Kto dokonał zamachu w Smoleńsku ?

Polityka, gospodarka, ekonomia...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 17 stycznia 2013, 09:13

Syriusz pisze:Gdzie jest czarna skrzynka z tupolewa?.

Wciąż nie wiadomo, gdzie jest jeden z najważniejszych dowodów na to, co faktycznie wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku. Chodzi o tzw. trzecią czarną skrzynkę – rejestrator K3–63, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Prokuratura wojskowa przyznaje, że nic nie wie na ten temat.

– Zaskakujące, że nikogo to nie zainteresowało, nikt nie interweniował. Moim zdaniem to jeden z najważniejszych dowodów w tym śledztwie, który ukrywają Rosjanie – uważa Antoni Macierewicz.
Czy nie wydaje się to dziwne tym wszystkim laikom, którzy mają gdzieś to że zamordowano nam 96 Polaków ? Czy nie jest czymś dziwnym, że polska prokuratura nic nie wie o tej czarnej skrzynce, i że mówi takie rzeczy po ponad 2,5 roku od zamachu ?

pier1987
Posty:1457
Rejestracja:29 października 2011, 08:22
Lokalizacja:Warszawa

Post autor: pier1987 » 22 stycznia 2013, 21:32

Dlaczego? Bo przeszkadza dogadywaniu się z Rosją. Irytuje ją. Jestem zwolennikiem NATO, którego coraz mniej. Natomiast chciałbym, aby rodacy wiedzieli, że w rozmaitych wpływowych kręgach Ameryki funkcjonuje przekonanie o szkodliwości NATO. I powoli sprzedaje się tę zatrutą myśl elektoratowi.






Neoizalocjaniści chcieliby się wycofać ze wszelkich zobowiązań międzynarodowych i zamknąć się u siebie, a więc zlikwidować też NATO. To taka amerykańska wersja wsi polskiej, wsi spokojnej. Jej zwolennicy uważają, że Europejczykom, którzy kosztem obywateli amerykańskich wybudowali sobie państwo opiekuńcze, bo nie musieli łożyć na obronność, wystarczy już tej darmowej przejażdżki (free ride). USA ich broniły tyle czasu, a są tylko za to krytykowane i nienawidzone, choćby przez tzw. ruch pokojowy. Czas oszczędzać i wydawać pieniądze na amerykańskie potrzeby u siebie w domu.

Niektórzy republikanie argumentują, że nie ma po co drażnić Rosji; lepiej się z Moskwą dogadać, a eliminacja NATO, które już przeżyło się, będzie dobrą kartą przetargową. Poza tym NATO oznacza dla nich możliwość zbrojnego konfliktu z Kremlem w obronie tak egzotycznych sojuszników jak Estonia czy Polska (tu basują im ich odpowiednicy w Partii Demokratycznej).
Część wolnościowców uważa, że tzw. kompleks militarno-przemysłowy (military industrial complex) rządzi USA i sztucznie stwarza zaognienia na arenie międzynarodowej, by utrzymać tę władzę – aby koncerny zbrojeniowe dostawały kontrakty, wojsko rosło w siłę, a państwo rozrastało się, wprowadzając coraz to szersze ograniczenia wolności obywatelskich pod pretekstem zapewniania obywatelom bezpieczeństwa.

Wśród postępowców istnieją odpowiedniki tych samych postaw, chociaż naturalnie z inną interpretacją. Na przykład ich wersja narracji o „kompleksie militarno-przemysłowym” jest taka sama, choć konkluzje są inne. Wolnościowcy chcieliby go zniszczyć, aby ograniczyć państwo, natomiast postępowcy chcieliby go rozwalić, aby wybudować jeszcze większe państwo socjalne. Środki oszczędzone na obronności powinno się przeznaczyć na zapomogi społeczne i rozmaite państwowe programy.
Zresztą nagminnie stosowano taką argumentację w czasie zimnej wojny. Wsparta była ona jeszcze takim wygibasem logicznym, który wzywał do jednostronnego rozbrojenia: „Jak zlikwidujemy naszą broń nuklearną, to nie będziemy stanowić dla Moskwy zagrożenia i Sowieci nas nie zaatakują”. Porażające.

Ale wszystkie pomysły wolnościowców mają taką samą rację bytu. Na przykład taki, że NATO było skierowane przeciwko Sowietom, a te rozpadły się. Rosji nie można traktować jak Sowiety, NATO w związku z tym przeżyło się. Ponadto artykuł 5 o wzajemnej pomocy zbrojnej zastosowano tylko jeden raz: po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Ponieważ Moskwa też ma kłopoty z terrorystami muzułmańskimi, możemy świetnie współpracować. Zresztą już pomagaliśmy Rosjanom przeciw Czeczeńcom. I tak nam się świetnie współpracowało! Choćby w ramach rady NATO–Rosja, która powstała w 2002 r. A propozycje zbudowania tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach doprowadziły do zgrzytów na osi Waszyngton–Moskwa. Warto było? Co USA miałoby z tej tarczy? A po co popieramy Gruzję? Kreml miał rację w tej wojnie. A ponadto to przecież my, Amerykanie, daliśmy powód do inwazji. Nie tylko gadaliśmy o włączeniu Gruzji do NATO, ale również stworzyliśmy nowe państwo: Kosowo. Rosjanie w samoobronie, aby nie było rozszerzenia NATO, najechali na Gruzję i stworzyli dwa nowe państwa: Południową Osetię i Abchazję.
To nie jest abstrakcja, to są autentyczne głosy amerykańskie. Wpływowe głosy. I proszę pamiętać o kontekście. Z racji głębokiego kryzysu gospodarczego, a szczególnie niebotycznego zadłużenia, propozycje dotyczące oszczędności, szczególnie oszczędności na wydatkach na sprawy międzynarodowe, zyskują posłuch wśród elektoratu. Słyszy się coraz głośniejsze nawoływania, aby skupić się na własnych problemach. Likwidacja NATO ma przynieść niebotyczne oszczędności.

Rzadko tylko odzywają się głosy alternatywne. Za utrzymaniem NATO są naturalnie neokonserwatyści. Dla nich jest to doskonałe, wypróbowane narzędzie szerzenia demokracji i tzw. wartości amerykańskich, jakkolwiek one by dziś wyglądały. Konserwatyści bezpieczeństwa narodowego (national security conservatives) również wspierają NATO. Ci rozumieją, że silna Ameryka jest potrzebna światu i amerykańskim interesom, bowiem wycofanie się USA z areny międzynarodowej oznacza próżnię, którą zapełnią inni. Niekoniecznie sympatyczni, choćby Chiny, a do mniejszego stopnia i Rosja. Albo nikt. I będzie międzynarodowy chaos. A to jest złe dla interesów, handlu, turystyki, nauki. Ponadto konserwatyści tacy stawiają przede wszystkim na przymierze z kompatybilnymi cywilizacyjnie narodami, a takie znajdują się głównie w Europie. Transatlantyckość jest filarem tradycyjnej amerykańskiej geopolityki.

Dziś takie głosy są w mniejszości. Coraz częściej słychać antynatowskie propozycje. W interesie Polski leży, aby ułożyć nową narrację, która powtarzałaby stare prawdy: gdy USA wynosi się z Europy, wybucha wojna. Niemcy z Rosją najpierw się bratają, potem się kłócą. Z tego zwykle wynika tragedia dla Polski. Trzeba to wyrazić w taki sposób, aby Amerykanom wydawało się, że obrona Warszawy jest w interesie Waszyngtonu. A to wyższa szkoła jazdy.


Marek Jan Chodakiewicz


za: tygodniksolidarnosc.com

robin
Posty:186
Rejestracja:12 sierpnia 2012, 20:45
Lokalizacja:dolnośląskie

Post autor: robin » 23 stycznia 2013, 20:23

„Niemcy z Rosją najpierw się bratają, potem się kłócą. Z tego zwykle wynika tragedia dla Polski. Trzeba to wyrazić w taki sposób, aby Amerykanom wydawało się, że obrona Warszawy jest w interesie Waszyngtonu. A to wyższa szkoła jazdy”.
Nie uda się przekonać Amerykanów, „... że obrona Warszawy jest w interesie Waszyngtonu”. Chyba, że oddamy nasze pola gazu łupkowego amerykańskim koncernom, których właściciele sponsorują kampanie wyborcze polityków Partii Demokratycznej. Ale przecież gaz łupkowy ma być naszym dobrem narodowym, nie chcemy oddawać go w obce ręce, czyż nie?
Wszelkie dotychczasowe sojusze między Rosją a Niemcami, kończyły się krwawą wojną między tymi państwami. Bardzo ciekawy przyczynek do tego zagadnienia, przedstawił prof. Janusz Odziemkowski w programie „Polski Punkt Widzenia”, nadany przez TV Trwam w dniu 21 stycznia tego roku. Powiedział, że Prusakom bardzo nie na rękę była ugoda polskich elit politycznych z carem Rosji gdyż obawiali się, że Polacy zaraz rozpoczęliby dążenia, do rozciągnięcia podarowanej przez cara autonomii, na obszar zaboru pruskiego. Jeszcze bardziej takiej ugody obawiali się Austriacy, gdyż mogłaby ona znaleźć naśladowców wśród Słowian Bałkańskich i Czechów oraz postawić cara w roli „wybawcy” Słowian. Pan profesor nie powiedział tego wyraźnie ale ja usłyszałem między wierszami, że Prusakom i Austriakom ZALEŻAŁO na KRWAWYM powstaniu Polaków zamieszkałych w Kongresówce przeciw carowi. I niestety, ich sen się ziścił.
Wniosek – jedyny zaborca, który chciał z Polakami rozmawiać i nadawać im autonomię, to był car Rosji. Austria nadała Galicji autonomię po przegranej wojnie z Prusami i w kontekście słów w/w pana profesora – ze strachu przed tym, by przypadkiem galicyjskie elity nie poszukały sobie nowego suwerena, w postaci oczywiście cara Rosji.
Wszelkie dotychczasowe sojusze między Rosją a Niemcami, kończyły się krwawą wojną między tymi państwami – toczoną na ziemiach polskich. Jeżeli więc chcemy tego uniknąć, to musimy opowiedzieć się po stronie jednego z tych państw. Historyczne doświadczenia każą „uśmiechać” się do Rosji. No chyba, że chcemy przekraczać w Aleksandrowie Kujawskim granicę niemiecko – rosyjską ( ja nie chcę), a potem odczuć boleśnie przetaczający się przez nasze ziemie wojenny walec (też tego nie chcę). Może nie jest jeszcze za późno.
Nawiasem mówiąc – w rosyjskiej literaturze można spotkać określenie Powstania Styczniowego, jako „polskiego zrywu niepodległościowego”; Łukaszenko nakazał przeprowadzenie na Białorusi jakichś obchodów na cześć powstańców. Natomiast ten pan, który napisał sążniste dzieło na temat możliwości zawarcia paktu Ribbentrop – Beck, zapomniał o doświadczeniach „HaKaTy” i na pewno nie czytał „Mein Kampf”.

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 23 stycznia 2013, 21:31

A co powyższy tekst ma wspólnego z zamachem smoleńskim ?

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 24 stycznia 2013, 14:08

24 świadków potwierdza wybuch

Aż 24 świadków katastrofy smoleńskiej przedstawia wersję wydarzeń, która całkowicie odbiega od oficjalnych ustaleń zawartych w raportach MAK i komisji Millera. W tej liczbie są także nowi świadkowie występujący w filmie „Anatomia upadku” Anity Gargas. Wskazują oni, że w Smoleńsku doszło do eksplozji, obalają też teorie „beczki” i „pancernej brzozy”. Czy świadectwa tylu ludzi można uznać za konfabulacje? - pyta „Gazeta Polska”.

– Zespół Parlamentarny zebrał dotychczas relacje 67 świadków katastrofy. Spośród nich 24 osoby z pewnością widziały lub słyszały zjawiska świadczące o eksplozji w powietrzu – mówi „GP” Antoni Macierewicz, przewodniczący Zespołu Parlamentarnego ds. Wyjaśnienia Przyczyn Katastrofy Smoleńskiej. I wylicza precyzyjnie: – Były to dźwięki eksplozji i/lub rozbłysk ognia, pojawienie się kuli ognia oraz/lub rozpadanie się samolotu w powietrzu (najczęściej relacje te wskazują na odpadnięcie ogona samolotu przed jego ostatecznym upadkiem na ziemię, trzy relacje dotyczą odpadnięcia skrzydeł, a dwie osoby mówią o wirujących blachach spadających na drzewa i na ziemię). Spośród pozostałych świadków większość (32) wskazuje, że słyszała nienaturalne dźwięki silników określane najczęściej jako „huki i trzaski” lub dźwięk „kosmiczny”, „wysoki”, „świszczący”, „przerywany”. Pozostali albo w ogóle nie słyszeli żadnego dźwięku, choć np. poczuli „trzęsącą się ziemię”, albo twierdzą, że „nagle we wszystkich samochodach włączyły się alarmy”.

Ich zeznania podważają tezy MAK i Millera

Tymczasem prokuratury polska i rosyjska ignorują te świadectwa – zeznania tych, których przesłuchano, nie wpłynęły na bieg śledztwa. Niektórych świadków w ogóle nie przesłuchano.

– Trzej bohaterowie „Anatomii upadku”, którzy widzieli ostatnie sekundy lotu Tu-154M nr 101, twierdzą, że nie byli przesłuchiwani ani przez polską, ani przez rosyjską prokuraturę – mówi autorka filmu Anita Gargas. Kierowca autobusu, motocyklista oraz pracownik pobliskiego zakładu byli świadkami ostatnich chwil tragicznego lotu rządowego tupolewa. Ich zeznania są sprzeczne z tym, co podają w raportach eksperci MAK i Millera.

Nikołaj Szewczenko, kierowca, prowadząc autobus jadący z Pieczerska do Smoleńska, widział ostatnie sekundy przelatującego nad drogą Tu-154. Jechał, jak mówił, ulicą Kutuzowa, kiedy usłyszał ryk silników samolotu. Wówczas gwałtownie zahamował i obserwował zdarzenie przez okno autobusu. – Usłyszałem samolot, zobaczyłem iskry z samolotu, idzie bardzo nisko, kołami w dół – stwierdził w „Anatomii upadku”. Szewczenko podkreślił, że tupolew przeleciał nad ulicą w Smoleńsku w pozycji normalnej, a nie odwróconej kołami w górę.

– Nad drogą w jakim leciał położeniu? – pytała kierowcę Anita Gargas. Nikołaj Szewczenko: – W położeniu brzuchem w dół, zrozumieliście mnie? Kołami w dół, tak jak się idzie do lądowania.

– Nad drogą? – upewnia się reżyserka. – Tak, nad drogą – potwierdza Szewczenko.

Przypomnijmy, że według raportów MAK i komisji Millera polski samolot jeszcze przed drogą uderzył w brzozę, która miała urwać mu kawałek skrzydła, po czym obrócił się na bok, a następnie kołami w górę – w tej pozycji rzekomo przeleciał nad ulicą.

Rosyjski lekarz Nikołaj Bodin – właściciel działki położonej obok garaży przylegających do lotniska Siewiernyj, na której stoi brzoza odpowiedzialna jakoby za zniszczenie skrzydła samolotu – mówi w filmie „Anatomia upadku”, że to on przyniósł pod brzozę fragmenty samolotu, które znalazł. Bodin twierdzi: „Małych elementów było dużo, leżały też na drodze. Pobiegłem w kierunku miejsca katastrofy. Gdy wracałem, zebrałem leżące tu części i przeniosłem pod brzozę”.

Tymczasem według raportów rosyjskiego i polskiego fragment skrzydła, jaki tam znaleziono, oderwany został w wyniku zderzenia z brzozą i dlatego tam został znaleziony.

Anatolij Żujew, dozorca, ok. godz. 10.35–10.40 przyszedł do swojego garażu przy lotnisku Siewiernyj, znajdującego się około 300 m od miejsca tragedii. Po 5–10 minutach usłyszał szum silników samolotu. Była gęsta mgła, więc nie widział maszyny. Nagle – jak zeznał – ryknęły silniki i w odległości 150 m zobaczył sylwetkę tupolewa. Leciał na wysokości 10 m, ale próbował wzbijać się, bo był nachylony do góry pod kątem 40 st. do horyzontu. – Po tym, jak samolot wyłonił się na chwilę z mgły, był to moment, kiedy zaryczały silniki, powstał silny, oślepiający błysk. Po tym błysku obserwowałem samolot przez 1–2 sekundy, próbował nabrać wysokości – zeznał Żujew.

Anatolij Żujew tak określił w rozmowie z Anitą Gargas to, co widział: „Taki wybuch był jak żółtko, żółtko jajka, okrągłe i nic więcej”.

Właściciel jednego z garaży stojącego niedaleko miejsca katastrofy był tam, gdy nadlatywał polski samolot. Powiedział autorce filmu: „Trzy głuche huki, trzy głuche huki, z małą przerwą. Jak nastąpił ten ostatni, było widać niewielki język ognia”.

Anita Gargas dotarła też do motocyklisty Siergieja Mikiszanowa, który był widoczny na zdjęciach z 10 kwietnia 2010 r. Gdy wydarzyła się katastrofa, był przy swoim garażu, opodal miejsca tragedii. Powiedział o gwałtownie milknącym dźwięku silnika i olbrzymiej liczbie małych części samolotu, które spadły na ziemię w miejscu, gdzie według Zespołu Parlamentarnego Antoniego Macierewicza miało dojść do wybuchu w Tu-154. „Byłem w garażu. Nagle dźwięk samolotu znikł. Zrozumiałem, że coś się wydarzyło, jakaś katastrofa. Poszedłem tam. Część skrzydła spadła blisko szosy (wskazuje ręką). Spadając, zahaczyła o przewody elektryczne biegnące przy szosie, ale ich nie zerwała, druga część spadła w zarośla, pięć metrów dalej. Samolot wtedy zaczął się wznosić. Nad szosą przelatywał na wysokości tych drzew (pokazuje). 30–50 metrów za drogą leżały już kolejne elementy, w tym część ogonowa. Małe części były tu rozrzucone wszędzie. Dalej nie poszedłem”.

Inny świadek, pracownik pobliskiego zakładu produkcyjnego, który widział katastrofę, powiedział dziennikarce „Gazety Polskiej”: „Podniosłem oczy i widzę, a wszystko jeszcze leci w powietrzu, nieduże elementy”.

Spadające kawałki samolotu widział także pracownik pobliskiego zakładu produkcyjnego, przed szosą, za którą rozbił się tupolew. „Spojrzałem w górę, a wszystko leci w powietrzu, choć wysokość nieduża, elementy duraluminium”.

Ciekawa jest wypowiedź w filmie strażaka ze Smoleńska, który tak skomentował fakt, że żaden z jego kolegów uczestniczących w akcji nie chce rozmawiać z polską ekipą filmową: „Wszyscy się boją, boją się”. Czego ludzie mieliby się bać, skoro – jak wynika z raportów MAK i komisji Millera – to polscy piloci spowodowali katastrofę?

Całość artykułu w tygodniku „Gazeta Polska”
Autor: Grzegorz Wierzchołowski, Leszek Misiak
Żródło: Gazeta Polska

http://niezalezna.pl/37661-24-swiadkow- ... dza-wybuch

robin
Posty:186
Rejestracja:12 sierpnia 2012, 20:45
Lokalizacja:dolnośląskie

Post autor: robin » 24 stycznia 2013, 19:30

„A co powyższy tekst ma wspólnego z zamachem smoleńskim”?
Tyle, co poprzedzający go cytat z artykułu Marka Jana Chodakiewicza, przedstawiony przez kolegę „piera1987”. Ale zawsze administrator może przenieść oba teksty do innego wątku.

Syriusz
Posty:4297
Rejestracja:3 października 2008, 14:56

Post autor: Syriusz » 25 stycznia 2013, 20:37

1001 dni temu o godzinie 8:41…

…stało się. Zginęli. Ale choć wiemy, kto zginął i mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy, ale nie wiemy, jak do tego doszło i nie wiemy, dlaczego.
A póki tego nie wiemy – żaden uczciwy badacz i żaden rzetelny dziennikarz nie może pomijać milczeniem pytań, na które powinien odpowiadać każdy rzetelny raport badawczy i każdy solidny dziennikarski tekst informacyjny: Kto i co wtedy zrobił? Gdzie i kiedy? Z jakich przyczyn lub motywów? W jakim celu oraz (jak to zwykli formułować amerykańscy dziennikarze starej daty): za czyje pieniądze.
A tego nie wiemy, choć wczoraj minęło 1000 dni…
Jutro po zmroku rosyjska Szeherezada i jej bracia z komisji Millera po raz kolejny powtórzą nam w telewizji swoją wciąż tę samą baśń z tysiąca i jednej nocy. Warto więc przypomnieć, że Szahrijar tylko przez 1001 nocy cierpliwie wysłuchiwał baśni opowiadanych przez najgadatliwszą ze swoich żon (i nawet obdarował ją w tym czasie trzema krzepkimi synami), lecz gdy nadal próbowała bawić go swoimi bujdami, wyrzekł godne zapamiętania słowa:
Przestań! Nie mogę i nie zamierzam tego dużej znosić. Twoje łgarstwa nabawiły mnie już straszliwego bólu głowy. Widzę także, że dzień zaczyna świtać. Ileż to już czasu minęło…? Czy masz mnie za głupca. A w ogóle wstań lepiej i niech cię uduszę!
I jak rzekł, tak uczynił.
Dobranoc. Śpij, narodzie. Kolorowych snów.

Autor: Marcin Gugulski

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 11 lutego 2013, 11:10

„Ponieważ djabli wiedzą co się na prawdę stało”...

PYTANIA DO MACIEJA LASKA

„Ponieważ djabli wiedzą co się na prawdę stało”.. pisze przesyłający ten tekst Wojciech Hempel....

Jest to uwaga z gruntu słuszna. Po prawie trzech latach od Zbrodni, na Ziemi tylko „djabeł” i jego sługi wiedzą na pewno, co się stało, kto to zaplanował i jak wykonano (na pewno innymi, doświadczonymi rączkami). Ci „słudzy” bawią się „polskimi ekspertami” i opinią jak wściekły kot z poranioną myszką. Oby już niedługo.

Publikuję więc artykuł jednej z tych dwóch stron w sporze „o Smoleńsk”, które usiłują uzurpować sobie monopol na prawdę. Do prawdy tą drogą nie dojdziemy - ale do poznania osób, grup i ich powiązań - na pewno.

O unikach i zamykaniu oczu grupy związanej z Autorem pytań – napiszę oddzielnie.
Mirosław Dakowski

========================

PYTANIA DO MACIEJA LASKA

Eksperci rządowi premiera Donalda Tuska nie stawili się na debatę zorganizowaną przez młodych naukowców warszawskich uczelni w dniu 5 lutego 2013 r. Wyrażamy zdziwienie, że urzędnicy państwowi unikają konfrontacji ze specjalistami, naukowcami z kraju i zagranicy, pragnącymi przedyskutować kluczowe problemy związane z katastrofą smoleńską. Zebrani na UKSW wysłuchali niezależnych ekspertów Zespołu Parlamentarnego i racji raportu Millera, tak jak zostały one zapisane w dokumencie zatwierdzonym przez Premiera Donalda Tuska. Nie usłyszeli jednak odpowiedzi i wyjaśnień ekspertów Donalda Tuska, gdyż ci na debatę się nie stawili. Ujawnione zasadnicze rozbieżności każą nam postawić szereg pytań do ekspertów rządowych. Przedstawiamy je publicznie, tak jak publiczną powinna być debata na temat największej tragedii, w której poległa polska elita państwowa z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele.

Pytamy więc ekspertów rządowych, a w szczególności pana Macieja Laska, który dzisiaj jest wysokim urzędnikiem, podwładnym premiera Donalda Tuska:


1. Twierdzi Pan, że samolot na wysokości 5 metrów nad ziemią zderzył się z brzozą i stracił 6 metrowy fragment skrzydła, co spowodowało obrót samolotu na plecy, beczkę autorotacyjną, uderzenie w ziemię w pozycji odwróconej i w konsekwencji śmierć wszystkich pasażerów. Przedstawia Pan także zdjęcie brzozy ułamanej na wysokości 5 metrów z wbitymi metalowymi fragmentami, twierdząc, że o tę brzozę rozbił się samolot z Prezydentem Polski. Takie właśnie zdjęcie pokazywane jest od blisko 3 lat, począwszy od propagandy rosyjskiej, przez raport Tatiany Anodiny po raport Millera.

Na jakiej podstawie twierdzi Pan, że o tę brzozę rozbił się samolot, skoro:

- prokuratorzy rosyjscy twierdzą, że takiej brzozy nie było, a ta, która stała na działce dr. Bodina, była ułamana 1 metr od wierzchołka;

- 4 lutego potwierdziła to prokuratura polska w komunikacie prok. płk. Rzepy, który napisał, że prokuratura posiada zdjęcie brzozy z działki dr. Bodina, którą samolot miał ściąć na wysokości 9 metrów od gruntu.

Łatwo zauważyć, że na tej wysokości brzoza ma średnicę ok. 10-15 cm i w sposób oczywisty nie mogłaby zniszczyć skrzydła!

- tymczasem Komisja, w której Pan był wiceprzewodniczącym zespołu technicznego, nigdy nie badała brzozy ani skrzydła, co publicznie przyznał polski akredytowany płk. Edmund Klich,

- czarna skrzynka nie odnotowała dźwięku uderzenia w brzozę, a w tym miejscu eksperci Instytutu Sehna w Krakowie odczytali dźwięk „przesuwających się w kokpicie przedmiotów”, który trwa do końca tragedii,

- jedynym źródłem wiedzy o brzozie złamanej na wysokości 5 metrów, która miała spowodować katastrofę TU 154, są zdjęcia Siergieja Amielina, smoleńskiego fotoamatora z 13 kwietnia 2010 r., czyli 3 dni po katastrofie oraz zdjęcia zamieszczone MW pańskim Raporcie i w Raporcie MAK. Wszystkie późniejsze od protokołu i szkicu sytuacyjnego prokuratorów rosyjskich z 10 kwietnia 2010 r.

Na takiej podstawie zbudował Pan tezę wyjaśniającą śmierć polskiej elity narodowej i wyśmiewającą wszystkie naukowe niezależne badania. Prosimy o wyjaśnienie, dlaczego podpisał Pan dokument wprowadzający w błąd rząd i opinię publiczną, dlaczego pokazuje Pan zdjęcie nie mające związku z przyczyną tragedii smoleńskiej, jakie posiada Pan dowody na to, że brzoza ułamana na wysokości 5 metrów zniszczyła skrzydło TU 154 i doprowadziła do katastrofy smoleńskiej?


2. W Raporcie, który pan podpisał, stwierdzono, że generał Andrzej Błasik był w kokpicie, odczytywał wysokości z przyrządów nawigacyjnych oraz informował o stanie widoczności. Wszystkie te stwierdzenia są fałszywe. Wynika to niedwuznacznie z ekspertyzy Instytutu Sehna w Krakowie, która wyjaśniła, że niektóre z tych słów w ogóle nie padły (np. że „nic nie widać”), inne wypowiedział drugi pilot, a generał Błasik nie wypowiadał żadnych odnotowanych słów. Analiza położenia ciała generała Andrzeja Błasika przeczy tezie, że znajdował się w kokpicie, gdyż znaleziono go w okolicy salonki generalskiej, a nie w okolicy kokpitu. Jednoznaczny komunikat przeczący obecności Generała w kokpicie wydała także prokuratura. Mimo to nigdy Pan nie przeprosił za szkalowanie generała Błasika i nadal podtrzymuje Pan w wypowiedziach publicznych domniemanie, że mógł być w kokpicie, co miałoby wynikać „z kontekstu sytuacyjnego”. Dlaczego pan to robi mimo oczywistych dowodów przeciwnych?


3. Dlaczego w raporcie Millera, który pan podpisał sfałszowano trajektorię poziomą lotu, pomijając informację z systemu TAWS nr 38 przed samą szosą Kutuzowa. Sygnał TAWS 38 przesądza o tym, że samolot nie mógł zrobić tzw. beczki autorotacyjnej i zmienić kierunku lotu za tzw. „pancerną brzozą”, lecz leciał prosto jeszcze co najmniej 140 metrów i dopiero potem na wysokości około 36 metrów nad ziemią gwałtownie zmienił kierunek lotu. Dlaczego podpisał Pan dokument, w którym te informacje po prostu wymazano z mapy? Podobnej manipulacji dokonano na ekspertyzie firmy Small Gis, która wskazała, że doszło do dwu eksplozji. Na mapie zamieszczonej w raporcie Millera słowa „wybuch” z ekspertyzy zastąpiono słowami „pożar”. Dlaczego dopuszczono się tych fałszerstw?


4. Pisze Pan, iż „na podstawie zarejestrowanych parametrów lotu ustalono, że przed zderzeniem w ziemię samolot przemieszczał się na wysokości kilku metrów nad wznoszącym się terenem”. Czy mógłby pan wskazać konkretne rejestratory, który podają takie dane? Przecież wie Pan znakomicie, że systemy TAWS i FMS, a także wysokościomierze baryczne odnotowują, iż samolot NIGDY nie zszedł poniżej 18 metrów nad ziemią. Co więcej wie Pan także, że Komisja nie posiada żadnych wiarygodnych danych na temat tego, co działo się poniżej 18 metrów nad ziemią, a wasze twierdzenia są oparte na przypuszczeniach wziętych z analiz fotoamatora Amielina oraz opartych na informacji o uderzeniu w brzozę na wysokości 5 metrów nad gruntem. Wiemy już teraz, że fakty te nie miały miejsca. Jakie więc dane przeciwstawi Pan informacjom z zegarów barycznych i danym zapisanym przez system TAWS w plikach fault. lock wskazujących, że w ostatnich sekundach samolot wznosił się do około 36 metrów nad gruntem i wówczas nastąpiła katastrofa?


5. Pisze pan, że „oględziny wraku samolotu przeprowadzono na miejscu zdarzenia”.

Prosimy o wyjaśnienie, kto personalnie dokonywał ze strony polskich ekspertów w Smoleńsku tych oględzin i badań i kiedy tego dokonał. Prosimy też o wyjaśnienie, gdzie znajduje się jakakolwiek dokumentacja tych badań? Gdzie możemy zapoznać się z raportem, ekspertyzą czy choćby opisem badań i oględzin, o których Pan mówi? Nie ma ich bowiem ani w raporcie Millera, ani w załącznikach dołączonych doń w lipcu 2011 r. zaraz po jego opublikowaniu, ani też w załącznikach do protokołu z badania Komisji, które zostały opublikowane we wrześniu 2011 r. Nie jest też znana żadna inna publikacja zawierająca taki raport, opis czy ekspertyzę.

Pytamy o to dlatego, że płk Edmund Klich, polski akredytowany kierujący pracami ekspertów w tym okresie, napisał w swojej książce „Moja czarna skrzynka”, że takich badań nie prowadzono, że w zespole nie było żadnego specjalisty od takich badań, a pan Wierzbicki, który miał to zrobić po prostu przepisał dane rosyjskie!

Pytamy o to także dlatego, że Pan osobiście i pańscy koledzy eksperci przebywający w Smoleńsku, w lutym 2011 roku w liście do ministra Grabarczyka napisaliście, że nie zbadaliście wraku na skutek niedopełnienia obowiązków przez akredytowanego Klicha. Pański podpis znajduje się pod tym dokumentem. Dlaczego więc, skoro wszystkie dane pochodzą nie z własnych badań, a z informacji rosyjskich, stwierdza Pan, że wrak został przez Was zbadany, że przebadano krawędzie przełomu i sposób odkształceń, i że te badania wykluczyły eksplozje i potwierdziły tezę o katastrofie na skutek uderzenia w ziemię?


6. Nie zbadaliście państwo także silników samolotu, poprzestając na ich zewnętrznym oglądzie i stwierdzając, że pracowały one sprawnie aż do uderzenia w ziemię. Do uderzenia w ziemię sprawne miały być także inne, główne mechanizmy samolotu.

Jeśli tak, to czy mógłby pan powiedzieć, dlaczego ekspertyza ATM, zamieszczona w załączniku do protokołu waszej Komisji stwierdza, że około 40 metrów przed miejscem gdzie znajduje się działka dr. Bodina, doszło do awaryjnych drgań silnika nr. 1 samolotu, znacznie przekraczających dopuszczalne normy a sekundę później analogiczne zjawiska nastąpiły w silniku nr. 3, a wreszcie doszło do awarii w silniku nr. 2 i awarii generatorów prądu?

Podobne informacje zawarte są w zapisach twardych dysków systemu TAWS i FMS, gdzie mówi się o 3 głównych awariach i o nieodczytanych 11 zapisach wskazujących na awarie.

I czy mógłby pan wyjaśnić nam, dlaczego dane zamieszczone w raporcie Millera, podobnie zresztą jak dane zamieszczone w raporcie pani Anodiny w sposób bezsporny stwierdzają, że zasilanie elektryczne ustało, gdy samolot znajdował się 17-15 metrów nad ziemią? Czy uważa Pan, że samolot bez pracujących generatorów, bez zasilania elektrycznego i z silnikami objętymi awarią - to samolot sprawny?


7. Skoro nie zbadali Państwo ani wraku ani miejsca zdarzenia, na jakiej podstawie twierdzi pan, że „uszkodzenia samolotu powstały w wyniku uderzenia w ziemię”?

Czy może Pan wskazać opis oględzin miejsca zdarzenia, obrys i badanie bruzdy wyrytej w miękkiej ziemi przez przemieszczający się na przestrzeni ponad 300 metrów 80 tonowy samolot?

Czy mógłby Pan wyjaśnić skąd wzięły się setki jeśli nie tysiące drobnych szczątków samolotu, wręcz odłamków zaściełających obszar rozciągający się na ponad 800 metrach wzdłuż toru rozpadającego się w powietrzu samolotu? I dlaczego rozłożenie szczątków znacznie przekracza rozstaw skrzydeł samolotu?

Czy mógłby pan wyjaśnić dlaczego liczni świadkowie widzieli eksplozję a nawet rozpad samolotu w powietrzu, w szczególności odpadnięcie jego ogona jeszcze przed upadkiem na ziemię?


8. Pisze Pan także, że „samolot zderzył się z ziemią w pozycji odwróconej”. Czy mógłby pan wyjaśnić skąd ta teza? Nie zbadaliście państwo samodzielnie przyrządów nawigacyjnych. Korzystaliście w tej mierze z ekspertyzy rosyjskiej. Tymczasem parametry lotu zapisane w tzw. polskiej skrzynce produkcji ATM nie wskazują jednoznacznie na przewrócenie się samolotu na plecy. Wiemy już, że nie dokonała tego „pancerna brzoza”, bo nigdy nie została uderzona przez samolot na wysokości 5 metrów i nie mogła złamać skrzydła. Skąd więc teza o uderzeniu w ziemię w pozycji odwróconej samolotu? Dodajmy, że szczątki widoczne na ziemi w zakresie części od kokpitu do skrzydeł leżą w pozycji prawidłowej, podłogą do ziemi, a koła podkokpitowe wręcz stoją na ziemi. Odwrócone są jedynie części od skrzydeł do ogona. Taka pozycja szczątków wskazuje raczej na rozpad w powietrzu niż na uderzenie w pozycji odwróconej, co musiałoby dotyczyć przede wszystkim kokpitu.

Dlaczego więc twierdzi Pan, że szczątki samolotu nie wskazują na wybuch, a przeciwnie świadczą, że go nie było, a uszkodzenia powstały na skutek uderzenia w ziemię, skoro tylna część kadłuba leży z wywiniętymi na zewnątrz burtami, co mogło powstać tylko na skutek eksplozji?


9. Stwierdza pan, że nie doszło do wybuchu i powołuje się na badania wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii, który w czerwcu 2011 r. miał dokonać stosownych badań wykluczających obecność śladów materiałów wybuchowych na wraku i szczątkach ofiar. Dlaczego jednak nie informuje pan słuchaczy, o tym, że Instytut ten zbadał jedynie 8 przedmiotów pochodzących z rzeczy należących do ofiar, były to: parasolka, część buta, banknoty, fragment swetra i kartki książki. Nie wiadomo, z jakiej części terenu katastrofy pochodzą te rzeczy, a przede wszystkim nie ma wśród nich ani foteli, ani tapicerki samolotu, ani metalowych części wraku. Krótko mówić badania te nic nie mówią o szczątkach samolotu. Równocześnie nie mówi Pan o tym, że spektrometry używane przez ekspertów prokuratury we wrześniu i w październiku 2012 roku wskazały na wraku samolotu i na 63 jego fotelach kilkaset śladów materiałów wybuchowych, a zwłaszcza trotylu i nitrogliceryny.

10. Czy właśnie dlatego, że nie potrafi Pan odpowiedzieć na te pytania, nie zdecydował się Pan na publiczną, otwartą polemikę z niezależnymi naukowcami? A może przeszkodą była Pana funkcja rządowa?

Z należnym szacunkiem
Zespół Parlamentarny ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.
Antoni Macierewicz

Awatar użytkownika
Endek
Posty:2948
Rejestracja:24 listopada 2008, 20:37
Lokalizacja:Nieporęcki Las

Post autor: Endek » 14 lutego 2013, 11:20

666cm uciętej skrzydłem brzozy, to podpis sprawcy i wygląda, że Bóg zdjął opiekę nad samolotem.
Liberał to fanatyk na rzecz niezależności, który wychwala ją w każdej dziedzinie, aż do granic absurdu(abp, Marceli Lefebvre)

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 14 lutego 2013, 11:32

Endek pisze:666cm uciętej skrzydłem brzozy, to podpis sprawcy i wygląda, że Bóg zdjął opiekę nad samolotem.
Endek, dajmy spokój tym dywagacjom. Ty wiesz swoje, ja wiem swoje. I niech tak zostanie.
Nie ma sensu przekonywanie nas na siłę, że zamachu nie było. Tylko ignorant będzie twierdził, że nie było. To że nie mamy bezpośrednich dowodów, że nie wiemy jak do tego doszło, jeszcze nie oznacza, że do zamachu nie doszło.

Zostawmy też Pana Boga, bo Pan Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Idąc bowiem tropem Twojego rozumowania dojdziemy do absurdów. Np. że niemieckie obozy koncentracyjne to Palec Boży, że zsyłki na Syberię to Palec Boży, że Katyń to też Palec Boży. Głupiego gadanie, no nie ?

pier1987
Posty:1457
Rejestracja:29 października 2011, 08:22
Lokalizacja:Warszawa

Post autor: pier1987 » 17 lutego 2013, 21:32

Rozmowę z Kevinem Crullem przeprowadziła Barbara Rode. Podajemy dwie wersje językowe: polską i angielską.












INTERVIEW WITH THE PRESIDENT OF BELL MEDIA IN CANADA, THE OWNER OF CTV AND DISCOVERY CHANNEL IN CANADA, MR. KEVIN CRULL

WYWIAD/ ROZMOWA TELEFONICZNA Z PREZESEM BELL MEDIA, WŁAŚCICIELEM CTV I DISCOVERY CHANNEL W KANADZIE PANEM KEVINEM CRULLEM - 1.02.2013 r



(Before I turned on the recorder I established that the President knows, which movie we are talking about and I told him it was not just any accident but the biggest air catastrophe in the world in which almost one hundred most important people in Poland died.) (…)


(Zanim uruchomiłam nagrywarkę ustaliłam, że Prezydent wie, o którym filmie mówimy, i powiedziałam mu, że nie rozmawiamy tu o jakimś wypadku, tylko o największej katastrofie lotniczej w historii świata, gdzie prawie sto najważniejszych osób w Państwie zginęło.) (…)


Reporter: (…) it is that the episode is based only on two investigative reports from two different commission boards, the Russian MAK’s Committee and the Polish Governmental Committee. These reports were published two years ago and since then there was new evidence, many witnesses there, many new facts, scientific research was done. I talked to the producer whose name is Alex Bystram and he confirmed, he admitted actually in a phone conversation that he is aware of the fact that there are different points of view, different research done, different witnesses, different evidence but he deliberately chose not to portray these in his movie. So his movie is one-sided. It’s called a documentary but in fact it’s not a documentary, it’s one-sided. It does not consist of various points of view. It is only his choice of witnesses and events that he portrays. Therefore, my concern is that if this movie is aired it will misinform the Canadian public and the world public and I think it’s a breech of journalistic standards and ethics and everything else. Therefore, I think that the movie should not be aired.


(…) to jest, że odcinek jest oparty tylko na dwóch raportach śledczych, dwóch komisji, rosyjskiego MAK-u i Polskiej Komisji Rządowej (czyt: Komisji Millera). Te raporty były opublikowane dwa lata temu i od tego czasu , były nowe dowody, wielu nowych świadków, wiele nowych faktów, przeprowadzono badania naukowe. Rozmawiałam z producentem Alexem Bystram i on potwierdził, raczej przyznał się, w rozmowie telefonicznej ze mną, że ma świadomość, iż istnieją różne punkty widzenia na ten temat, różne badania były przeprowadzone, różni świadkowie, różne dowody, ale on celowo zadecydował, aby ich nie przedstawiać w tym filmie. A więc jego film jest jednostronny. Nazywa się filmem dokumentalnym, ale w rzeczywistości nim nie jest, ponieważ jest to film jednostronny. Nie zawiera on różnych punktów widzenia. To tylko jego (czyt: producenta) wybór świadków i wydarzeń jakie przedstawia. Dlatego, niepokoi mnie fakt, że jeżeli ten film zostanie wyemitowany będzie on wprowadzał kanadyjską i światową opinię publiczną w błąd i sądzę iż jest to złamaniem standardów dziennikarskich, etyki dziennikarskiej i wszystkiego innego. Dlatego, uważam, że film nie powinien nigdy zostać wyemitowany.





KC: Ok. Let me reach out to Paul (Paul Lewis is the President of Discovery Channel in Canada: author) and understand what he thinks about it but I certainly understand your concern. I think for us, you know… I suspect that just about anything that goes on TV people can take, take,… hm I certainly read the newspaper everyday and I say I don’t agree with that opinion, I don’t agree with the way that story was written and, so it’s very difficult to satisfy everybody, I think. Probably Paul’s conclusion and.. but I will. I will certainly look into it.


Ok. Pani pozwoli, że zwrócę się do Paula (Paul Lewis jest Prezydentem Discovery Channel w Kanadzie: autor) i rozumiem, co on o tym sądzi, ale na pewno rozumiem Pani obawy. Myślę, że dla nas, wie Pani… Podejrzewam, że praktycznie wszystko co pokazuje się w telewizji ludzie mogą wziąć za ….., hm zdecydowanie czytam codzienną prasę i mówię: nie zgadzam się z tą opinią, nie zgadzam się z tym jak ta historia była napisana… więc jest bardzo trudno usatysfakcjonować wszystkich, tak sądzę. Prawdopodobnie Paula konkluzje będą… i, ale ja na pewno się temu przyjrzę.





Reporter: The thing is that it’s not about satisfying everybody because of course people have different points of view. The thing is that, as a journalist myself, I was always taught and I believe that the Canadian standards is to show … (interrupted)


Sorry?


Ale chodzi o to, że tu nie chodzi o usatysfakcjonowanie wszystkich, bo oczywiście ludzie mają różne punkty widzenia. Chodzi o to, że jako dziennikarz zawsze byłam uczona i iwierzę, że kanadysjkie standardy to pokazanie …. (wypowiedź została przerwana)


Słucham?





KC: It’s about accuracy. That’s fair.


Chodzi o rzetelność/ dokładność. Rozumiem.





Reporter: It’s about accuracy and it’s also about showing all different points of view and having a balance in this, like … You cannot have a one-sided story and call it a documentary.


Chodzi o rzetelność ale także o pokazanie wszystkich, różnych punktów widzenia i stworzenie równowagi dziennikarskiej w tym, ….Nie można mieć jednostronnej historii i nazwać jej dokumentem.





KC: Right. Ok. Well, I appreciate your bringing this to my attention and I certainly will ask Paul about it.


No tak. Ok. Więc, Doceniam to, że przekazała mi Pani te informacje i zapewniam, że zapytam o to Paula.





Reporter: Can I just ask you.. There is a protest letter that was written (interrupted)


Czy mogę tylko zapytać…. Jest list protestacyjny, który był napisany … (wypowiedź przerwana)





KC: I’m so sorry I do have to run but


Przepraszam, ale muszę już biec ale … (wypowiedż przerwana)





Reporter: But have you, have you read the protest letter? Did you have a chance to read it?


Ale czy czytał Pan list protestacyjny? Czy miał Pan szansę się z nim zapoznać?





KC: No


Nie





Reporter: Would you like me to send it to you? Cause I already sent it to your assistant.


Czy chciałby Pan, abym wysłała to Pana? Już wysłałam wcześniej do Pana asystentki.





KC: Yeah, I’ll get it from H…. (the assistant: author). I’ll do that and make sure that I see it.


Tak. Wezmę go od H…. (asystentki). Tak zrobię i na pewno zobaczę ten list.





BR: Could we make an appointment, a time to schedule an interview for the Polish press?


Czy moglibyśmy wyznaczyć czas na wywiad z Panem do polskiej prasy?





KC: I don’t think that I would do that. Thank you. (call disconnected)


Nie sądzę, że bym to zrobił. Dziękuję (słuchawka odłożona)





Rozmawiała Barbara Rode
http://solidarni2010.pl/12247-rozmowa-t ... ba4341112d

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 22 lutego 2013, 11:57

Cejrowski: To NIE była katastrofa, tylko zamach

Wojciech Cejrowski jest przekonany, że sprawa tragedii smoleńskiej jest już wyjaśniona. - Na stole leżą wszystkie dowody wskazujące na to, że to NIE była katastrofa, tylko zamach. I nie mówię o stole spiskowym, tylko o oficjalnym stole rządowym – powiedział w rozmowie z portalem stefczyk.info.

Zdaniem Cejrowskiego, oczywistym jest, że w Smoleńsku doszło do zamachu. - Na stole leżą wszystkie dowody wskazujące na to, że to NIE była katastrofa, tylko zamach. I nie mówię o stole spiskowym, tylko o oficjalnym stole rządowym. Leżą też tam liczne dowody wskazujące na sprawcę - ten kto mataczy, ukrywa i fałszuje fakty, ten jest winny. Spodziewam się, że oni nam wszystkiego nie mówią i pod tym stołem mają też szuflady pełne dodatkowych dowodów, ale już to co wiemy OFICJALNIE wystarcza by stwierdzić, że to NIE był wypadek lotniczy. Sprawę Katynia ukrywały dużo potężniejsze siły, a jednak tamtą zbrodnię wyjaśniliśmy. Wyjaśnimy i tę – zapewnia w rozmowie z portalem stefczyk.info.

Znany podróżnik, wyjaśnia także, dlaczego – mimo wielu skandali i błędów – rząd Tuska cieszy się poparciem znacznej części społeczeństwa. Jego zdaniem, wynika to z faktu, że „narracja Tuska jest przyjemna dla ucha”. - Dlatego Naród go słucha i popiera. Tusk opowiada nieprawdy, bajdurzy, lukruje rzeczywistość, obiecuje, potem nie dotrzymuje swoich własnych obietnic, ale... gdyby odrzucić Tuska, to nagle wyjdzie na jaw, że nasze życie jest czarne, że daliśmy się zaciągnąć w bagno, ekonomiczne, że ten "obrzydliwy" Kaczyński, z "obrzydliwym" Rydzykiem mówili prawdę o przekrętach na autostradach Tuska – wyjaśnia.

Cejrowski czyni także analogię do sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych, gdzie obecnie przebywa. - Obama jest kłamcą podobnie jak Tusk, i podobnie jak Tusk ma poparcie narodu i elit skupionych w mediach. Ale jednak po expose Obamy NATYCHMIAST wygłosił swoje anty-expose przedstawiciel opozycji i nadawały to wszystkie stacje telewizyjne (...). Opozycja tu w USA walczy z Obamą. Walczy! A my powinniśmy walczyć o prawdę z Tuskiem, z Ruskiem, z Unią. O prawdę trzeba walczyć nawet z przeciwnikiem, o którym wiemy, że nas pokona. To kwestia pryncypiów, godności. O Polskę więc trzeba walczyć, nawet jeśli wydaje nam się, że nic nie ugramy – apeluje.

Podróżnik nie zastanawia się nad tym, czy obecny rząd dotrwa do końca kadencji, bo jego zdaniem są ważniejsze sprawy. - Trzeba obalić Unię Europejską, bo to ona rządzi teraz w Polsce. Ale, wie Pan, pomocników do tej roboty, to ja raczej nie znajdę, gdyż ludziom przyjemnie żyje się w słodkiej iluzji świata, którą oferują Tusk i Unia – konstatuje.

eMBe

http://www.fronda.pl/a/cejrowski-to-nie ... 26285.html

Awatar użytkownika
Coltrane
Posty:17740
Rejestracja:31 marca 2008, 23:47
Lokalizacja:Polska

Post autor: Coltrane » 26 lutego 2013, 08:54

Do Rzeczy: Rosjanie profanowali ciała. Cezary Gmyz rozmawia z Zuzanną Kurtyką

W piątek 9 kwietnia. Minęliśmy się w drzwiach. Wróciłam z konferencji naukowej. Janusz przyjechał do domu w czwartek wieczorem. W czwartek w nocy słyszałam jak bardzo długo rozmawiał z naszym starszym synem Pawłem, który wybierał się na powierzchniówki w Góry świętokrzyskie. W piątek odebrał jeszcze Krzysia ze szkoły. Z konferencji wróciłam wieczorem, koło dziewiątej. Janusz zaczął się ubierać. Nie wziął ze sobą nawet tej walizeczki z którą zazwyczaj się przemieszczał, bo miał przecież od razu w sobotę wrócić. Pożegnaliśmy się w drzwiach, wsiadł do samochodu. Zadzwoniłam do niego jeszcze tuż przed północą. Dojeżdżał do Warszawy. To była ostatnia rozmowa.
26.02.2013r.


Cezary Gmyz: Kiedy widziała się Pani po raz ostatni z mężem?

Zuzanna Kurtyka: W piątek 9 kwietnia. Minęliśmy się w drzwiach. Wróciłam z konferencji naukowej. Janusz przyjechał do domu w czwartek wieczorem. W czwartek w nocy słyszałam jak bardzo długo rozmawiał z naszym starszym synem Pawłem, który wybierał się na powierzchniówki w Góry świętokrzyskie. W piątek odebrał jeszcze Krzysia ze szkoły. Z konferencji wróciłam wieczorem, koło dziewiątej. Janusz zaczął się ubierać. Nie wziął ze sobą nawet tej walizeczki z którą zazwyczaj się przemieszczał, bo miał przecież od razu w sobotę wrócić. Pożegnaliśmy się w drzwiach, wsiadł do samochodu. Zadzwoniłam do niego jeszcze tuż przed północą. Dojeżdżał do Warszawy. To była ostatnia rozmowa.

CG: Janusz bardzo często podróżował. Nie było więc czym się martwić – ot, lot, jak lot.

ZK: Ale zawsze się bałam jak latał samolotem. Sama też panicznie bałam się latania. Miałam nawet taką obsesję, żeby z nim nie latać, żeby dzieci nie zostawały same. Wiadomo było, że te tupolewy się psuły, że bywały awaryjne lądowania. Byłam jednak w przekonana, że ciężko sobie wyobrazić bezpieczniejszy lot niż lot z prezydentem, że wszystko musi być zabezpieczone, przygotowane sprawdzone. To dziwne, ale po 10 kwietnia strach przed lataniem przeszedł mi jak ręką odjął.

CG: Następnego dnia…

ZK: Nie miałam żadnych przeczuć. Zrobiłam śniadanie. Wsiadłam do samochodu, bo wracałam na konferencję Wysłałam do Janusza smsa z pytaniem, czy są już na miejscu. Nie przyszło potwierdzenie odbioru. Ale czując lekki niepokój, taki jak zawsze, wybrałam numer. Telefon Janusza był wyłączony. Po chwili zadzwoniła moja mama z wiadomością, że w radio podali, że coś się stało z samolotem. Pytała, czy Janusz tam był. Była w histerii, wołała „tam się pali”. Ja nie miałam radia w samochodzie. Do głowy mi nie przyszło, że mogło się stać coś strasznego... Zawróciłam jednak do domu. Włączyłam telewizor i usłyszałam, że wszyscy zginęli. Paweł był na tych swoich wykopaliskach. W domu był tylko Krzyś.

CG: W niedzielę wieczorem była Pani już w Moskwie. Żeby zidentyfikować ciało.

ZK: Byłam w szoku, ale zakładałam, że wszystko co się tam wokół dzieje robione jest z dobrej woli. Miałam bardzo przytępiony zmysł spostrzegawczości. Wydawało mi się, że jakoś się trzymam. Pamiętam przylot do Moskwy, potem mam już problem z chronologią. Byliśmy tam poniedziałek, wtorek i środę. Wróciliśmy w czwartek rano. W samolocie do Polski rzuciliśmy się na polskie gazety. Nie wiedzieliśmy przez trzy dni, co się dzieje w Polsce. Mieliśmy tylko jakieś szczątkowe informacje od pana Arabskiego i pani Kopacz. Jednak spotkania w nimi odbywały się późno w nocy, o pierwszej, drugiej godzinie. Po całym dniu spędzonym w prosektorium nie mieliśmy siły się już w nic wgłębiać. Z gazet dowiedzieliśmy się, że planowano msze w Warszawie na placu Piłsudskiego. Miały tam być wystawione trumny. Jak to” myślałam „przecież część ciał nie została zidentyfikowana”. W Moskwie widziałam rozpaczających ludzi, którzy nie wciąż nie rozpoznali swoich bliskich. „Boże” myślałam „jak to będzie – część trumien na placu, a co z pozostałymi”. Na szczęście msza odbyła się bez trumien.

CG: Co się działo po przylocie do Warszawy?

ZK: Czekaliśmy na trumny. Dowiedzieliśmy się , ze przylecą zaraz po nas i na lotnisku ma się odbyć uroczystość. Nie mieliśmy żadnych rzeczy, które pasowałyby do tej ceremonii. Zdążyliśmy umyć ręce i musieliśmy jechać z powrotem na Okęcie. Współpracownicy męża stanęli na wysokości zadania. Krzyś został ubrany w czarny żakiet pani Doroty Kality, która trzęsła się potem z zimna. Wróciliśmy potem do Krakowa, tylko żeby się przebrać i wrócić na mszę do Warszawy. Pamiętam tą noc - podjeżdżamy pod nasz dom i widzę pożar, widzę jak nasz płot płonie. Dopiero jak podjechaliśmy bliżej zobaczyłam, że..

CG: Że to były znicze?

ZK: Tak.

CG: Wszyscy byli przekonani, że Pani mąż spocznie w tzw. krypcie profesorskiej w krakowskim kościele św. Piotra i Pawła. Na skutek nacisków profesora Franciszka Ziejki, rektora UJ decyzję zmieniono.

ZK: Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego co się wokół mnie dzieje. Cała ta awantura z pogrzebem jeszcze mnie tak bardzo wtedy nie obeszła. Po prostu po tym co się stało, mój poziom wrażliwości był innym. Po tym, co przeszłam w Moskwie, nic już nie mogło mną równie wstrząsnąć. Dziś myślę, że była to forma obrony organizmu. Trochę czasu minęło zanim zaczął wracać właściwy poziom percepcji.

CG: Byłem akurat wtedy w IPN, kiedy przyszła informacja, że Ziejka zablokował pogrzeb w krypcie. Część pracowników płakała, część zaciskała pięści. Ostatecznie profesor spoczął w kwaterze zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim. Jego nagrobek odwołuje się do formy gotyckiej.

ZK: Pierwotny projekt miał inną formę, ale też oczywiście, gotycką. Koleżanka dała mi kontakt do prof. ASP Piotra Suchodolskiego, artysty rzeźbiarza. Po wielu godzinach rozmów zaprojektował przepiękną kompozycję – gotycką bramę. Zarząd cmentarza się nie zgodził. Bo projekt przekraczał o 20 cm szerokość przyznanego miejsca. To było upokarzające. Nie pomogły pisma które słałam do prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Nic nie pomogło. Usłyszałam, że jestem hieną cmentarną bo chcę zabrać miejsce innym ludziom. W rezultacie profesor musiał zaprojektować nowy nagrobek. Też jest piękny, lecz już inny.

CG: Nawet po śmierci nagonka na profesora Kurtykę nie osłabła. Przeprosił tylko minister kultury Bogdan Zdrojewski na pogrzebie. Zmiana miejsca pochówku to ostatni akt na długiej liście ataków na Pani męża. Jako prezes IPN był ulubionym celem wszystkich przeciwników lustracji i samego instytutu. Jak w ogóle doszło do tego, że mediewista trafił do IPN?

ZK: Mam z tego powodu do dziś wyrzuty sumienia, bo ja go do tego namówiłam. Inna sprawa, że długo nie musiałam. W pewnym momencie jego sytuacja w Polskiej Akademii Nauk stała się trudna. Janusz szybko wyrósł ponad poziom pracowni w której pracował. Janusz zaczął się tam dusić. Wreszcie podjął decyzję i został szefem krakowskiego oddziału Instytutu.

CG: Czy już wtedy, w Krakowie, komuś przeszkadzał?

ZK: W porównaniu z tym, co działo się, kiedy został prezesem IPN, to była sielanka. Janusz od podstaw zorganizował oddział. Włożył w to gigantyczną pracę. Udało mu się zdobyć na archiwum zrujnowany pałac Konopków w Wieliczce. Nie było jednak tak ciężko jak potem. Dość powiedzieć, że w tamtych czasach, kiedy postkomuniści mieli zakusy wobec IPN, to olbrzymią akcję w obronie instytutu rozpętała… Monika Olejnik.

CG: Prezesurę IPN objął w dość dramatycznych okolicznościach. Leon Kieres stracił szansę na elekcję po sprawie o. Konrada Hejmy. Zaś Pani mężowi zarzucono, że by zdobyć stanowisko zagrał dokumentami z archiwum IPN w Krakowie. Chodziło o tzw. notatkę Kosiby z której wynikało, że Andrzej Przewoźnik, jego konkurent, mógł być tajnym współpracownikiem.

ZK: Janusz bardzo przeżył sprawę Przewoźnika. Nie miał pojęcia o tej notatce. Nie wiem czy osoba, która ujawniła ten dokument zdawała sobie sprawę jaka niedźwiedzią przysługę wyświadcza Januszowi. Zasada wyboru prezesa jest tak, że nie może być najmniejszych wątpliwości co do przeszłości kandydata. Kolegium w toku sprawdzania i tak by ten dokument znalazło bo przed wyborami robiono wymaganą przez prawo bardzo dokładną kwerendę. Kolegium po znalezieniu notatki musiałby odrzucić jego kandydaturę ale odbyłoby się to bez rozgłosu. Janusz przez długie lata bardzo blisko współpracował z Andrzejem Przewoźnikiem. Byli po imieniu. Dla Janusza nagłośnienie tej notatki było bardzo niezręczne bo zraziła Andrzeja Przewoźnika na długie lata.

CG: Sąd ostatecznie uznał, że Przewoźnik nie współpracował z SB. Było to już za prezesury Pani męża i to de facto pion lustracyjny pomógł oczyścić się Przewoźnikowi. Wracając do temu. Czy to Pani namówiła męża do ubiegania się o prezesurę?

ZK: Nie. Tym razem była przeciwna. Janusz jednak po pięciu latach pracy w IPN miał już bardzo dokładnie sprecyzowaną wizję czym instytut powinien być. Był jednak bardzo sfrustrowany, że IPN ma gigantyczne możliwości, które nie były wykorzystywane. W archiwum był dramatyczny bałagan. Walały się całe kartony z aktami, których nikt nie dotknął nie mówiąc o inwentaryzacji. Groziło to tym, że poginą ważne dla historii Polski dokumenty. Nie tylko archiwum źle działało.

CG: Został wybrany miażdżącą przewagą głosów – głosowały na niego oba kluby PiS i Platforma Obywatelska. Mało kto jednak pamięta, że to posłowie PiS wyrażali sceptycyzm wobec tej kandydatury.
Wszystko się zmieniło po wydaniu książki „SB a Lech Wałęsa” Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Przeciw IPN rozpętano wówczas gigantyczną nagonkę. To właśnie pani mąż zadecydował, że książka ukaże się nakładem IPN choć były sugestie by wydać ją w zewnętrznym wydawnictwie. Na dodatek opatrzył książkę swoim wstępem.

ZK: W szczytowym okresie nagonki Janusz zadzwonił do mnie i powiedział: jedziemy w Bieszczady. Musiał się po prostu odciąć. Bardzo całą sprawę przeżył. Na wydanie książki zdecydował się mając świadomość, że rozpęta ona burzę. Od czasu listy Macierewicza ta sprawa przecież ciągle wracała. Mało kto pamięta, że niektórzy politycy PO wręcz wskazywali IPN jako instytucję, która powinna się jej wyjaśnieniem zająć. Janusz nie dbał o to, że prawda jaką ujawnią historycy nie spodoba się Wałęsie i jego poplecznikom. Miał zwyczaj brania odpowiedzialności za siebie. I tak było tym razem. Nie tylko przyjmował większość ciosów na siebie ale wspierał też autorów, którzy byli pod nieustannym ostrzałem medialnym.

CG: PO szybko rozpoczęła prace nad zmianą ustawy o IPN. Cel był jeden – przejąć kontrolę nad IPN i zastopować reelekcję Kurtyki. Nawet go nie zaproszono na posiedzenie podczas którego omawiano nowelizację. Ustawę przyjęto.

Janusz bardzo to przeżywał. Bał się, że zmiana ustawy doprowadzi do zniszczenia wszystkiego co zostało przez niego zrobione. Nie potrafił wówczas rozmawiać na żaden inny temat. Strasznie dużo go to kosztowało. Widziałam jak w oczach się starzeje, z dnia na dzień. Nie mieściło mu się w głowie, że można niszczyć instytucję, która była tak potrzebna Polakom i która mimo całej nagonki cieszyła się dużym zaufaniem. To była właściwie ostatnia jego walka.

CG: W minionych miesiącach to Pani musiała prowadzić walkę w jego imieniu, Dlaczego doszło do ekshumacji ciała?

ZK: Kiedy z Moskwy przyszła dokumentacja medyczna i ujrzałam ją w prokuraturze, okazało się, że nie ma żadnych zdjęć, ale był pełny dokument dotyczący sekcji zwłok. Zaniemówiłam. Jak to!? Przecież widziałam ciało mojego męża w Moskwie, tuż przed włożeniem do trumny, i nie miało ono żadnych śladów sekcji. Do dziś nie mogę sobie darować, że nie zostałam po identyfikacji do momentu włożenia ciała do trumny. Był tam za to ks. Henryk Błaszczyk. Pytał mnie nawet, czy chcę być obecna przy wkładaniu ciała do trumny. Nie widziałam potrzeby. Wszyscy byliśmy potwornie zmęczeni po trzech dniach pobytu w prosektorium. Ale jesteśmy pewni: na dwie czy trzy godziny przed włożeniem do trumny ciało było bardzo dobrze zachowane. Nie nosiło żadnych śladów sekcji. Jestem tego pewna na sto procent.

CG: Jaka była reakcja polskiej prokuratury?

ZK: Poproszono mnie, żebym wskazała osoby, które widziały ciało. Prócz członków rodziny wskazałam jeszcze pułkownika z prokuratury i księdza. Ten pułkownik zresztą bardzo nam pomógł w identyfikacji. Nam w Moskwie nie pozwalano oglądać ciał. Musieliśmy działać na podstawie poszlak, rzeczy znalezionych w pobliżu i przypisywanych danym osobom. To był potworny bałagan. Rzeczy były zniszczone. Jak zidentyfikować ciało na podstawie białej koszuli i czarnego garnituru? Wszystko było ubłocone, opisy były po rosyjsku, byle jakie tłumaczone na polski. W marynarce Janusza miano znaleźć jakąś zapinkę od krawatu. Nic z tego nie rozumiałam. Janusz nie nosił żadnej biżuterii. Okazało się, że był to spinacz.

CG: I co ostatecznie ustaliła prokuratura?

ZK: Oprócz tego pułkownika wskazałam jako potencjalnego świadka panią Kopacz, która się zaklinała, że oglądała wszystkie ciała. Kiedy zadzwoniłam do prokuratury dowiedziałam się, że swoim zeznaniem przysporzyłam prokuraturze niesamowitej ilości pracy, bo trzeba przesłuchać... 150 osób. Do dziś nie wiem po co 150 osób, kiedy wskazałem tylko kilka? Czyżby oznaczało to, że aż tyle Polaków potencjalnie widziało ciało mojego męża? Dano mi też jednoznacznie do zrozumienia, że przesłuchiwanie pani Kopacz w ogóle nie wchodzi w grę. W końcu na mają wyraźną prośbę przesłuchano księdza. Byłam zdruzgotana. To nie było żadne przesłuchanie. Ot, spotkanie przy kawie. Pytania musiałam zadawać ja - mimo ustawicznego pouczania mnie przez panią prokurator Kosior, że to nie moja rola. W końcu nie wytrzymałam. Ksiądz opowiadał jakieś brednie, bajeczki głównie o swoich przeżyciach emocjonalnych, sugerował, że sekcja była przeprowadzona, bo przecież wszystkie sekcje były przeprowadzone. Wreszcie przyparty do muru przeze mnie stwierdził, że nic nie pamięta.

CG: Co działo się potem?

ZK: Po dłuższym czasie poinformowano mnie, że odbędzie się ekshumacja. Tym razem uznałam, że muszę wszystkiego już sama dopilnować i być przy sekcji. Była to winna Januszowi. Nie było to łatwe. Sama nie wiem jak to przeszłam ale chyba uznałam, że po śmierci Janusza i po tym co spotkało mnie w Moskwie nic gorszego się już nie może zdarzyć. Okazało się, że Rosjanie jednak wykonali swoją sekcję – pomiędzy identyfikacją, a złożeniem ciała do trumny. Na własne oczy widziałam klasyczne cięcia sekcyjne. I widziałam też z jakim „szacunkiem” Rosjanie obeszli się z ciałem. W środku znalazły się chyba wszystkie śmieci jakie były w pobliżu. Ciało było zszyte byle jak. Jestem lekarzem i wiem w jaki sposób obchodzi się z ciałem w czasie sekcji. To co zrobili Rosjanie nazywa się w naszym kręgu cywilizacyjnym i prawnym w bardzo prosty sposób: profanacja zwłok.

CG: Kiedy poznała Pani Janusza Kurtykę?

ZK: Poznaliśmy się w liceum. Byłem po pierwszej klasie, on skończył drugą. To było Liceum nr III im. Jana Kochanowskiego, krakowskie liceum z tradycjami, przeniesione ze Starego Miasta właśnie do Nowej Huty. Byliśmy ze sobą 33 lata.


CG: Kraków w tamtych latach to dwa dość silne ośrodki młodej opozycji. Studencki Komitet Solidarności założony po śmierci Stanisław Pyjasa i tzw. beczka czyli Duszpasterstwo Akademickie.

ZK: Janusz był związany z ludźmi z SKSu. Śmierć Pyjasa to było ważne wydarzenie. Ja jednak zapamiętałam lepiej inne. To był pierwszy dzień wiosny, tzw. dzień wagarowicza 21 marca 1980. Zerwaliśmy się z lekcji i poszliśmy do kina na „Gorączkę sobotniej nocy” z Johnem Travoltą. Po filmie wyszliśmy w doskonałych nastrojach, rozbawieni. Weszliśmy na Rynek i zobaczyliśmy grupkę ludzi, która otaczała człowieka, który właśnie dokonał samospalenia. To był straszne, przejście z świata fikcji do świata horroru.

CG: Był to Walenty Badylak, człowiek, który podpalił się protestując przeciwko tuszowaniu i przemilczaniu zbrodni katyńskiej. Pięć miesięcy później Polska stanęła. Wybuchł Sierpień 80.

ZK: Janusz, kiedy wybuchły strajki był, na praktykach studenckich, na wykopaliskach w Bułgarii. Niespodziewanie pojawił się jednak w Krakowie, przerywając praktykę. Natychmiast ruszył Gdańska razem z Andrzejem Nowakiem, jego przyjacielem. Kiedy wrócił natychmiast zaangażował się w tworzenie NZS. Brał udział w strajkach studenckich. Nie jestem utalentowana w robótkach ręcznych ale była dumna, że udało mi się uszyć dla niego biało-czerwoną opaskę.

CG: Festiwal wolności nie trwał długo.

ZK: Pamiętam początek grudnia 1981. W Krakowie czuło się niepokój. Ludzie się bali. Spodziewali się czegoś złego. W sobotę 12 grudnia, wieczorem rozstaliśmy się z Januszem. Poszliśmy do swoich domów. Mnie obudził krzyk mojego brata. Był wściekły. Włączył radio i wrzeszczał, że to skandal bo nie ma „Sześćdziesiątki” Tylko leciała jakaś muzyka poważna.

CG: Przypomnijmy młodszym czytelnikom, że chodził o słynną audycję radiową „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Kultowy, jakbyśmy dziś powiedzieli program satyryczny.

ZK: Niedługo potem z radia popłynął głos generała ogłaszającego stan wojenny. Janusz przez jakiś czas się ukrywał. Nie bez przyczyny. SB dwa razy pojawiło się u jego rodziców. Lecz go nie zastali. Zaszył się w mieszkaniu kolegi na Rakowickiej na jakieś dwa, trzy tygodnie. Po pierwszych zatrzymaniach i internowania, terror trochę zelżał i chyba przestało im zależeć na zatrzymaniu. Pamiętam, że Wigilię w 81r. Spędziłam bardzo nietypowo, na roznoszeniu ulotek po krakowskich kościołach. SB Januszowi jednak nie dała spokoju. Kilkakrotnie był przesłuchiwany, usiłowano go nawet zwerbować.

CG: W 1983 wzięliście ślub.

ZK: W słynnym kościele na Mistrzejowicach, gdzie działał słynny ksiądz Kazimierz Jancarz, duszpasterz opozycji. W Krakowie postać legendarna, tak znana jak w Warszawie ks. Jerzy Popiełuszko. Ani ja ani Janusz nie byliśmy zachwyceni perspektywą typowego polskiego wesela. Rodzicom nie udało się wytłumaczyć, że to dla nas będzie udręka. Uznaliśmy, że nie mamy wyjścia i musimy się dla rodziny poświęcić. Jakoś przetrwaliśmy. Oboje nie lubiliśmy też pozować do zdjęć. On zawsze niemiłosiernie się krzywił. Dlatego gdy dziś jak patrzę na nasze ślubne zdjęcie wydaje mi się mało naturalne . Któregoś razu Janusz zrobił sobie zdjęcie do paszportu. Wygadał na nim jak bandyta czy terrorysta. Zawsze mnie dziwiło, że go przepuszczają na tym paszporcie przez granicę bez rewizji osobistej.

CG: Zamieszkaliście razem?

ZK: Nie, mieszkaliśmy kątem u moich rodziców. 7 metrów kwadratowych. Nie było łatwo, dlatego dużo czasu spędzaliśmy na mieście, do domu wracaliśmy na noc. Janusz miał swój księgozbiór u swojej mamy i tam pracował. Perspektyw na własne mieszkanie właściwie nie było. Kraków był tzw. miastem zamkniętym. Jeśli nie miało się własnego mieszkania nie było szans na meldunek. Mieszkanie można było kupić na wolnym rynku, za dewizy. Jednak dla nas nawet najmniejsza kawalerka była poza zasięgiem możliwości. Rynek wynajmu właściwie nie istniał. Jego stypendium doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk i moje stypendium naukowe to nawet na ówczesne warunki to były grosze. W styczniu 1987 roku zaczęłam pracować. Odebrałam pierwszą pensję. Jeden z moich znajomych postanowił to uczcić. Przed dworcem, gdzie handlowano m.in. tzw. towarami kolonialnymi, zamiast kwiatów kupił mi kilogram bananów. Powiedział, że mi je kupuje, bo nigdy nie będzie mnie na nie stać. Kosztowały ponad połowę mojej pierwszej lekarskiej pensji. Mimo braku perspektyw pamiętam bardzo dobrze, że byłam szczęśliwa.

CG: A jakie jest pani najsilniejsze wspomnienie sprzed katastrofy? Ten sobotni poranek 10 kwietnia, zanim jeszcze dowiedziała się pani, co się stało?

ZK: Obudziłam się z takim uczuciem zadowolenia, że wreszcie nie spałam w hotelu i jak to dobrze, że konferencja naukowa, w której wtedy brałam udział jest tak blisko, że mogę nocować we własnym domu. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że obudziłam się dokładnie w tym momencie w którym oni tam ginęli.

Wywiad ukazał się w tygodniku „Do Rzeczy”, 5/2013 (25 II- 3 III)

http://pomniksmolensk.pl/news.php?readmore=3247

pier1987
Posty:1457
Rejestracja:29 października 2011, 08:22
Lokalizacja:Warszawa

Post autor: pier1987 » 5 marca 2013, 16:06

Pan
Donald Tusk
Prezes Rady Ministrów

Celem Stowarzyszenia „Stop Korupcji” jest zapobieganie zjawiskom korupcji i łamaniu prawa, a także działalność na rzecz przejrzystości życia publicznego. Dlatego, zaniepokojeni sytuacją i w trosce o dobro Rzeczypospolitej Polskiej, w związku z tragedią samolotu rządowego w dniu 10 kwietnia 2010 r., w której śmierć poniósł Pan prof. Lech Kaczyński i 95 innych ważnych osób w Państwie Polskim, zwracam się do Pana Premiera na podstawie art. 4 ustawy o dostępie do informacji publicznej o pisemne udzielenie odpowiedzi na poniższe pytania:
1. Kto odpowiada za zabezpieczenie wizyty Prezydenta RP na obcym terytorium?
2. Kto personalnie odpowiada za podział delegacji lecącej do Katynia w dniu 10 kwietnia 2010 r.? Jak wynika z doniesień medialnych, rządowy samolot TU 154 mógł pomieścić na swoim pokładzie 134 osoby, dlaczego więc dziennikarze polecieli osobnym, wojskowym samolotem. Kto o tym zdecydował?
3. Kto ze strony polskiej zabezpieczał lądowanie rządowego samolotu TU 154 na lotnisku w Smoleńsku w dniu 10 kwietnia 2010 r.?
4. Kto personalnie odpowiada za wyciek listy pasażerów delegacji do Katynia na kilka dni przed katastrofą w Smoleńsku (na liście tej było również nazwisko Pana Premiera dr Jarosława Kaczyńskiego, przewodniczącego PiS)?
5. Dlaczego śledztwo w/s katastrofy rządowego samolotu prowadzi strona rosyjska a nie polska? Na jakiej podstawie prawnej jest podjęta ta decyzja?
6. Dlaczego nie powołano międzynarodowej komisji ds. zbadania przyczyn katastrofy, w której zginęła głowa suwerennego Państwa Polskiego oraz najwyżsi rangą generałowie państwa, które jest członkiem NATO?
7. Dlaczego Marszałek Sejmu RP Bronisław Komorowski przejął obowiązki głowy państwa w godzinę po tragedii, zanim przedstawiono akt zgonu Prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego?
8. Dlaczego nie przeprowadzono sekcji zwłok Prezydenta RP i innych członków tragicznego lotu samolotu rządowego TU 154 do Katynia?
9. Dlaczego podano do publicznej wiadomości nieprawdziwą godzinę katastrofy rządowego samolotu (8.56 czasu polskiego)?
10. Dlaczego po tylu katastrofach lotniczych w ostatnich kilku latach p. Bogdan Klich nadal pełni obowiązki Ministra Obrony Narodowej?
http://www.stopkorupcji.org/tresc.php?s ... om=&ucat=1&

pier1987
Posty:1457
Rejestracja:29 października 2011, 08:22
Lokalizacja:Warszawa

Post autor: pier1987 » 5 marca 2013, 18:40

Jeszcze wczoraj prokuratura wojskowa sugerowała, że nie zna wyników badań pierwszych próbek samolotu Tu-154. Po sensacyjnych informacjach „Gazety Polskiej” o tym, że badania laboratoryjne tych próbek wykazały obecność trotylu, prokuratura wojskowa nagle ogłosiła dementi. Przypomina to działania śledczych po artykule Cezarego Gmyza o śladach materiałów wybuchowych na rządowym samolocie. Wtedy też prokuratorzy szli w zaparte, by wreszcie przyznać się do wykrycia trotylu przez detektory biegłych.

Mając informację z pewnego źródła, że pierwsze zbadane przez polskich biegłych próbki z samolotu Tu-154 wykazały obecność śladów trotylu, zapytaliśmy (wczoraj) rzecznika NPW:

1. Kiedy będą znane wyniku badań laboratoryjnych próbek pobranych przez polskich biegłych w Smoleńsku na przełomie września i października 2012 r. (próbek ziemi i fragmentów samolotu TU154 M)?

2. Co wykazały dotychczasowe badania tych próbek?

Odpowiedź nadeszła po 2,5 godzinach:

NPW: W odpowiedzi na pytania przesłane dzisiaj, uprzejmie informuję, że Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie zna jeszcze daty zakończenia badań i opracowania końcowej opinii fizykochemicznej, przygotowywanej przez biegłych CLK Policji w Warszawie. Przypominam, że sami biegli, jeszcze przed przystąpieniem do badań, czas wydania opinii określili na około 6 miesięcy.

A zatem jeszcze wczoraj Naczelna Prokuratura Wojskowa nie odpowiedziała na pytanie, co wykazała analiza pierwszych próbek, sugerując, że ma to związek z tym, iż badania reszty materiału jeszcze trwają. Dzisiaj nagle zaprzecza informacjom „Gazety Polskiej”. Chcieliśmy zapytać się wprost rzecznika prokuratury płk. Rzepy, czy śledczy wykluczają obecność trotylu na wraku samolotu. Rzecznik nie odbiera telefonu.
Żródło: niezalezna.pl

ODPOWIEDZ