Polski budżet stracił 200 miliardów

Polityka, gospodarka, ekonomia...
pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Polski budżet stracił 200 miliardów

Post autor: pier1987 » 4 października 2014, 18:09

”Polski budżet stracił 200 miliardów!

Gazeta Finansowa: Czy wiemy za ile sprzedano sektor bankowy?

Janusz Szewczak: Za całość, tj. ok. 80 proc. całego sektora bankowego – na podstawie ostrożnych szacunków – otrzymaliśmy za polskie banki ok. 25 miliardów złotych. Dzisiaj tyle kosztuje jeden bank. Mało tego, jeśli przyjrzeć się poszczególnym prywatyzacjom, można powiedzieć tak, że Skarb Państwa za jeden z większych polskich banków otrzymywał od 1,5 miliarda do 6 miliardów złotych. Czasami było to zaledwie kilkaset milionów złotych. Dzisiaj te same banki przynoszą rocznie zysk netto w wysokości od 0,5 miliarda do 1,5 miliarda złotych. Po trzech latach, jeśli ktoś kupiłby taki bank, to dzisiaj z samej dywidendy miałby zwrot zainwestowanego kapitału. Nigdzie na świecie tak się nie dzieje. Sprywatyzowane wówczas BPH i Pekao S.A., które sprzedano mniej więcej za 5–6 miliardów zł, mają obecnie aktywa rzędu 115 miliardów złotych.

GF: Ile więc polski budżet stracił na prywatyzacji tego sektora?

JS: Według ostrożnych szacunków straty mogą się wahać w granicach 150-200 miliardów złotych. W przypadku niektórych prywatyzacji nie dokonano pełnej ewidencji zarówno ruchomości, jak i nieruchomości, czyli sprzedawano bank, nie wiedząc, tak naprawdę, co posiada na stanie. A do niektórych prywatyzacji wręcz dopłacano oddłużając bank, przyznając pomoc BFG lub dokapitalizowując państwowymi obligacjami.

GF: To jak naprawdę wyglądała prywatyzacja polskiego sektora bankowego?

JS: Przeprowadzono ją w sposób pospieszny, prymitywny, szkodliwy i wysoce niefachowy w sensie opłacalności oraz bardzo kosztowny dla Skarbu Państwa i wszystkich Polaków. Bank przed sprzedażą najpierw oddłużano, potem dokapitalizowano i umarzano zaległości podatkowe w latach 1994–1998. W czasie, kiedy prywatyzowano banki, otrzymywały one ogromną pomoc z budżetu państwa, na zasadzie specjalnych pożyczek oprocentowanych na 1 proc. W tym samym czasie polski przedsiębiorca płacił za taki kredyt 40–60 proc. W ten sposób sprywatyzowano m.in.: PKO S.A., Bank Handlowy i BIG Bank Gdański, Polski Bank Rozwoju i Polski Bank Inwestycyjny. Były to kwoty rzędu miliardów złotych. Dziwne, że nikt nie chce podnieść w Polsce problemu, że wielkie polskie banki były zwalniane z podatku tuż przed prywatyzacją, o czym zwykły, uczciwy przedsiębiorca nie mógł nawet śnić.

GF: A na czym polegała ostatnia prywatyzacja PKO BP?

JS: Tu również było wiele nieprawidłowości. Prawie połowę tego banku sprzedano za 7 miliardów złotych. Zwykli obywatele zaciągnęli w bankach kredyty w kwocie ok. 15 miliardów złotych, po to, żeby kupić akcje tego banku, nie licząc oszczędności, które wyjęli z przysłowiowej skarpety. Potem się okazało, że jest 90-proc. redukcja. Świadomie wprowadzano to ograniczenie dla prywatnych inwestorów, żeby zagranicznemu inwestorowi sprzedać jak najwięcej walorów banku. Na jaw wyszło również, że nie podniesiono znacząco ceny emisyjnej za akcję, pomimo dużego zainteresowania. Zadecydował o tym ówczesny premier Marek Belka.

GF: Jak Pan sądzi, kto niebawem stanie, a przynajmniej powinien stanąć, przed komisją ds. banków?

JS: Najważniejsi, których powinno się rozliczyć i muszą stanąć przed komisją, to: Balcerowicz, Kornasiewicz, Gronkiewicz-Waltz, Kostrzewa, Bogusław Kott, Wojciech Kwaśniak, Marek Belka, Stypułkowski, Wiśniewska, Jan Krzysztof Bielecki – czyli ludzie kojarzeni jednoznacznie ze środowiskami politycznymi. SLD i układ pałacowy Kwaśniewskiego. Komisja powinna się zająć tzw. aferą sprzętową, a dotyczącą wykupienia przez panią Gronkiewicz-Waltz jako prezesa NBP długów prywatnego banku BIG Banku Gdańskiego w latach 1997–1998.

GF: Oczywiście wyżej wymienieni nie robili tych prywatyzacji za darmo?

JS: Wszyscy, których wymieniłem albo są albo byli w różnych państwowych urzędach, zarządach lub zajmowali eksponowane stanowiska w prywatnych już bankach, których prywatyzacjach często uczestniczyli. Warto podkreślić ich wynagrodzenia. Najlepszym przykładem jest Bank Millenium, z rekordzistą jeśli chodzi o zarobki – bliskim znajomym Aleksandra Kwaśniewskiego – Bogusławem Kottem. Bank ten, przez wiele lat był przechowalnią dla wielu decydentów, przyjaciół eksprezydenta i układu związanego z pałacem prezydenckim. Dochody miesięczne na poziomie 100–300 tys. zł, czyli w skali roku blisko 3 mln, były dość powszechne, gdy chodzi o prezesów banków.

GF: A jakie zastrzeżenia można mieć do szefa NBP?

JS: Leszek Balcerowicz nadal figuruje razem z żoną w KRS, jako członek rady fundacji CASE. Fundację dofinansowywały też banki m.in. PKO S.A., BRE Bank, WestLB Bank, Reiffeisen Bank, ING Bank, holenderski Rabo Bank, a także PZU i sam NBP z Leszkiem Balcerowiczem na czele. Często te same, które później występowały o pewne zgody koncesyjne, na fuzje, na połączenie i inne działania komercyjne. To jest rzecz skandaliczna, nasuwająca podejrzenie co najmniej konfliktu interesu, jeśli nie podejrzeń poważniejszych. Znamy podobne scenariusze, polegające na tym, że po wpłacie na fundacje następuje nie zwykła przychylność decydentów. Takie podejrzenia miała komisja ds. Orlenu.

GF: Widać tu analogię do małżeństwa Kwaśniewskich…

JS: To prawda, mimo że pani prezydentowa tak „ładnie i odważnie” wystąpiła przed komisją, i była chwalona przez zaprzyjaźnione media, to jednak listy darczyńców swojej fundacji ujawnić nie chciała i nie ujawniła. Czyżby fundacja pani Ewy Balcerowicz, prywatnie żony szefa NBP, naśladowała żonę prezydenta?

GF: Czy uważa Pan, że uda się komisji śledczej chociaż trochę złamać zmowę milczenia tego lobby?

JS: Jest się czego obawiać, jeśli chodzi o tę komisję śledczą. Prywatyzacje bankowe były przeprowadzane z naruszeniem prawa, mało tego, łamano prawo w tym czasie obowiązujące. Fatalnie funkcjonował Nadzór Bankowy, który obsadzany był przez zwolenników Hanny Gronkiewicz-Waltz, np. pani E. Śleszyńska-Charewicz, albo pan W. Kwaśniak, który zawsze bałwochwalczo wychwalał prezesa Balcerowicza. Ci właśnie ludzie przymykali oczy lub nie dostrzegali pewnych zapisów w umowach prywatyzacyjnych, które zobowiązywały inwestorów zagranicznych do pewnych działań, albo wręcz zakazywały pewnych działań. I mimo że naruszano prawo, nie było żadnych reakcji ze strony odpowiednich organów do tego powołanych, np. Nadzoru Bankowego. Tak naprawdę Nadzór reagował na nieprawidłowości maleńkich banków, o 100-proc. polskim kapitale, i tam najmniejsze uchybienie powodowało wprowadzenie zarządu komisarycznego, likwidacje, przejęcie lub sprzedanie takiego banku (dobrym przykładem jest tutaj sprawa Banku Staropolskiego). Przy sprawach naprawdę ważnych, Nadzór Bankowy dawał ciche przyzwolenie na łamanie polskiego prawa bankowego lub nie interweniował np. przy przejmowaniu większych i bardziej dochodowych banków przez mniejsze i będące w gorszej sytuacji (Bank Gdański przejęty przez Big Bank czy PBI przejęty przez Kredyt Bank).

GF: Do czego może dojść komisja śledcza ds. banków?

JS: Może dojść do wielu rzeczy. Niestety, trzeba będzie zmierzyć się z bardzo brutalną prawdą, że ci tak zwani geniusze polskich finansów, jak: Kott, Pacuk, Leszek Balcerowicz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Kostrzewa, Stypułkowski i wielu, wielu innych, okaże się po pierwsze, że niektórzy z nich byli agentami służb specjalnych, a po drugie, że działali często na szkodę Skarbu Państwa. Nie dopełniali swoich obowiązków lub znacznie je przekraczali. Komisja odsłoni prawdę, kiedy pokaże, że w dużej mierze była to prywata i niekompetencja, a tzw. autorytety polskiej ekonomii sięgną bruku. Mało tego, ci geniusze nawet zagraniczne banki doprowadzali do olbrzymich strat, jak prezes Pacuk z Kredyt Banku, który „wypracował” 1,5 mld zł straty czy W. Kostrzewa, były prezes BRE Banku, który obecnie jest prezesem zarządu ITI i za pośrednictwem TVN tak mocno atakuje komisję bankową, czy to tylko przypadek? Przecież to on doprowadził do pół miliarda strat w BRE Banku w pewnym okresie.

GF: Czy umowy prywatyzacyjne można cofnąć?

JS: Uważam, że umowy prywatyzacyjne często w sposób rażący były sprzeczne z obowiązującym prawem. Takim przykładem jest prywatyzacja PZU w 1999 r. Naruszano tam ewidentnie przepisy ustawy Prawo bankowe i ubezpieczeniowe, a to z mocy prawa czyni taką umowę, nieważną. Takim przykładem może być również umowa powstania i prywatyzacji Polskiego Banku Iwestycyjnego czy choćby Banku Śląskiego, którego sprawa trafiła do prokuratury.

GF: Tak szumnie Ministerstwo Skarbu zapowiadało, że będzie walczyć o polskie interesy z Eureko?

JS: To jest właśnie przykład braku woli politycznej. Może rozbicie tego układu nie jest takie proste. Trzeba pamiętać, że wielu z ówczesnych decydentów ma nadal duże wpływy. Choćby Balcerowicz, który kończy swoją kadencję dopiero w końcu grudnia, ale do tej pory uchodził w środowiskach liberalnych za człowieka nieomylnego. Myślę, że komisja śledcza ds. banków pokaże, że był bardzo omylny w wielu kwestiach. Po 15 latach pierwszym z rządzących, który powiedział o Balcerowiczu publicznie z mównicy sejmowej: „ten pan, który prawie zawsze się mylił”, był Jarosław Kaczyński. Miejmy nadzieję, że nowy premier będzie równie stanowczy w odsunięciu nieudolnego prezesa PZU Jaromira Netzla i skieruje wniosek poprzez Ministerstwo Skarbu do polskiego sądu o unieważnienie umowy prywatyzacyjnej PZU z 1999 r. Można powiedzieć: szkoda, że tak późno, i dlaczego do tej pory nikt z rządzących nie ośmielił się krytykować Balcerowicza. Mam nadzieję, że komisja pokaże, jak wiele jest w jego działaniach zaniedbań, pomyłek i działań ewidentnie świadomych na niekorzyść Skarbu Państwa i polskiej racji stanu.

GF: Jakie tematy powinny zostać poruszone przez komisję?

JS: Pani Gronkiewicz-Waltz warto przypomnieć słynną sprawę, kiedy to pracownicy Polskiego Banku Inwestycyjnego w 1997 r. sami, złożyli doniesienie do prokuratury właśnie przeciwko szefowej – że jest to zła prywatyzacja, szkodliwa, przeprowadzana niezgodnie z przepisami, a sprzedawanie tego PBI później Kredyt Bankowi, który był wówczas w gorszej sytuacji finansowej, o czymś świadczy. Przecież ci pracownicy ryzykowali posadami, karierą.

Również historia tworzenia i działania BIG Banku Gdańskiego, tworzonego za publiczne pieniądze, środki FOZZ, poprzez układ związany ze służbami specjalnymi i z konkretnym układem tzw. Klubem Krakowskiego Przedmieścia na czele z Aleksandrem Kwaśniewskim też wiele mówi. Przejęcie Banku Gdańskiego przez BIG Bank, prywatyzacja Banku Handlowego, w której niejednoznaczną rolę odgrywał Stefan Kawalec, bliski doradca ekonomiczny Jana Marii Rokity i Platformy Obywatelskiej, który do niedawna pomimo zarzutów prokuratorskich w sprawie Banku Śląskiego, który nadal odgrywa ważną rolę w sektorze finansowym. Prywatyzował Bank Śląski z naruszeniem prawa, piastował wysoką funkcję w PZU i nadal ma tam silne wpływy mimo powołania prezesa Netzla. Te same nazwiska przewijają się przy kolejnych prywatyzacjach. Proszę sobie teraz wyobrazić, że Platforma wygrywa ostatnie wybory i taki Kawalec zostaje ministrem np. skarbu albo finansów, lub otrzymuje inną wysoką posadę w takim resorcie. Nie byłoby na pewno wtedy żadnej komisji ds. banków.

GF: Czy w takim razie istnieje jakieś zagrożenie dla Polski jako państwa, które nie posiada własnego banku kontrolowanego przez Skarb Państwa?

JS: Nie ma dzisiaj w Europie liczącego się kraju, który nie posiadałby potężnego koncernu bankowo-ubezpieczeniowego. Te branże zaczynają się już łączyć. Niemcy mają Allianz i Deutsche Bank, Włosi Generali, Holendrzy ING. Praktycznie każdy kraj ma koncern państwowy, który skutecznie konkuruje z podmiotami zagranicznymi. Innym doskonałym pomysłem na prywatyzację tego sektora były takie kraje, jak Hiszpania i Portugalia, które przed wejściem do UE połączyły swoje instytucje finansowe w silniejsze struktury. Plan polegał na tym, że po wejściu w struktury unijne, mogły one lepiej konkurować z nowymi graczami na rynku i można było je drożej sprzedać w całości lub z zachowaniem kontrolnego pakietu akcji. I świetnie na tym wyszli. Mało z tego, w komunistycznych Chinach są obwarowania, które polegają na tym, że można sprzedawać tylko mniejszościowy pakiet akcji chińskiego banku. Przykładem bliższym dla Polski może być malutka Słowenia, która nie dopuszczała od razu do zakupu większościowego pakietu akcji i teraz jest bogatym państwem, który niebawem wprowadzi euro.

GF: Co może grozić Polsce, skoro nie mamy już praktycznie żadnego polskiego banku?

JS: Twierdzę wręcz, że prywatyzacja polskiego sektora bankowego to zbrodnia i kompletny skandal ekonomiczny, który będzie skutkował i rzutował na: sposób rządzenia tym krajem, jego możliwościami oddziaływania przez rządzących w Polsce i na losy młodego pokolenia nawet przez najbliższe kilkadziesiąt lat. Będzie miał również niezwykle negatywny wpływ na kształtowanie sytuacji gospodarczej i poziomu życia polskiego społeczeństwa. Wyzbyto się wszystkich instrumentów potrzebnych do kształtowania pewnej koniunktury. Oddanie więc pełnej kontroli nad systemem bankowym, jaki ma miejsce w Polsce, rodzi szereg negatywnych skutków. Zwykły przedsiębiorca ma olbrzymie trudności z wzięciem kredytu, a jeśli już go dostanie, jest on bardzo wysoko oprocentowany. Banki nie są w ogóle zainteresowane udzielaniem kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw. Wolą kupić papiery skarbowe od rządu, które są oprocentowane na 4,5 do 5 proc. Nie jest w interesie np. banku z większościowym niemieckim kapitałem, żeby polskie przedsiębiorstwa się rozwijały. Komu dadzą w Polsce kredyt na lepszych warunkach: niemieckiej firmie działającej na terenie Polski czy może polskiej konkurującej z tą niemiecką? Odpowiedź jest oczywista. Kto zarobi polski czy niemiecki przedsiębiorca? Odpowiedź jest również prosta. Czy ten wypracowany zysk będzie później zainwestowany w Polsce czy w Niemczech?

GF: To znaczy, że Polska jest na wielkim minusie, zadłużonym w dodatku w bankach z obcym kapitałem?

JS: A gdzie zadłuża się polski rząd? W banku z jakim kapitałem: polskim czy zagranicznym? Skala bycia zakładnikiem rynków finansowych i banków przez rząd i budżet państwa jest gigantyczna. Co roku budżet zadłużony jest od 70 do 120 miliardów złotych tylko w papierach wartościowych, a skala długu publicznego jest też ogromna. Jest on już w granicach 500 miliardów złotych i dalej rośnie – to liczby katastrofalne dla gospodarki. Przy takiej ogromnej skali zadłużenia bardzo łatwo wywołać w państwie kryzys finansowy i walutowy.

Dzisiaj już nie przejmuje się kontroli nad państwem za pomocą wojny czy szantażu nuklearnego. Wystarczy kontrolować rynek finansowy. Komisja śledcza posła Zawiszy stanie przed bardzo trudnym zadaniem i zmasowanym atakiem przeciwników i osób odpowiedzialnych za prywatyzację polskiego sektora bankowego



Opracował Piotr na podstawie : „Gazeta Finansowa”

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 4 października 2014, 18:10

O tej aferze media milczą ale za to nagłaśniają mniejszego formatu:
http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/21662 ... -dzialanie

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 4 października 2014, 19:04

Okiem Shorka - skok na własność
BGK ma wykupić mieszkania od zadłużonych obywateli
Pisałem już o akcji BGK, która za 5 mld złotych ma ratować deweloperów pod pozorem ulżenia najemcom mieszkań






Pisałem już o akcji BGK, która za 5 mld złotych ma ratować deweloperów pod pozorem ulżenia najemcom mieszkań.


Teraz się okazuje, że tabliczka z napisem „5mld” jest zachęta do przetargu, kto da więcej.
Na razie więcej dają banki skupione w organizacji Związek Banków Polskich. Nazwa oczywiście nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, bo banki są polskie tak jak platforma jest obywatelska. Polskie są tylko dwa banki. BGK i NBP.

Gazeta Wyborcza dowiedziała się, że dla dobra zadłużonych we frankach obywateli, BGK wykupi ich mieszkania i domy, po czym łaskawie im je wynajmie.

Pomysł rewelacyjny, prawda? Jaka ulga dla kredytobiorców!

Oczywiście wiadomo, że BGK, jako podlegający bezpośrednio rządowi, robi to co rząd mu nakaże. Oczywiście wiadomo, że ten sam rząd może przedsięwziąć środki sprawdzone w innych krajach, żeby ulżyć własnym obywatelom. Ale nasz rząd nie jest dla obywateli, jest dla banków.

A jak to wygląda naprawdę? Mimo przeciągania o miesiące, kolejne procesy zbiorowe z bankami wygrywają kredytobiorcy. Proces zbiorowy, kończy się wypłatami przez banki ogromnych odszkodowań. W trakcie procesów wychodzą na światło dzienne niebywałe rzeczy, które na to światło nie powinny wyjść. Na przykład, tylko 2% udzielonych kredytów w CHF było wsparte taką samą pożyczką wzięta przez bank. Więc tylko 2% kwoty kredytów była udzielonych uczciwie i podlega pod tłumaczenie „Nam podrożało, więc wam podnosimy”. Pozostałe kredyty były udzielane jedynie na zasadzie wskaźnika. Czyli de facto kredyt udzielony jest w złotówkach, a oprocentowanie liczone według wahań kursu CHF.
Do tego, niestety dla banków, okazuje się, że ich pracownicy rzeczywiście namawiali do kredytów walutowych, jako mniej ryzykownych, łatwiejszych do spłacenia. Sugerowali wręcz pokazując tabele spłat i bagatelizowali ryzyko kursowe.
A ludzie którzy widzieli wzrastającą koniunkturę i stabilizację (NB rządy PiS) nie mieli podstaw im nie uwierzyć.

Tak zwani „frankowicze” organizują się, rosną w siłę. Jak już wspomniałem wygrywają procesy, więc niedługo rozpocznie się proces wypłaty odszkodowań. Wśród kredytobiorców są również ludzie zamożni, którzy zadłużyli się w celach inwestycyjnych i to oni mają najwięcej do powiedzenia. Część tych , dla których zabranie mieszkania za długi, wiązałoby się z tragedią życiową całej rodziny, siedzi cicho i kibicuje. W większości umów, jest klauzula pozwalająca bankowi nakazać natychmiastową spłatę, kiedy ich pracownik stwierdzi, że sytuacja rodziny pogorszyła się. Na przykład jeden z domowników straci pracę.
Ci bogatsi walczą. Jak będzie trzeba to sprawa trafi poza polską jurysdykcję i wtedy będzie rozpatrzone z całą pewnością na korzyść kredytobiorców, co będzie skutkowało odszkodowaniami.
A jeżeli mieszkania będą należały już do BGK, to kto zapłaci odszkodowania? Ci państwo. Czyli my. Jak za Optimusa. Jak za JTT i inne błędy urzędników.

Podstawą cywilizacji turańskiej, w którą wpycha nas na siłę PO z SLD przy ogromnej współpracy Rosji, która na założeniach cywilizacji turańskiej opiera się od zawsze, jest brak własności dla większości obywateli. Tak naprawdę w majestacie prawa dążymy do komunizmu. Gdzie wszystko jest własnością państwa, obywatele jedynie dzierżawią i podnajmują pozory własności za kwotę, sztucznie utrzymywaną na granicy ich zarobków. Czyli średnia pensja ma zagwarantować kawałek dachu nad głową, jedzenie, picie i wczasy raz na dwa lata.
Czy wam, zwracam się tu do pokolenia, które żyło w PRL, czegoś to nie przypomina? Czy aby nie mamy do czynienia z powrotem pod innymi szyldami i hasłami do czasów równości społecznej i socjalizmu z ludzką twarzą?

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 4 grudnia 2014, 15:28

Gdzie jest „grzech pierworodny” prywatyzacji polskiego sektora bankowego?

Sama koncepcja prywatyzacji sektora bankowego narodziła się w kwietniu 1988 roku – drogę ku temu otworzyła tzw. ustawa Wilczka przyjęta w grudniu tego roku, dalece liberalizująca stosunki gospodarcze w Polsce i oparta na Kodeksie handlowym z 1934 roku. Sama w sobie była dobrym krokiem, ale wiąże się ona z koncepcją transformacji gospodarczej, zainicjowanej wizytą George’a Sorosa w maju 1988 roku. Soros opowiada o tym szczerze w swojej książce, dość szczegółowo omawia swoją rolę w polskiej transformacji, poczynając od założenia w Polsce Fundacji Batorego i spotkania z gen. Wojciechem Jaruzelskim, a potem z późniejszym doradcą ekonomicznym premiera Mazowieckiego – Waldemarem Kuczyńskim oraz przedstawienia idei terapii szokowej nieżyjącemu już komunistycznemu premierowi Mieczysławowi Rakowskiemu (G. Soros, Underwriting Democracy, The Free Press, New York 1991). Ustawa Wilczka oraz nowa koncepcja transformacji, sprowadzająca się przede wszystkim do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, stworzyły konieczność budowy sieci banków komercyjnych. Zarazem powstała ogromna szansa na wzbogacenie się środowiska, które w tym procesie uczestniczyło tzw. partyjnej nomenklatury. Specjalną ustawą wydzielono z Narodowego Banku Polskiego aktywa dziewięciu banków komercyjnych o charakterze regionalnym. Ta nowa struktura bankowości kierowana przez aparat partyjnej nomenklatury stała się podwaliną procesu tzw. nomenklaturowej prywatyzacji.

Jak wyglądał jego przebieg?

Odbywało się to tak, że dyrektor państwowego przedsiębiorstwa opuszczał je wraz z – dziś byśmy powiedzieli – odpowiednim know-how, zabierając ze sobą najlepszych pracowników. Dostawał kredyt z banku komercyjnego i otwierał własną firmę identycznej specjalności albo uczestniczył na preferencyjnych warunkach w prywatyzacji firmy, w której niedawno był zatrudniony. Nietrudno się domyślić, że mając możność dowolnego kształtowania wysokości uposażeń bez bardzo wysokiego podatku od płacy tzw. popiwku, obowiązującego tylko w przedsiębiorstwach państwowych, szybko doprowadzał do upadku państwowego konkurenta.

To wszystko łączy się z procesem transformacji gospodarczej wdrażanej przez Jeffreya Sachsa i Leszka Balcerowicza, która obok dogmatu prywatyzacji przedsiębiorstw przewidywała otwarcie granic dla nieograniczonego napływu towarów i agresywnego kapitału zagranicznego przedstawiającego się jako „zbawcy” jakoby całkowicie zrujnowanej w PRL gospodarki. Podobna sytuacja miała miejsce w latach 80. XX wieku w już zdekolonizowanej niepodległej Afryce. Na bazie niezwykłego rozwoju techniki komunikacji i ideologii liberalnej ekonomii rozpoczął się okres neokolonializacji ekonomicznej w formie bezpardonowej prywatyzacji, zakupu odziedziczonych po kolonizatorach źródeł surowców i przedsiębiorstw produkcyjnych po rewelacyjnie niskich cenach.

Neokolonializm? Ale w Polsce?

Tak, właśnie tak to można określić. To, co się wydarzyło w Polsce, w swojej istocie jest podobne do tego, co zaszło wówczas w Afryce – mieszkałem tam 10 lat i mogłem to dokładnie obserwować i analizować. Cechą tej prywatyzacji, wykupu własności państwowej dokonanej przez wielkie korporacje międzynarodowe była bardzo niska cena firm związana z upowszechnioną korupcją, także likwidowanie potencjalnej konkurencji metodą tzw. wrogiego przejęcia, kupna przedsiębiorstwa i jego zlikwidowania albo zmarginalizowania jego działalności .

W Polsce też były łapówki przy prywatyzacji banków?

Na ten temat mogę tylko jedno powiedzieć – że w 1999 r. Bank Światowy przeprowadził badania inwestorów zagranicznych w Polsce. Dawali oni „prowizje” za udział w prywatyzacji, z tym że należy pamiętać, że wówczas te prowizje były, np. w Niemczech, zgodne z obowiązującym prawem. Bank Światowy pozyskał także informację, że za 3 mln dolarów można było kupić odpowiednią ustawę w polskim Sejmie. Ówczesny marszałek Sejmu Maciej Płażyński wystąpił do prokuratora rejonowego w Warszawie z wnioskiem o zbadanie tej sprawy. Uzyskała ona jednak odpowiedź od Banku Światowego, że ankieta miała charakter anonimowy. Sprawę umorzono.

Banki w Polsce stopniowo przechodziły w ręce zagranicy. Prywatyzacja odbywała się także przez giełdę, ale później i tak zagraniczni akcjonariusze skupywali akcje i zdobywali całkowitą kontrolę nad bankami. Jak pan ocenia ten proces?

Został on przeprowadzony w skandaliczny sposób. Wyceny banków były robione przez zagranicznych audytorów często od lat współpracującymi z zagranicznymi inwestorami. Koszty tych wycen były bardzo wysokie, obciążające dochody z prywatyzacji. Pisze o tym w swoim opracowaniu m.in. dr Ryszard Ślązak, który zebrał liczne udokumentowane przykłady. W pierwszej koncepcji transfer zysków do spółek matek banków zagranicznych miał być ograniczony do 15 proc. zysku netto, potem z tego zrezygnowano i mógł się on odbywać zupełnie swobodnie. Niesamowitym skandalem, o którym dziś już niewiele się mówi, była prywatyzacja Banku Śląskiego. Był to nowoczesny, jak na tamte czasy doskonale zinformatyzowany, szybko rozwijający się bank o kapitale akcyjnym w wysokości 926 mld zł i portfelu złych kredytów nie przekraczającym średnio 8 proc. Pierwsza wycena wartości akcji wynosiła ok. 230 tys. zł (starych), a potem Marek Borowski, ówczesny minister finansów, podniósł ją do 500 tysięcy. W pierwszym notowaniu akcje uzyskały cenę 13,5 razy wyższą od ceny nominalnej, wzrastając do 6,75 mln złotych. Na tej prywatyzacji zarobili nie przeciętni obywatele, ale przede wszystkim ci, którzy to organizowali. Okazało się także, że przed prywatyzacją bardzo poważnie zaniżono kapitał akcyjny banku oraz zyski banku za 9 miesięcy 1993 roku. Podjęto więc dochodzenie, NIK sprawdzał tę prywatyzację, złożono sprawozdanie w Sejmie. Oprócz dymisji ministra Marka Borowskiego nikomu jednak nie spadł włos z głowy.

Drugą wielką i skandaliczną prywatyzacją była prywatyzacja Wielkopolskiego Banku Kredytowego w Poznaniu. Doradzał brytyjski Schroders. Powszechną praktyką było angażowanie niezwykle wysoko opłacanych zagranicznych doradców do wyceny i przeprowadzania emisji akcji. Sprzedawano akcje WBK za 140 tys. zł (starych), a pierwsze notowanie na giełdzie wyniosło 350 tys. złotych. Najwięcej ich nabył Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, który po roku sprzedał cały pakiet Allied Irish Bankowi… sześć razy drożej! Pokazuje to skalę spekulacji, jaka została zaaranżowana przez państwowego właściciela. Potem były następne prywatyzacje, odbywały się przez giełdę, ale inwestorzy zagraniczni szybko skupywali akcje i przejmowali kontrolę nad bankami. Taki los spotkał np. BRE czy BPH. Pekao SA, po skonsolidowaniu z innymi bankami, sprzedano Włochom za ok. 5 mld zł; dziś aktywa tego banku wynoszą 110-115 mld zł. W przybliżeniu sprzedaliśmy nasze banki za ok. 25-30 mld zł, co stanowiło nie więcej niż 15 proc. ich realnej wartości. W ten sposób na ponad 60 banków istniejących w Polsce mamy jedynie cztery z polskim, większym czy mniejszym, kapitałem. Powszechną praktyką było i jest zaniżanie przez Skarb Państwa ceny emisyjnej akcji przy ofertach giełdowych. Chyba jednak największym skandalem było sprzedanie Citibankowi najstarszego i o zasięgu międzynarodowym Banku Handlowego w Warszawie SA, założonego jeszcze w XIX wieku przez finansistę Leopolda Kronenberga.

Dlaczego kraj powinien kontrolować swój sektor bankowy, tak jak to jest np. w Niemczech? Argumentem tych, którzy twierdzą, że należało oddać kontrolę zagranicznym konglomeratom finansowym, jest to, że w Polsce nie było odpowiedniego kapitału, a banki w latach 90. potrzebowały pilnie wzmocnienia, bo miały wysokie portfele złych długów.

Cała prywatyzacja polskiego sektora bankowego odbyła się w sposób chaotyczny i doraźny. Przepłacono zagranicznym konsultantom. Banki sprzedano za tzw. cenę rynkową, ale przez nich wycenianą. Podobnie zresztą, jak i wiele rentownych przedsiębiorstw. Ci, którzy to zrobili, ulegając marketingowi różnej maści zagranicznych „doradców”, doprowadzili nie tylko do ogromnych strat budżetu, ale także zaszkodzili całej polskiej gospodarce. Oceniam, że budżet stracił na operacji prywatyzacji banków ok. 150-200 mld złotych. Po tych prywatyzacjach polską kadrę zarządzającą stopniowo zastępowali cudzoziemcy.

Zwolennicy tej prywatyzacji argumentują, że inaczej się nie dało, nie było wówczas w kraju pieniędzy.

To żaden argument. Na prywatnych rachunkach w Narodowym Banku Polskim w tamtych latach było zdeponowane ok. 8 mld dolarów, a co najmniej drugie tyle stanowiły dewizowe oszczędności Polaków. Również pula rezerwy dewizowej na zabezpieczenie wartości złotego została źle skalkulowana, nie było potrzeby stworzenia aż tak dużych rezerw. Część z nich można było włączyć do procesu prywatyzacji banków. Można było też zaciągnąć pożyczki zagraniczne, ewentualnie sprzedać mniejszościowe zestawy akcji. Obecnie zyski banków w Polsce są wysokie, rzędu circa 15 mld zł rocznie. Po prostu nie było woli politycznej – banki miały zostać tanio wysprzedane tzw. inwestorom zagranicznym. Sprzyjała im także inflacja, w Polsce depozyty i papiery skarbowe były o niebo wyżej oprocentowane niż kredyty na Zachodzie – taki mechanizm utrzymywał się dłuższy czas. Proszę spojrzeć na przykład transformacji banków chińskich. Gdy brakowało im kapitału, zaprosiły zagranicznych inwestorów, udostępniły im pulę akcji nie wyższą niż 30 proc., robiąc przy tym prawdziwy przetarg na międzynarodowych rynkach.

Jest pan za tzw. repolonizacją banków, której przykładem ma być przejęcie przez PKO BP Nordea Banku?

Jestem generalnie za, ale nie wiem, czy nie jest na to za późno. Co chwila pojawia się jakaś okazja, banki się łączą, dzielą, wyprzedają swoje aktywa. Trzeba działać. Dziwię się, że dotąd nie zdywersyfikowano w wystarczający sposób kapitału zagranicznego – jeśli chodzi o kraje, z którego pochodzi. Zaniedbano np. zainteresowanie naszym rynkiem wykazywane przez banki kanadyjskie, które już dawno mogły sfinansować na korzystnych zasadach budowę autostrad. To nie Bank Światowy czy EBOR powinny stać się kołem zamachowym gospodarki, ale banki kontrolowane przez Polaków. Tymczasem tak się nie stało. To stworzyło tragiczną dla nas sytuację, bo żaden ważny kraj nie wyzbywa się swojego sektora bankowego; przykładowo udział kapitału obcego w aktywach banków niemieckich nie przekracza 6 proc., a w innych krajach tzw. starej Unii sięga on nie więcej jak 10, 20, 30 proc. W Kanadzie dominują dwa banki państwowe – jeden o charakterze inwestycyjnym, a drugi oszczędnościowym. U nas na istniejące cztery banki polskie, tylko jeden – BGK ma 100 proc. kapitału polskiego. Polska straciła praktycznie możliwość sprawnego finansowego stymulowania swojego rozwoju gospodarczego przez sektor bankowy, bo oczywiście banki zagraniczne preferują swoje macierzyste przedsiębiorstwa.

Banki spółdzielcze i SKOK-i jako alternatywa dla banków zagranicznych w Polsce – dlaczego to jest tak ważne?

Są doskonalą alternatywą, ale na spółdzielczość – zarówno bankową, jak i SKOK-i – rządzący przeprowadzają szalony atak. Chodzi im o zneutralizowanie znaczenia tej części rynku. Instytucje te są tłamszone rygorystycznymi przepisami, co wpływa źle na ich wyniki, tym bardziej że dotąd nie dążyły do maksymalizacji zysków za każdą cenę, jak to robią banki zagraniczne. Kasy oszczędnościowe, nawet kosztem zysków własnych, angażują swoich członków i dają atrakcyjne lokaty. Proszę zwrócić także uwagę na fakt, że kredyty oprocentowane powyżej 10 proc. przestają de facto być opłacalne, a tzw. banki komercyjne nadal oferują pożyczki i kredyty na wyższe oprocentowanie, podczas gdy za depozyty płacą śmiesznie mało. Marże pomiędzy oprocentowaniem kredytów a depozytów w bankach w Polsce są bardzo duże. Nie mobilizuje to Polaków do oszczędzania, a przedsiębiorców do zaciągania kredytów. Buduje natomiast olbrzymie zyski banków, które wolą inwestować w bony i obligacje skarbowe niż finansować rozwój przedsiębiorstw. To jest patologia.

Nie było prób przeciwdziałania tym patologiom?

Były. Powołanej w maju 2006 r. śledczej komisji sejmowej do zbadania przekształceń kapitałowych i własnościowych pod przewodnictwem byłego posła PiS Artura Zawiszy ukręcono głowę. Trybunał Konstytucyjny we wrześniu 2006 r. stwierdził, że umarza postępowanie… ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia. Uzasadnienie wyroku ma 40 stron!

Co wobec tego, co dalej? Nie ma już nadziei?

Oczywiście dojście do sytuacji „normalnego kraju”, takiego, jakim jest większość pierwszej piętnastki Unii Europejskiej, w których to bankowość jest w olbrzymiej większości domeną działalności instytucji krajowych, wymaga racjonalnej strategii. Oczywiście trzeba wstrzymać wszystkie plany prywatyzacji banków polskich. Punktem wyjścia reformy powinno być przyjęcie zasady, że instytucje i przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe prowadzą wszystkie operacje finansowe w kilku jeszcze istniejących polskich bankach lub/i w spółdzielczych bankach i kasach. Tę zasadę można uzasadnić zyskiem finansowym. Śmieszy mnie ostatnio częsta reklama paru banków zagranicznych, że płacą nawet po 4-4,5 proc. w sześciomiesięcznych rachunkach oszczędnościowych, podczas gdy np. SKOK-i z oddziałami w Warszawie płacą nawet po 6,9 proc. Stale też zdarzają się okazje korzystnego zakupu banków zagranicznych, wobec wielkiej opłacalności działalności bankowej w Polsce warto i je wykorzystywać. Godna polecenia jest też wielka akcja masowego rozwoju idei systematycznego, choćby drobnego oszczędzania. W II RP na książeczkach oszczędnościowych Pocztowej Kasy Oszczędności można było lokować nawet jedną złotówkę. Podobna akcja francuskiej mniejszości w kanadyjskim Quebecu rozwoju idei oszczędzania we francuskich kasach oszczędnościowych Desjardins doprowadziła do ukształtowania się francuskiego kapitału, na bazie którego rozwinęła się francuska aktywność gospodarcza konkurująca z bogactwem kapitału angielskich Kanadyjczyków. Sądzę też, że w koniecznej reformie systemu podatkowego w Polsce można by, obok podatku obrotowego dla wielkiego handlu, wprowadzić też specjalny podatek dla banków.

Będą się bronić rękami i nogami…

Wymaga to starannego opracowania strategii działania. Niewątpliwie obecny stan ekonomicznego zdekolonizowania naszej gospodarki wymaga zdecydowanej akcji reformatorskiej w dziedzinie bankowości, słusznie uważanej za „nerw” rozwoju ekonomicznego. Wyjściem z obecnej sytuacji może być też – zbudowanie różnymi sposobami – skłonności Polaków do oszczędzania. Mniej konsumpcji, więcej oszczędzania, jest jeszcze jakaś szansa. Trzeba też stworzyć prawdziwą modę na polskie produkty, zarówno w kraju, jak i za granicą. Wzmocnić spółdzielczość, reaktywować komunalne banki, zastanowić się nad renacjonalizacją niektórych banków, które zostały sprzedane zagranicy. Przede wszystkim trzeba dokapitalizować Bank Gospodarstwa Krajowego, żeby mógł skutecznie wspierać reanimację polskiej gospodarki. Warunkiem ratowania polskiej gospodarki jest jednak racjonalny system doboru kadry fachowych decydentów, w nawiązaniu do praktyki stosowanej w niezwykle sprawnych wielkich koncernach, reprezentujących jednak nie tylko wysokie fachowe kwalifikacje , ale i postawę priorytetu ideowego.

Rozmawiał Rafał Zaza
http://wgospodarce.pl/informacje/9045-p ... kolonialna

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 4 grudnia 2014, 19:21

dr Ryszard Ślązak: WYCENA PRYWATYZOWANYCH PRZEDSIEBIORSTW/SPÓŁEK

Począwszy od roku 1989 wartość sprzedawanych przedsiębiorstw państwowych przekształconych ustawowo w spółki państwowe nie była szacowana w równowartości w walutach obcych np. w dolarach w których zasadniczo sporządza się statystykę gospodarczą i choćby ze względu na fakt , że zobowiązania zagraniczne Polski z tytułu zadłużenia zagranicznego są wyrażane przede wszystkim w dolarach amerykańskich ponieważ w dużym stopniu pochodzą ze strefy rozliczeń dolarowych. Większość naszych kredytów zagranicznych zaciąganych w przeszłości ,a trwających w zobowiązaniach zadłużeniowych lat 1990-tych,była wyrażana przede wszystkim w dolarach amerykańskich,. Świadomość ekonomiczna naszych współobywateli była również utrwalona w wyrażeniu dolarowym, do których Polacy mieli dostęp z tytułu pracy na różnorodnych kontraktach zagranicznych i z tytułu przekazów zagranicznych otrzymywanych od emigracji niemal z całego świata i z tytułu występowania czarnorynkowego kursu dolara ,któremu władze prawie nie przeciwdziałały, a można nawet stwierdzić ,że celowo go utrzymywały ,ponieważ w jego utrzymywaniu byli wszyscy bezpośrednio i osobiście zainteresowani.

Nowe już demokratyczne władze gospodarcze i nowy minister finansów który objął funkcje we wrześniu 1989 roku, miał rzekomo uzdrowić reformatorsko gospodarkę i finanse Państwa, od dłużyć i poprowadzić do długoterminowego dodatniego salda w bilansie płatniczym Państwa, ale pierwsze co zrobił to zwolnił przedsiębiorstwa/zakłady państwowe z zobowiązań zagranicznych i przejął te zobowiązania w ciężar budżetu państwa. Z tego też względu, a także z niewiedzy i nieudolności w całym procesie prywatyzacyjnym wyłączono z przedmiotu oceny i szacowania wartości cenowej tych przedsiębiorstw z podawania i uwzględniania tych ich zobowiązań dewizowych wobec zagranicy. Takie pominiecie tylko tego rodzaju zobowiązań powodowało, że w badanych 125 przedsiębiorstwach/spółkach nie spłacone zobowiązania dewizowe przewyższały kwoty uzyskane z ich sprzedaży. W każdym tym przypadku dotyczyło to sprzedaży spółki firmom zagranicznym i to w sytuacji kiedy te ich zobowiązania już odrębnie zostały na polecenie ministra finansów spłacone przez jeszcze polski bank z uprawnieniami dewizowymi.

Rozdzielenie i wyodrębnienie zobowiązań dewizowych z zobowiązań zakładowych spowodowało wypaczenie całego wartościowego procesu prywatyzacji, wpływając na rażące zaniżanie wartości prywatyzowanych zakładów. Wartości w której prawie nigdy nie uwzględniono wartości gruntów zakładowych, które w zasadzie były bezwartościowe w tamtym okresie czasu bo zostały zdeprecjonowane do roli bonu przydziałowego. Jeszcze w latach 1980 –tych niektórzy członkowie ówczesnych rządów przechwalali się, co występuje w szeregu różnorodnych zapisach, że doprowadziliśmy cenę ziemi w Polsce do najniższego poziomu w całej Europie, wytępiliśmy skłonności kapitalistyczne i stworzono warunki do nowej przyszłości Przyszłości w której polska ziemia, za którą ginęli Polacy w walce z imperializmem zaborczym sąsiadów będzie znów przedmiotem rozgrywek post imperialnych różnych bliższych i dalszych antypolskich pseudo przyjaciół. Dzisiaj około miliona hektarów ziemi już znajduje się w rękach obcych, co skrupulatnie z nieporadności czy z nieudolności, a nawet z głupoty zataja się przed narodową opinią publiczną. W szczególności chodzi tutaj o grunty zakładów/spółek sprywatyzowanych, które miały poważne obszarowo grunty różnego rodzaju i klasy.

Polem do takiej polityki reformatorskiej miał się stać powszechna prywatyzacja, a właściwie to sprzedaż wszystkiego co było w dyspozycji rządu do sprzedaży. a występowała powszechna własność państwowa, łatwa decyzyjnie do zbycia i na warunkach dowolnie określanych i praktycznie do dziś nie wiadomo przez kogo i na jakich kryteriach oceny wyceny te oparto. Dziwnym jakimś sposobem programy prywatyzacji całych branż naszej gospodarki opracowywały banki zagraniczne, które praktycznie dotychczas nie utrzymywały długoterminowej współpracy finansowej, choćby kredytowej z Polską, z polskimi bankami dewizowymi, nawet w kredytowaniu. Gdyby uczestniczyły w takim pośrednim kredytowaniu, a ich kredyty celowe zamienione w Polsce na kredyty dewizowe i skierowane do poszczególnych przemysłowych kredytobiorców/naszych zakładów przemysłowych, mogliby uczestniczyć w ich restrukturyzacji finansowej.

Restrukturyzacja ta, której program autor przedstawił ówczesnym władzom gospodarczym ,a nawet przedstawicielom kilku ówczesnym partiom politycznym, miała polegać na zamianie zobowiązań dewizowych /zagranicznych przedsiębiorstw państwowych, przekształconych w spółki prawa handlowego w akcje lub udziały, co zwolniłoby Państwo z poważnej kwotowo spłaty zobowiązań dewizowych z tytułu właśnie zaciągniętych i skierowanych w przeszłości do tych przedsiębiorstw kredytów zagranicznych. Przyjmując taką zasadę i regułę w technice przekształceń zaoszczędzilibyśmy w redukcji zobowiązań zagranicznych zarówno w kapitale jak i w odsetkach około 12 miliardów dolarów. A tak musieliśmy to wszystko prawie spłacić.

Częściowe umorzenie spłat tych zobowiązań przez Państwa i banki krajów Zachodu było zatajanym przed społeczeństwem warunkiem prywatyzacji głównych dziedzin naszej gospodarki po zaniżonych cenach i według ekspertyz wykonywanych wyłącznie przez zagraniczne nie działające dotychczas w Polsce instytucje finansowe, bankowe i poza bankowe, których koszt pozostaje praktycznie i dotychczas publicznie nie znany. Był on bardzo wysoki w niektórych przypadkach koszt takiej ekspertyzy prawie przekraczał wartość uzyskaną ze sprzedaży danej już spółki.

Tak realizowany proces prywatyzacyjny miał mieć oparcie na postanowieniach ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych z dnia 13 lipca 1990 roku. Ustawa ta przyznawała prawo preferencji cenowych dla akcji/udziałów nabywanych przez pracowników/załogi danych prywatyzowanych zakładów /spółek. Natomiast praktyką stosowaną w ówczesnym okresie lat1991-95 było rozkładanie spłat krajowym nabywcom zapłaty na paroletnie okresy. Ta i tak stosowana praktyka wobec krajowych nabywców akcji/udziałów prywatyzowanych spółek uruchomiła na niespotykaną skalę w naszej historii gospodarczej spekulację organizacyjną w tworzeniu/zakładaniu wszelkiej maści spółek w pisowni o cudzoziemskich i obcojęzycznych nazwach, które przystępowały do nabywania tych akcji/udziałów obchodząc polskie i ówczesne prawo dewizowe, aby za nabywane dla obcego/zagranicznego podmiotu gospodarczego akcje /udziały nie płacić dewizami, tylko polskim pieniądzem nabytym różnymi sposobami na przykład poprzez parokrotne zawyżanie cen towarów czy usług, płacić złotymi.

Powstała plaga nowych różnorodnych spółek zagranicznych które wkrótce zaczęły poprzez różnorodne powiązania z instytucjami państwowymi i ustawodawczymi wyparły skutecznie z obsługi aparatu państwowego podmioty narodowe, głównie na odcinku finansowym. Naiwność i jakiś kompleks niższości powoduje, że przejmują one takie funkcje

Jakich nigdy by nie zdobyły w żadnym innym kraju Zachodu, a nawet, może głownie Wschodzie. Złote należało zarobić na wszelkiego rodzaju obsługach aparatu państwowego, głownie instytucji bezpośredni obsługiwanych przez Rząd, czy też uzyskać takie zamówienie doradcze bezpośrednio od członka Rządu, choćby na ówczesnym modnym prasowo i ekspansjonistycznie na polskim rynku we wszelkiego rodzaju doradztwie do którego później przechodzili przegrani czasowo różnej maści działacze polityczni czy innego rodzaju kombinatorzy.

Doradztwo cudzoziemskie poprzez różnego rodzaju spółki rozwinęło się do tego stopnia, że prywatyzacja niemal każdego zakładu/przedsiębiorstwa/spółki była przez nie wyceniana, i to niemal zawsze wtedy, kiedy nabywcą w jakimkolwiek stopniu był nabywca zagraniczny.

W roku 1991 prywatyzowano poprzez sprzedaż przedsiębiorstw przekształconych w spółki prawa handlowego, spółki akcyjne i z ograniczona odpowiedzialnością. Ogółem w roku 1991 i poprzez sprzedaż akcji czy udziałów minister przekształceń własnościowych sprywatyzował, czyli sprzedał 26 przedsiębiorstw/spółek, Cena ich sprzedaży miała charakter uznaniowy, uzgadniany w rządzie ,u ministra czy przy innych sposobnościach, dziś trudnych publicystycznie i naukowo do oceny.

W literaturze ekonomicznej czy naukowej dotychczas tylko wyrywkowo i pojedynczo w odniesieniu do danego przedsiębiorstwa/spółki, a nie wszystkich sprywatyzowanych w danym roku przedsiębiorstw. Z tego względu w tym artykule podano uzyskane wpływy ze sprzedaży danego przedsiębiorstwa/spółki w całości, ogólną uzyskaną za niego kwotę środków finansowych, z przeliczeniem na równowartość w dolarach amerykańskich. W latach 1990 –94 kurs walutowy złotego do dolara amerykańskiego ustalał minister finansów, i praktycznie nie był on publicznie i powszechnie znany.

Znany był z przymusu prawno-zawodowego w czterech bankach polskich z uprawnieniami dewizowymi, bo tylko one dokonywały rozliczeń dewizowych z zagranicą, dla których w przedmiocie prywatyzacji decyzje dewizowe zapadały u ministra finansów. Z tych to względów nadal niejasnym jest czy firmy zagraniczne np. niemieckie czy francuskie nabywając akcje/udziały polskich prywatyzowanych przez rząd czy wojewodów firm państwowych, ich organu założycielskiego i płaciły za te akcje/udziały z zagranicy i na czyje konto/bieżący rachunek bankowy. Tego aspektu wpływów dewizowych z prywatyzacji jakby nawet nie badał NIK, gdyż w jego sprawozdaniach ten aspekt jakby został pominięty czy przeoczony. Z tego tez względu w tabeli 1 i następnych podano równowartość danych w dolarach dla możliwości prowadzenia dalszych różnego rodzaju analiz odmiennych mdla dwóch okresów kursów dewizowych złotego.

Okresu lat 1990 –94 nie można kursowo porównywać z okresem roku 1995 i lat dalszych. Przyjmując denominację złotego z roku 1995 do lat wcześniejszych analizowanego okresu nie można uzyskać właściwych przeliczeń porównawczych dla dekady lat dziewięćdziesiątych. Należało więc przeliczyć dane ze starych złotych z lat 1991-94 na dolary i dalsze lata od roku 1995 już po denominacji także przeliczyć na równowartość dolarową .Dopiero wówczas można otrzymać dane porównawcze choćby cenowe czy wartościowe wynikające z wyceny firm i ich gruntów Dla ujęcia powierzchni gruntów zakładowych z okresu ich prywatyzacji w tabelach pozostało wolne miejsce kolumnowe do wypełnienia np. po uzyskaniu tych danych, które są bardzo istotne dla całości oceny procesu prywatyzacyjnego pozostawiono wolne miejsce do przyszłego wypełnienia.

W roku 1992 prywatyzowano 48 przedsiębiorstw państwowych przekształconych w spółki prawa handlowego, również jako jednoosobowe spółki Skarbu Państwa, Ich prywatyzacja następował poprzez sprzedaż akcji/udziałów lub sprzedaż całkowitą. całego zakładu/spółki w ramach tak zwanej prywatyzacji bezpośredniej/kapitałowej, na zasadach zapoczątkowanych już w roku 1990.Wpływay ze sprzedaży miały następować głównie w formie gotówkowej na preferencyjnych zasadach i warunkach nawet w paroletnim okresie wpłat ,czyli w systemie ratalnym, także i w postaci obligacji Skarbu Państwa, za sprzedaż akcji i udziałów tych państwowych podmiotów gospodarczych.

Wartość akcji i udziałów prywatyzowanych zakładów/spółek była głównie i przeważnie określana w pierwszym okresie decyzji prywatyzacyjnych lat 1990 i 1991. W tych to latach podejmowano decyzje o stopniu prywatyzacji gospodarki narodowej, o sprzedaży w danym czy przyszłym okresie najważniejszych podmiotów gospodarczych z punktu widzenia polskich zdolności eksportowych, firmom zagranicznym, głównym konkurentom polskiego eksportu na rynkach zagranicznych. Tak realizowany proces prywatyzacyjny miał mieć oparcie na postanowieniach ustawowych, choć ustawa prywatyzacyjna z roku 1990 nie określała żadnego stopnia sprzedaży naszych zakładów firmom zagranicznym. Ustawa ta przyznawała prawo preferencji cenowych dla akcji/udziałów nabywanych przez pracowników /załogi danego zakładu pracy.

Natomiast praktyką stosowana w ówczesnym okresie lat 1991-98 było rozkładanie wpłat za zakupywane akcje/udziały, a głównie całe przedsiębiorstwa /spółki, przez firmy zagraniczne na dłuższy paroletni ratalny okres, .jakby dla tego aby mogli najpierw w Polsce zarobić a potem dopiero zapłacić za ten zakupiony zakład/spółkę. Wycena, czyli określanie wartości poszczególnych przedsiębiorstw/spółek, a nawet całych branż gospodarki narodowej w latach 1991 – 93 następowała niemal przez banki zagraniczne lub wskazane przez nie, inne obce instytucje lub też przez świeżo założone przez nie w Polsce różne w nazewnictwie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością do których Polacy mieli ograniczony wówczas dostęp. Pracowali w nich wówczas cudzoziemcy, delegowani przez zagranicznych założycieli do pracy w nich i w Polsce. Wyceniana wartość była jednocześnie wskazaniem ceny zbycia także i z zasady pod przyszłego nabywcę. Wszelkimi sposobami i środkami oddziaływania forsowano wówczas prywatyzację pod przyszłego inwestora strategicznego, niezależnie czy była to zagraniczna firma państwowa czy samorządowa, czy spółka publiczna, prywatna czy też osoba fizyczna byleby preferencyjnie była zagraniczna.

Ta mania cudzoziemszczyzny wynikała z naiwności odziedziczonej po klatce komunistycznej, zakompleksieni i uniżoności wobec cudzoziemszczyzny, a także bezmyślnej wiary w sprawiedliwość i życzliwość obcych firm, które wraz z zakupem polskiego zakładu mieli przynieść nowości technologiczne, nowszy asortyment produkcyjny pozwalający podnieść polski poziom technologii wytwórczej i zdolności eksportowej, Tymczasem stało się zupełnie inaczej. Nie rozumiano pojęcia wyzysku świata pracy, uzależnienia zagranicznego i drenażu finansowego przez obcy kapitał dla podporządkowania uzależnienia i ukierunkowania rozwoju naszego rynku narodowego pod obce interesy i ograniczenia międzynarodowej współpracy narodowych podmiotów gospodarczych. W tym okresie kursy walut nadal ustalał minister finansów, aż do roku 1994.

Tym wszystkim przypadłościom towarzyszył niezrozumiała polityka dewizowo –kursowa ministra finansów, który jakby po cichu dewaluował i w niespotykanym dotychczas stopniu złotego, który przy prywatyzacji jakby w ogóle nie był brany pod uwagę i nie stosowany przy wycenie i uwzględniany w ustalaniu ceny sprzedaży danego podmiotu gospodarczego. I tak kurs dewizowy złotego w roku 1989 wynosił 1446,00 złotego za dolara , W roku 1990 w ramach odmiennej polityki ekonomiczno-finansowej nowego demokratycznego rządu wynosił już 9 500 złotego za dolara, ulegając dewaluacji aż sześć i półkrotnie, 6,5 razy.

Ta radykalna operacja dewaluacyjna nie miała charakteru jednorazowego. Dla roku 1991 ustalono już inny nowy kurs dewizowy złotego w wysokości 10 582,56 za dolara, dewaluując go o dalsze 11,4 procent w stosunku do roku poprzedniego. Dla roku 1992 ustalono kurs dewizowy złotego na poziomie 13 631,26 złotego za dolara, dewaluując go o 28,80 procent w stosunku do roku 1991. Dla roku 1993 ustalony kurs wynosił 18 145,47 złotego za dolara, czyli że uległ dewaluacji o 33,1 procent. W ostatnim 1994 roku stosowania starego złotego, czyli przed denominacją z…łotego, ustalony kurs wynosił aż 22 726,95 złotego za dolara, ulegając kolejnej dewaluacji aż o 25,25 procent w stosunku do roku poprzedniego Tak więc za czasów rządów demokratycznych z lat 1990- 94 kurs dewizowy złotego w stosunku do dolara uległ decyzyjnej dewaluacji aż o ponad 15- krotnie, ściślej o 1571,37 procent. W roku 1995 po denominacji złotego wprowadzony został płynny kurs walutowy złotego w stosunku do innych wymienialnych walut świata zewnętrznego. Kurs ten jako średnioroczny za ten 1995 rok wynosił już tylko 2,4244 złotego za dolara.

Powstała jakby inna nieprzewidywalna i zależna od zagranicy linia polityki dewizowej i kursowej, mającej zasadniczy wpływ na polską politykę gospodarczą, na bilans handlowy i płatniczy państwa, a przede wszystkim na wewnętrzne stosunki społeczno-gospodarcze i socjalne kraju. Jednak przy wycenie prywatyzowanych przedsiębiorstw i przy wyznaczaniu ceny ich zbycia nie korygowano ceny ani wartości o wskaźnik dewaluacji kursu złotego. Wyceny poszczególnych przedsiębiorstw przeznaczonych do prywatyzacji i całych branż polskiego przemysłu na zlecenie polskiego rządu dokonały firmy zagraniczne, głównie banki amerykańskie, w roku 1991 i 1992, a częściowo jeszcze w roku 1993. W przedmiocie prywatyzacji decyzje dewizowe zapadały w ministerstwie finansów, z tych względów nadal niejasnym jest czy firmy zagraniczne np. niemieckie czy francuskie lub amerykańskie nabywając akcje/udziały polskich przedsiębiorstw/spółek płaciły za te akcje obcą walutą i czy te środki wpływały bezpośrednio z zagranicy i na rachunek bankowy i którego urzędu państwowego. Tego aspektu płatniczego i rozliczeniowego nigdzie i prawie nigdy nie zapisywano w jakiejkolwiek dokumentacji prywatyzacyjnej, tak aby była ona znana publicznie.

Zupełnie inną barierą w ocenie poziomu wartości prywatyzowanych- poprzez sprzedaż przedsiębiorstw/ spółek była bariera kursu walutowego złotego. Począwszy od końca 1989 roku czyli od początku okresu przemian polityczno-gospodarczych w Polsce i w obozie komunistycznym, było ustalanie kursu walutowego złotego w stosunku do obcych, walut wymienialnych i nie wymienialnych, którego praktycznie nie publikowano terminowo, lecz z pewnym opóźnieniem, i którego zasady zmienności były znane tylko aparatowi ministra finansów. Ludność nie mogła się zorientować jaka jest faktyczna państwowa wartość dolara. Występował nadal aż do roku 1994 czarnorynkowy kurs dolara który sprzyjał i przedłużał tymczasowość przed pożądanymi reformami.

Te wszystkie czynniki ekonomiczne powodują niemożność porównawczą w złotych danych liczbowych z, tych dwóch jakby odmiennych okresów, z całego przeszłego okresu lat od roku 1989 do dziś dla wyrażenia ich w jednolitości porównawczej. Dlatego też aby dokonać właściwego porównania danych z okresu starego złotego z okresem nowego złotego dane z lat 1990 – 94 należało przeliczyć na dolary po obowiązującym wówczas kursie walutowym i wszystkie dane z lat dalszych analogicznie przeliczyć po obowiązującym średniorocznym kursie walutowym dla danego roku i dopiero tak przeliczone dane dają właściwy wynik liczbowo-kwotowy. Takich właśnie przeliczeń dokonano w tej przedmiotowej analizie.

Ten stan świadczy o słabości polskiego systemu dewizowego, że po 60-ciu latach od zakończenia II wojny światowej nie zbudowaliśmy właściwego systemu dewizowego, że nadal nie radzimy sobie z prawidłowością stosowania kursu walutowego w zagranicznej polityce ekonomicznej i wykonywania obowiązku obrony narodowego interesu dewizowego, uzyskania właściwego dla współczesnego poziomu rozwoju gospodarczego kraju instrumentu oddziaływania kursem waluty. Nawet obecnie nie wiadomo kto w Polsce. który organ państwowy ustala kurs walutowy, choć w zapisach jest, że ustala go Rada Ministrów w porozumieniu z Radą Polityki Pieniężnej działającą przy Narodowym Banku Polski. Nie było jeszcze przypadku aby te dwa organy choć raz ustaliły kurs walutowy złotego.

Przez ten trwający stan niemocy państwo pozostaje wciąż przesadnie zadłużone za granicą, i na spłatę zadłużenia zagranicznego przeznaczamy bardzo dużą część dochodu narodowego. Jakoś instrumentu kursu walutowego w oddziaływaniu na zagraniczną i wewnętrzną politykę gospodarczą nie mogą zrozumieć rządzące partie polityczne i różnorodne kręgi walczące o władzę w państwie.

Wpływy z prywatyzacji, sprzedaży spółek państwowych dokonanej w latach 1990–4 zaprezentujemy odr®bni. Zdanych tabeli wynikają sumy uzyskane w danym roku ze sprzedaży każdego zakładu/spółki w starych złotych i w równowartości dolarowej w roku i rocznie ogółem. Przedstawiono w niej daty rozpoczęcia prywatyzacji czyli okres podjęcia decyzji prywatyzacyjnej, wysokość kapitału akcyjnego lub udziałowego i liczbę akcji/udziałów prywatyzowanej spółki w momencie decyzji prywatyzacyjnej, liczbę sprzedanych akcji/udziałów i obszar gruntów posiadanych przez prywatyzowaną spółkę w momencie jej sprzedaży. Podano w niej też koszty obsługi poniesione przy sprzedaży każdego zakładu/spółki oraz koszty poniesione zaliczkowo w danym roku nawet na rzecz przyszłej, w roku następnym i w latach dalszych prywatyzacji danej spółki.

Z danych tabel wynikają ogromne koszty, obciążające budżet państwa i poniesione w przedmiocie strategicznego i analitycznego doradztwa przed prywatyzacyjnego, a realizowanego na zamówienie ośrodków rządowych niemal wyłącznie przez firmy zagraniczne. Zastanawiającym jest, że tych strategicznych przed prywatyzacyjnych i prywatyzacyjnych ekspertyz/.analiz nie dokonywały polskie firmy/instytuty, czy branżowe ośrodki naukowo-badawcze, czy nawet polskie uczelnie ekonomiczne, bądź też polskie banki państwowe tylko banki zagraniczne, które w Polsce, na polskim rynku dotychczas niemal w żadnym stopniu nie działały.

dr Ryszard Ślązak
http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/ ... stwspolek/

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 5 grudnia 2014, 11:53

Poseł Eugeniusz Grzeszczak chce mnie pozwać za wklejanie tych informacji

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 22 września 2015, 19:29

Minister Grad kontynuuje swój plan prywatyzacji. Niestety, ostatnio dokonał znaczącego kroku w kierunku pseudoprywatyzacji. Tak właśnie należy określić sprzedaż pakietu ponad 80% akcji Energii na rzecz PGE, w którym Skarb Państwa również ma swoje udziały. Cała transakcja naturalnie zostanie zaksięgowana, jako „przychody z prywatyzacji”. Ponieważ minister Grad nie przyjmuje argumentów „doktrynerów” (czyli rozumiem, że między innymi UOKiK-u), że koncentracja na tym rynku pogorszy konkurencję, zasłaniając się długofalowym interesem spółek, postanowiłem zebrać podstawowe argumenty przemawiające za tym, że na tej transakcji traci państwo i konsumenci.

1. Niegospodarność (powtórka z historii?)

Pseudoprywatyzacja w wykonaniu PGE miała miejsce już w przeszłości. Otóż w 2008 roku PGE zakupiło akcje Elektrowni Turów i Bełchatów oraz kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Według NIK transakcje te nie były poprzedzone rzetelną analizą ekonomiczną a PGE sfinansował je z emisji obligacji, czyli poprzez powiększenie swojego zadłużenia. Kwestią czasu jest więc kolejny raport Najwyższej Izby Kontroli, która oceni rzetelność tej analizy (będzie to o tyle ciekawe, że minister Grad przekonuje, że dysponuje analizami, z których wynika, że sprzedaż będzie opłacalna dla państwa).

2. Uzwiązkowienie

Uzwiązkowienie w firmach państwowych jest zawsze większe niż w firmach prywatnych. Jak pisała ostatnio “Rzeczpospolita” w największych spółkach kontrolowanych przez państwo średnio 70% załogi należy do związków a w niektórych firmach nawet 90%. W tym samym czasie przeciętne uzwiązkowienie w firmach prywatnych to 28 %. W samym istnienie związków zawodowych nie można naturalnie upatrywać niczego złego (mogą one odgrywać pozytywną rolę jeśli chodzi o ochronę praw pracowniczych, dbałość o przepisy bhp czy chociażby przestrzeganie prawa pracy – przykład słynnej „czerwonej kropki” w hipermarketach Carrefour, na którą musieli stawać pracownicy chcący pójść do toalety). Problem pojawia się jednak w sytuacji, gdy – tak jak w polskich, głównie państwowych firmach – działają one na niekorzyść firmy.

Związkowcy mają całą paletę pomysłów jak zniszczyć własną firmę. Po pierwsze – strajkując w czasie pracy. Takie strajki w ostatnich latach przyniosły polskiemu górnictwu prawie 200 mln zł. straty. Po drugie – domagając się gwarancji zatrudnienia. Po trzecie – domagając się stałej i corocznej waloryzacji płac. Po czwarte – protestując przeciwko przekształceniom właścicielskim. Wszystkie powyższe przykłady stały się niemal normą w polskich realiach i wszystkie one – w mojej ocenie – szkodzą firmom i powinny być zabronione przez prawo. Nie może być tak, że jakaś państwowa spółka gwarantuje komuś zatrudnienia, np. do 2020 roku, bo przecież w gospodarce kapitalistycznej, która jest bardzo dynamiczna nie można stwierdzić czy będzie to opłacalne. Do tego czasu rynek może zostać zachwiany poprzez kolejne kryzysy gospodarcze czy niespodziewane zmiany w koniunkturze czy konkurencji. To samo tyczy się sprzeciwu przeciwko prywatyzacji. Ten kto nie jest właścicielem nie ma prawa protestować przeciwko sprzedaży udziałów czy akcji w danej spółce. W spółkach państwowych związkowcy (np. z KGHM-u czy Enei) czynią to nagminnie, gdyż wiedzą, że rządzący nimi politycy są podatni na społeczne naciski. Społeczeństwo powinno jednak protestować przeciwko takim strajkom, gdyż szkodzą one podatnikom a zyskuje na nich tylko pewna ilość pracowników danego zakładu, no i oczywiście politycy.

Nawiasem mówiąc, jeżeli mowa o związkach zawodowych, to ciekawa historia wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie amerykański związek zawodowy pracowników poczty (American Postal Workers Union) organizował wybory. Niestety trzeba było je przedłużyć bo pracownicy poczty zgubili kilka tysięcy głosów oddanych drogą listowną (sic!). A wracając do tematu, pracownicy poczty w sektorze publicznym zarabiają średnio o 18 tys. dolarów rocznie więcej niż ci sami pracownicy w sektorze prywatnym. Widać firmy państwowe działają po obu stronach Atlantyku, tak samo mało efektywnie.

Spółka Liczba organizacji związkowych Uzwiązkowienie Pracownicy oddelegowani do pracy związkowej
PGE Ok. 100 59% 100
Energa 20 68% 25
Siła związków zawodowych*

3. Wzrost cen energii

Prosta zasada w ekonomii, której zdaje się nie rozumieć minister Grad brzmi – im mniej podmiotów na rynku, tym większe ceny ich usług. „Nowy koncern produkowałby ponad 40 proc. energii elektrycznej w kraju, panując nad więcej niż 40 proc. jej dystrybucji” – wynika z analizy Forum Obywatelskiego Rozwoju. Mówienie, że konsumenci na tym nie stracą jest oczywistą zasłoną dymną, bo nawet jeśli nie zostaną podniesione ceny, to taki „czempion” (jak określa takie giganty Ministerstwo Skarbu) z pewnością będzie miał mniejsze bodźce do polepszania jakości świadczonych usług. Należy na marginesie dodać, że tej transakcji sprzeciwia się zarówno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta jak i Urząd Regulacji Energetyki. Bardzo prawdopodobne, że swój sprzeciw zgłosi również Komisja Europejska

4. Słaby nadzór właścicielski

Nie łudźmy się, że firmy państwowe mogą być tak samo wydajne jak firmy prywatne. Nawet w przypadku zatrudnienia najlepszych managerów z sektora prywatnego, nie mają oni szans na osiągnięcie takich samych efektów jak w firmach bez udziału państwa. Wynika to przede wszystkim z czynników, które opisałem powyżej, które w firmach prywatnych nie występują, albo występują w mniejszej skali. Ponadto manager w firmie prywatnej jest obsadzany na innych zasadach niż firmie państwowej, gdzie niejednokrotnie to politycy obsadzają takiego „zasłużonego” w zarządzie albo radzie nadzorczej. Nic dziwnego więc, że rotacja na stanowiskach kierowniczych jest w nich o wiele większa (prezes zmienia się raz na 2 lata) niż w sektorze prywatnym (raz na 5 lat). Dobrym przykładem jest tutaj bank PKO BP, który od 2000 roku miał już 8 prezesów (przy średniej dla sektora prywatnego 2-3 prezesów). Więcej na ten temat w artykule: Państwo jest złym właścicielem. Kolejnych dowodów przedstawia raport NIK.

5. Konsolidacja w celu prywatyzacji

Na koniec polemika z argumentem ministra Grada, któremu faktycznie nie można zarzucić, że kontynuuje fatalną politykę swojego poprzednika z Prawa i Sprawiedliwości, który w czasach najlepszej koniunktury na rynku praktycznie zamroził prywatyzację ("Gdyby rząd PiS zrealizował swój – zresztą bardzo mało ambitny – plan prywatyzacji (8,5 mld zł), to w latach 2006-2007 potrzeby pożyczkowe państwa zmniejszyłyby się o ponad 5,1 mld zł." - twierdzi ekonomista Wiktor Wojciechowski). Grad prywatyzuje i w większości robi to dobrze. W przypadku PGE i Energii twierdzi, że jest to tymczasowa konsolidacja w celu późniejszej prywatyzacji (przynajmniej ja tak rozumiem jego intencje). Problem polega na tym, że minister to nie jest funkcja dożywotnia i po Gradzie może przyjść kolejny minister Jasiński, który uzna, że nie należy wyprzedawać narodowych sreber (bo gdzie wtedy obsadzić kolegów z partii?). Tak więc konsolidacja PGE i Energii, która już stała się faktem, ale którą jeszcze może zastopować UOKiK (albo później KE) jest obarczona dużym ryzykiem. Pytanie czy nas na to stać?
http://www.mojeopinie.pl/5_argumentow_z ... 1286809092

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 23 września 2015, 06:57

Wygląda to bardzo źle". Były doradca premiera sugeruje, że za "zagubionymi" 3,5 miliardami złotych może stać celowe działanie
Wygląda to bardzo źle, bo w przeszłości bywały także afery, choćby w Ministerstwie Finansów z rozliczeniem VAT. Jedna ze spraw chyba nie została nawet jeszcze zakończona, wciąż toczy się śledztwo
— mówi ekonomista Marek Zuber o „zagubionych” w Kancelarii Premiera 3,5 miliarda złotych w rozmowie z „Super Expressem”.
Chodzi o ustawę uszczelniającą system, z którego wypływały pieniądze firm do rajów podatkowych. Ustawa przeszła całą drogę legislacyjną, ale utknęła w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie nieznany sprawca z Rządowego Centrum Legislaji opóźnił publikację nowego prawa w Dzienniku Ustaw. W wyniku tego budżet Polski stracił już ponad 3 miliardy złotych.
CZYTAJ WIĘCEJ: Sorry, taki mamy klimat! Polska straci ponad 3 mld złotych, bo… rząd Platformy nie opublikował ustawy na czas. Szczurek: „Ubolewam…”
Pojawia się dość pilna sprawa dla pani ewy Kopacz i być może Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Trzeba to wyjaśnić, czy był to przypadek, czy jednak celowe działania
— tłumaczy Zuber, były doradca premiera Kazimierza Marcinkiewicza.
Według niego trzeba koniecznie sprawdzić, czy za opóźnieniem publikacji w Dzienniku Ustaw nie stała któraś z firm, która zapłaciła za to opóźnienie, a w wyniku czego zyskała wielkie sumy.
Dla niektórych firm to opóźnienie oznacza przecież dziesiątki milionów złotych. I tu pojawia się pole do niepokojących domysłów, że niewielka część tej kwoty mogłaby dać opóźnienie publikacji tej ustawy na czas w Dzienniku Ustaw
— mówi Zuber.
Slaw/ „Super Express”
http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/21662 ... -dzialanie

Awatar użytkownika
adsenior
Posty: 6186
Rejestracja: 25 czerwca 2009, 04:06
Lokalizacja: Łódź

Post autor: adsenior » 23 września 2015, 11:07

No cóż, mamy bananową republikę kolesi, jaką sitwa z PO i PSL zrobiła z naszej OJCZYZNY!! Trzeba by sprawdzić, którzy to kolesie, w tym czasie dokonali transferów, do "rajów podatkowych". Tylko naiwniak może myśleć, iż tą "pomyłka" nie spowodowała napływ koralików, do kieszeni odpowiednich decydentów!

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 23 września 2015, 11:35

witam pana Ad Senior :)
oczywiście,ze tylko naiwniak tak może myśleć
"Trzeba by sprawdzić, którzy to kolesie, w tym czasie dokonali transferów, do "rajów podatkowych"
dawno już wiele spraw wpłynęło w tym temacie do sądów..ale sądy jak TE TRZY małpki...nie widzą,nie słyszą,nie mówią
niestety...a koraliki dalej płyną do PO i PSL...i nawet jak stracą WADZĘ,
to majątkó już nie..bo POciotki i różne inne "kotki" swoje mają w rajach POdatkowych i nie tylko TAM...
pozdrowienia i całuski dla Skarbów :)

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 30 października 2015, 20:58

10 dokonań PO-PSL które powinny skończyć się w sądzie
Andrzej Duda ogłosił, że liczy na konstruktywną współpracę z rządem. Zanim złożył tę deklarację, Polskę obiegła wiadomość, że odchodząca ekipa Bronisława Komorowskiego, opróżniła kasę kancelarii prezydenta. To powód, aby działania ekipy Komorowskiego prześwietlił prokurator. Przed zbliżającymi się wyborami przypominamy 10 dokonań obozu PO-PSL, które powinny skończyć się w sądzie karnym.

Pustki w kasie Kancelarii Prezydenta pozostawiła po sobie odchodząca ekipa Bronisława Komorowskiego. Po tym jak Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła, że najważniejszy urząd w państwie obejmie Andrzej Duda, kierownictwo kancelarii zaczęło hojną ręką rozdawać premie dla pracowników. Dostali je m.in. doradcy prezydenta, dyrektorzy biur, pracownicy administracyjni. Pozostawiło to następców w trudnej sytuacji finansowej. Po raz pierwszy w polskiej historii nowa ekipa może nie mieć pieniędzy na funkcjonowanie, pensje i realizację konstytucyjnych obowiązków głowy państwa. Jest to więc duża defraudacja państwowych pieniędzy (do ośmiu lat więzienia), dokonana ze szczególną zuchwałością (kara może być większa o połowę) w zbieżności z przekroczeniem uprawnień skutkującym utrudnianiem pracy funkcjonariuszom publicznym (do trzech lat więzienia). Łączne zagrożenie karą: 12 lat.

Powód 9: Fundacja Pro Civili

Stworzona przez byłych żołnierzy Wojskowych Służb Informacyjnych, pod patronatem ministra, a potem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, wyłudziła z wojska (w tym z MON i z WAT) dziesiątki milionów złotych. Jednym z oskarżonych w tej sprawie jest pułkownik Piotr P. – oskarżony również w aferze związanej ze SKOK Wołomin. Nie do końca wiadomo, co działo się z tymi pieniędzmi, bo ci, którzy próbowali sprawę zbadać, ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach – część z ręki „seryjnego samobójcy”. Wyłudzenie pieniędzy w znacznej kwocie w warunkach szczególnej zuchwałości – do 12 lat więzienia. Gdyby się okazało, że „samobójstwa” dobrze poinformowanych były efektem morderstw – górna sankcja karna rośnie do dożywocia.

Powód 8: afera aneksowa

W procesie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, który odpowiada za powoływanie się na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej WSI w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, na ławie oskarżonych zabrakło co najmniej dwóch ważnych polityków. Jednym z nich jest właśnie Bronisław Komorowski, który – jak wynika z akt śledztwa – jako marszałek Sejmu był zainteresowany zakupem ściśle tajnego aneksu do raportu z weryfikacji WSI. Rozmawiał na ten temat z byłym pułkownikiem WSI Aleksandrem L., mając wiedzę, iż kontrwywiad ABW podejrzewa go o szpiegostwo na rzecz Rosji. Przekroczenie uprawnień (do lat trzech) w celu ujawnienia tajemnicy państwowej (do lat pięciu) we współdziałaniu z obcym wywiadem (do lat 25).

Powód 7: nepotyzm PSL

PSL poparło PO i utworzyło wspólnie rząd. W zamian działacze PSL uzyskali nieskrępowany dostęp do „koryta”, czyli państwowych spółek i administracji samorządowej. Wiąże się to z potężnymi pieniędzmi. Dzięki stanowiskom można się samemu nieźle obłowić, a przy okazji – dzięki niejasnym przepisom i kumoterstwu – dać zarobić „znajomym królika”, pozwalając im wygrywać przetargi (często zbędne) na niepotrzebne usługi lub inwestycje, często na wielomilionowe kwoty. Osobną konsekwencją jest opanowanie państwowych stanowisk przez nieudaczników zainteresowanych tylko dostępem do pieniędzy publicznych. Wszystko podchodzi pod zarzut korupcji – zagrożony karą do ośmiu lat więzienia i do 12 lat w przypadku „kwot większych rozmiarów”.

Powód 6: Amber Gold

Jedna z największych afer polityczno-gospodarczych. Wskutek nieudolności wymiaru sprawiedliwości powstała piramida finansowa, która oszukała tysiące ludzi. W tle przewijają się służby specjalne, które prawdopodobnie, wykorzystywały aferę do prania pieniędzy operacyjnych, mafia oraz członkowie rodzin wpływowych polityków. Do odpowiedzialności należy pociągnąć wszystkich tych, którzy dopuścili do tej sytuacji, choć wiedzieli, że to potężny szwindel.

Powód 5: budowa Stadionu Narodowego

Jedna z najgłupszych inwestycji. Choć na początku planowano na nią przeznaczyć 180 milionów złotych, ostatecznie kosztowała prawie 2 miliardy. Zarobili na tym nieprzypadkowi ludzie. Stadion nie zarabia na siebie, konieczne jest dopłacanie do niego z pieniędzy podatników. Przestępstwo: defraudacja pieniędzy publicznych. Zagrożenie karą: osiem lat.

Powód 4: paraliż służb specjalnych

Po przejęciu władzy w 2007 roku ekipa Donalda Tuska dokonała „czystki” w tajnych służbach, mianując na kluczowe stanowiska kompletnych nieudaczników i ignorantów. Przykładem może być mianowanie na fotel szefa Agencji Wywiadu byłego dyrektora Departamentu Kontrwywiadu ABW, który w 2005 roku zatrzymał pod zarzutem szpiegostwa Marcina T. – asystenta posła Józefa Gruszki, przewodniczącego komisji śledczej ds. PKN Orlen. Marcin T. trafił do aresztu podejrzany o przekazywanie tajnych dokumentów rezydentowi rosyjskiego wywiadu. Został uniewinniony i dostał odszkodowanie, ponieważ w procesie wyszło na jaw, iż była to operacja polskiego wywiadu obliczona na dezinformację Rosjan. Rzecz w tym, że ówczesny szef kontrwywiadu ABW, a dziś szef Agencji Wywiadu nie miał o tym pojęcia i w efekcie zamknął… szpiega pracującego dla Polski. Niezależnie od poziomu kompetencji pana generała, zatrzymanie szpiega pracującego dla własnego państwa jest fenomenem na skalę historyczną.

Inny przykład to dzisiejszy zastępca szefa Agencji Wywiadu. Jako zastępca szefa Służby Wywiadu Wojskowego w 2010 roku wysłał do Smoleńska dwóch podwładnych, nie zaopatrując ich w dokumenty legalizacyjne, na fikcyjne nazwiska. Oficerowie przekroczyli granicę na prywatnych paszportach i zaczęli z ukrycia fotografować miejsce katastrofy. Natychmiast zatrzymała ich (i wydaliła z Rosji) FSB, zabierając również materiały zdjęciowe. Przy okazji FSB poznała dane personalne polskich szpiegów. Odpowiedzialny za to dyletant jest dziś wiceszefem polskiego wywiadu. I wcale nie jest najmniej kompetentnym oficerem specsłużb.

Powód 3: monstrualne zadłużenie

Zadłużenie Polski za rządów Donalda Tuska osiągnęło taki poziom, że finansiści piekłoszczyka Edwarda Gierka, którzy zaciągnęli długi w latach siedemdziesiątych, mogą się dziś wydawać mistrzami oszczędności. Dług wewnętrzny (państwa wobec własnych obywateli) – ponad bilion złotych, zadłużenie zagraniczne – ponad bilion złotych, zadłużenie systemu emerytalnego – ponad 3,5 biliona złotych. Większość pieniędzy zmarnowano na pensje dla administracji państwowej lub na nietrafione inwestycje wymagane przez Unię Europejską – np. na nieszczęsne baseny geotermalne w Mszczonowie. Do tego zabijanie polskiej przedsiębiorczości, faworyzowanie zachodnich koncernów kosztem polskich firm, zmuszenie do emigracji 3 milionów osób, w końcu perspektywa wydania kolejnych miliardów na in vitro. Kradzieże i defraudacje dokonane ze szczególną zuchwałością – do 12 lat więzienia.

Powód 2: storpedowanie gazoportu

Gazoport, który miał uniezależnić Polskę od dostaw rosyjskiego gazu, nie powstał i najprawdopodobniej nie powstanie w najbliższych latach. Jest to działanie wbrew polskiej racji stanu, która wymaga dywersyfikacji źródeł dostaw gazu. Gazoport nie powstanie m.in. dlatego, że włosko-kanadyjskie konsorcjum wyłonione do jego budowy w pewnym momencie podpisało umowę z Gazpromem na realizację jego inwestycji i przestało się interesować inwestycją w Świnoujściu. Ciekawostką jest natomiast, że za doradztwo przy wyłonieniu tego nieudolnego wykonawcy 3 miliony złotych zainkasowała spółka należąca do Bartłomieja Sienkiewicza.

Powód 1: śledztwo smoleńskie

Najpoważniejsze przestępstwo rządu obecnej koalicji. Uchwała sejmowa z maja 2010 roku o powierzeniu śledztwa w całości stronie rosyjskiej jest najbardziej haniebnym aktem od czasu konfederacji targowickiej. A śledztwo w tej sprawie wykazało maksimum złej woli polskiej prokuratury, czego przykładem jest niszczenie przez Rosjan zwłok ofiar, a później pochowanie ich (już w Polsce) w niewłaściwych grobach. Oprócz tego coraz więcej wskazuje na zamach przeprowadzony przez Rosjan za cichym porozumieniem z polskim rządem (są dowody świadczące, że służby wiedziały wcześniej, co jest planowane, ale nie ostrzegły Lecha Kaczyńskiego).
10 dokonań PO-PSL które powinny skończyć się w sądzie
Andrzej Duda ogłosił, że liczy na konstruktywną współpracę z rządem. Zanim złożył tę deklarację, Polskę obiegła wiadomość, że odchodząca ekipa Bronisława Komorowskiego, opróżniła kasę kancelarii prezydenta. To powód, aby działania ekipy Komorowskiego prześwietlił prokurator. Przed zbliżającymi się wyborami przypominamy 10 dokonań obozu PO-PSL, które powinny skończyć się w sądzie karnym.

Pustki w kasie Kancelarii Prezydenta pozostawiła po sobie odchodząca ekipa Bronisława Komorowskiego. Po tym jak Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła, że najważniejszy urząd w państwie obejmie Andrzej Duda, kierownictwo kancelarii zaczęło hojną ręką rozdawać premie dla pracowników. Dostali je m.in. doradcy prezydenta, dyrektorzy biur, pracownicy administracyjni. Pozostawiło to następców w trudnej sytuacji finansowej. Po raz pierwszy w polskiej historii nowa ekipa może nie mieć pieniędzy na funkcjonowanie, pensje i realizację konstytucyjnych obowiązków głowy państwa. Jest to więc duża defraudacja państwowych pieniędzy (do ośmiu lat więzienia), dokonana ze szczególną zuchwałością (kara może być większa o połowę) w zbieżności z przekroczeniem uprawnień skutkującym utrudnianiem pracy funkcjonariuszom publicznym (do trzech lat więzienia). Łączne zagrożenie karą: 12 lat.

Powód 9: Fundacja Pro Civili

Stworzona przez byłych żołnierzy Wojskowych Służb Informacyjnych, pod patronatem ministra, a potem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, wyłudziła z wojska (w tym z MON i z WAT) dziesiątki milionów złotych. Jednym z oskarżonych w tej sprawie jest pułkownik Piotr P. – oskarżony również w aferze związanej ze SKOK Wołomin. Nie do końca wiadomo, co działo się z tymi pieniędzmi, bo ci, którzy próbowali sprawę zbadać, ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach – część z ręki „seryjnego samobójcy”. Wyłudzenie pieniędzy w znacznej kwocie w warunkach szczególnej zuchwałości – do 12 lat więzienia. Gdyby się okazało, że „samobójstwa” dobrze poinformowanych były efektem morderstw – górna sankcja karna rośnie do dożywocia.

Powód 8: afera aneksowa

W procesie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, który odpowiada za powoływanie się na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej WSI w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, na ławie oskarżonych zabrakło co najmniej dwóch ważnych polityków. Jednym z nich jest właśnie Bronisław Komorowski, który – jak wynika z akt śledztwa – jako marszałek Sejmu był zainteresowany zakupem ściśle tajnego aneksu do raportu z weryfikacji WSI. Rozmawiał na ten temat z byłym pułkownikiem WSI Aleksandrem L., mając wiedzę, iż kontrwywiad ABW podejrzewa go o szpiegostwo na rzecz Rosji. Przekroczenie uprawnień (do lat trzech) w celu ujawnienia tajemnicy państwowej (do lat pięciu) we współdziałaniu z obcym wywiadem (do lat 25).

Powód 7: nepotyzm PSL

PSL poparło PO i utworzyło wspólnie rząd. W zamian działacze PSL uzyskali nieskrępowany dostęp do „koryta”, czyli państwowych spółek i administracji samorządowej. Wiąże się to z potężnymi pieniędzmi. Dzięki stanowiskom można się samemu nieźle obłowić, a przy okazji – dzięki niejasnym przepisom i kumoterstwu – dać zarobić „znajomym królika”, pozwalając im wygrywać przetargi (często zbędne) na niepotrzebne usługi lub inwestycje, często na wielomilionowe kwoty. Osobną konsekwencją jest opanowanie państwowych stanowisk przez nieudaczników zainteresowanych tylko dostępem do pieniędzy publicznych. Wszystko podchodzi pod zarzut korupcji – zagrożony karą do ośmiu lat więzienia i do 12 lat w przypadku „kwot większych rozmiarów”.

Powód 6: Amber Gold

Jedna z największych afer polityczno-gospodarczych. Wskutek nieudolności wymiaru sprawiedliwości powstała piramida finansowa, która oszukała tysiące ludzi. W tle przewijają się służby specjalne, które prawdopodobnie, wykorzystywały aferę do prania pieniędzy operacyjnych, mafia oraz członkowie rodzin wpływowych polityków. Do odpowiedzialności należy pociągnąć wszystkich tych, którzy dopuścili do tej sytuacji, choć wiedzieli, że to potężny szwindel.

Powód 5: budowa Stadionu Narodowego

Jedna z najgłupszych inwestycji. Choć na początku planowano na nią przeznaczyć 180 milionów złotych, ostatecznie kosztowała prawie 2 miliardy. Zarobili na tym nieprzypadkowi ludzie. Stadion nie zarabia na siebie, konieczne jest dopłacanie do niego z pieniędzy podatników. Przestępstwo: defraudacja pieniędzy publicznych. Zagrożenie karą: osiem lat.

Powód 4: paraliż służb specjalnych

Po przejęciu władzy w 2007 roku ekipa Donalda Tuska dokonała „czystki” w tajnych służbach, mianując na kluczowe stanowiska kompletnych nieudaczników i ignorantów. Przykładem może być mianowanie na fotel szefa Agencji Wywiadu byłego dyrektora Departamentu Kontrwywiadu ABW, który w 2005 roku zatrzymał pod zarzutem szpiegostwa Marcina T. – asystenta posła Józefa Gruszki, przewodniczącego komisji śledczej ds. PKN Orlen. Marcin T. trafił do aresztu podejrzany o przekazywanie tajnych dokumentów rezydentowi rosyjskiego wywiadu. Został uniewinniony i dostał odszkodowanie, ponieważ w procesie wyszło na jaw, iż była to operacja polskiego wywiadu obliczona na dezinformację Rosjan. Rzecz w tym, że ówczesny szef kontrwywiadu ABW, a dziś szef Agencji Wywiadu nie miał o tym pojęcia i w efekcie zamknął… szpiega pracującego dla Polski. Niezależnie od poziomu kompetencji pana generała, zatrzymanie szpiega pracującego dla własnego państwa jest fenomenem na skalę historyczną.

Inny przykład to dzisiejszy zastępca szefa Agencji Wywiadu. Jako zastępca szefa Służby Wywiadu Wojskowego w 2010 roku wysłał do Smoleńska dwóch podwładnych, nie zaopatrując ich w dokumenty legalizacyjne, na fikcyjne nazwiska. Oficerowie przekroczyli granicę na prywatnych paszportach i zaczęli z ukrycia fotografować miejsce katastrofy. Natychmiast zatrzymała ich (i wydaliła z Rosji) FSB, zabierając również materiały zdjęciowe. Przy okazji FSB poznała dane personalne polskich szpiegów. Odpowiedzialny za to dyletant jest dziś wiceszefem polskiego wywiadu. I wcale nie jest najmniej kompetentnym oficerem specsłużb.

Powód 3: monstrualne zadłużenie

Zadłużenie Polski za rządów Donalda Tuska osiągnęło taki poziom, że finansiści piekłoszczyka Edwarda Gierka, którzy zaciągnęli długi w latach siedemdziesiątych, mogą się dziś wydawać mistrzami oszczędności. Dług wewnętrzny (państwa wobec własnych obywateli) – ponad bilion złotych, zadłużenie zagraniczne – ponad bilion złotych, zadłużenie systemu emerytalnego – ponad 3,5 biliona złotych. Większość pieniędzy zmarnowano na pensje dla administracji państwowej lub na nietrafione inwestycje wymagane przez Unię Europejską – np. na nieszczęsne baseny geotermalne w Mszczonowie. Do tego zabijanie polskiej przedsiębiorczości, faworyzowanie zachodnich koncernów kosztem polskich firm, zmuszenie do emigracji 3 milionów osób, w końcu perspektywa wydania kolejnych miliardów na in vitro. Kradzieże i defraudacje dokonane ze szczególną zuchwałością – do 12 lat więzienia.

Powód 2: storpedowanie gazoportu

Gazoport, który miał uniezależnić Polskę od dostaw rosyjskiego gazu, nie powstał i najprawdopodobniej nie powstanie w najbliższych latach. Jest to działanie wbrew polskiej racji stanu, która wymaga dywersyfikacji źródeł dostaw gazu. Gazoport nie powstanie m.in. dlatego, że włosko-kanadyjskie konsorcjum wyłonione do jego budowy w pewnym momencie podpisało umowę z Gazpromem na realizację jego inwestycji i przestało się interesować inwestycją w Świnoujściu. Ciekawostką jest natomiast, że za doradztwo przy wyłonieniu tego nieudolnego wykonawcy 3 miliony złotych zainkasowała spółka należąca do Bartłomieja Sienkiewicza.

Powód 1: śledztwo smoleńskie

Najpoważniejsze przestępstwo rządu obecnej koalicji. Uchwała sejmowa z maja 2010 roku o powierzeniu śledztwa w całości stronie rosyjskiej jest najbardziej haniebnym aktem od czasu konfederacji targowickiej. A śledztwo w tej sprawie wykazało maksimum złej woli polskiej prokuratury, czego przykładem jest niszczenie przez Rosjan zwłok ofiar, a później pochowanie ich (już w Polsce) w niewłaściwych grobach. Oprócz tego coraz więcej wskazuje na zamach przeprowadzony przez Rosjan za cichym porozumieniem z polskim rządem (są dowody świadczące, że służby wiedziały wcześniej, co jest planowane, ale nie ostrzegły Lecha Kaczyńskiego).
http://nczas.com/publicystyka/10-dokona ... -w-sadzie/

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 31 października 2015, 04:10

naszym obowiązkiem jest więc przypominanie o ich przestępczej działalności,jako,ze zwolennicy PO i PSL mają krótka pamięć...i mały rozumek jak Miś Puchatek...TO
codziennie jeden Grzech na każdej ze stron "głównego ścieku" ku pamięci różnym szenfeldom i im POdobnym...
pozdr

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 3 listopada 2015, 14:25

Przepadnie ok. 20 mld zł środków z UE przyznanych Polsce?
3 listopada 2015
1. Szybkimi krokami zbliża się koniec okresu rozliczeń środków europejskich z wieloletniego unijnego budżetu na lata 2007-2013, bowiem ze względu na stosowanie tzw. zasady n+2, wydatki rozwojowe mogą być dokonywane do końca roku 2015.

To środki wynegocjowane jeszcze przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, sumarycznie były one porównywalne z tymi wynegocjowanymi na lata 2013-2020, a po uwzględnieniu składki płaconej przez Polskę do budżetu, nawet większe.

Okazuje się, że im bliżej tej daty, tym więcej przecieków z poszczególnych resortów, że nie uda się zrealizować wszystkich przedsięwzięć finansowanych z udziałem środków unijnych do końca 2015 roku i w związku z tym, część tych środków, przepadnie.

Do tej pory rządząca Platforma i PSL regularnie informowali zarówno posłów jak i opinię publiczną, że żadnych zagrożeń nie ma, że płynnie zamieniane są projekty, które nie mają szans na dokończenie do końca 2015 roku, na takie które można jeszcze w tym terminie zrealizować.

2. Jak wynika z raportu sporządzonego przez doktora Jerzego Kwiecińskiego dla Business Centre Club w ostatnim kwartale tego roku została do rozliczenia w Komisji Europejskiej kwota około 29 mld zł.

Do tej pory Polska rozliczała kwartalnie kwotę od 10 do 16 mld zł przy czym te mniejsze środki dotyczyły z reguły początkowych miesięcy każdego roku, te większe były wydatkowane w końcówce roku.

Gdyby więc założyć, że nastąpi jakieś przyśpieszenie w rozliczaniu poszczególnych projektów to stracimy około 13 mld zł, jeżeli te rozliczenia będą realizowane w dotychczasowym tempie, to stracimy aż 20 mld zł.

3. Najbardziej dramatyczna sytuacja ma miejsce w wydatkach związanych z modernizacją kolei i to nie jest niespodzianka, ponieważ od początku realizacji tej unijnej perspektywy finansowej z realizacją tych inwestycji były olbrzymie problemy.

Rząd Donalda Tuska zdecydował nawet, że minister infrastruktury wystąpi do Komisji Europejskiej o przeniesienie części z około 20 mld zł przeznaczonych na modernizację linii kolejowych na realizację inwestycji drogowych ale mimo kilku prób, decyzja KE za każdym razem była negatywna (negocjowali to przeniesienie ówczesna wicepremier Elżbieta Bieńkowska i minister infrastruktury Sławomir Nowak).

Mimo rezygnacji z wielu inwestycji modernizacyjnych i przeznaczeniu unijnych środków na zakupy taboru kolejowego (w tym między innymi składów Pendolino), które wydawały się prostsze jeżeli chodzi o wydatkowanie środków, okazuje się, że istnieje zagrożenie nie rozliczenia około 5 mld zł do końca tego roku.

4. Podobne zagrożenia są związane z wydatkowaniem środków na inwestycje wodno -kanalizacyjne czy dotyczące gospodarki odpadami (duże projekty oczyszczalni ścieków, wysypiska śmieci, czy też spalarnie śmieci).

Tu także może zostać niewydane około 5 mld zł, przy czym ponieważ projekty te zostaną zrealizowane z opóźnieniem, to koszty tych przedsięwzięć trzeba będzie pokryć ze środków budżetu państwa albo budżetów jednostek samorządu terytorialnego.

Wreszcie zupełnie niejasna jest sprawa realizacji projektów informatycznych i to zarówno finansowanych z programu sektorowego „Innowacyjna gospodarka” jak i projektów realizowanych w ramach programów regionalnych pilotowanych przez samorządy województw.

Tutaj oprócz opóźnień typu urzędniczego mamy jeszcze opóźnienia związane z postępowaniami prokuratorskimi spowodowanymi podejrzeniami o korupcję (największe z tych postępowań dotyczy projektów realizowanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) i wszystko wskazuje na to, że środki przeznaczane na te projekty zostaną bezpowrotnie utracone (jeżeli rozpoczęte projekty zostaną zrealizowane z opóźnieniem to ich koszty będą musiały być pokryte z budżetu państwa albo budżetów j.s.t.).

A miało być tak pięknie.
http://kuzmiuk.blog.onet.pl/2015/11/03/ ... ch-polsce/

pier1987
Posty: 1457
Rejestracja: 29 października 2011, 08:22
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: pier1987 » 3 listopada 2015, 20:30

MEN blokuje miliardy z dotacji. Winę chce zrzucić na nowy rząd
Minister Edukacji Narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska nie wprowadziła ustawy, dzięki której Polska miała otrzymać 420 mln euro (2 mld zł) na doskonalenie zawodowe – podał „Wprost”. Zaniechanie, czy zła wola polityk Platformy Obywatelskiej? Informator twierdzi, że projekt gotowy był już w maju. I wciąż czeka. Stracić mogą na tym polskie firmy starające się o zlecenie w innych krajach wspólnoty.

Od początku jego przeciwnikiem był resort nauki – mówi wprost źródło gazety. Tłumaczy, że Komisja Europejska dała Polsce ultimatum. 420 mln euro miało trafić do nas na dokształcanie się Polaków w momencie wprowadzenia wspólnych i jasnych standardów nadawania kwalifikacji.
„KE nie podoba się, że w Polsce mamy z jednej strony system przyznawania świadectw przez szkoły i uczelnie, a z drugiej na rynku funkcjonują podmioty szkolące i nadające kwalifikacje, których prawo nie obejmuje” –
pisze cytowany przez wiadomości.wp.pl.

Przepisy odnoszące się do tzw. Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji miały wejść w życie jeszcze w tym roku. Resort infrastruktury i rozwoju alarmował Stały Komitet Rady Ministrów, że opóźnienia we wdrożeniu tych reguł spowodują zagrożenie w zakresie wdrażania unijnych funduszy w Polsce.

Joanna Kluzik-Rostkowska zapewniła, że przepisy te zostaną opracowane do końca roku. Rzecznik ministerstwa powiedziała, że projekt ustawy „przechodzi etap formalnych uzgodnień”. Nie oznacza to jednak, że będzie on konsultowany w najbliższym czasie oraz, że zostanie przyjęty w tym roku.

Osoby znające kulisy tej sprawy twierdzą, że jest to próba przerzucenia odpowiedzialności za porażkę na nowy rząd.
Od początku jego przeciwnikiem był resort nauki. Wprowadzenie zmian, których wymaga od nas KE, zakłada bowiem, że certyfikaty potwierdzające wiedzę i umiejętności wydawane przez instytucje o zweryfikowanej renomie, będą traktowane na równi z dyplomami uczelni, a to oznaczałoby, że z części z nich odpłynęliby studenci. Wielu z nich ma doświadczenie i wiedzę zdobytą w praktyce, a studiują tylko po to, by dostać dyplom
- powiedział rozmówca „Wprost”. Dodał, że mogłoby to doprowadzić do likwidacji wielu niepublicznych uczelni. A takiego scenariusza nie chciało ministerstwo nauki.

Dodatkowo nad Polską Ramą Kwalifikacji pracowano od 2010 roku. Eksperci przygotowali ją, osiągając porozumienie ponad stu organizacji branżowych. Jeśli ich praca zostanie zmarnowana, to nie dość, że Polska nie otrzyma środków z UE, to jeszcze Bruksela może zażądać zwrotu niemal 70 mln zł, które zostały wydane na jej opracowanie.

Zintegrowany System Kwalifikacji najprościej porównać można do obecnie działających certyfikatów uczenia się, np. językowych EFC czy CAE. Są one honorowane na poziomie międzynarodowym.

Dzięki ZSK dyplomy i certyfikaty będą porównywalne, określona zostanie jakość kursów i szkoleń, a polskie firmy zyskają nowe narzędzie do potwierdzania swojej konkurencyjności. Rozwiązania, które wprowadza zintegrowany system kwalifikacji, to odpowiedź na zmiany zachodzące na rynku pracy i w gospodarce.
http://niezalezna.pl/72560-men-blokuje- ... -nowy-rzad

sonia
Posty: 6384
Rejestracja: 7 grudnia 2008, 15:50
Lokalizacja: z Polski

Post autor: sonia » 6 listopada 2015, 01:39

pier1987,
opór "materii" ogromny.... oby tylko nie zaczął grasować piątkowy "samobójca"....
nocne pozdrowienia

ODPOWIEDZ