Co o tym myślisz ?

Polityka, gospodarka, ekonomia...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 11 sierpnia 2010, 12:37

ox pisze: chyba za to że rozmówcy skończyły się argumenty
Argumentów ? Dla takiego idioty jak Ty żadne argumenty nie przemówią.
Lewackie wypaczone myślenie oddala od prawdy. Z kimś takim upośledzonym umysłowo jakakolwiek dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Przyszedłeś tu aby jątrzyć, wklejasz denne teksty o zarobkach o.Rydzyka, i ja mam z takim idiotą dyskutować ?
Wybacz, ale nie będę zniżał się do twego poziomu. I jeszcze raz powtórzę, gdybym zobaczył Cię w tym rozwydrzonym tłumie robiącym zadymę pod Krzyżem, to wcale bym się nie zdziwił.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 12 sierpnia 2010, 03:28

"Kup sobie psa. To jedyny sposób, abyś mógł nabyć miłość za pieniądze."

św.Augustyn

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 14 sierpnia 2010, 06:57

Kim są ludzie, którzy zza biurek brukselskich urzędów sterują unijną machiną? - nowy cykl "Naszego Dziennika"
Ludzie Brukseli: José Manuel Barroso

Komisarz lewicowego kompromisu



Przewodniczący Komisji Europejskiej, swoisty "premier unijnego rządu", to jedna z najbardziej wpływowych osób na świecie. Stoi na czele organu zarządzającego budżetem w wysokości 130 miliardów euro i wydającego dyrektywy bezpośrednio dotyczące pół miliarda Europejczyków. Funkcję tę sprawuje oportunistyczny biurokrata i były marksista, łatwo dający się sterować swoim francuskim i niemieckim kolegom.

Popularna internetowa Wikipedia określa ugrupowanie José Barroso mianem "konserwatywnego". W czerwcu 2004 roku wielu umiarkowanych komentatorów z satysfakcją odnotowało wybór Portugalczyka na stanowisko szefa głównego organu wykonawczego Unii Europejskiej. Miał reprezentować kierunek odmienny od lewicowego Romana Prodiego. Jednak swoją kadencję zainaugurował wydarzeniem przykrym dla katolickiej opinii w Europie, gdy wycofał kandydaturę Rocco Buttiglionego na komisarza spraw wewnętrznych i sprawiedliwości z powodu protestów laickiej lewicy przeciw tej kandydaturze.

Czerwony sztandar nad Atlantykiem

Chrześcijańska od starożytności Portugalia kojarząca się nam, być może z Fatimą i chrystianizacją obecnej Brazylii, jest krajem, o którym Matka Boża powiedziała, że "zawsze zachowa dogmat wiary". Ale życie polityczne tego państwa od kilkudziesięciu lat toczy się pod sztandarem lewicy. Wprawdzie okres tzw. Nowego Państwa podczas autorytarnych rządów Antonia Salazara i jego następców w latach 1933-1974 cechował brak wolności politycznej, ale był to też czas pokoju i ładu, próba praktycznej realizacji postulatów katolickiej nauki społecznej i uchronienia państwa przed popadnięciem we wpływy sowieckie.
Rządy Nowego Państwa zostały jednak - w wyniku wojskowego zamachu stanu i przy udziale ugrupowań lewicowych - obalone w tzw. rewolucji goździków. - Na portugalskiej scenie politycznej nie ma tak naprawdę prawicy i jej rolę pełni partia socjaldemokratyczna. "Rewolucja goździków" zmiotła ze sceny politycznej wszystko, co było kojarzone z prawicą - mówi pochodzący z polsko-portugalskiej rodziny Oswald Rodrigo Pereira. - Do dziś są miejsca, gdzie można spotkać na murach namalowane "sierpy i młoty", hasła komunistyczne i antyrządowe.
Historyczny antagonizm Zachodu i bloku sowieckiego nierzadko zaciemnia polskie spojrzenie na kraje, które w PRL określano w propagandowym skrócie jako "kapitalistyczne". Wydawało się oczywiste, że skoro Wschód jest lewicowy, to Zachód musi był "prawicą". Nic bardziej mylnego. Współczesne podziały polityczne w Europie są znacznie bardziej złożone i lewica, również w bardzo skrajnym wydaniu komunistycznym, zawsze była w nich obecna i nigdy nie została pozbawiona wpływów. - Był okres, zaraz po "rewolucji goździków", gdy można było zabłysnąć na salonach tylko dlatego, że było się w Moskwie i uścisnęło rękę I sekretarza - opowiada Pereiro. O ile beatyfikacja męczenników hiszpańskich otworzyła oczy wielu na dramat tzw. rewolucji hiszpańskiej i skutki władzy proradzieckiej dyktatury, to rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że podobny kierunek groził też w latach dwudziestych XX w. Portugalii. Przedstawiane przez współczesną lewicową propagandę jako dyktatorskie i totalitarne rządy Salazara, podobnie jak generała Franco w Hiszpanii, były przede wszystkim adekwatną formą obrony przed tym zagrożeniem.

Kariera "prawicowego" maoisty

Urodzony 23 marca 1956 roku w Lizbonie José Manuel Durčo Barroso rozpoczął karierę polityczną jeszcze jako student prawa, gdy zaangażował się w działalność Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu, partii o przekonaniach maoistycznych, obecnie wciąż funkcjonującej pod nazwą Komunistyczna Partia Portugalskich Robotników. Maoizm to postać ideologii marksistowskiej jeszcze bardziej radykalna niż poglądy Lenina i Trockiego. Stworzona przez chińskiego dyktatora Mao Tse-tunga rewolucyjna koncepcja zakładała zupełne przeobrażenie społeczeństwa w oparciu o masy chłopów i ubogich, rządy oparte na terrorze.
Sympatia do takiego sposobu myślenia u przyszłego czołowego polityka europejskiego pozostała jeszcze długo po oficjalnej zmianie poglądów na bardziej umiarkowane. Już po wstąpieniu do Partii Socjaldemokratycznej, do której należy do dzisiaj, mówił o sprzeczności interesów robotników i studentów w duchu teorii walki klasowej, a - choć był wówczas wykładowcą uniwersyteckim - o systemie edukacyjnym wypowiadał się jako o "burżuazyjnym przeżytku". Jeszcze dziś Barroso z sentymentem wspomina swój dawny "rewolucyjny entuzjazm".
- Bardzo duża część społeczeństwa portugalskiego cechuje się pewną apatią polityczną - ocenia nasz rozmówca. W kraju, w którym scena polityczna zdominowana jest przez ugrupowania różnych odcieni socjalistów i komunistów, łatwo było piąć się po kolejnych szczeblach kariery partyjnej komuś takiemu jak Barroso. Młody specjalista w dziedzinie prawa międzynarodowego skoncentrował się na sprawach stosunków zewnętrznych. W wieku 29 lat został doradcą wiceministra ds. polityki zagranicznej, dwa lata później sekretarzem stanu, a w 1992 ministrem. Był w tym okresie zaangażowany w - niestety nieudane - próby zakończenia wojny domowej w Angoli. Z kolei jego silne poparcie dla niepodległości innej byłej portugalskiej kolonii - Timoru Wschodniego, spowodowało raczej wzrost napięcia w tamtym regionie.
Ukoronowaniem politycznej aktywności Durčo Barroso (jak mówią o nim w ojczyźnie) przed przeniesieniem się do Brukseli było stanowisko premiera, które piastował od kwietnia 2002 do lipca 2004 roku. Był to okres raczej trudny dla gospodarki portugalskiej. Oszczędnościowa polityka rządu koalicji socjalistów i socjaldemokratów nie przyniosła oczekiwanego spadku deficytu budżetowego ani zmniejszenia bezrobocia. Poparcie dla gabinetu znacząco spadło, a tworzące rząd partie poniosły klęskę w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku.

Administrator superpaństwa

W tej sytuacji nie wydawało się, by premier Portugalii mógł liczyć na jakiś poważniejszy sukces. Tymczasem jednak dobiegała końca kadencja Komisji Europejskiej pod przewodnictwem Romano Prodiego i szukano jego następcy. Był to w UE okres zmian i zamieszania. Kilka miesięcy wcześniej, 1 maja 2004 roku, doszło do największego w dziejach wspólnoty rozszerzenia (m.in. o Polskę i kraje naszego regionu), trwał również skomplikowany i niepewny proces ratyfikacji traktatu konstytucyjnego zakończony ostatecznie jego odrzuceniem. Poszukiwano kandydata kompromisu, sprawnego administratora, strażnika dotychczasowego układu sił, który zapewnia dominującą rolę grupie dużych państw tzw. starej Unii.
Do tej roli nadawał się Barroso. Jego lewicowość ułatwiła akceptację przez przedstawicieli państw Unii rządzonych wówczas przez chadeków, socjaldemokratów, socjalistów i liberałów (m.in. Niemiec, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii), natomiast deklarowana chadeckość skłaniała do poparcia europejskiej prawicy (rządzącej m.in. we Francji i Włoszech). Pochodził z kraju od dawna uczestniczącego w procesie integracji, ale jednocześnie małego i peryferyjnego, co mogło sugerować, że zadba o interesy także innych państw tego typu.
Barroso został wybrany na przewodniczącego Komisji Europejskiej 29 czerwca 2004 roku, a urząd objął 1 listopada. Jego pierwsza kadencja upłynęła pod znakiem kolejnych prób ustanowienia w Unii konstytucji i nadania tym samym wspólnocie osobowości prawnej. Po fiasku ratyfikacji traktatu konstytucyjnego pojawiła się propozycja tzw. traktatu reformującego (zwanego też lizbońskim), który po licznych perturbacjach ostatecznie wszedł w życie 2 grudnia ubiegłego roku.
Ale traktat był właściwie jedynym "sukcesem" unijnej biurokracji w tym czasie. Komisja pod kierunkiem Barroso prowadziła dotychczasową politykę na rzecz dalszej integracji państw członkowskich, postępującej regulacji i unifikacji w ramach Unii m.in. w dziedzinie podatków i praw socjalnych. Przy tak określonych priorytetach trudno było mówić o podjęciu wysiłku na rzecz modernizacji i zwiększenia konkurencyjności naszego obszaru w myśl tzw. Strategii Lizbońskiej. Interesy Niemiec i Francji były ważniejsze niż solidaryzm europejski (co odczuliśmy w postaci bierności Komisji w odniesieniu do projektu Gazociągu Północnego) i polityka wspierania inwestycji w regionach rozwojowo zapóźnionych, jakich wiele jest na terenie państw - nowych członków.
Koniec kadencji Komisji Barroso to przede wszystkim okres starań o reelekcję. To czas zdobywania taniej popularności przez popieranie różnych wątpliwych inicjatyw w duchu politycznej poprawności i liberalnego rozumienia postępu.
Ten niezmienny paradygmat brukselskiego establishmentu od kilkudziesięciu lat nie prowadzi jednak do rozwiązania głównych problemów Europy. Wskaźniki wzrostu gospodarczego spadają praktycznie cały czas od 10 lat, a bezrobocie rośnie; obniżającej się konkurencyjności w stosunku do USA i państw azjatyckich towarzyszy zapaść demograficzna, powstrzymywana tylko przez ogromną imigrację, ale ta z kolei powoduje rozliczne napięcia na tle różnic kulturowych, cywilizacyjnych i religijnych. Kryzys finansów w Grecji i groźba jego rozszerzenia stawiają pod znakiem zapytania dalsze trwanie unii walutowej. Jaką wizję dla mającej 500 mln mieszkańców Europy może przedstawić urzędnik o poglądach tak ogólnych i umiarkowanych, że trudno określić, jakie one są?
Piotr Falkowski

Za tydzień przedstawimy sylwetkę przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka.

NASZ DZIENNIK 2010-08-14

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 16 sierpnia 2010, 03:29

Był "rok dwudziesty" kiedy to Polska powstrzymała pędzącą na zachód "weneryczną cholerę" jaką była bolszewicka rewolucja. Zachód jak zawsze lekceważył sobie ostrzeżenia i dobre rady "kraju z nad Wisły". Polska uratowała zachód w tym czasie od bolszewickiej rewolucji rozprzestrzeniającej się jak ogień. Za lenistwo egoizm zachodu płaci dziś cała Europa a pośrednio i świat bo smród bolszewicki przepoczwarzony dotarł i do obu Ameryk.
Dziś bolszewicka nawała weszła do Europy przez "kuchnie" tylnymi drzwiami. Sowiety po drugiej wojnie światowej prowadzili ekspansje komuny bolszewickiej wszelkimi dostępnymi środkami i przez terroryzm i piątą kolumnę i trzymanie w jednym ręku gołąbka pokoju a w drugim ręku noża by wbić go w plecy tam gdzie to zaplanowali. Efektem "pracy" sowietów jest przepoczwarzona UE skupiająca w swym kierownictwie wszelkiej maści rewolucjonistów bolszewickich i nie tylko. Unia ta skupia w swych szeregach różnego rodzaju dewiantów od masonów, libertynów komunistów po pederastów. Te grupy i skupiska tworzą wielkie niebezpieczeństwo dla funkcjonowania społeczeństw i państw Narodowych przy czym walczą podstępnie i bezwzględnie z ludźmi i ludami o światopoglądzie i wyznaniu chrześcijańskim. Przykładem jest atak na Irlandię /dodatkowe przymusowe referendum dotyczące Traktatu Lizbońskiego/ i wykluczenie kandydata na komisarza UE Pana Butylione.. deklarującego się jako katolik, chrześcijanin. Jednym z wielu rewolucjonistów o korzeniach bolszewicko-maoistowskich jest Barroso Przewodniczący Komisji Europejskiej.

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 19 sierpnia 2010, 06:23

Wyburzanie pamięci


Nie potrafimy jednak wystarczająco dbać o nasze dziedzictwo narodowe. Pomorski Urząd Wojewódzki wydał zgodę na rozbiórkę legendarnych budynków na terenie Stoczni Gdańskiej, gdzie podpisywano porozumienia sierpniowe. Jak zauważa prasa, wojewoda nie miał wyjścia, bo obecny właściciel chce na terenie dawnej stoczni rozpocząć budowę nowego gdańskiego osiedla i tzw. Młodego Miasta. Symbolem czasów jest to, że w "Młodym Mieście" zamieszkają zapewnie bogaci młodzi ludzie i nie wiadomo, czy o porozumieniach sierpniowych w ogóle słyszeli. Czy nie można było zostawić choćby fragmentów stoczniowych budynków? Podobno nikt tego nie chciał i o to nie zabiegał. Nic więc dziwnego, że świat zapomina o polskim wkładzie w obalenie komunizmu, skoro nawet my sami nie umiemy się o to zatroszczyć. Józef Piłsudski ostrzegał: "Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości". A inni? Pewnie pożyczą nam swoje buldożery do zrównania z ziemią innych miejsc pamięci, by postawić tam supermarkety. Nie dajmy wyburzać naszej pamięci!
Antoni Buczyna

NASZ DZIENNIK 2010-08-19

Awatar użytkownika
longinus9
Posty:2190
Rejestracja:19 lutego 2009, 20:02
Lokalizacja:Łódź

Post autor: longinus9 » 25 sierpnia 2010, 04:56

Naczelna Prokurata Wojskowa nie wie, czy ciała oficerów zostały pochowane w mundurach
Bez orzełka i bez munduru


- Na czapce mego męża nie było orzełka, po guzikach - także z orzełkiem - pozostały w mundurze tylko otwarte dziury - ujawniają wdowy po generałach, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. Czy emblematy zostały zerwane celowo? Rodziny nie wiedzą. Nikt im tego nie wyjaśnił. Tak samo jak kwestii, czy ciała polskich oficerów zostały pochowane w mundurach. Wymaga tego ceremoniał wojskowy. Wątpliwości pozostają - trumny z ciałami ofiar nie były otwierane po przylocie do kraju.

Jak podkreślił jeden z rozmówców "Naszego Dziennika", przynajmniej w jednym przypadku mundur został zwrócony rodzinie z oderwanymi dystynkcjami. A ich wygląd wskazywał na to, że pagony zostały oderwane ręcznie. Z informacji, do jakich dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że na niektórych czapkach generalskich nie było orzełków. Orzełek jest haftowany, przymocowany nad otokiem za pomocą małych drucików wszytych w czapkę od spodu. Rodziny zastanawiają się, czy został on brutalnie zerwany, czy odpadł w czasie zderzenia tupolewa z ziemią. Podobnie zastanawiające jest to, co się stało z guzikami, których zabrakło przy jednym z mundurów generalskich. Na nich również znajdował się emblemat orzełka w koronie. Zdaniem rodzin, nawet gdyby te guziki się stopiły, powinna pozostać w mundurze ich stalowa końcówka. Tymczasem po guzikach pozostały w mundurze tylko duże dziury, co w opinii rodzin wskazuje na to, że mogły zostać oderwane ręcznie. Jak zauważył płk Tadeusz Nierebiński, inspektor sanitarny Wojska Polskiego, marynarki oficerskie praktycznie się nie zachowały. Według jego relacji, w całości, razem z pagonami, zachował się tylko jeden mundur - śp. gen. Franciszka Gągora, szefa Sztabu Generalnego WP; został on poddany renowacji w Muzeum Wojska Polskiego. W odpowiedzi na pytanie, czy prokuratura wie, co stało się z dystynkcjami, płk Jerzy Artymiak, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej, zapewnił tylko, że wszystkie wątki, które są związane z wyjaśnieniem przyczyn katastrofy i zgonu ofiar, są i będą badane "nawet w najdrobniejszym szczególe". Artymiak nie był wczoraj w stanie odpowiedzieć, czy ciała oficerów, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, zostały ubrane w mundury wojskowe. Wymaga tego regulamin wojskowy. - To nie jest pytanie do prokuratury. Organizacja pogrzebu, transportu, odebrania zwłok na terenie Federacji Rosyjskiej, przygotowanie pochówku - tym zajmowało się MSWiA w porozumieniu z MSZ - mówi.
Przedmioty pozostałe po katastrofie - chodzi o worki z rzeczami, a właściwie ich strzępami, które w Rosji oddzielono od ciał ofiar (np. części ubrań zabrudzonych krwią, kamizelek kuloodpornych funkcjonariuszy BOR, bielizny) trafiły do Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim. Wojskowy inspektor sanitarny z Wojskowego Ośrodka Medycyny Prewencyjnej w Modlinie po pobraniu próbek nakazał zutylizować niektóre elementy odzieży i bielizny, uznając je za tożsame z zakaźnymi odpadami medycznymi, które stwarzają potencjalne zagrożenie dla życia i zdrowia. Decyzję tę zakwestionował jednak komendant główny Żandarmerii Wojskowej, który uznał, że o decyzji w sprawie utylizacji nie zostały poinformowane wszystkie podmioty prawne, czyli w tym wypadku - rodziny ofiar. Decyzję, by rzeczy tych nie niszczyć, wydał płk Tadeusz Nierebiński. O zajęcie się kwestią kilkudziesięciu worków z resztkami odzieży ofiar katastrofy wnioskowała też Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która zwróciła się do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem o ich zutylizowanie. Zdaniem prokuratury, nie mają one żadnego znaczenia dla toczącego się śledztwa. Sąd jednak uznał, że przesłanki, na które powoływała się prokuratura (śledczy powoływali się na przepis kodeksu postępowania karnego - art. 232a, mówiący, że sąd może zarządzić zniszczenie przedmiotów stwarzających niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia i ewentualne zagrożenie epidemiologiczne) nie zachodzą, i zabronił ich zniszczenia. Ostatecznie komendant główny Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim zdecydował o odesłaniu wszystkich rzeczy "na przechowanie" prywatnej firmie utylizacyjnej z Rzeszowa, FUH Eko-Top Sp. z o.o. Znajdują się one tam od maja. Jak zauważył w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk Nierebiński, rzeczy są przechowywane w foliowych worach. Nadzór nad nimi sprawuje Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Jak zaznaczył płk Artymiak, wszelkie decyzje dotyczące tych przedmiotów leżą w gestii prokuratora. Jednak w związku z tym, że Wojskowy Ośrodek Medycyny Prewencyjnej skierował sprawę do głównego inspektora sanitarnego, GIS ma wydać decyzję, czy stanowią one zagrożenie epidemiologiczne i czy nakaże ich zniszczenie. W tej kwestii prokurator może tylko zastosować się do decyzji sanepidu.
Eko-Top informuje, że pojemniki są zamknięte i zaplombowane przez zleceniodawcę. Spółka nie odpowiedziała nam na pytanie, w jakim stanie te szczątki ubrań się znajdują.

Rodzin nikt nie pytał
Jak zauważa mecenas Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin Lecha i Marii Kaczyńskich, Krzysztofa Putry, Przemysława Gosiewskiego i Aleksandry Natalli-Świat, rodziny ani ich pełnomocnicy nie zostali poinformowani o tym, gdzie te rzeczy się znajdują. - Ponieważ rodziny o to nie pytały - komentuje płk Nierebiński. Sprawa bulwersuje rodziny ofiar.
- To są dowody rzeczowe, które przechowuje jakaś prywatna firma z Rzeszowa. Przekazały je tam władze wojskowe. Nie wiemy, w jakich warunkach znajdują się teraz ubrania naszych bliskich, wiem tylko, że są pod jurysdykcją cywilną GIS - mówi Andrzej Melak, brat śp. Stefana Melaka. Podkreśla, że zniszczenie tych rzeczy byłoby ogromnym ciosem dla rodzin ofiar. Są one dla nich ostatnimi, arcycennymi pamiątkami po zmarłych.
- Prokuratura tłumaczyła, że rzeczy te nie stanowią dowodu w sprawie. Przed miesiącem rozmawiałam na ten temat z prokuratorem Ireneuszem Szelągiem, który powiedział mi, że ubrania zostały przekazane do jakiejś firmy z Rzeszowa. Zastanawia mnie to, w jakich warunkach te rzeczy są przechowywane. Obawiam się o to, jak ta firma je potraktowała. Bo Rosjanie - jeszcze mokre - zapakowali je w worki na śmieci. Kiedy te rzeczy wróciły do Polski, ubrania musiały już być zapleśniałe. Te rodziny, które zażądały zwrotu ubrań z Moskwy, otrzymały je, i żadna epidemia nie wybuchła - ironizuje Beata Gosiewska, żona byłego wicepremiera i posła PiS Przemysława Gosiewskiego. - Słyszałam też, że Rosjanie, którzy byli obecni przy identyfikacji zwłok, zachęcali rodziny, by zostawili te rzeczy do spalenia w Moskwie. Dla mnie mają one też ważne znaczenie jako dowód i ślad, który może pomóc w wyjaśnieniu przyczyny śmierci mojego męża - tłumaczy Gosiewska. Argumentację tę podtrzymują mecenasi rodzin. - Podczas identyfikacji zwłok przy każdym ciele ubrania były zapakowane w oddzielny worek. Po przekazaniu tych rzeczy do Mińska Mazowieckiego wszystko to zostało wyłożone na stoły. Nie poinformowano nas jednak, czy przeprowadzono ich dokładną segregację, tak by ewentualnie rodziny mogły znaleźć rzeczy swoich bliskich. Nie rozumiem, dlaczego tych rzeczy nie można było oddać rodzinom, które by te ubrania wyczyściły lub nawet same zutylizowały - w tym wypadku byłaby to jednak ich osobista decyzja. Tymczasem podjęto ją za nich - powiedział w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Bartosz Kownacki, pełnomocnik rodziny Tomasza Merty, Sławomira Skrzypka, Bożeny Mamontowicz-Łojek i Grażyny Gęsickiej. - Rodziny, którymi się opiekuję, chcą odzyskać teraz te ubrania, zupełnie niepotrzebnie powstała sytuacja konfliktowa, której można było uniknąć. Ponadto te rzeczy mogą stanowi dowód w sprawie ustalenia przyczyn katastrofy - dodaje mecenas. Podobnego zdania jest Antoni Macierewicz, szef Parlamentarnego Zespołu ds. Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej. - Po co ten cały absurd? Mam wrażenie, że te rzeczy chce się po prostu zniszczyć. Bo dlaczego nie oddano ich po prostu rodzinom ofiar? - zastanawia się poseł.

"Zakaźne odpady"
Decyzję o ich utylizacji podjęła jeszcze w maju wojskowa prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu. Uzasadniano, że fragmenty ubrań ofiar nie mają "żadnego znaczenia dla toczącego się śledztwa". Prokuratura ponadto powoływała się na decyzję wojskowego inspektora sanitarnego, który uznał je za "zakaźne odpady medyczne". Ze względów formalnych sąd cofnął tę decyzję, ponieważ nie powiadomiono o niej rodzin ofiar. W ślad za tym decyzję o utylizacji wycofał główny wojskowy inspektor sanitarny płk Tadeusz Nierebiński.
Rzeczy zdążyły trafić do rzeszowskiej spalarni odpadów medycznych i przemysłowych Eko-Top. Wówczas prokuratura poleciła jej "przechowywanie bez określenia terminu".
Jak poinformowano nas w Eko-Top, są one złożone w magazynie w szczelnie zamkniętych pojemnikach. Gdy zapytaliśmy, czy są przechowywane w obniżonej temperaturze, pracownik odpowiedział, że nie wie, ponieważ nie widział tych kontenerów.
Co dalej stanie się z tymi rzeczami? - Zabezpieczone w firmie utylizacyjnej, oczekują na decyzję właściwego miejscowego cywilnego inspektora sanitarnego - informuje nas płk Jerzy Artymiak z prokuratury wojskowej.
- Żadna informacja o tym do nas nie trafiła, to nie należy do naszej właściwości - informuje Dorota Gibała, rzecznik Państwowej Inspekcji Sanitarnej w Rzeszowie. Odsyła do Wojskowej Inspekcji Sanitarnej w Krakowie. Tam słyszymy analogiczne stwierdzenie o braku właściwości. - Teren firmy Eko-Top nie jest terenem wojskowym, nie mam żadnej informacji, żebyśmy mieli podejmować decyzje w tym względzie - słyszymy w Wojskowym Ośrodku Medycyny Prewencyjnej w Krakowie.
Prokuratura wojskowa nadal podtrzymuje opinię o konieczności utylizacji tych szczątków. Podobnie jak główny inspektor sanitarny Wojska Polskiego. - Prokurator zwolnił je z czynności śledczych - podkreśla Nierebiński. Zwraca uwagę, że są to strzępki ubrań zabrudzone krwią itp., niemające żadnej wartości materialnej i dowodowej.
Pełnomocnicy już zapowiadają zaskarżenie każdej decyzji o utylizacji. - Gdy inspektor sanitarny uzna, że to powinno być zutylizowane, to będziemy to skarżyć - zapowiada Kownacki. Dodaje, że przewiduje pewne wnioski dowodowe związane z przechowywanymi rzeczami, ale nie chce zdradzać szczegółów. Zapytaliśmy w prokuraturze, czy ewentualnie inni pełnomocnicy wystosowali podobne wnioski. - Nie znam takich wniosków ze strony pełnomocników rodzin - mówi Artymiak.
Jednak jak zwraca uwagę Kownacki, początkowo rzeczy przywiezione z Moskwy i Smoleńska były posegregowane i przyporządkowane każdej z osób. - Natomiast później resztę rzeczy, których nie zwrócono rodzinom, włożono do kilku worków i nie przetrzymywano w obniżonej temperaturze, przez co zaczęły gnić - mówi. Nierebiński przyznaje, że wszystko zostało wymieszane. - To zaniedbania żandarmerii - ocenia adwokat.
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przedstawi dziś w Moskwie dokumenty znalezione na miejscu katastrofy polskiego Tu-154M pod Smoleńskiem. Materiały te zostaną później przekazane akredytowanemu przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym przedstawicielowi Polski Edmundowi Klichowi.
Anna Ambroziak
Współpraca Zenon Baranowski


NASZ DZIENNIK 2010-08-25

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 27 sierpnia 2010, 09:01

Autostrada na piasku.

Skandal na budowie autostrady A1. W dzień drogowcy utwardzali drogę kruszywem, nocą zastępowali je tanią ziemią. Zyski złodziei szły w miliony. Wczoraj na budowę wkroczyło CBŚ - ustaliła "Gazeta Wyborcza".
Autostrada A1 ma połączyć Gdańsk z Gorzyczkami na południu kraju. Większość odcinków ma być gotowa jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej 2012. Wykopany dolomit za kilka dni miał ponownie trafić na budowę autostrady, a potem znowu być wydobyty. Za każdym razem zajmująca się tym firma przedstawiała dokumenty zakupu nowego ładunku kruszywa.
Tona dolomitu kosztuje 200-300 zł, a jedna ciężarówka zabiera aż 30 ton kruszywa. Zdaniem prokuratury, tylko w ciągu jednej nocy z budowy wyjeżdżało nawet kilkadziesiąt samochodów wyładowanych dolomitem. Śledczy podejrzewają, że trwało to kilka miesięcy.

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 27 sierpnia 2010, 09:26

Tusk dzieli biedę po równo.

Z wyliczeń "Dziennika Gazety Prawnej" wynika, że - zgodnie z projektem waloryzacji emerytur zaproponowanym w środę przez premiera Tuska - emerytura każdego, kto pobiera świadczenia z ZUS, wzrosłaby o 31 zł miesięcznie.
Zdaniem gazety, nowy projekt nie zmniejszy deficytu budżetowego. Za to część osób może przekroczyć próg dochodowy uprawniający do pomocy społecznej, przyznawanej najbiedniejszym emerytom - ostrzega "DGP".

Pozostaje nam więc czekać na szczegóły projektu w nadziei, że nie jest to jeszcze jeden z próbnych balonów premiera - pisze w swoim piątkowym wydaniu "Dziennik Gazeta Prawna.

Tylko oszust i szuja może w taki sposób załatwiac sprawę. Okraśc biednych, schorowanych już ludzi, dając parę złotych by zabrac im zzsiłek z opieki społecznej.
Nie będą mieli na lekarstwa to szybciej pomrą - to jest zamiarem tej " Szui ".

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 27 sierpnia 2010, 12:56

Były szef MSWiA żąda 5,5 mln zł odszkodowania od prokuratury.

5 i pół mln zł odszkodowania i zadośćuczynienia żąda od prokuratury i resortu sprawiedliwości Janusz Kaczmarek, były Prokurator Krajowy i szef MSWiA w rządzie PiS. Na tyle wycenił swoje straty wynikłe z uwikłania go w sprawę akcji CBA w resorcie rolnictwa.
Dzisiaj prawnik Janusza Kaczmarka złożył w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście wezwanie do ugody ze Skarbem Państwa.

Jak myślicie?, jaki wyrok może byc wydany, gdy sprawę poprowadzi zaprzyjażniona sędzina, a jest się czym dzielic.

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 27 sierpnia 2010, 14:50

Prezydent podpisał ustawę, będą nowe dowody.
PAP

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o dowodach osobistych, która zakłada, że od połowy 2011 roku będziemy mogli posługiwać się elektronicznym dokumentem tożsamości, a prawo do niego będzie przysługiwało Polakom już z chwilą urodzenia.
Projektodawcą ustawy był rząd. Według ustawy, elektroniczne dowody osobiste mają ułatwić obywatelowi załatwianie spraw urzędowych przez internet. Dowód będzie można wykorzystać także, jako dokument potwierdzający uprawnienie do korzystania z wielu usług.
Ustawa wejdzie w życie 1 lipiec 2011r.

Nieuchronnie zbliżamy się do czipowania obywateli, a taki czip z pewnością jeszcze bardziej ułatwi załatwianie spraw.

Awatar użytkownika
adsenior
Posty:6186
Rejestracja:25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja:Łódź

Post autor: adsenior » 27 sierpnia 2010, 16:13

Taaa. każdy Polak, w momencie urodzenia, będzie kolczykowany, w taki sposób, by bez operacji chirurgicznej, niemożliwe było usuniecie kolczyka!

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 27 sierpnia 2010, 16:29

Kolczyk to chyba nie będzie im potrzebny, ale wiadomości o podrobach będą szybciej dostępne w razie przeszczepów.

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 30 sierpnia 2010, 05:53

Niemcy blokują dotacje na gazoport.
AFP
Niemcy nie chcą, by Polska dostała 80 milionów euro, czyli 320 milionów złotych unijnej dotacji na budowę gazoportu w Świnoujściu - czytamy w "Dzienniku Gazecie Prawnej". Oficjalnie chodzi o zastrzeżenia ekologiczne, nieoficjalnie o to, że nasz terminal będzie konkurencją dla gazociągu Nord Stream.
Niemcy domagają się, żeby Polska przeprowadziła wyjątkowo drobiazgowe analizy oddziaływania terminalu na środowisko po ich stronie granicy. Opóźniłoby to zaplanowane na połowę września rozpoczęcie budowy. Wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski mówi "Dziennikowi Gazecie Prawnej", że skutkowałoby to też unieważnieniem decyzji środowiskowej oraz pozwolenia na budowę. Według niego gazoport zostałby uruchomiony nie w połowie 2014 roku, ale co najmniej dwa, trzy lata później. Resort zapewnia, że Polacy odpowiedzieli na wszystkie pytania w kwestiach ekologicznych.

Eksperci rynku gazu, na których powołuje się "Dziennik Gazeta Prawna" mówią, że Berlin dobrze wie, iż gazoport to kluczowa inwestycja z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego, i rzuca nam kłody pod nogi. Ma to związek z budową rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream. Niemieckie firmy gazowe liczyły bowiem, że za pośrednictwem Nord Streamu będą sprzedawać nam rosyjski surowiec.

Awatar użytkownika
adsenior
Posty:6186
Rejestracja:25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja:Łódź

Post autor: adsenior » 30 sierpnia 2010, 07:01

Taka to jest unijna "solidarność", która wtedy i tylko wtedy jest wiążąca, gdy dotyczy szkopów lub Francji.

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 30 sierpnia 2010, 08:13

Jednym słowem UE jest jak CCCP. Ona jest dla tych najbogatszych, dla Niemców, Francuzów, Anglików. A my i inne biedne kraje jesteśmy rynkami zbytu. Nam nie dane rozwijać się gospodarczo. Natomiast jest oczywiste, że będą z nas wypompowywać ile tylko się da.
Oczywiście, wszystko to za przyzwoleniem antypolskiego (nie)rządu zdrajców, judaszy i sprzedawczyków. Warchoły rządzą Polską. Warchoły wybrane w demokratycznych wyborach przez ogłupionych i otumanionych ponad połowę Polaczków czyli lemingów. Lemingów którzy wybrali niewolę, panowanie obcych, rozkradanie majątku narodowego przez "swoich" i tych którym ci "swoi" służą. czyli Niemców, Rosję i innych.

ODPOWIEDZ