dotarli historycy Instytutu Pamięci Narodowej, wynika, że już 24 października 1944 r. własnoręcznie wypełnił "Kwestionariusz współpracowników Resortu Bezpieczeństwa Publicznego", co było jednoznaczne z prośbą o przyjęcie do bezpieki. W latach 80. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało publikację z biogramami najbardziej aktywnych i znaczących ubeków, wśród których znalazł się również Marcel Reich. Historyk IPN, dr Bogdan Musiał, nie ma wątpliwości co do tego, że czas, w którym Reich został funkcjonariuszem, był okresem, kiedy grupy operacyjne Urzędu Bezpieczeństwa dokonywały największych zbrodni. Jego zdaniem, twierdzenie Ranickiego, że zajmował się wówczas budowaniem aparatu cenzury, jest kompletnie niewiarygodne, ponieważ w pierwszych tygodniach i miesiącach po "wyzwoleniu" służby bezpieczeństwa miały dużo ważniejsze - z ich punktu widzenia - zadania.
- Do najważniejszych i najpilniejszych zadań funkcjonariuszy UB w tamtym okresie należała przede wszystkim totalna pacyfikacja i podporządkowanie sobie zdobytych terenów, aresztowanie i internowanie tzw. volksdeutschów oraz przede wszystkim likwidacja wszelkich "elementów" mogących stanowić zagrożenie dla państwa komunistycznego - mówi dr Musiał. - W chwili obecnej nie mamy jeszcze na to żadnych konkretnych dowodów, ale z akt, którymi dysponujemy, wynika, iż Marcel Reich był szefem grupy operacyjnej na tym obszarze - zaznacza. Wiadomo też, że w bezpiece służyła wówczas również jego żona.

Wzorowy agent w Berlinie

Pod koniec 1945 r., ze względu na brak dyscypliny w podległej mu jednostce oraz jego przesadne poczucie własnej wartości, Reich został odwołany ze stanowiska. Nie oznaczało to jednak końca jego błyskotliwej kariery w służbie władzom komunistycznym. Według dokumentów zgromadzonych przez IPN, został skierowany do pracy w polskim Biurze Rewindykacji i Odszkodowań w Berlinie. Działalność w obrębie tego biura była jedynie przykrywką dla prawdziwej działalności, ponieważ w rzeczywistości działał na terenie Niemiec jako agent wywiadu komunistycznego. Nie wiadomo dokładnie, jaki był zakres jego obowiązków, wiadomo natomiast, że bardzo sumiennie się z nich wywiązywał, a jeden z jego bezpośrednich przełożonych - wytrawny agent NKWD pułkownik Juliusz Burgin, chwalił go za przejawy oddania, dużą samodzielność i własną inicjatywę.
Kiedy w 1946 r. zakończył służbę w Berlinie i powrócił do Polski, już oficjalnie rozpoczął służbę w centrali wywiadu komunistycznego. Wtedy też bardzo szybko awansował, najpierw na stanowisko porucznika, a potem kapitana. Cały czas zbierając bardzo dobre opinie od swoich przełożonych, w dowód uznania za swoje wybitne osiągnięcia został nagrodzony Złotym i Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Działalność "Albina", czyli okres londyński

W 1949 r. Marcel Reich objął stanowisko najpierw zastępcy konsula, a potem konsula PRL w Londynie. W tym samym czasie zmienił swoje niezbyt dobrze kojarzące się nazwisko na Ranicki. Również ta funkcja, jak wynika z badań przeprowadzonych przez historyka IPN Piotra Gontarczyka, była zajęciem o charakterze czysto oficjalnym. W rzeczywistości bowiem pracował jako rezydent wywiadu dla Departamentu VIII MBP. Trzeba przy tym pamiętać, że Londyn był wówczas miejscem niezwykle ważnym na mapie politycznej Polski i Europy. Z funkcji tej miał ustąpić, jak twierdzi, z przyczyn politycznych. Jednak zdaniem jego biografa Gerharda Gnaucka, kreowanie się Ranickiego na dysydenta jest kompletnie nieuzasadnione.
- Nie ma nigdzie śladu, żeby Ranicki w jakikolwiek sposób protestował, wprost przeciwnie - był bardzo dobrym i efektywnym narzędziem w rękach władzy ludowej - stwierdził Gnauck w jednym z wywiadów. Z dokumentów IPN wynika, że działalność Ranickiego, noszącego pseudonim "Albin", wymierzona była przeciwko tamtejszym polskim środowiskom niepodległościowym. Wiadomo dziś, że był nie tylko bardzo skuteczny, ale również wyjątkowo bezwzględny i nieugięty wobec polskich emigrantów. Miał okazję się o tym przekonać chociażby przebywający wówczas na emigracji w Londynie polski pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz, który - mając już dosyć życia na wygnaniu - z prośbą o pomoc w bezpiecznym powrocie do Polski zwrócił się właśnie do Ranickiego. Ten jako warunek postawił podjęcie przez pisarza współpracy z komunistycznym wywiadem i zaproponował mu napisanie historii polskiej emigracji od 1939 do 1945 roku. Mackiewicz jednak zdecydowanie odmówił zostania konfidentem, co spowodowało, że "Albin" przekreślił jego szanse na powrót do Polski.

Niewiarygodny nawet dla zwierzchników

Sam Ranicki konsekwentnie próbuje wybielić i wygładzić również ten etap w swoim życiu. Z rozrzewnieniem wspomina warunki, w jakich przyszło mu wtedy żyć, duże i świetnie wyposażone mieszkanie oraz luksusowe auto. Swoją antypolską działalność bagatelizuje, twierdząc, że nie miał kontaktu z polskimi emigrantami, raporty sporządzał na podstawie informacji otrzymywanych od kuzynów oraz plotek i prasy, a jego głównym zadaniem było opiniowanie i recenzowanie sprawozdań oraz przesyłanie ich do Warszawy.
Zdaniem Gerharda Gnaucka, rzeczywistym powodem odwołania Ranickiego z funkcji konsula było to, że aparat agenturalny w Londynie zaczął się rozpadać, a wielu agentów przeszło na stronę brytyjską. Wówczas w centrali wywiadu w Warszawie zapadła decyzja o rozwiązaniu siatki wywiadowczej w tym mieście. W konsekwencji Marcel Reich-Ranicki, uprzedzając swoją dymisję, poprosił o zwolnienie go z misji dyplomatycznej i w listopadzie 1949 r. powrócił do Polski.
Jego służba w UB zakończyła się w styczniu 1950 r., kiedy to został zwolniony na rozkaz ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza i wyrzucony z partii. Przez dwa tygodnie przebywał również w areszcie. Także te wydarzenia Ranicki stara się przedstawić w świetle stawiającym go na pozycji osoby poszkodowanej i represjonowanej przez komunistyczny aparat Polski Ludowej. Tyle tylko że dokumenty archiwalne z tamtego okresu znowu świadczą na niekorzyść jego wersji wspomnień. Wynika z nich bowiem, że został oskarżony o nielegalne wydanie wizy swojemu szwagrowi Gerhardowi Behmemu. Wątpliwości przełożonych zaczęła budzić również jego przeszłość, począwszy od pracy w Judenracie w getcie warszawskim. Komunistom niejasne wydawały się również same okoliczności wydostania się Reicha z getta, które nasuwały podejrzenie o kolaborację z hitlerowcami. Dlatego, zdaniem historyków, wszelkie próby podejmowane przez Ranickiego również w swojej autobiografii, mające na celu mistyfikowanie wydarzeń związanych z wydaleniem go ze służby w UB, są czystą propagandą.

Nowe życie w powojennych Niemczech

W 1958 r. Reich-Ranicki, nie widząc możliwości dalszej kariery w komunistycznej Polsce, wyjechał na stałe do Niemiec. Doktor Bogdan Musiał zauważa, że okres, w którym Ranicki pojawił się w Niemczech, okazał się dla niego niesłychanie korzystny.
- W Niemczech, po etapie podejmowania prób wyparcia i zapomnienia przeszłości, nastąpił okres konfrontacji i rozliczeń z czasem drugiej wojny światowej i holokaustem. Dla Ranickiego były to doskonałe warunki do rozpoczęcia nowego życia - ocenia.
Od lat Marcel Reich-Ranicki cieszy się w Niemczech niesłabnącą popularnością. Uznawany jest za wybitnego znawcę literatury. Jako krytyk od dziesięcioleci związany jest z gazetą "Frankfurter Allgemeine Zeitung". W latach 1988-2001 prowadził w telewizji popularny program "Kwartet literacki". Bezkrytycznego sposobu patrzenia Niemców na "bożyszcze literatury" nie zmąciły nawet odkryte kilka lat temu rewelacje na temat ciemnych kart z jego przeszłości. Opinia publiczna przyjęła te fakty dość obojętnie, a Gerhard Gnauck, autor biografii Ranickiego, opisującej jego prawdziwą przeszłość, miał kłopoty ze znalezieniem wydawcy dla swojej książki. Gnauck w jednym z wywiadów wspomina, że największe wydawnictwa swoją odmowę uzasadniały tym, iż krytyk dobrze opiniował ich książki i dlatego nie mogą mu tego zrobić. Tymczasem sam Marcel Reich-Ranicki jest świadomy tego, że jako Żyd, który przeżył holokaust, w kraju, który stał się bezpośrednim oprawcą jego narodu, może pozwolić sobie na bardzo wiele.
- On wykorzystuje kompleks winy Niemców w stosunku do Żydów - konkluduje dr Musiał, na stałe mieszkający w Niemczech i od lat obserwujący "fenomen" Ranickiego. - Nie znosi krytyki, a swoich przeciwników potrafi zakrzyczeć i zmieszać z błotem - dodaje.
W kraju, który do dzisiaj ma problemy z wykryciem i osądzeniem zbrodniarzy z czasów II wojny światowej, Marcel Reich-Ranicki raczej nie musi się obawiać niewygodnych pytań dotyczących swojej wstydliwej przeszłości.
Bogusław Rąpała

NASZ DZIENNIK 2010-08-02
Ostatnio zmieniony 3 sierpnia 2010, 05:26 przez longinus9, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 3 sierpnia 2010, 05:18

Pomnik kata na cmentarzu jego ofiar


Na cmentarzu Dońskim w Moskwie, gdzie spoczywają tysiące ofiar reżimu stalinowskiego, postawiono pomnik upamiętniający głównego kata za czasów Józefa Stalina - generała NKWD Wasilija Błochina. O tym skandalicznym fakcie poinformowała opozycyjna "Nowaja Gazieta". Dziennik opublikował także zdjęcia pomnika ku czci zbrodniarza.

Na okazałej płycie nagrobnej z czarnego marmuru wykuto wizerunek Błochina w generalskim mundurze. Obok niego umieszczono także portret jego żony Natalii. W prawym górnym rogu znajduje się prawosławny krzyż. U podstawy płyty widnieje napis: "Wieczna pamięć".
Cmentarz Doński jest miejscem pochówku ofiar stalinowskiego reżimu jeszcze z lat 30. W 1927 roku uruchomiono tam pierwsze w Związku Sowieckim krematorium. Zostało urządzone w przycmentarnej cerkwi. Od początku lat 30. kremowano tam zwłoki osób rozstrzelanych przez NKWD oraz więźniów, którzy zmarli w więzieniach. Prochy wsypywano co najmniej do trzech dołów. Nie zachowały się - a przynajmniej nie są publicznie znane - żadne spisy. Właśnie nieopodal tych zbiorowych grobów znajduje się zadbana mogiła Błochina. To on jako 45-letni major NKWD kierował egzekucją polskich jeńców w Kalininie (obecnie Twerze). Osobiście zastrzelił tam wielu Polaków.
Błochin, wieloletni szef komendantury NKWD, wykonywał wyroki śmierci od sierpnia 1924 do marca 1953 roku. Zabijał niemal codziennie. Rosyjscy historycy szacują, że własnoręcznie zastrzelił 10-15 tys. osób. To on zabił marszałka Michaiła Tuchaczewskiego, byłego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa i pisarza Izaaka Babla. Po śmierci Stalina przeszedł na emeryturę. Pochwałą za nienaganną służbę żegnał go Ławrientij Beria. Błochin zmarł w lutym 1955 roku
Na cmentarzu Dońskim pochowanych jest także ok. 8-10 tys. ofiar stalinowskiego terroru. Znajdują się tam również symboliczne groby ostatniego dowódcy Armii Krajowej generała Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka" i zastępcy delegata Rządu RP na Kraj Stanisława Jasiukowicza "Opolskiego". W czerwcu 1945 roku sądzono ich w Moskwie w procesie szesnastu, pokazowej rozprawie nad politycznymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego, podstępnie zwabionymi i uprowadzonymi do ZSRS.

NASZ DZIENNIK 2010-08-03

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 4 sierpnia 2010, 04:43

Przykro tylko, że w awanturę wplątano harcerzy. Stali ze spuszczonymi ze wstydu głowami i patrząc w ziemię, płakali w momencie, kiedy obrońcy krzyża apelowali do nich, by nie zaczynali swojej drogi życiowej od tego rodzaju działań
Tu dzieją się rzeczy ważne


Z Janem Pospieszalskim, publicystą, redaktorem prowadzącym program "Warto rozmawiać" w TVP 1, rozmawia Bogusław Rąpała

Był Pan wczoraj przed Pałacem Prezydenckim. W jakim celu?
- Tu w każdej chwili mogło się coś wydarzyć. Byłem z ekipą, mieliśmy kamery. Jestem przekonany, że powinienem to rejestrować, bo dzieją się rzeczy ważne. Powinienem to dokumentować, tak jak razem z Ewą Stankiewicz dokumentowaliśmy wydarzenia sprzed Pałacu Prezydenckiego po 10 kwietnia. Pani Stankiewicz jest tutaj od kilku dni, była również całą noc z tymi ludźmi. Była w grupie piętnastu czy dwudziestu osób, które zdecydowały się trwać, czuwać przy krzyżu. Tak postępują rasowi dokumentaliści, tak postępują dziennikarze, którzy chcą rzetelnie przekazywać i rozpoznawać świat wokół nas.

Jak Pan ocenia przekaz medialny dotyczący wydarzeń przed Pałacem?
- Byłem na Białorusi, gdzie prowadziłem letnią szkołę muzyczną dla Polaków, wróciłem dopiero w nocy, po tygodniu, i nie wiem, jaki był przekaz medialny. Jestem od paru godzin tutaj, na miejscu, w związku z tym dalej nie wiem, co się dzieje w mediach, mam za to możliwość obserwowania wszystkiego tu, na miejscu.

Dostrzega Pan jakieś próby manipulowania tymi wydarzeniami?
- W tej chwili na przykład pojawiła się informacja, że obrońcy krzyża mieli dwa kije bejsbolowe, to zostało jednak zdementowane przez szefa straży miejskiej. Niektórzy dziennikarze próbowali natychmiast dorobić do tego jakąś czarną legendę, na szczęście im się to nie udało.

Co się działo w chwili, gdy próbowano rozpocząć uroczystość przeniesienia krzyża?
- To bardzo przykre, że część harcerzy i duchownych została wmanewrowana w ewidentną awanturę polityczną. Ale z drugiej strony ich postawa, kiedy usłyszeli twardą odmowę, apel i prośbę o pozostawienie krzyża ze strony tej grupy najbardziej wytrwałych obrońców, która całą noc trwała przy krzyżu i trwa nadal, to zachowali się godnie i odstąpili od tego zamiaru. Księża wycofali się, złożyli stuły, odwrócili się i poszli. Przykro tylko, że w tę awanturę zostały wplątane dzieciaki, niepełnoletnie druhny i druhowie, którzy tutaj przyszli. Wszyscy oni stali ze spuszczonymi ze wstydu głowami i patrząc w ziemię, płakali w momencie, kiedy obrońcy krzyża apelowali do nich, ażeby nie zaczynali swojej drogi życiowej od tego rodzaju działań.

Myśli Pan, że dobrze się stało, że na razie zostało tak jak jest i pozostawiono krzyż i jego obrońców w spokoju?
- To jest jedyne rozsądne rozstrzygnięcie, bo w przeciwnym razie musiałby zostać zastosowany wariant siłowy.

Jak i kiedy - według Pana - może się to skończyć?
- Nie mam przypuszczeń, patrzę i próbuję rejestrować to, co się dzieje.

Dziękuję za rozmowę.

NASZ DZIENNIK 2010-08-04

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 5 sierpnia 2010, 05:58

Niewiele już brakuje, by rządząca koalicja PO - PSL ukręciła łeb aferze hazardowej
Koledzy kryją Schetynę?



Hazardowa komisja śledcza nie zgodziła się na uzupełnienie materiałów komisji o logowania telefonów komórkowych byłego wicepremiera Grzegorza Schetyny (PO). Wniosek Beaty Kempy (PiS) poparli jedynie śledczy z opozycji. Materiały, o które występowała Kempa, mogłyby pozwolić potwierdzić lub wykluczyć ewentualne spotkania Schetyny z jego znajomym, przedsiębiorcą Ryszardem Sobiesiakiem. Dziś o godz. 12.00 komisja ma przystąpić do głosowania nad całością końcowego sprawozdania ze swoich prac.

Śledczy głosowali wczoraj nad złożonymi przez członków komisji poprawkami do końcowego sprawozdania z jej prac przygotowanego przez przewodniczącego komisji Mirosława Sekułę (PO). O tym, jakie będą wyniki śledztwa sejmowej komisji, przesądzał już jej skład, w którym większość przyznano śledczym z PO - PSL, mającym tropić aferę w szeregach własnej koalicji. I trzeba przyznać, że z postawionego przed nimi zadania wywiązywali się niemal celująco. Gdy ma się większość, można przecież przegłosować wszystko, nawet największą głupotę. Wystarczy tylko odpowiednia doza arogancji.
Komisja uchwaliła już m.in., że posłowie Platformy Obywatelskiej Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki nie prowadzili nielegalnego lobbingu - poprawkę z zapisem w tej sprawie zgłosił Franciszek Stefaniuk (PSL). Posłowie przyjęli, że premier Donald Tusk złożył przed komisją śledczą wiarygodne zeznania, a nawet, iż minister sportu Mirosław Drzewiecki nie był zorientowany, jakie propozycje zmian w ustawie hazardowej miało Ministerstwo Finansów, i że jego pismo do Ministerstwa Finansów, w którym wnosił - zgodnie z oczekiwaniami Sobiesiaka - o nierozszerzanie katalogu dopłat do gier, było konsekwencją tego niezorientowania.
Już chyba po raz ostatni Beata Kempa zwróciła się o uzupełnienie materiałów komisji śledczej o logowania telefonów komórkowych byłego wicepremiera Grzegorza Schetyny. Informacje w tej sprawie pozwoliłyby wskazać, w jakim miejscu znajdował się jego telefon komórkowy. Porównanie tych informacji do analogicznych, dotyczących telefonu przedsiębiorcy Ryszarda Sobiesiaka, pozwoliłyby na uprawdopodobnienie bądź wykluczenie, iż Schetyna spotykał się z Sobiesiakiem, aby przeforsować dla przedsiębiorcy z branży hazardowej korzystne zapisy ustawowe.
Kempa zwracała uwagę, iż w materiałach komisji brakuje bilingów telefonicznych oraz logowań telefonu prywatnego Schetyny, a informacje w tej sprawie, dotyczące telefonu służbowego byłego wicepremiera, urywają się 23 stycznia 2009 r., czyli zanim afera hazardowa nabrała rozpędu. - Brak tych materiałów jest zastanawiający i utrudnia komisji dojście do prawdy. Odrzucenie tego wniosku będzie ewidentną próbą tuszowania dowodów - mówiła Kempa. Według Sekuły, materiał w tej sprawie jest kompletny i nie ma potrzeby, aby go uzupełniać. Wniosek Kempy przepadł, gdyż został poparty jedynie przez nią samą oraz Andrzeja Derę (PiS) i Bartosza Arłukowicza (Lewica).
Co ciekawe, o materiały, których - jak się teraz okazuje - brakuje, komisja wnioskowała już w przeszłości. Wniosek o bilingi i logowania telefonów Schetyny budził wśród śledczych z Platformy olbrzymie emocje na początku grudnia ubiegłego roku, gdy padł z ust Kempy. Posłanka PiS relacjonowała wtedy, iż była nakłaniana, by go wycofała. Ostatecznie komisja wniosek przyjęła, ale - jak widać - nie była zainteresowana wyegzekwowaniem jego wykonania.
To nie jedyna próba utrudniania wyjaśnienia udziału, jaki w aferze hazardowej mógł mieć Schetyna. Warto przypomnieć, że sekretarz Kolegium do spraw Służb Specjalnych Jacek Cichocki, opracowując na polecenie Donalda Tuska kalendarium spotkań premiera w związku z pracami nad ustawą hazardową, "zapomniał" o pewnej istotnej kwestii. Nie uwzględnił w kalendarium, iż w spotkaniu szefa rządu z ministrem sportu Mirosławem Drzewieckim, do którego doszło po poinformowaniu premiera przez szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusza Kamińskiego o tym, co dzieje się wokół ustawy hazardowej, udział wziął również Grzegorz Schetyna. Można było to traktować jako próbę ukrycia - z niewiadomych powodów - udziału Schetyny w tym spotkaniu.
Aby jednak nie było żadnych wątpliwości, w raporcie uwzględniono zapis, iż "jako bezpodstawne należy uznać sugestie, jakoby w nielegalnym lobbingu brał udział były wicepremier Grzegorz Schetyna".

Co robili na cmentarzu?

Śledczy z opozycji złożyli m.in. mnóstwo poprawek dotyczących drobnych sformułowań używanych w raporcie przez Sekułę. Sformułowania przewodniczącego podważały wiarygodność zeznań członków rządu Prawa i Sprawiedliwości bądź byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego i wybielały jego politycznych kolegów. Zbigniew Chlebowski czy Mirosław Drzewiecki najczęściej przed komisją "zeznawali", ale już Mariusz Kamiński czy członkowie PiS już nie "zeznawali", lecz "starali się przekonać komisję" czy też "przedstawiali własną opinię". Sekuła tłumaczył, iż zastosowanie tego typu zwrotów było pewną próbą oceny zeznań świadków.
Z aferą hazardową na pewno zawsze będzie się kojarzyć spotkanie byłego szefa klubu Platformy i przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych Zbigniewa Chlebowskiego z przedsiębiorcą Ryszardem Sobiesiakiem. Obaj, zeznając przed komisją, pytani, o czym rozmawiali, zasłaniali się niepamięcią. Komisja śledcza stwierdziła jednak, choć nie wiadomo, na podstawie jakich dowodów, o czym nie rozmawiali. Sekuła w swoim raporcie zastosował kolejny trik i napisał, iż "Komisja wskazuje, że zgromadzony w niniejszej sprawie materiał dowodowy nie pozwala na przyjęcie, że podczas spotkania, jakie odbyło się w dniu 31 sierpnia 2009 r. z udziałem Zbigniewa Chlebowskiego i Ryszarda Sobiesiaka, świadkowie rozmawiali na temat prac legislacyjnych nad ustawą o grach liczbowych i zakładach wzajemnych (...)". Bartosz Arłukowicz zauważył, iż komisja nie może jednak wykluczyć, że o ustawie hazardowej rozmawiali. I taki właśnie zapis, a nie ten proponowany przez Sekułę, w końcowym sprawozdaniu powinien się znaleźć. Wykluczyć rozmowy o ustawie hazardowej nie można, tym bardziej że Sobiesiak nie tylko lobbował u Chlebowskiego za korzystnymi dla siebie zapisami ustawowymi, ale wręcz udzielał mu reprymendy, iż ten niewystarczająco szybko załatwia jego sprawy. Ponadto spotkanie, do którego doszło na cmentarzu, aranżowane było przez osobę trzecią, co może wskazywać, iż miało mieć tajny charakter i - z niewyjaśnionych powodów - nikt o nim nie powinien się dowiedzieć.
Od czasu do czasu byliśmy jednak świadkami przebłysków opamiętania. Sekuła w swoim projekcie raportu zapisał m.in., że winne przecieku o akcji CBA w sprawie hazardowej do biznesmenów branży hazardowej jest samo CBA. Mimo iż komisja nie ma na to żadnych dowodów. Manewr ten nosi znamiona zemsty za wskazywanie kancelarii premiera jako źródła przecieku. To CBA złożyło do prokuratury zawiadomienie o przecieku. A Mariusz Kamiński sugerował, iż jego źródłem jest osoba z ekipy Tuska. Arłukowicz zaproponował, aby zmienić zapis dokonany przez Sekułę i stwierdzić, że "zgromadzony materiał dowodowy nie pozwala na jednoznaczne wskazanie jednego źródła przecieku informacji". Poprawka przeszła dzięki poparciu śledczych z opozycji przez Franciszka Stefaniuka.
Artur Kowalski

NASZ DZIENNIK 2010-08-05

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 6 sierpnia 2010, 06:17

Komisja hazardowa, przy sprzeciwie śledczych z klubów opozycyjnych, przyjęła sprawozdanie ze swoich prac
Platforma przegłosowała, co chciała



"Nie ma i nie było żadnej afery hazardowej, nie ma żadnych winnych" - śledczy z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego mieli w komisji większość i przegłosowali, jak wygląda prawda. Na to jednak, iż sprawa jest dla koalicji rządzącej superważna, wskazuje chociażby to, że jej posłom w wyniku ignorowania faktów, dowodów i ustaleń komisji opłacało się narazić na wstyd i hańbę, byle tylko zamieść aferę pod dywan.

Mylić musiał się też w takim razie premier Donald Tusk, który chyba za niewinność doprowadził do dymisji ze stanowisk rządowych Grzegorza Schetynę i Mirosława Drzewieckiego, a Zbigniewa Chlebowskiego z funkcji przewodniczącego klubu i szefa sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Dymisje w rządzie Tuska, w sytuacji, gdy ponoć żadnej afery nie było, są jedną z większych nierozwikłanych zagadek afery hazardowej.
Koalicja PO - PSL, która pokazała wczoraj siłę, ukręcając łeb całej aferze, dała sygnał, że przynajmniej do końca kadencji żadna afera, w której padałyby nazwiska osób z rządzącej koalicji, już nie ujrzy światła dziennego. Nie będzie żadnej służby, która byłaby zdolna do tropienia nieuczciwości w obozie rządzących, ale też "jakby coś", to wbrew wszelkim faktom i logice sprawę zamiecie się pod dywan.
Sygnał otrzymały też różnego rodzaju "Ryśki", iż teraz bez żadnych zahamowań mogą wymagać od swoich kolegów z Platformy pisania ustaw pod dyktando i rugać ich, jeżeli ci niewystarczająco szybko załatwiają dla nich sprawy. A koledzy z Platformy już bez skrępowania i bez potrzeby organizowania tajnych spotkań na cmentarzu czy stacji benzynowej będą mogli kontaktować się ze swoimi mocodawcami i meldować im: "na 90 procent Rysiu, że załatwimy". A teraz, kiedy nie będzie już "węszyć" CBA, to nie na 90 proc., lecz nawet na 100 procent.
Platforma z ludowcami w sprawozdaniu końcowym z prac komisji przeforsowali zapis m.in., iż politycy PO, których nazwiska padają w kontekście afery hazardowej, wcale nie dopuścili się nielegalnego lobbingu oraz że w sprawie afery hazardowej nie ma podstaw do zawiadomienia prokuratury. - Sprawozdanie oskarża ludzi niewinnych, a oczyszcza tych, którzy brali czynny udział w sprawie. To wstyd - komentował wiceprzewodniczący komisji Bartosz Arłukowicz (Lewica). Beata Kempa (PiS) zastrzegła, by decyzji komisji nie utożsamiać z nią jako członkiem tej komisji. - Platforma Obywatelska pokazała, jak można zabić prawdę. Na tej sali zaczęła się dyktatura. To znakomity spektakl tego, jak zamiatać afery pod dywan - mówiła Kempa.
Ci z członków komisji, którzy nie zgodzili się z raportem przyjętym przez komisję głosami śledczych z PO i PSL, mają jeszcze prawo złożyć zdanie odrębne do sprawozdania. Choć nie ma żadnej potrzeby, aby w sprawie tych zdań odrębnych zbierała się komisja śledcza - wczoraj odbyło się jej ostatnie posiedzenie - a zgodnie z uchwałą Sejmu śledczy mogą pracować do końca września. Przewodniczący Mirosław Sekuła (PO) dał tylko jedną dobę na złożenie zdania odrębnego. Zdaniem Arłukowicza, Sekuła złamał wszelkie zasady demokracji, szacunku dla demokracji i procedury. - Przewodniczący postąpił dzisiaj w sposób niegodny, w sposób, który pokazuje, jak bardzo można nie szanować prawa, jak bardzo można nie szanować prawa do głosu. Przewodniczący po prostu boi się tych zdań odrębnych, bo to będzie formalny dokument i zwyczajnie obleciał go strach - powiedział Arłukowicz. Sekuła, opuszczając salę posiedzeń po zamknięciu obrad komisji, rzucił, iż dał tylko dobę na złożenie zdania odrębnego, gdyż później wybiera się na urlop. Nie było już jednak nikogo, kto by krzyknął: "Do roboty, panie Sekuła". Andrzej Dera (PiS) zapewniał jednak, że mimo prób utrudniania prac członkom komisji przez przewodniczącego Sekułę, śledczy z PiS złożą dzisiaj swoje zdanie odrębne do raportu komisji.
Posłowie PiS zaapelowali wczoraj do marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny, aby w sytuacji, gdy przewodniczący Sekuła nie chce wykonywać swoich obowiązków, sam, korzystając z uprawnień marszałka, zwrócił się do prokuratury, by ta udostępniła śledczym jego bilingi telefoniczne. O to komisja już oficjalnie występowała. Sekuła nie dopilnował jednak, albo nie chciał dopilnować, aby wszystkie billingi Schetyny do komisji dotarły. Według Kempy, obecnie nie da się wyjaśnić wszystkich wątpliwości związanych z rolą Schetyny w aferze hazardowej. Zdaniem posłanki PiS, z materiałów będących już w posiadaniu komisji wynika, iż jest bardzo prawdopodobne, że Schetyna spotkał się z przedsiębiorcą Ryszardem Sobiesiakiem w jego domu.
Artur Kowalski

NASZ DZIENNIK 2010-08-06

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 6 sierpnia 2010, 07:01

longinus9 pisze:Według Kempy, obecnie nie da się wyjaśnić wszystkich wątpliwości związanych z rolą Schetyny w aferze hazardowej. Zdaniem posłanki PiS, z materiałów będących już w posiadaniu komisji wynika, iż jest bardzo prawdopodobne, że Schetyna spotkał się z przedsiębiorcą Ryszardem Sobiesiakiem w jego domu.
I taka szuja jak Schetyna został Marszałkiem Sejmu Polskiego !
Brawo lemingi i wykształciuchy. Dokonaliście wspaniałego wyboru. Wam tylko dać kartkę wyborczą do ręki, to szybko Polskę, Ojczyznę naszą, do ruiny i bankructwa doprowadzicie.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 6 sierpnia 2010, 09:00

Jeszcze Polska...

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 7 sierpnia 2010, 04:47

Szermierz prezydentem


Podobnie jak w Polsce, także i na Węgrzech doszło wczoraj do zaprzysiężenia nowego prezydenta. Głową państwa został 68-letni Pal Schmitt, członek rządzącego Fideszu, były mistrz olimpijski w szermierce. Najwyższy urząd w państwie przejął od socjalisty Laszlo Solyoma. Media spekulują, że Schmitt nie będzie politykiem niezależnym, lecz wiernym wykonawcą partyjnych dyrektyw.

Nowy prezydent w swoim orędziu zwrócił uwagę przede wszystkim na znaczenie konstytucji. Mając na uwadze to, że prawdopodobnie za obecnej kadencji dojdzie do zmiany ustawy zasadniczej, zaznaczył, że postara się, aby jego ojczyzna miała konstytucję opartą na jak najszerszym porozumieniu narodowym oraz prawa szanujące wszystkich obywateli. Na początku sierpnia Fidesz zapowiedział, iż projekt nowej konstytucji ma być gotowy do marca 2011 roku. Schmitt podkreślił, że w pełni popiera projekt nowelizacji ustawy zasadniczej, który w jego opinii pozwoli na zjednoczenie całego narodu węgierskiego, a jednocześnie ostatecznie doprowadzi do zakończenia postkomunistycznej transformacji.
Jeszcze przed oficjalnym zaprzysiężeniem na urząd Schimtt obiecywał zachować pełną neutralność partyjną i działać dla dobra wszystkich stron. Opisywał siebie jako "gracza drużynowego", który nie będzie chciał stanowić przeciwwagi dla rządu. Według niego, jest to bowiem rola opozycji, on sam zaś będzie się starał zachowywać równowagę w relacjach z obiema stronami. Opozycja jednak nie wierzy w słowa nowej głowy państwa. Jej przedstawiciele wielokrotnie podkreślali, że jako lojalny członek Fideszu Schmitt nie będzie wiarygodnym prezydentem wszystkich rodaków.
Przeciwne nowemu prezydentowi były także media. Część z nich określiła wybór Schmitta na to stanowisko jako wyraz chęci przejęcia przez Victora Orbana pełni władzy w kraju. Węgierska prasa uznała, że jest to groźna sytuacja dla demokracji, kiedy w ręku jednej partii skupione są stanowiska premiera, prezydenta i przewodniczącego parlamentu. Niemieckojęzyczna gazeta wydawana na Węgrzech "Paster Lloyd" opisała Schmitta jako "marionetkę autokraty". Określiła, iż wybór prezydenta nastąpił praktycznie poprzez "deklamację Orbana". Gazeta pisze, że w związku z tym Schmitt będzie jedynie "wiernym sługą swojego pana, który podpisze wszystko, co rząd Orbana mu podsunie".
Węgierski prezydent pełni jednak głównie funkcje reprezentacyjne. Ma prawo m.in. odesłać ustawę do ponownego przeanalizowania przez parlament, a także wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o opinię na jej temat, ale jeśli posłowie będą przy niej obstawać, musi ją podpisać. Mianuje także niektórych kluczowych urzędników, w tym prezesa Narodowego Banku Węgier, a także członków rady monetarnej, sędziów i ambasadorów. Pal Schmitt słynie w swoim kraju głównie z faktu dwukrotnego zdobycia złotego medalu olimpijskiego w szermierce. Po medale sięgał w roku 1968 i 1972. W polityce zaczął działać w 1983 roku. Przez sześć lat był sekretarzem generalnym Węgierskiego Komitetu Olimpijskiego, a od 1989 do 2010 roku jego prezesem. Należy też do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Pomimo objęcia funkcji prezydenta nadal pozostaje szefem WKOl. W latach 1993-1997 był ambasadorem w Madrycie, a w latach 1998-2002 w Bernie. W latach 2004-2010 zasiadał w Parlamencie Europejskim.
Łukasz Sianożęcki

NASZ DZIENNIK 2010-08-07

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 9 sierpnia 2010, 05:53

W Samarze zrobiono w Tu-154M mozaikę niefabrycznych elementów amerykańskich i rosyjskich. TAWS, komputery pokładowe, systemy nawigacji, odbiorniki GPS i radar były amerykańskie. Sama łączność była częściowo amerykańska, a częściowo rosyjska.
Do tego wyświetlacze w kokpicie amerykańskie, ale za to wysokościomierze, prędkościomierze, chyłomierze i - co najważniejsze - autopilot były już rosyjskie. Tak samo komputer nawigacyjny lądowania, ILS, radiokompasy i system żyroskopowy

Przeraża mnie to, co zrobiono w Samarze z Tu-154M


Z Nikołajem Wasylenką, inżynierem konstruktorem, byłym pilotem oblatywaczem (16 tys. godzin w powietrzu, wylatanych na różnych typach statków powietrznych cywilnych i wojskowych), wieloletnim pracownikiem rosyjskich państwowych linii lotniczych Aerofłot, rozmawia Marta Ziarnik

Spotkał się Pan z podobnymi katastrofami z udziałem Tu-154 jak ta z 10 kwietnia na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj?
- Na wstępie chciałbym złożyć najgłębsze wyrazy współczucia polskim kolegom, pilotom i rodzinom ofiar - zarówno pasażerów, jak i załogi samolotu, stewardes oraz generałów.
Jeśli zaś chodzi o pani pytanie, to najpierw chciałbym wyjaśnić, że samolot Tu-154 wzorowany jest na Boeingu 727. Z tą różnicą, że tupolew ma gorsze silniki - cięższe i mniej wydajne - i gorsze wyposażenie elektroniczne, przez które liczebność załogi wzrosła dwukrotnie w stosunku do amerykańskiego pierwowzoru. Dla mnie to od początku była konstrukcja nieudana. Świadczyło o tym chociażby to, że zaraz po wprowadzeniu maszyn Tu-154 doszło do dwóch całkowicie niewyjaśnionych katastrof w Pradze i w Kijowie, a później także do wielu innych, podobnych katastrof. My, piloci, często ten samolot nazywaliśmy "latającą trumną". A to właśnie przez te wszystkie katastrofy, gdzie albo nie wiadomo było, co się stało, albo zrzucano winę na pilotów. Tymczasem w rzeczywistości bardzo często było tak, że piloci nic już nie mogli zrobić - np. gdy była usterka systemów, gdy samolot wpadł w turbulencję, lub też gdy był źle wyważony. To są właśnie takie dwie pięty achillesowe wspomnianej konstrukcji - wyważenie i turbulencje.

O co chodzi z tym wyważeniem?
- Chodzi o to, że środek ciężkości, który jest z tyłu - czyli tam, gdzie ciężkie, duże silniki - przesuwa się w czasie zejścia do lądowania. Dlatego samolot musi być idealnie wyważony. W dodatku prędkość na podejściu najbezpieczniej jest ustawić według masy samolotu, i dlatego trzeba dokładnie wiedzieć, ile on waży. Czyli piloci muszą wszystko przed lądowaniem podliczyć - zarówno wagę przewożonego ładunku, samego samolotu, jak i pozostałość paliwa.
Równie ważne jest unikanie turbulencji, bo te albo wprowadzają samolot w korkociąg, albo w świecę, albo w oscylacje, a wtedy już nic się nie da zrobić. Wiadomo, że zawsze walczy się do końca, ale ostatecznie i tak samolot spada i się rozbija. Dokładnie to zdarzyło się bardzo niedawno, gdy rozbił się u nas, koło Doniecka, samolot Tu-154 rosyjskich linii Pułkowo. Widziałem, jak to się stało, bo byłem wtedy na miejscu. I choć piloci walczyli do końca, jednak w wyniku turbulencji nastąpiło przeciągnięcie, po którym spadli na ogon i wszyscy zginęli.

Do ilu tego typu katastrof z udziałem Tu-154 dotychczas doszło?
- Z tego, co mi wiadomo, to w ciągu ostatnich 40 lat w katastrofach tego typu samolotów - we wszystkich jego wersjach (i to nie licząc porwań) śmierć poniosło już kilka tysięcy osób. Na około 1000 samolotów Tu-154, które opuściły fabryki (nie licząc prototypów, to mniej niż 1000), aż około 110 miało różne wypadki. Z czego nastąpiło 65 katastrof, no i ta ostatnia - 66. Samolot ten jest bardzo niebezpieczny.

Dlaczego więc maszyny te są w ciągłym użytku?
- W europejskiej części Rosji już praktycznie nie używa się Tu-154 w żadnych liniach lotniczych. Chyba jedynie Gazpromavia jeszcze ma ich kilka. Ale komercyjne linie lotnicze ich nie używają, bo kto by wsiadł to tupolewa? Dlaczego także sam Aerofłot ma boeingi i airbusy, a nie lata już Tu-154? Właśnie dlatego, że nikt już nie wybierze linii, które mają na wyposażeniu niebezpieczne samoloty.

Ale to właśnie takim modelem samolotu leciał prezydent RP z delegacją na uroczystości do Katynia.
- Sam się dziwię, dlaczego prezydent Polski używał tych samolotów. Pewnie dlatego, że wy, Polacy, mieliście już całą bazę techniczną, wszystkich przeszkolonych ludzi, inżynierów, pilotów, wieloletnie doświadczenie eksploatacyjne, części zamienne do tych samolotów, przyzwyczajonych pracowników na lotniskach i sprzęt naziemny przystosowany dla Tu-154. Ale trzeba było jednak to wszystko odsprzedać, personel przekwalifikować i kupić nowe samoloty, np. Tu-204, albo Ił-96. To są bezpieczne i perspektywiczne maszyny. Można je było wyleasingować. Dużo łatwiej byłoby też przekwalifikować personel i wykorzystać już posiadaną infrastrukturę.

Co, Pana zdaniem, spowodowało katastrofę polskiego samolotu rządowego pod Smoleńskiem?
- W przypadku polskiego Tu-154M o numerze bocznym 101 mogło dojść do usterki. W tych samolotach często do nich dochodzi. Natomiast wspólne z Rosjanami ogłoszenie już pierwszego dnia po katastrofie, że zawinili polscy piloci, było na pewno błędem śledczych. A potem, jak Rosjanie już znaleźli skrzynkę FDR, z której na pewno wynika, co się faktycznie stało, to bali się ją ujawnić, żeby się nie skompromitować. I to mówię zarówno o Rosjanach, jak i Polakach. Zresztą zawsze wszystkim na rękę jest obwinić nieżyjących i dlatego upublicznili tylko transkrypcję CVR, a FDR jest utajnione.

Jeśli już jesteśmy przy tych zapisach z czarnych skrzynek, to co Pan - jako doświadczony pilot - może o nich powiedzieć?
- Czytałem tę transkrypcję i z całym przekonaniem muszę powiedzieć, że 10 kwietnia polscy piloci Tu-154M walczyli do końca, próbowali sterować samolotem. Tam są zarejestrowane dźwięki autopilota, dźwięki, że został wyłączony we wszystkich trzech kanałach automatycznego sterowania - a są to: stabilizator, automat ciągu i kanał podłużny w Tu-154.

Jak więc to się ma do tych wszystkich oskarżeń padających ze strony Rosjan, a zwłaszcza ze strony rosyjskich kontrolerów lotów?
- Widziałem wypowiadającego się w telewizji kontrolera lotów - płk. Pawła Plusnina, który oświadczył, że on wydawał polecenia załodze, a ona go nie słuchała i próbowała siadać. To niebywałe! Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby po katastrofie wypowiadał się kontroler lotów. A po wtóre, w transkrypcji CVR nie ma zarejestrowanego tego, co on mówił, czyli że kazał pilotom coś wykonać, a oni go nie słuchali. Tam przecież nie ma w ogóle takich fragmentów. Plusnin twierdził też, że polscy piloci nie znali rosyjskiego, a przecież w transkrypcji z nagrania nie ma żadnego błędu językowego pilota. On mówił po rosyjsku tak, jak się mówi, i do tego płynnie.

A zarzuty o rzekome dążenie pilotów do lądowania za wszelką cenę, z obawy przed bliżej niesprecyzowanymi "konsekwencjami"?
- Przyznam szczerze, że zarówno ja, jak i moi przyjaciele piloci byliśmy bardzo zaskoczeni, kiedy 1 czerwca podano w telewizji, że niby "polską komisję interesuje przede wszystkim to, dlaczego piloci zdecydowali się na lądowanie w trudnych warunkach atmosferycznych i kto mógł wpłynąć na ich decyzję". Przecież to nieprawda. Piloci nie chcieli lądować, bo wtedy się wydaje komendę "siadamy", a jeśli chce się odlecieć, to się wydaje komendę "odchodzimy". Tutaj była właśnie komenda "odchodzimy", czyli piloci z całą pewnością nie chcieli lądować. No chyba że już pod koniec, gdy chcieli lądować awaryjnie, kiedy z 80 metrów nie udała się próba odejścia na normalną wysokość drugiego kręgu, czyli 500 metrów.
Teoria, że generał, dowódca Sił Powietrznych, albo prezydent Polski rozkazali pilotom lądować za wszelką cenę, może być tylko głoszona przez niedojrzałych ludzi, którym jedynie zdaje się, że są ekspertami. Byłaby to pierwsza w dziejach taka katastrofa. Nieprawdopodobna wydaje mi się także teoria spiskowa. Rosji nie zależałoby na tym, żeby podjąć tak ogromne ryzyko, jak zamach na własnym terytorium na prezydenta innego kraju. Dla mnie najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy była usterka elektroniki pokładowej. Osobiście latałem tymi samolotami i wiem, że za każdym razem, gdy wypuszczano nową wersję, były problemy z elektroniką.

O jakiego typu problemach Pan mówi?
- Chociażby, kiedy powstał Tu-154B, były poważne problemy z montażem częściowo francuskiej produkcji elementów nawigacyjnych. To nie chciało wszystko współgrać. Dlatego kolejne wersje tego samolotu nie miały już obcych elementów. Taki sam problem był prawdopodobnie w przypadku Tu-154M, czyli w tej wersji, której używał wasz prezydent.
Przeraża mnie właśnie to, co zrobiono z tym samolotem w Samarze. Zrobiono tam przecież mozaikę niefabrycznych elementów amerykańskich z rosyjskimi. TAWS był amerykański, tak samo jak komputery pokładowe, systemy nawigacji, odbiorniki GPS i radar. Sama łączność była częściowo amerykańska, a częściowo rosyjska. Do tego wyświetlacze w kokpicie amerykańskie, ale wysokościomierze, prędkościomierze, chyłomierze i - co najważniejsze - autopilot, były rosyjskie. Także komputer nawigacyjny lądowania, ILS, radiokompasy i system żyroskopowy były rosyjskie. Jak to wszystko miało ze sobą współgrać?

Ale przecież ta - jak Pan to określa - "mozaika" musiała być kompatybilna.
- Jak już mówiłem, szalenie ciężko to wszystko ze sobą połączyć. Trzeba było albo wszystko usunąć i dać wszystkie elementy amerykańskie. Ale jeśli już, to tego nie należało robić w Samarze, a w Izraelu (firma Israeli Aerospace Industries - IAI, chętnie realizuje takie zlecenia, również samolotów rosyjskich). Albo też należało zamontować pasujące elementy rosyjskie. W Rosji robi się urządzenia nawigacyjne, które są bardzo nowoczesne. Tak samo i radar, i komputery. TAWS też nie trzeba było montować amerykańskiego, tylko rosyjski. A proszę pamiętać, że TAWS rosyjski jest lepszy o tyle od amerykańskiego, że działa także w Rosji, a amerykański już nie. W dodatku TAWS rosyjski jest skuteczniejszy, szybszy i łatwiejszy w obsłudze. Tego typu urządzenia produkowane są w zakładach w Petersburgu i w Kijowie. Także GPS robi się w Rosji - w zakładach w Saratowie. Taki system z całą pewnością nie kłóciłby się z innymi urządzeniami samolotu.
Trzeba też dodać, że taka konstrukcja systemów samolotu, jaka pozostała po remoncie w Samarze, w zakładach należących do Olega Deripaski, który jest przecież przyjacielem premiera Władimira Putina, była bombą zegarową, i to był tylko przypadek, że ten samolot rozbił się w Smoleńsku, a nie np. w Warszawie albo Gdańsku. Czytałem w polskiej prasie, że po odbiorze z Samary samolot Tu-154M 101 miał bardzo wiele usterek elektroniki pokładowej. To niestety usterki bardzo niebezpieczne i - co najważniejsze - powtarzalne! Reasumując, wypadek mógł być wynikiem błędnej strategii kompatybilności urządzeń amerykańskich z rosyjskimi.
Na marginesie muszę dodać, że każdy kraj ma swoje służby specjalne - także Polska i Rosja. Jest więc tak, że jak remontuje się samolot w Rosji, to są tam instalowane przez służby specjalne pewne urządzenia, powiedzmy sobie, że takie "dodatkowe". A wtedy polskie służby instalują swoje urządzenia, które mają wykryć te rosyjskie. To wszystko też daje wypadkową, która bardzo pogarsza działanie i bezpieczeństwo elektroniki w samolocie.

A czy ten brak kompatybilności mógł wpłynąć także na problemy z ustaleniem dokładnego czasu katastrofy?
- Oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, że według czarnej skrzynki czas ustania zapisu to 10:41, a samolot kilka sekund przed katastrofą ściął przewody linii wysokiego napięcia - było to o godzinie 10:39. Przy czym ten drugi czas jest bezwzględny, bo pochodzi z serwera komputerowego elektrowni atomowej. A więc w systemach pokładowych musiał być ustawiony zły czas. Źródłem czasu jest deszyfrator centralny, a więc system analogowy, którego zegar taktuje i wyznacza gradient czasu dla czarnych skrzynek, a ten czas jest identyczny jak wszystkich innych systemów pokładowych. To dodatkowo świadczy o tym, że remont w Samarze mógł być źle wykonany i zawiodła nie tylko kompatybilność urządzeń, ale źle je podłączono. Jeżeli system pomiaru czasu w samolocie taktował o 2 minuty z opóźnieniem, mogło to mieć niesamowite konsekwencje, szczególnie pod względem elektroniki, działalności systemów różnicowych nawigacji lotniczej, transpondera łączności i innych urządzeń. Stąd samolot miał tak wiele awarii elektroniki i nawigacji po tym remoncie. Jak już wspomniałem, moim zdaniem, ta katastrofa była tylko kwestią czasu. I właśnie to będzie chciała ukryć strona rosyjska. A Polacy też z jakichś względów działają tak, jakby nie chcieli poznać prawdy, a wręcz przeciwnie. Mają przecież dane z polskiej czarnej skrzynki ATM-QAR, czyli rejestratora szybkiego dostępu, które odczytali, ale ich nie ujawnili. Czyli nie chcą ich ujawnić, bo zburzyłoby to już wypracowaną tezę o błędzie pilotów.

Dziękuję za rozmowę.


NASZ DZIENNIK 2010-08-09


Tu-154M nie był udaną konstrukcją. Tuż po wprowadzeniu tych maszyn wydarzyły się dwie całkowicie niewyjaśnione katastrofy w Pradze i w Kijowie. My, piloci, często ten samolot nazywaliśmy "latającą trumną".

Na ok. 1000 samolotów Tu-154, które opuściły fabryki, aż 110 miało różne wypadki.

Wspólne z Rosjanami ogłoszenie już pierwszego dnia po katastrofie, że zawinili polscy piloci, było na pewno błędem śledczych. Po znalezieniu skrzynki FDR, z której na pewno wynika, co się faktycznie stało, Rosjanie bali się ją ujawnić, żeby się nie skompromitować.

Czytałem transkrypcję rozmów w kokpicie polskiego tupolewa. I z całym przekonaniem mówię, że 10 kwietnia, walcząc o życie swoich pasażerów i własne, próbowali sterować samolotem do końca. Świadczą o tym zarejestrowane dźwięki autopilota wyłączanego we wszystkich trzech kanałach automatycznego sterowania: stabilizatora, automatu ciągu i kanału podłużnego.

Widziałem wypowiadającego się w telewizji kontrolera lotów - płk. Pawła Plusnina, który oświadczył, że wydawał polecenia załodze, a ona go nie słuchała i próbowała siadać. To niebywałe. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby po katastrofie wypowiadał się kontroler lotów.

W transkrypcji CVR nie ma zarejestrowanych słów, jakoby kontroler kazał pilotom coś wykonać, a oni go nie słuchali. Tam przecież nie ma w ogóle takich fragmentów. Plusnin twierdził też, że polscy piloci nie znali rosyjskiego, a przecież w transkrypcji z nagrania nie ma ani jednego błędu językowego pilota. Major Arkadiusz Protasiuk mówił po rosyjsku tak, jak się mówi, i do tego płynnie.

Przyznam szczerze, że zarówno ja, jak i moi przyjaciele piloci byliśmy bardzo zaskoczeni, kiedy 1 czerwca podano, że "polską komisję interesuje przede wszystkim to, dlaczego piloci zdecydowali się na lądowanie w trudnych warunkach atmosferycznych i kto mógł wpłynąć na ich decyzję". Przecież to nieprawda. Piloci nie chcieli lądować, nie padła komenda "siadamy", a "odchodzimy".

Moim zdaniem, kiedy z 80 metrów nie udała się próba odejścia na normalną wysokość drugiego kręgu, czyli 500 metrów, próbowali lądować awaryjnie.

Teoria, że generał, dowódca sił powietrznych albo prezydent Polski rozkazali pilotom lądować za wszelką cenę, może być wygłaszana tylko przez kompletnie niedojrzałe osoby mieniące się "ekspertami".

Konstrukcja systemów Tu-154M, jaka pozostała po remoncie w Samarze, w zakładach należących do Olega Deripaski, który jest przecież przyjacielem premiera Władimira Putina, była bombą zegarową.

Jak wiadomo, każdy kraj ma swoje służby specjalne, Polska i Rosja też. Jest więc tak, że jak remontuje się samolot w Rosji, to są tam instalowane przez służby specjalne pewne urządzenia, powiedzmy sobie, iż "dodatkowe". A wtedy polskie służby instalują swoje urządzenia, które mają wykryć te "dodatkowe". To wszystko daje wypadkową, która bardzo pogarsza działanie i bezpieczeństwo elektroniki w samolocie.

Polacy z jakichś względów nie wydają się chcieć poznać prawdy, a wręcz przeciwnie. Macie przecież dane z polskiej czarnej skrzynki ATM-QAR, czyli rejestratora szybkiego dostępu, które odczytano, ale nie ujawniono. Czyżby ich ujawnienie groziło zburzeniem już wypracowanej tezy o błędzie pilotów?

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 10 sierpnia 2010, 07:21

W tajemniczych okolicznościach spłonął dom przedwojennego działacza Związku Polaków w Niemczech uznany przez władze Brandenburgii za chroniony pomnik kultury
Komu przeszkadza pamięć o Janie Baczewskim



Do 1939 roku Polacy w Niemczech posiadali status oficjalnej mniejszości narodowej, mieli nawet swojego przedstawiciela w jednym z przedwojennych krajowych parlamentów (Preussischer Landtag). Był nim wielki polski patriota, bojownik o polskość na niemieckiej ziemi Jan Baczewski. Jego wnuczki, widząc, z jak wyjątkową niedbałością traktowany jest dom, w którym przed wojną mieszkał ich dziadek, zastanawiają się, dlaczego lokalne władze przez tyle lat lekceważyły pamięć o ich przodku.

Mały drewniany dom w podberlińskiej miejscowości Rangsdorf od 1928 do 1940 roku należał do rodziny Jana Baczewskiego, niemieckiego obywatela posiadającego korzenie polskie, prekursora i założyciela organizacji mniejszościowych w Niemczech. W dniu agresji Niemiec na Polskę 1 września 1939 roku, został on podobnie jak wielu innych polskich działaczy aresztowany we własnym domu i zesłany do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Jego dom przejął funkcjonariusz NSDAP. Jan Baczewski przeżył wojnę. Powrócił do Polski. Zmarł w Gdańsku w 1958 roku.

Trudno być Polakiem w Niemczech

Mieszkające obecnie w Berlinie wnuczki Baczewskiego Gabriela i Elżbieta z dumą opowiedziały "Naszemu Dziennikowi", jakim wielkim patriotą był ich dziadek, który walczył o prawa mniejszości polskiej w Niemczech. Gabriela Baczewska-Pazda często przytaczała słowa dziadka: "Być Polakiem w Polsce to łatwo, być Polakiem w Niemczech to trudniejsze, ale być Polakiem w Niemczech i walczyć o polskość, to już trzeba zapisać na osobnej kartce". A on był także mniejszościowym posłem do sejmu Prus (1922-1928), zawsze dbał o interesy Polaków i o nie walczył. Jak poinformowała wnuczka Baczewskiego, najpierw jej dziadek był reprezentantem polskiej mniejszości w sejmie pruskim, a później oficjalnie występował w imieniu innych mniejszości zamieszkujących w tamtym okresie na ziemiach niemieckich. Jan Baczewski w latach 1919-1920 kierował polską akcją plebiscytową na Warmii. Zainicjował działalność Związku Polaków w Prusach Wschodnich i Towarzystwa Szkolnego w Olsztynie (1920). Był współtwórcą Związku Polaków w Niemczech (1922) oraz założycielem Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech (1924). W 1932 r. zapoczątkował działalność Związku Polskich Towarzystw Szkolnych.
W przeszłości Polacy musieli walczyć o status mniejszości narodowej, a teraz zabiegają o przywrócenie im tego statusu. - To nasz dziadek jako jeden z pierwszych walczył w pruskim parlamencie o uznanie w Niemczech polskiej mniejszości narodowej - zaznaczyła Gabriela Baczewska-Pazda.
Po wojnie dom często zmieniał właścicieli. Synowie Baczewskiego, począwszy od 1959 roku, przez dziesięciolecia próbowali odzyskać skradzioną przez nazistów posiadłość. Przez wiele lat lokalne niemieckie władze nie wykazywały żadnego zainteresowania jakimkolwiek uhonorowaniem polskiego działacza w Rangsdorfie. - Wszelkie podejmowane przez naszego ojca próby rozmów z władzami i z przedstawicielami mieszkańców Rangsdorfu zawsze kończyły się brakiem zainteresowania - oświadczyła jedna z wnuczek.
Przez siedemdziesiąt lat władze lokalne udawały, że nie rozumieją tych próśb, i do 2009 roku prawie całkowicie lekceważyły pamięć o parlamentarzyście, znanym w tamtym czasie w Rangsdorfie.
Wieloletni upór pań Baczewskich złamał w końcu niechęć niemieckich władz Brandenburgii. W 2009 roku dość nieoczekiwanie Wydział Ochrony Zabytków w Brandenburgii i krajowe Muzeum Archeologii uznało Dom Baczewskiego (Wohnhaus Baczewski) za pomnik kultury. Tym samym budynek stał się obiektem chronionym przez państwo. Urzędnicy w piśmie stwierdzającym ten fakt przypominają, że ma on dla miasta znaczenie historyczne i polityczne, mieszkał w nim znany działacz polonijny i poseł na sejm pruski Jan Baczewski. - Ten dom jest dowodem na to, w jaki sposób niemieccy naziści obchodzili się ze swoimi przeciwnikami - twierdzi jedna z wnuczek polskiego działacza.

Tajemnicza tablica

Według rodziny Baczewskich, po decyzji władz z domem i jego otoczeniem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. - Teren od dawna był zaniedbany przez obecnego właściciela i pomimo decyzji o ustanowieniu tego miejsca pomnikiem kultury nadal nikt nie zajmował się obiektem - powiedziała Gabriela Baczewska-Pazda. Pewnego dnia razem z siostrą zauważyły w ogrodzie tuż przed domem dziwną tablicę z jeszcze dziwniejszym napisem:
"W tym domu od 1932 do 1939 roku mieszkał prusko-polski Żyd [co nie jest prawdą - aut.] Jan Baczewski. Potomkowie Baczewskich jeszcze dzisiaj mieszkają w [tu wymieniona jest miejscowość] i nie mogli albo nie chcieli uchronić tego domu od zniszczenia i całkowitej ruiny. Dlatego widok tego pomnika będzie towarzyszył mieszkańcom Rangsdorfu na zawsze".
Najpierw rodzina Baczewskich nie zareagowała na ten napis, ale po jego analizie doszła do wniosku, że nie został on umieszczony przez przyjaciela, dlatego postanowiła działać. Zaapelowali do władz i do policji o usunięcie tablicy, jednak nikt nie zainteresował się sprawą, a w napisie nie dostrzegano niczego nadzwyczajnego. Dopiero upór rodziny i dziesiątki interwencji spowodowały, że napis zniknął, a w jego miejsce pojawiła się tablica z informacją, iż ten obiekt stał się pomnikiem kultury i historii, który jest chroniony przez państwo.

Zagadkowy pożar

Po interwencjach władz nakazujących usunięcie jednej tablicy i pojawieniu się innej z informacją o powstaniu w tym miejscu obiektu pamięci historycznej nastąpiło coś jeszcze bardziej niebywałego. W niewyjaśnionych dotąd okolicznościach dom, w którym mieszkał przed wojną Jan Baczewski, stanął w płomieniach. - Teraz nie będzie w mieście symbolu działalności Jana Baczewskiego, który tak dzielnie walczył o los mniejszości narodowych w Niemczech - z żalem stwierdziła wnuczka przedwojennego polskiego działacza.
Waldemar Maszewski, Rangsdorf

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 11 sierpnia 2010, 02:33

Jeśli w dzień policja zachowywała się obojętnie, a w nocy przystąpiła jednak do działania, to znaczy, że zmieniony został rozkaz
Upodleni z premedytacją


Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL, rozmawia Paweł Tunia

Jak ocenia Pan zachowanie tysiąca młodych ludzi manifestujących w nocy przeciw krzyżowi?
- Uważam, że młodzież, która tak właśnie zachowywała się przed Pałacem Prezydenckim, sama siebie nie wymyśliła, ona stanowi kwintesencję młodego pokolenia, które zostało zaprojektowane przez dorosłych o poglądach liberalno-lewicowych. Dorośli to ich rodzice, nauczyciele, gwiazdy muzyki i filmu, dziennikarze, twórcy podejrzanych festiwali, a więc ci, w których młodzi ludzie szukają w sposób naturalny autorytetów, nie wiedząc, że będą przez nich wyprowadzeni na manowce, że zostaną poddani procesowi degeneracji. Młody człowiek nie rozumie do końca, co robi i dlaczego doprowadził się aż do takiego stanu, zwłaszcza gdy dla tzw. kurażu nafaszerowany został alkoholem, dopalaczem czy nawet narkotykami. Za tym wszystkim stoją dorośli, którzy z całą premedytacją i z zimną krwią doprowadzają młode pokolenie Polaków do upodlenia.

Brak szacunku dla zmarłych, dla modlących się ludzi i znaku krzyża to skutek niewłaściwego wychowania?
- To za mało powiedziane, bo ten brak szacunku nie jest obojętnością, lecz przybiera formy agresywne. Żaden człowiek, zwłaszcza młody, nie ma w sobie nienawiści do religii, a dokładniej mówiąc - do krzyża, szczególnie gdy ktoś mu wytłumaczy, jakie cierpienia i miłość symbolizuje krzyż. Jeśli więc określona młodzież zachowuje się jednak agresywnie, to znaczy, że przeszła jakieś pranie mózgu - czy to za sprawą lewackiego polityka, lewackiego piosenkarza czy lewackiego dziennikarza. Tym bardziej więc normalni rodzice muszą być czujni, muszą baczyć, z jakiego typu idolami obcują ich dzieci, bo zaczyna się niewinnie, piosenka to piosenka, a skończyć się może tragicznie - słowa piosenki mogą zachęcać do bluźnierstw i morderstw.

Jak ocenić zachowanie policji, która wprawdzie w nocy zachowywała się poprawnie i osłaniała czuwających, ale wcześniej wykazywała obojętność i nie reagowała - jak mówią obrońcy krzyża - na ich prośby o pomoc?
- Zwykły policjant wykonuje w całości rozkazy, nie robi nic na własną rękę. Dlatego jeśli w dzień policja zachowywała się obojętnie, a w nocy przystąpiła jednak do działania, to znaczy, że zmieniony został rozkaz. Warto dokładnie sprawdzić, jakie są mechanizmy podejmowania decyzji, i rzucić światło medialne na decydentów. Niech oni odpowiadają, a nie zwykli policjanci.

Polska jest państwem prawa, skoro policja staje po stronie agresora?
- Polska nie jest żadnym państwem prawa, Polska jest państwem siły, które posługuje się prawem tak, jak mu wygodnie. Siłą jest obecnie partia polityczna o nazwie Platforma Obywatelska, która posiada wszystkie urzędy państwowe. Jeśli policja staje po stronie agresora, to dlatego że PO staje po stronie agresora. Prawo natomiast jest przywoływane, interpretowane lub pomijane w zależności od woli tej właśnie partii. Taka sytuacja nie ma nic wspólnego ani z państwem prawa, ani z demokracją. To jest państwo siły, czyli przemocy.

Dziękuję za rozmowę.

NASZ DZIENNIK 2010-08-11

ox
Posty:35
Rejestracja:29 lipca 2010, 11:36
Lokalizacja:Wielkopolska

Post autor: ox » 11 sierpnia 2010, 11:08

sonia pisze:re Koalicja PO i SLD
wszak to wciąż ci sami ludzie,tylko garniturami sie co jakiś
czas
zamieniają.......
a pan Kalisz,
to juz chyba......nie wymaga nawet komentarza....
No prosze dostałem ostrzeżenie chyba za to że rozmówcy skończyły się argumenty nawet te niedorzeczne oraz skończyła mu sie lista wyzwisk, ot kultura, i rzekomo wiara katolicka. chodz nie przypominam sobie aby kosciół tego nauczał a raczej mówi o czym innym.

Ale wracając do twojego postu o ludzicah w tych samych garniturach to się z tobą częściowo zgadzam. Mamy to szczęście że wszystkie rządy po 1989 roku realizowały suma sumarum podobną polityke, oczywiście niektórzy mocniej krzyczeli inni byli spokojniejsi, za jednych była większa korupcja itp ale to głównie po to aby odróżnić się od innych aby pozyskac głosy, aby ludzie poszli głosować aby widzieli różnice między nimi. Jednak główne kierunki kontynuowali wszyscy, tzn np: zaciesnianie integracji z unią europejską i nato, stosunkowo liberalna polityka gospodarcza, zbliżanie się do strefy euro. Jedyną partią która wydawała mi się że może stwarzać problemy w tych kwestiach był LPR ale i on w zamian za koalicje rządową i poprostu zwykłą władze w praktyce złagodził swoje poglądy i płynął zgodnie z dotychczasowym nurtem. To szczęśnie mieliśmy nie tylko my ale także wszystkie kraje które były uzależnione od ZSSR ale nie były jego republikami.
W Afganistanie tam gdzie kończą się drogi zaczynają się talibowie.
W Polsce tam gdzie kończą się autostrady zaczyna się Radio Maryja.

ODPOWIEDZ