Aleksander Kwaśniewski

Polityka, gospodarka, ekonomia...
robot
Posty:128
Rejestracja:1 lutego 2007, 12:31
Lokalizacja:z serwera
Kontakt:
Aleksander Kwaśniewski

Post autor: robot » 1 lutego 2007, 14:22

Mało mówi się nt. przeszłości polityków - przedstawia się ich jako ludzi spokojnych, uczciwych, wiecznie z uśmiechem na twarzy. Czasem jednak warto spojrzeć danej osobie do akt osobowych... aby ujrzeć, iż sylwetka kreowana przez środki masowego przekazu odbiega znacznie od tej rzeczywistej, która jeśli brać pod uwagę naszych czołowych 'wybrańców narodu' jest nie tylko bogata, ale i ciekawa....



Aleksander Kwaśniewski- prezydent RP. Członek partii komunistycznej, minister w dwóch kolejnych rządach komunistyczych. Mimo to w latach 90. zapewniał: Nigdy nie byłem komunistą! Wejście do PZPR Kwaśniewski tłumaczył tym, że pociągała go atmosfera partii, która się chciała reformować. Ciekawe tłumaczenie ze strony osoby, która weszła do PZPR, kierowanej przez Gierka i Jaroszewicza, w 1977 roku, w okresie skrajnej stagnacji, po brutalnym rozbiciu protestujących robotników z Radomia i Ursusa, osławionych "ścieżkach zdrowia" etc.



Od wczesnej młodości umiał stawiać na to, co przyspieszało karierę. Już w gimnazjum jako 17-1etni chłopak ochoczo wysławiał Związek Sowiecki jako wzór dla Polski. W kronikach jego szkoły odnotowano w 1971 roku: Odbyły się w naszej szkole uroczystości poświęcone 54 rocznicy Wielkiego Października. Uroczystość tę zaszczycili swą obecnością pedagodzy radzieccy. Wydarzenia tamtych chwalebnych dni przypomniał kolega Kwaśniewski, który zwrócił jednocześnie uwagę na zasługi ZSRR w rozwoju socjalizmu polskiego (cyt za Gazetą Wyborczą z 23 listopada 1995 r.).



W dość szczególny sposób tłumaczył swoje opowiedzenie się za lewicą: Mój ojciec od rana słuchał "Wolnej Europy". Moje lewicowe poglądy ukształtowały się pod wpływem niedobrej prymitywnej propagandy "Wolnej Europy". Jej jednostronność tak mnie denerwowała, że pchało mnie to w stronę lewicy. Kwaśniewskiego denerwowała "niedobra, prymitywna propaganda RWE", ale jak widać pociągała go łukaszewiczowsko-gierkowska propaganda lat 70., nie mówiąc o propagandzie sowieckiej z doby późnego Breżniewa. Szybko robił karierę aparatczyka. W 1977 roku był już wiceprzewodniczącym Zarządu Wojewódzkiego SZSP i wstąpił do PZPR-u. W 1978 roku był już kierownikiem Wydziału Kultury ZG SZSP. Ożenił się z Jolantą Konty i przeniósł do Warszawy, gdzie natychmiast dostał mieszkanie. Już nie starał się ukończyć studiów i napisać żmudną pracę magisterską. Teraz liczyło się dla niego maksymalne wykorzystanie dobrych układów. Znający dobrze Kwaśniewskiego od 1981 roku Piotr Gadzinowski wspominał: Umiejętność sitwiarstwa byla istotną cechą prezesa i Kwaśniewski ją niewątpliwie posiada. (Cyt. za Agatą Chróścicką: Kwaśniewski jestem..., Kraków 1995, s. 24, 37 )

Jesienią 1981 r. Kwaśniewski został redaktorem naczelnym "itd". Po czasowym zamknięciu pisma w okresie stanu wojennego od stycmia 1982 r. rozpoczyna gorączkowe starania u różnych bonzów partyjnych o jego uruchomienie. Z tego czasu i z pierwszych miesięcy po wznowieniu pisma zanotowano wiele przykładów nagminnej skłonności Kwaśniewskiego do rozmijania się z prawdą. Opisała je Agata Chróścicka: Czekając na odwieszenie "itd" wszędzie mówił, że jest bezrobotny i uskarżał się, że nie ma pieniędzy, podczas gdy - jak twierdzą jego koledzy redakcyjni - przez cały czas zawieszenia "itd" brał pensję redaktora naczelnego. Uczestniczył w komisji weryfikacyjnej dziennikarzy, jak wspominała choćby Lidia Ostałowska, ale później twierdził, że nie brał żadnego udziału w weryfikacjach dziennikarzy. Chociaż lubił podkreślać, jak ważne były dla niego starania o dziennikarzy, których namówił do współpracy z "itd" podczas weryfikacji nie upominał się o swoich współpracowników. Co więcej - kiedy niektórzy z negatywnie weryfikowanych dziennikarzy wygrywali sprawy w Sądzie Pracy, nie przyjmował ich z powrotem do redakcji. (A. Chróścicka, op. cit., s. 34)

Tego typu postawa Kwaśniewskiego sprzyjała jego przyspieszonej karierze, mocno wspieranej w swoim czasie przez młodego "twardogłowego" Waldemara Świrgonia. W 1984 roku został redaktorem naczelnym Sztandaru Mlodych, w 1985 r. ministrem w rządzie Messnera, później ministrem w rządzie Rakowskiego, przez którego był ogromnie faworyzowany. W 1989 roku przy "okrągłym stole" był już jednym z czołowych przedstawicieli strony partyjno-rządowej, startował w wyborach czerwcowych do Senatu z województwa koszalińskiego, ponosząc porażkę w starciu z nikomu nie znaną organistką z listy "Solidamości" z Koszalina. Zaprzyjaźniony już wtedy z Kwaśniewskim Michnik dworował sobie w rozmowie z nim 8 czerwca 1989 r. mówiąc: Olek, taką ka-ampanię zrobiłem ci w Gdańsku, i dałeś du-upy. "Różowi" na czele z Kuroniem i Michnikiem nie zapominają o Kwaśniewskim, widząc w nim godnego maksymalnego popierania i nagłaśniania "Europejczyka", który bardzo może się im przydać w przyszłości w starciach z narodową prawicą. Kwaśniewski utrzymał urząd przewodniczącego Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej w randze ministra. Zarówno w 1989 roku, jak i w 1990 jako przewodniczący SdRP Kwaśniewski korzystał z bardzo wydatnego poparcia nagłaśniającego ze strony Michnika i jego Gazety Wyborczej. Rozmiary tego poparcia i współdziałania Kwaśniewskiego z "różowymi" z "udecji" (ogromne zaangażowanie Kwaśniewskiego na rzecz utrzymania przez Geremka przewodnictwa komisji zagranicznej w Sejmie) dawały wiele do myślenia. Podobnie jak konsekwentne występowanie Kwaśniewskiego przeciwko rzecznikom obrony patriotyzmu i polskości, jego ataki na "hurrapatriotyczne emocje" i "polonocentryzm", a równocześnie skrajnie filosemickie stanowisko, ogromna spolegliwość wobec różnych postulatów strony żydowskiej.



Wolność od pracy magisterskiej



W informatorze z II kadencji Sejmu o Kwaśniewskim podawano wykształcenie wyższe mgr ekomomii. Sam Kwaśniewski 16 października 1995 r. publicznie skłamał mówiąc w wywiadzie dla radiowej Trójki, że obronił pracę magisterską na Uniwersytecie Gdańskim i ma wyższe wykształcenie (według Rzeczypospolitej z 11 grudnia 1995 r.). Tymczasem 16 listopada 1995 r., na trzy dni przed II turą wyborów, B. Synak, prorektor Uniwersytetu Gdańskiego oświadczył, że Aleksander Kwaśniewski został skreślony 5 października 1978 r. z listy studentów wydziału Ekonomiki i Transportu UG. 24 października to samo potwierdził rektor UG prof Z. Grzonka, mówiąc, że A. Kwaśniewski ani nie skończył studiów na UG, ani nie jest absolwentem uczelni, ani magistrem. Nie przeszkodziło to Kwaśniewskiemu kolejny raz skłamać w wywiadzie dla Frankfurter Rundschau z 24 listopada, iż skończył studia na wydziale Handlu Zagranicznego, a odmienne stwierdzenie rektora UG w tej sprawie nazwał "manewrem wyborczym". Dopiero 2 grudnia 1995 r. Kwaśniewski już jako prezydent-elekt przyznał na łamach Polityki, że nie zrobił magisterium. Dał jednak przy tym skrajnie groteskowe wyjaśnienie całej sprawy. Zapytany, dlaczego przystępując do walki o takiej wadze nie postarał się o to, by mieć wszystkie papiery w porządku, wykazać więcej dbałości choćby w wypełnianiu ankiet. Kwaśniewski odpowiedział: (..) Uważam, że jako osoba, która zdała wszystkie egzaminy, mam ukończone studia wyższe. Mam jednak poczucie pewnego grzechu - otóż żałuję, że toku studiów nie zamknąłem formalnie magisterium. Co to było? Swego rodzaju nonszalancja, poczucie, że niejest to w gruncie rzeczy ważne? Zapewne wszystko razem. Może zresztą brak dyplomu zadaje kłam opiniom, o mnie jako o wyrachowanym karierowiczu, który wszystko sobie dokładnie zaplanował i wyreżyserował. Sięgacie tematu bardzo dla mnie trudnego i także do części mojej duszy, która nie jest zbytnio odkryta - przez całe życie odczuwałem straszliwą potrzebę wolności i gdzieś właśnie w tym mieści się to machnięcie ręką na dyplom. Nie mam natomiast żadnych kompleksów jeśli chodzi o moje wykształcenie, które uważam za bardzo dobre (..). Najdowcipniej skomentował tego typu tłumaczenia się Kwaśniewskiego Stanisław Tym: (..) Nie ma dyplomu, bo jest uczciwy (..). Krętaczyna, oszust i kłamczuch zdałby cynicznie egzamin magisterski i obronił dyplom - bo tak zachowują się tchórze, asekuranci, wyrachowani karierowicze i niewolnicy administracyjnych nakazów. Człowiek wolny macha ręką na takie sprawy. Czy to nie jest piękne i szlachetne? Czyż można mieć do kogokolwiek cień pretensji o to, że jest człowiekiem wolnym (..) Łatwo przewidzieć, że ta "straszliwa potrzeba wolności ogarnie wkrótce szerokie rzesze społeczeństwa (...). Skoro wolnym może być prezydent, to chyba wolnym może czuć się każdy obywatel w każdej sytuacji (...). (Wprost z 10 grudnia 1995 r.) W efekcie takiej "straszliwej potrzeby wolności" - zdaniem Tyma - jadący tramwajem mogliby nie kasować biletów, kierowcy prowadziliby samochody bez prawa jazdy, bo skoro sami uznawaliby swoje umiejętności prowadzenia samochodu za bardzo dobre, to po co im jeszcze jakiś papier, etc. W tymże Wprost z 10 grudnia 1995 Lech Falandysz ubolewał, że prezydent-elekt dwukrotnie dopuścił się fałszu intelektualnego, czyli "poświadczenia nieprawdy". Jego zdaniem Polacy wybrali na prezydenta człowieka, o którym już wiadomo, że niezbyt dobrze sobie radzi w trudnych sytuacjach. Nie wiedzieć dlaczego, za często brnął w ślepy zaułek niejasnych tłumaczeń lub zasłaniał się niepamięcią. Kiedyś zasłynął tym, że uszedł z Sejmu przed dziennikarzami po drabinie. Ufam, że ten zgrabny sprzęt jest na wyposażeniu Pałacu Namiestnikowskiego i że będzie utrzymywany w znakomitym stanie, zawsze gotowy do użytku. Nawet stary protektor Kwaśniewskiego, były premier komunistyczny Mieczysław F. Rakowski uznał krętactwa wyjaśnień Kwaśniewskiego w sprawie jego wykształcenia za "niefortunny początek". Pisał (na łamach SdRP-owskiej Trybuny z 16 grudnia 1995 r.): (...) Aleksander Kwaśniewski postąpił głupio, źle. Zbyt lekkomyślnie potraktował tę sprawę. Wielu swoim autentycznym zwolennikom zafundował dyskomfort psychiczny (..). Na tle całej sprawy warto bliżej przyjrzeć się skali wartości prezentowanych przez Kwaśniewskiego. Jego rzekoma straszliwa potrzeba wolności wyraziła się przede wszystkim w zlekceważeniu wartości normalnego ukończenia studiów w sytuacji, gdy nagle zabłysnęła przed nim prawdziwie "wolnościowa" kariera aparatczyka i "wolność" od poważnych wysiłków w napisaniu pracy magisterskiej. Nie wiemy tylko, jak to jego poczucie wolności miało się do wymogów stanowisk, które pełnił, a przy których wymagane było ukończenie studiów wyższych (np. szefa Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej w trzech kolejnych rządach). Posłowie z KPN podejrzewali, że w sytuacji, gdy Rada Ministrów przyznawała pracownikom urzędów państwowych dodatek do pensji za wyższe wykształcenie najprawdopodobniej Kwaśniewski również pobierał pieniądze za "swój dyplom" (według życia Warszawy z 1 grudnia 1995r.). Spróbowano wnieść w tej sprawie żądanie wyjaśnienia do szefa URM Marka Borowskiego, lecz Prezydium Sejmu odrzuciło zapytanie uznąjąc je za "manifestację polityczną". Posłowie KPN zarzucali Kwaśniewskiemu posługiwanie się tytułem magistra także, gdy był redaktorem naczelnym itd i Sztandaru Młodych, pism należących do RSW "Prasa-Książka-Ruch". Według przepisów tej spółdzielni redaktorzy naczelni musieli legitymować się dyplomem ukończenia wyższych uczelni. Stąd sugerowanie przez niektórych posłów pod koniec listopada 1995 r., że powinno się skierować do prokuratury zarzut o wyłudzenie przez Kwaśniewskiego pieniędzy od Skarbu Państwa (według życia Warszawy z 1 grudnia 1995 r.). Jak wiadomo zabrakło dostatecznej presji społecznej dla wyjaśnienia wszystkich tych spraw. Werdykt Sądu Najwyższego (przy votum separatum blisko jednej trzeciej sędziów) zamknął całą sprawę wygodnie dla Kwaśniewskiego, pomimo potwierdzenia faktu, iż nie ma on wyższego wykształcenia. Decyzją z 9 grudnia 1995 Sąd Najwyższy stwierdził, że na liście wyborczej podano nieprawdziwą informację o Aleksandrze Kwaśniewskim, ale mimo to uznał jego wybór na prezydenta RP. Dlaczego Sąd Najwyższy podjął uchwałę, która oznaczała pogodzenie się z objęciem najwyższego urzędu w państwie przez człowieka splamionego krętactwem? Istotne uzasadnienie tej decyzji Sądu Najwyższego podał zastępca prokuratora generalnego Stefan Śnieżko, który powiedział przed SN w dniu 9 grudnia, jakoby opinia publiczna dobrze wiedziała na długo przed wyborami, i to między innymi dzięki mediom, że Kwaśniewski podał nieprawdziwe dane o swym wykształceniu. Stąd wyborcy, znając tę okoliczność, brali ją pod uwagę, oddąjąc swe głosy. Sąd Najwyższy najwyraźniej zaakceptował to nie odpowiadające prawdzie uzasadnienie prokuratora Snieżki. Sędzia Jan Wasilewski w uzasadnieniu uchwały SN z 9 grudnia stwierdził, że ci, którzy wzięli udział w głosowaniu w dniu 19 listopada 1995 najczęściej mieli wątpliwości co do wyższego wykształcenia Kwaśniewskiego. Prezes SN przemilczał tu całkowicie fakt, że wszelkie wątpliwości co do wyższego wykształcenia Kwaśniewskiego były przez cały czas gwałtownie atakowane w mediach przez wpływowych zwolenników Kwaśniewskiego (D. Waniek, Z. Siemiątkowskiego, etc.) i określane jako oszczerstwa, oraz elementy gry wyborczej wymierzonej w przywódcę SdRP. Biegły dla Sądu Najwyższego, prof. Antoni Sułek, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego przypomniał w tekście publikowanym w Rzeczpospolitęj 12 grudnia 1995, iż sztab Kwaśniewskiego zaprzeczał informacjom Uniwersytetu (Gdańskiego) i sam przedstawiał je jako rzekomo nieuczciwy chwyt wyborczy. W warunkach bardzo ostrej walki wyborczej ogromna część zwolenników Kwaśniewskiego wolała wierzyć publicznie nagłaśnianym przez "swoich" publicznym twierdzeniom w jego obronie niż uwierzyć w gwałtownie zaprzeczane zarzuty na temat jego braku wykształcenia. Sam Kwaśniewski ani myślał przeprosić opinię publiczną za swe krętactwa w sprawie wykształcenia. Potwierdzone przez Sąd Najwyższy zarzuty wobec niego nazywał "oszczerstwami", a krytyków swoich kłamstw "frustratami". Zdobył prezydenturę per fas et nefas, i odtąd nie ma sprawy. Swymi krętactwami prezydent-elekt dał swym zwolennikom jednak straszliwą żabę do przełknięcia. Musieli teraz mozolnie tłumaczyć kłamstwa Kwaśniewskiego i robić przy tym dobrą minę. Pod tym względem wszystkich przebił ówczesny redaktor naczelny SdRP-owskiej Trybuny Dariusz Szymczycha w telewizyjnym Wydarzeniu Tygodnia z 9 grudnia 1995. Polemizując z określeniami "krętacz" i "nieuczciwy" wysuwanymi pod adresem Kwaśniewskiego w związku z jego przedwyborczymi kłamstwami na temat wykształcenia Szymczycha prawdziwie "nowatorsko" stwierdził, że Kwaśniewski był nieuczciwy tylko w pewnej sferze. Cóż za oryginalny wkład do teorii etyki - według redaktora naczelnego Trybuny można więc było być nieuczciwym tylko w jednej sferze, a równocześnie być generalnie uczciwym. Powiedzmy "uczciwym inaczej"! Już jako prezydent Kwaśniewski niejednokrotnie dowiódł, że lekceważenie dyplomu wyższej uczelni jest tylko jednym z symptomów cechującego go lekceważenia wyższych wartości w kulturze i nauce, czy szerzej w życiu publicznym. W jego skali wartości najwyżej plasowało się spotkanie z Michaelem Jacksonem, bo ten jako idol części młodych mógł mu dać dodatkowe głosy. Nic nie znaczyła zaś dla niego kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, na którego osobiste uczczenie nie znalazł czasu. W czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych zabiegał o spotkanie z bokserem Andrzejem Gołotą, pomimo faktu, że bokser ten wówczas był formalnie ściganym przez prawo zbiegiem z Polski. Nie znalazł natomiast czasu na wręczenie wysokiego odznaczenia znanemu pisarzowi Stanisławowi Lemowi (tu zastąpiła go Waniek). Znamienne jest w ogóle, do jakiego stopnia prezydent - były aparatczyk SZSP, który w swoim czasie kierował wydziałem kultury, pomija sprawy kultury, nauki i oświaty w swych wystąpieniach i wywiadach. W ten sposób odbija się u niego cały bolesny kompleks "prawie magistra". "Kłamię, więc jestem" Zawód aparatczyka wyćwiczył w nim różne specyficzne umiejętności socjotechniczne na czele z zamiłowaniem do rozmijania się z prawdą. Niepisaną dewizą Kwaśniewskiego mogłyby być słowa: Kłamię, więc jestem. Pomimo cechującej go maestrii w oszukiwaniu został publicznie przyłapany na kłamstwie. Chodziło o jego głosowanie w sprawie ustawy pozwalającej ścigać zbrodnie PRL-u. Kwaśniewski dwukrotnie wypowiadał się na temat swego głosowania w tej kwestii i za każdym razem mówił coś wręcz przeciwnego. Gazecie Wyborczej powiedział, że w ogóle nie brał udziału we wspomnianym głosowaniu. Kiedy jednak sprawdzono wydruk sejmowy i okazało się, że jednoznacznie pokazuje, iż Kwaśniewski głosował przeciwko ustawie, już dzień później usłyszano od niego całkowicie odmienną wersję jego zachowania w trakcie głosowania: Rozmawiałem z wiceministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii i wpadłem na salę tylko na głosowanie. Podniosłem rękę tak, jak osoba odpowiedzialna w klubie za tę sprawę. Kwaśniewski z powodzeniem stosuje wypróbowany socjotechnicznie chwyt nagminnego kłamania w stylu "łapaj złodzieja". (Jak wiadomo złodzieje przychwyceni na gorącym uczynku, aby uniknąć krzyczą do przechodniów "łapąj złodzieja" w odniesieniu do tych, którzy ich chwytają.) Otóż istotną cechą Kwaśniewskiego, spadkobiercy komunistycwego totalitaryzmu wraz z całą jego aparatczykowską SdRP, jest oskarżanie o totalitaryzm wszystkich tych, którzy pragną rzeczywistych rozliczeń ze spuścizną PRL-owskiego komunizmu. Już we Wprost z 11 października 1992 r. zapewniał: (...) Jeżeli tak często nasi pzeciwnicy zarzucają nam związki z PZPR, to we mnie rodzi się podejrzenie, że to właśnie oni w większym stopniu niż my są niewolnikami starego systemu. My na tyle, na ile to było możliwe, byliśmy krytyczni wobec rzeczywistości PRL tak, jak dzisiaj jesteśmy krytyczni wobec przykładów recydywy złych metod w III RP (...) Gdy Urząd Wojewódzki w Warszawie podważył stronę prawną statutu Polskiego Komitetu Olimpijskiego, na którego czele stał Kwaśniewski, ten natychmiast nazwał działanie urzędu "bolszewizmem". W maju 1990 r. pozwolił sobie na wystąpienie w roli szermierza demokracji broniącego jej przed rzekomym zagrożeniem ze strony Komitetu Obywatelskiego, mówiąc: Znamienne, że Komitet Obywatelski urzęduje w tym samym warszawskim pałacyku, co FJN i PRON. Tam jest jakiś niedobry duch, narzucający stare sposoby działania i myślenia. Był zawsze bardzo konsekwentny w bronieniu osób z dawnego PRL-owskiego establishmentu, jak świadczył o tym choćby casus Sekuły. Dziennikarka SdRP-owskiej Trybuny Agata Wawrzyniak zapytała Kwaśniewskiego: Dlaczego wziął Pan pod swoje skrzydła człowieka skompromitowanego w oczach opinii publicznej przeciw któremu prokuratura we Wrocławiu toczyła dochodzenie, a Pański kolega klubowy, ówczesny minister sprawiedliwości, wystąpił z wnioskiem o uchylenie immunitetu? Znamienny był sposób wyjaśnienia całej sprawy w odpowiedzi Kwaśniewskiego: Głosowałem przeciwko pozbawieniu go immunitetu, ponieważ miałem wątpliwości prawne. Ponadto w takim sposobie mojego głosowania wyraża się protest przeciwko osądzaniu człowieka, a zrobiły to już wszystkie media występujące w roli prokuratora i sądu, zanim sprawa została rozpatrzona przez niezawisły organ sprawiedliwości. Dziś głosowałbym inaczej. Przyznaję, że w tej sprawie popełniliśmy błąd. (Cyt. za Lubię grać. Rozmowa A. Wawrzyniak z A. Kwaśniewskim, Trybuna z 19 paź8dziernika 1995). Sekuła dzięki temu tzw. błędowi uniknął odpowiedzialności, a poniewczasie najwygodniej było zdystansować się od całej sprawy.



Zbyt młody na zbrodnie



Gromkie ataki i oskarżenia wobec osób wysuwających jakiekolwiek zastrzeżenia wobec SdRP i jej ludzi stały się dla Kwaśniewskiego najlepszą metodą obrony starej gwardii z PRL. Towarzyszyły jej powtarzane na każdym kroku zapewnienia: PRL-bis nie ma (tytuł rozmowy z Kwaśniewskim na łamach Rzeczypospolitej z 13 września 1994 r.). W odpowiedzi na list biskupów w sierpniu 1995 r. przestrzegający wiernych przed głosowaniem na ludzi, którzy w okresie państwa totalitarnego sprawowali władzę, Kwaśniewski replikował: To mnie nie dotyczy. Nie czuję się odpowiedzialny za PRL, bo jestem zbyt młody. We Wprost z 19 września 1993 r. odnotowano wypowiedź Kwaśniewskiego: W naszym programie nie ma nawet śladu czegoś, co mogłoby przywodzić na myśl komunizm. Choć SdRP ciągnie za sobą cały tabun różnych towarzyszy-szmaciaków, zahartowanych w bojach o umacnianie dawnej PRL-owskiej dyktatury, nie przeszkadza to Kwaśniewskiemu w aroganckich publicznych zapewnieniach, że rzekomo wśród 402 kandydatów SLD na posłów i senatorów w 1991 roku był zaledwie jeden przypadek wystawienia kogoś ze starego aparatu partyjnego (!!!) - por. wywiad A. Kwaśniewskiego dla Polityki z 5 października 1991 r. Mówił to ten sam Kwaśniewski, który konsekwentnie postawił na stary PRL-owski aparat odrzucając współdziałanie z rzeczywistymi partyjnymi reformatorami. Były współtwórca SdRP Tomasz Nałęcz, który odszedł z powodu takiego postępowania Kwaśniewskiego z jego partii, w której był początkowo wiceprzewodniczącym, wyjaśniał w wywiadzie dla Gazety Wyborczej z 20 października 1993 r., iż Kwaśniewski wybrał Millera, a nie Fiszbacha, gdyż: (...) Potrzebował siły tkwiącej w organizacji. Ta organizacja to byly struktury dawnej PZPR, które kontrolował właśnie Miller. Nam Kwaśniewski powtarzał : z wami można się napić, ale nie robić politykę. Mówił, że jak poprosi o coś aparatczyka, to wie, że będzie zrobione, a z nami zaraz się okaże, że było coś ważniejszego: dziecko zachorowało lub pies zaczął się drapać (...) W drugich rzędach siadało coraz więcej dawnych aparatczyków. Nowych ludzi było tam niewielu (...). Zacieracz odpowiedzialności Ulubioną metodą Kwaśniewskiego jest konsekwentne zacieranie odpowiedzialności za różne podłości PZPR i władz PRL poprzez stwarzanie poczucia, że właściwie to wszyscy byli zawikłani w PRL. służą temu stwierdzenia takie jak: Gdyby chciano Stworzyć rezerwat dla ludzi uwikłanych w realny socjalizm, to trzeba by ogrodzić drutami kolczastymi cały kraj. Przeciw takiej wizji "własnego domu" protestujemy! Trafnie obnażyła metody Kwaśniewskiego Agata Chróścicka w książce na jego temat, pisząc: (...) Rozumowanie Kwaśniewskiego jest bardzo bliskie socjotechnicznym manipulacjom, charakterystycznym dla władzy totalitarnej. Łatwo można powiedzieć, że uwikłani byli prawie wszyscy i dlatego wszelkie rozliczenia trzeba zostawić, bo dotyczyłyby one całego społeczeństwa. Ataki ludzi i ugrupowań szukających rozliczenia z komunizmem, Kwaśniewski oddalał właśnie dzięki takiej teorii. Winnych nie ma - odpowiedzialność spoczywa na nas wszystkich. Kwaśniewski bardzo lubi powtarzać za Biblią - niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez grzechu. Czujemy się wtedy głupio i niepoważnie, któż bowiem może o sobie powiedzieć, że jest bez grzechu? Mija dobra chwila, zanim przyjdzie nam do głowy że może nasze grzechy nie są aż takie wielkie, ale wtedy Aleksander Kwaśniewski przebywa już w zupełnie innych regionach (...) (A. Chróścicka: op. cit. Kraków 1995, s. 131, 133, 135). Przyszłość z PRL-owską przeszłością Kwaśniewski głosi: "Wybierzmy przyszłość". Nie dodaje, że ta przyszłość i tak będzie cały czas obciążona skutkami PRL, począwszy od płacenia PRL-owskich długów za granicą, będzie obciążona katastrofalnymi skutkami PRL-owskiej polityki gospodarczej, dziesięcioleci zaniedbań w sferze budownictwa, nauki, oświaty etc., odstawania w tak wielu sferach życia od krajów Zachodu. "Wybierzmy przyszłość" w stylu Kwaśniewskiego oznacza faktyczne utrzymanie dominacji starej nomenklatury, która zdołała nagrabić, co się dało przed 1989 rokiem i później w czasie bardzo korzystnych dla niej transformacji gospodarczych. Kwaśniewski i jego partia bardzo często wyrzekali na dysproporcje społeczne, użalali się nad biednymi, emerytami, bezrobotnymi, stanem polskiego mieszkalnictwa etc. Faktycznie przez cały czas rządów od 1993 r. umacniają społeczne dysproporcje, równocześnie skrzętnie zabiegając o swe interesy. Nieprzypadkowo jedynym faktycznym konkretem pierwszych 100 dni rządów Kwaśniewskiego był zwrot majątku PZPR dla SdRP. Kosztem społeczeństwa. W takich sprawach Kwaśniewski nigdy nie miał nawet cienia wahań. Jak dowiodło jego zachowanie na czele Komitetu Młodzieży, Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki (według kontroli NIK) w sprawie tzw. "Intersteru" etc. (pisała o tym szeroko Nasza Polska w swym pierwszym numerze pt. Autoamnestia, 14 września 1995 roku.) Dowiodła tego też postawa Kwaśniewskiego w sprawie tzw. "moskiewskich pieniędzy", konsekwentne bronienie I. Sekuły, etc. Jak pierwszy sekretarz Wiedząc, w przeciwieństwie do Wałęsy, że niewiele ma własnych myśli w odniesieniu do realnych problemów kraju, Kwaśniewski starannie unika sytuacji, w których byłby zmuszony do otwartego mówienia wprost do pozapartyjnych słuchaczy. Jako prezydent RP przywrócił znowu do łask stary PRL-owski obyczaj czytania z kartki. I niewolniczo go stosuje nawet w sprawach, które wymagałyby choć na chwilę oderwania się od kartkowego rytuału, powiedzenia czegoś z serca - jak np. z okazji Święta Niepodległości (Kwaśniewski wówczas niemal sylabizował swoje "przemówienie"). Można tylko żałować, że w demokracji po czerwcu 1989 roku nie utrwalił się na stałe zwyczaj wygłaszania przemówień "na żywo" zgodnie z piękną zasadą cara Piotra I. Zabronił on swoim bojarom czytania przemówień z kartki motywując to tym: "cztob głupost widna była!". Komuna zawsze antynarodowa Obchody Święta Niepodległości w dniu 11 listopada 1996 r. stały się dla prezydenta Kwaśniewskiego okazją do wygłoszenia jednego z najjaskrawszych kłamstw politycznych. Wezwał: (...) Ale pamiętajmy także o tych przedstawicielach władzy, ludziach lewicy którzy w różnych okresach starali się Polsce zapewnić jak najwięcej suwerenności w warunkach pojałtańskich (...). Przypomnijmy więc przedstawicieli władzy, ludzi lewicy z dziesięcioleci od 1944 roku. Począwszy od Bieruta, Bermana, Zambrowskiego, Minca, odpowiedzialnych za maksymalną satelizację Polski, uległość wobec tak haniebnych działań sowieckiego okupanta jak aresztowanie 16-tu w Pruszkowie, wywózkę tysięcy AK-owców na Syberię, ograbienie polskich ziem, zwłaszcza tzw. Ziem Odzyskanych na ogromną skalę. Za stosowany przez nich samych okrutny terror wobec najbardziej patriotycznych sił w Polsce, za blokowanie zmian nawet w wiele miesięcy po śmierci Stalina, za brutalne zdławienie powstania robotniczego w Poznaniu. Trudno mówić o staraniach zapewnienia jak największej suwerenności Polsce również ze strony ekipy Gomułki, która szybko zdradziła zaufanie narodu. Ekipy odpowiedzialnej za błyskawiczną likwidację przeważającej części zdobyczy polskiego października, czystkę wśród tych wysokich stopniem oficerów wojska i marynarki wojennej, którzy w październiku 1956 r. wykazali szczególnie patriotyczną postawę. Ekipy, która zablokowała rozliczenie ze stalinistami w Polsce i zablokowała pisanie o zbrodniach stalinizmu w Polsce (w odróżnieniu od Węgier, gdzie pisano o zbrodniach stalinizmu węgierskiego). Ekipy odpowiedzialnej za stworzenie kolejnej "dyktatury ciemniaków", za rosnące represje wobec nonkonformistycznej części środowisk intelektualnych (po liście 34), za zablokowanie reform gospodarczych, za nieprzebierającą w środkach walkę z Kościołem. Za brutalne stłumienie manifestacji studenckich w marcu 1968 r. i za zbrodniczą masakrę robotników Wybrzeża w grudniu 1970 roku. Gomułka występował w obronie polskich interesów narodowych w odniesieniu do Niemiec. Nie umiał zdobyć się jednak na obronę tych interesów (nawet gospodarczych) wobec ZSRR, pomimo że tego oczekiwała od niego ogromna część narodu, która poparła go w 1956 roku. Bał się właśnie tego poparcia, bo wiedział, że przeważająca część Polaków nie chce komunizmu. I nieprzypadkowo właśnie Gomułka był obok Ulbrichta i Breżniewa jednym z najgorętszych rzeczników interwencji w Czechosłowacji. I był współodpowiedzialnym za tę interwencję, za pomoc w obaleniu partyjnych przywódców Praskiej Wiosny, którzy rzeczywiście starali się zapewnić swemu krajowi jak najwięcej suwerenności w warunkach pojałtańskich. Jak wyglądała zaś troska o polską suwerenność w czasach Gierka najlepiej świadczy przegłosowana w 1976 r. wiernopoddańcza wobec ZSRR poprawka do polskiej konstytucji. I wreszcie kolejna "suwerenna" ekipa pod kierownictwem gen. W. Jaruzelskiego, która uratowała władców Kremla przed zagrożeniami wynikającymi dla Moskwy z rosnącego usamodzielniania Polski przez "Solidarność". Wprowadzając stan wojenny, znów zaciskający kajdany polskiej zależności. Ekipa, której przywódcy na czele z gen. W. Jaruzelskim i M.F. Rakowskim niejednokrotnie występowali z tekstami szkalującymi naród polski i "Solidarność" poza granicami Polski, z prawdziwymi "donosami na Polskę". Wszyscy oni byli najpierw komunistami, a potem Polakami, nie potrafili ani trochę dorównać tym nielicznym zresztą wpływowym komunistom w paru innych krajach, którzy potrafili w przełomowych chwilach być najpierw Węgrami (I. Nagy, I. Maleter czy I. Pozsgay) czy Słowakami i Czechami (A. Dubcek, Z. Mlynarz, J. Smrkowski), a dopiero potem komunistami. Zachowanie czołowych ludzi władzy komunistycznej w Polsce w powojennych dziesięcioleciach ciągle potwierdzało jeden niepodważalny fakt naszej XX-wiecznej historii, to, że "komuna zawsze była antynarodową". Prezydent Kwaśniewski swym dotychczasowym zachowaniem, swą niechęcią do prawdziwego patriotyzmu i potulnością wobec różnorakich nacisków na Polskę dowiódł, że jest właściwym spadkobiercą tych pojałtańskich antynarodowych ekip komunistycznych. Jako pojętny uczeń Jaruzelskiego i Rakowskiego. Kwaśniewski jako "Michael Jackson polskiej polityki" Z różnych wywiadów i artykułów Kwaśniewskiego przebija się uprzedzenie do patriotyzmu. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie... Wspomniałem już, że Kwaśniewski od wczesnych lat szkolnych z werwą zaprawiał się w internacjonalizmie i peanach na cześć Związku Sowieckiego jako wzoru dla Polski. Cóż więc dziwnego, że "internacjonalistycznie" edukowany na wychwalaniu sowieckiego Wielkiego Brata obecny prezydent RP jakoś nie nie umie i nie lubi powoływać się na jakże odmienne wzorce: patriotyzm, naród, ojczyznę. Za to tym chętniej używa słowa patriotyzm w różnych kontekstach negatywnych. Na przykład Ruchowi dla Rzeczypospolitej zarzucił głoszenie hurrapatriotyzmu, który wydaje nam się bardzo podejrzany (A. Kwaśniewski w wywiadzie dla Przeglądu Tygodniowego z 28 marca 1993). W jednym tylko artykule dla Gazety Wyborczej z 1 lipca 1996 r. pt. Strach Czy nadzieja kilkakrotnie mówił o sprawach patriotyzmu i narodu w różnych negatywnych zbitkach. Pisał o pobudzaniu u Polaków skłonności do hurrapatriotycznych emocji, awanturnictwa i frazesów, o patriotycznej ostentacji, o próbach testowania podatności polskiego wyborcy na hasła populistyczne i polonocentryczne. Zapytywał: Czy wyeliminujemy pozostałości narodowego egocentryzmu, zaściankowości, ksenofobii i poczucia dziejowej misji? W Jastrzębiu - jeszcze jako kandydat na prezydenta - W dniu 27 czerwca 1995 określił członków "Solidarności" jako faszystów i antysemitów, wołając: (...) Tak wygląda dziś Solidarność - faszyzm i antysemityzm (...) (Cyt. za życiem Warszawy z 13-14 stycznia 1996). Piotr Bratkowski z Gazety Wyborczej nazwał kiedyś Aleksandra Kwaśniewskiego "Michaelem Jacksonem polskiej polityki". Porównanie uzasadnił wyjątkową zdolnością Kwaśniewskiego do metamorfozy, to, że jest on "człowiekiem wielu twarzy". Co więcej, jego zdolność do metamorfozy sprawia, że żadne oblicze nie jest tym jedynym, prawdziwym. Każdego można się wyprzeć (por. P. Bratkowski: Rewolucja W Twin Peaks, Gazeta Wyborcza, 6 listopada 1996). Parokrotnie już łapany na kłamstwach, Aleksander Kwaśniewski publicznie wystąpił z usprawiedliwieniem kłamstwa w polityce, głosząc w wywiadzie dla Rzeczpospolitej z 23-24 listopada 1996: (...) myślę, że różnica między światem polityki a, na przykład, światem nauki polega na tym, że w świecie polityki granica między prawdą i nieprawdą, międsy 100-procentową pewnością a wątpliwościami, jest dużo bardziej zamazana. To naprawdę nie jest matematyka. (...) Zabiegi o poparcie lobby żydowskiego Już w 1989 roku Kwaśniewski był wyraźnym ulubieńcem prożydowskiego lobby w OKP na czele z Adamem Michnikiem i był przez nie lansowany jako główny partner przyszłych porozumień z lewicą OKP. Wdzięczny Kwaśniewski deklarował w ramach ankiety, przeprowadzonej wśród polityków, na kogo głosowałby najchętniej poza swoją partią: W pierwszej kolejności głosowałbym na Adama Michnika, ale tylko wówczas, gdyby założył coś własnego (...). To, co Michnik myśli i jak myśli, odpowiada mi najbardziej jako obywatelowi i jako politykowi(...). (Gazeta Wyborcza z 21 czerwca 1991.) Wśród poglądów szczególnie bliskich Michnikowi znajdujemy tak mocno akcentowane przez Kwaśniewskiego potępienia pozostałości narodowego egocentryzmu, zaściankowości, ksenofobii i poczucia dziejowej misji, haseł poloncentrycznych i hurrapatriotycznych emocji (z obszernego dwukolumnowego artykułu A. Kwaśniewskiego na łamach Gazety Wyborczej z 1 lipca 1996). Jako prezydent RP działa dla przyspieszenia przyjęcia przez Sejm ustawy o zwrocie mienia wyznaniowym gminom żydowskim, co uczyniłoby ze Związku Gmin żydowskich największego finansistę w Polsce. W lipcu 1996 r. podczas spotkania z przedstawicielami organizacji żydowskich w Nowym Jorku Kwaśniewski przyobiecał szybki zwrot mienia żydom. Prożydowska tendencyjność prezydenta Kwaśniewskiego spowodowała ostry protest prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, Edwarda Moskala, który 10 maja 1996 r. wystosował list do Kwaśniewskiego krytykując to, że: Brak stanowczości w działaniach rządu polskiego, a także ewidentne błędy urzędników państwowych powodują, że żydzi pozwalają sobie na coraz więcej i coraz więcej uzyskują. Kwaśniewski odrzucił krytyczne uwagi Moskala, popierając żydowskie racje. Między innymi podtrzymał dążenie do jak najszybszego zwrotu mienia dla gmin żydowskich oraz wystąpił w obronie krytykowanych przez prezesa Moskala przeprosin wobec żydów m.in. za tzw. pogrom kielecki, wystosowanych przez ministra Rosatiego w imieniu narodu polskiego. Sekretarz stanu Marek Siwiec występując na konferencji prasowej w imieniu prezydenta Kwaśniewskiego stwierdził, że: Polska i społeczeństwo polskie powinny przeprosić za to, co było niegodziwe w historii Polaków i żydów po II wojnie światowej. Postawę Kwaśniewskiego dobrze ilustrowała jego reakcja na dokonaną przez Izraelczyków masakrę 102 Palestyńczyków w Kanie Galilejskiej. Prezydent RP skomentował barbarzyńską napaść słowami, iż jest to chyba zbyt duży koszt uporządkowania stosunków między dwoma krajami. Tylko tyle. Rzeczywiście - komentarz godny "Europejczyka". W 1995 roku Kwaśniewski należał do pierwszych polskich polityków, którzy wystąpili z publicznym potępieniem kilku zdań księdza prałata Henryka Jankowskiego, dziś jak wiadomo spreparowanych przez Gazetę Wyborczą. Równocześnie zaś nie zareagował ani słowem na prowokacyjne antypolskie wystąpienie laureata Nagrody Nobla, żydowskiego pisarza Elie Wiesela, wygłoszone 7 lipca br. podczas oficjalnych uroczystości w Kielcach w obecności premiera RP, w tym skrajne uogólnienia "o polskiej nienawiści" (a skrytykował je np. Szymon Wiesenthal oraz przewodniczący Forum żydowskiego Stanisław Krajewski). Pobyt Kwaśniewskiego w Stanach Zjednoczonych stał się kolejnym potwierdzeniem jego prożydowskiej tendencyjności i konsekwentnych zabiegów o polityczne poparcie międzynarodowego lobby żydowskiego. W tym samym czasie, gdy widać było brak starań o rozmowy z rzeczywiście reprezentatywnymi przedstawicielami Polonii w Stanach Zjednoczonych, prezydent Kwaśniewski poświęcił maksimum uwagi na kolejne spotkania z najbardziej wpływowymi przedstawicielami lobby żydowskiego w USA. Odwiedził m.in. znane z "polakożerstwa" redakcje zdominowanych przez żydów gazet: New York Timesa i Washington Post, odbył rozmowy z radą Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie i spotkał się z przedstawicielami 56 największych organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych. Zyskał ich maksymalną aprobatę po dłuższych rozmowach "za zamkniętymi drzwiami". Jako działacz PZPR i SdRP oraz jako prezydent RP Kwaśniewski ani razu nie przeciwstawił się antypolskiej nagonce ze strony kół żydowskich. Nie przynosi dzisiejszym Polakom chluby to, że najważniejsze stanowisko w państwie polskim piastuje polityk typu Aleksandra Kwaśniewskiego. Polityk niedokształcony, o mało co magister, niejednokrotnie publicznie rozmijający się z prawdą i niemający głębokiego poczucia więzi z najlepszymi tradycjami historii Polski. Działacz, u którego miejsce programu i wielkich idei zastąpił doraźny instrumentalizm i cynicznie stosowana socjotechnika władzy.



Jerzy Robert Nowak - Nasza Polska
Ostatnio zmieniony 13 października 2009, 10:50 przez robot, łącznie zmieniany 2 razy.
jestem botem porządkowym
www

maharana

Post autor: maharana » 22 marca 2007, 13:12

Pamiętam transparent "ŻEGNAMY MAGISTRA" jakim pożegnano Kwasa po zakończeniu urzędowania. To wiele mówi.

maharana

Post autor: maharana » 28 marca 2007, 09:11

ciekawe czy obecna afera z Oleksym pogrąży ostatecznie Kwasa?

Pawel
Posty:50
Rejestracja:27 marca 2007, 23:07
Lokalizacja:Warszawa

Post autor: Pawel » 28 marca 2007, 11:25

Byłbym ostrozny z wyrazaniem opinii na temat Kwasniewskiego. W dzisiejszym Naszym Dzienniku mozna przeczytac o AK i partii Lewica i Demokraci.





W ciągu najbliższych dwóch tygodni były prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie ogłosi zasady i formułę swojego powrotu do czynnej polityki - zapowiadają w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" politycy SLD. Choć wcześniej sam Kwaśniewski deklarował chęć tworzenia nowej partii, nieoficjalnie przyznają, że były prezydent stanie na czele koalicji Lewica i Demokraci. I mimo że w politycznych deklaracjach mówi się o "budowie nowej lewicy", to jednak wraz z nim do powrotu szykują się jego zaufani współpracownicy, m.in. Andrzej Gdula i Bogusław Kott, a wśród nich również ci, którzy odeszli w atmosferze medialnych skandali: Marek Ungier i Andrzej Kratiuk.



Powrót Aleksandra Kwaśniewskiego na scenę polityczną, mimo składanych przez niego jeszcze kilka miesięcy temu zapewnień o ograniczeniu swojej roli do doradztwa i "społecznego patronatu", staje się faktem. - To dla lewicy dobra decyzja. Ale proszę nie używać sformułowania "powrót", bo Kwaśniewski nigdy z polityki nie odszedł. Jest w niej i będzie zawsze - mówi Jerzy Szmajdziński (SLD).

A jednak "powrót dla dobra lewicy" to populistyczne hasło, jakim w ostatnich dniach obficie szermuje świta Kwaśniewskiego. I nic dziwnego - w atmosferze skandalu wywołanego ujawnieniem "taśm Oleksego" postkomuniści potrzebują lidera, który zjednoczy podzieloną lewicę. Cieszący się opinią nieudolnego, mało charyzmatyczny Wojciech Olejniczak nie jest w stanie tego zapewnić. Dlatego Kwaśniewski ma - jak chcą jego współpracownicy - stanąć na czele koalicji Lewica i Demokraci. I choć były prezydent w jednym z wywiadów ostatnio udzielonych zapewniał, że nie wyklucza utworzenia własnej partii politycznej, a Ryszard Kalisz przekonywał, że decyzja o powrocie byłego prezydenta do aktywnej polityki to bliżej nieokreślona przyszłość, to jednak - jak udało się dowiedzieć "Naszemu Dziennikowi" - już w ciągu najbliższych dwóch tygodni Aleksander Kwaśniewski publicznie ogłosi, że obejmuje "ster rządów" w marginalnej obecnie koalicji Lewica i Demokraci. Może w tym liczyć na wsparcie dawnych współpracowników zaliczanych do pezetpeerowskiego betonu. - Ostatnie wydarzenia przyspieszyły decyzję Olka. Wcześniej czekał na stosowny moment, nie chcąc ryzykować porażki, a sprawa Oleksego wszystko przyspieszyła. Olejniczak nie uratuje lewicy, więc wraca Kwaśniewski - mówi nasz informator, do niedawna aktywny działacz władz SLD. Według niego, ustalane są "ostatnie szczegóły" dotyczące udziału Kwaśniewskiego w LiD.

Nasze informacje potwierdza również poseł Jerzy Szmajdziński, który zdecydowanie wyklucza możliwość tworzenia przez Aleksandra Kwaśniewskiego własnej partii politycznej. I daje do zrozumienia, iż przywództwo Kwaśniewskiego w LiD jest już praktycznie przesądzone. - Mam informację, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni prezydent Aleksander Kwaśniewski w sposób definitywny poinformuje opinię publiczną o swojej roli i miejscu na scenie politycznej oraz o tym, jakie działania będzie podejmował. Dla lewicy dobrze się stanie, jak będziemy razem realizować projekt Lewica i Demokraci, stąd też zaniepokojenie prawicy powrotem Kwaśniewskiego - twierdzi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Jerzy Szmajdziński.

Zdaniem naszego informatora, już w tej chwili trwają ostatnie rozmowy pomiędzy przedstawicielami SLD a SdPl oraz Partii Demokratycznej dotyczące przekazania kierownictwa w tym ugrupowaniu właśnie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Pytani o całą sprawę działacze LiD nabierają wody w usta, ale też - jak mówią - "nie potwierdzają i nie zaprzeczają".

- Nie chcę komentować sytuacji hipotetycznej. Wszystko może się zdarzyć. Dopiero jak pan prezydent Aleksander Kwaśniewski zdecydowanie się określi, będę mogła sprawę skomentować i powiedzieć coś więcej na ten temat - mówi Sylwia Pusz (SdPl).



"Media nie będą decydować"

Deklaracje Kwaśniewskiego o powrocie na scenę polityczną wzbudziły jednak wyraźne ożywienie wśród jego do niedawna najbliższych współpracowników. Ci najbardziej zaufani - jak Marek Ungier, były szef gabinetu i sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego, oraz Andrzej Kratiuk, bliski współpracownik i zaufany Jolanty Kwaśniewskiej - mają znaleźć się, jak wynika z naszych informacj, w gronie doradców Kwaśniewskiego. Obaj zniknęli ze sceny politycznej w atmosferze skandalu. Ungier, członek PZPR od 1974 r. do rozwiązania tej partii, podał się do dymisji z pełnionej funkcji 27 grudnia 2004 r. po ujawnieniu przez media informacji o niezgodnym z prawem warunkowym umorzeniu sprawy jego syna Krzysztofa Ungera, oskarżonego o prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym. Prokuratorskie postępowanie toczyło się też wcześniej w sprawie działania na szkodę spółki "Juventur" - w 1998 r. wobec samego Marka Ungiera, jednak wówczas prokuraturze nie udało się go wezwać na przesłuchanie i sprawa uległa przedawnieniu. W październiku 2005 r. katowicka prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia, zarzucając mu ujawnienie tajemnicy państwowej i poinformowanie Wiesława Kaczmarka o działaniach podjętych wobec niego przez służby specjalne.

Natomiast Andrzej Kratiuk - prezes Rady Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej "Porozumienie bez barier" - odszedł z polityki po tym, jak media ujawniły, że z dokumentów IPN wynika, iż w latach 1984-1989 współpracował z komunistycznymi służbami specjalnymi jako tzw. kontakt operacyjny.

Dziś lewicy, liczącej na powrót Kwaśniewskiego, ich przeszłość nie przeszkadza. - To nie media decydują o tym, kto działa w polityce. Media mają rolę kontrolną, ale nie mogą kreować polityki kadrowej partii - komentuje Jerzy Szmajdziński.



Wielki powrót Andrzeja Gduli?

Powrót dawnej świty Kwaśniewskiego nie podoba się nie tylko młodym działaczom LiD, którzy chcieliby tworzenia tzw. nowej lewicy, budzi również wątpliwości ludzi dawnego eseldowskiego betonu, kojarzonych raczej z Leszkiem Millerem, obawiających się zbyt dużych wpływów środowiska Kwaśniewskiego. - Decyzja o powrocie Kwaśniewskiego to dobra decyzja. Ale nie sądzę, żeby wiązała się z powrotem również Ungiera czy Gduli. By działać w polityce, trzeba mieć demokratyczno-partyjny mandat, więc to nie jest tak, że Kwaśniewski wraca z dworem czy jakimś środowiskiem. Zresztą ci ludzie byli, co prawda, blisko Kwaśniewskiego, ale teraz są już samodzielni - mówi Krzysztof Janik.

A jednak, jak wynika z informacji, do których dotarliśmy, Kwaśniewski nie zamierza rezygnować z pomocy Andrzeja Gduli, dawnego szefa zespołu doradców. Głównie ze względu na poufną wiedzę, jaką posiada. W 1985 r. pełnił on funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i należał do zaufanych współpracowników generała Kiszczaka. Od 1986 r. pracował już w KC PZPR, gdzie zajął stanowisko kierownika Wydziału Prawa i Praworządności. W 1995 r. został doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa.

Wśród doradców byłego prezydenta, już jako lidera lewicowego ugrupowania, może znaleźć się również Bogusław Kott. Choć dziś zajmuje się on wyłącznie biznesem i finansami, będzie potrzebny Kwaśniewskiemu jako doradca ekonomiczny. Znajomość Kotta z Aleksandrem Kwaśniewskim sięga jeszcze początku lat 80., kiedy to wspólnie z nim oraz Mieczysławem Rakowskim zakładał Fundację Rozwoju Żeglarstwa. W 1989 r., zaledwie kilka dni po wyborach parlamentarnych, utworzył Bank Inicjatyw Gospodarczych (od 2003 r. Bank Millennium) i został jego pierwszym prezesem. W utworzeniu i rozwoju banku uczestniczyła wspomniana wcześniej Fundacja Rozwoju Żeglarstwa oraz FOZZ, który 20 lutego 1990 r. powierzył bankowi 160 mld starych złotych. Kilka dni później 100 mld zł z tej kwoty zostało przelanych do banku Pekao SA. Zdaniem NIK, która badała sprawę - były to działania bezprawne i zapewniły bankowi BIG nieuzasadnione korzyści.

Wojciech Wybranowski
Pozdrawiam :)

AnnaE

Post autor: AnnaE » 28 marca 2007, 12:18

Jak dla mnie, to lewica rozmawia cały czas sama ze sobą o sobie za pomocą mediów.



A mnie wsjo rawno. Jakkolwiek to-to nazwą ( który to raz zmiana nazwy?), zawsze będzie to :" i znów od nowa Polska Ludowa". Inaczej nie potrafią, a ten scenariusz już tyle razy zdał egzamin...

Zawsze podkładają jednego, aby na nim wywindować następnego męża opatrznościowego, dzięki któremu "Polska będzie rosła w siłę, a ludzie będą żyli dostatniej".

Za każdym razem zapominają dodać, że w/g nich - ludzie to ONI.
Ostatnio zmieniony 28 marca 2007, 17:15 przez AnnaE, łącznie zmieniany 1 raz.

maharana

Post autor: maharana » 28 marca 2007, 15:05

W ogóle należałoby lewicę wyelimonwać z życia politycznego w Polsce. Zwłaszcza te lewicowe ugrupowania, które mają za sobą komunistyczną przeszłość.

Kontestator

Post autor: Kontestator » 28 maja 2007, 14:43

Żeby wyeliminować lewice z życia publicznego musiałoby dojść do zmian ustrojowych. Demokracja musiałaby pójść na emeryture. Nie ma innego rozwiązania.

maharana

Post autor: maharana » 30 maja 2007, 10:49

Nie płakałbym wcale po tejże "demokracji". Jestem zwolennikiem autorytaryzmu.

Gość

Post autor: Gość » 31 maja 2007, 17:17

to pojedz na bialorus skoro "czwarta erpe" nie odpowiada...

maharana

Post autor: maharana » 1 czerwca 2007, 09:57

Nie prowokuj mnie niepotrzebnie jakąś tam Białorusią. Jestem zwolennkiem autorytaryzmu, a co za tym idzie gruntownej przebudowy ustroju Polski.

Moje postulaty są takie:

- prezydent wybierany na 10 lat, bez prawa do reelekcji, jest głową państwa, szefem rządu, zwierzchnikiem sił zbrojnych jednocześnie, ma prawo wskazania następcy, ministrowie przezeń powoływani są odpowiedzialni tylko przed nim, ma prawo inicjatywy ustawodawczej

- likwidacja Senatu, urzędu premiera z tą całą armią darmozjadów nagromadoznych wokół tego urzędu

- odchudzenia o połowę liczby posłów w Sejmie

Gość

Post autor: Gość » 3 czerwca 2007, 19:41

nie prowokuje, tam po prostu panuje system autorytarny wiec jesli teskno ci do zamordyzmu, absurdalnej biurokracji i cenzury to wyjedz tam, daleko nie jest... jeszcze 20 lat nie minelo od rozwalenia komuny, a niektorym dalej teskno za totalitaryzmem.... przykre bardzo.

maharana

Post autor: maharana » 5 czerwca 2007, 12:23

Daj sobie spokój z jakimś tam zamordyzmem, czy tęsknotą za komuną. Skopiować w Polsce ustrój ze Stanów, ale z silną władzą prezydenta. System francuski się u nas wcale nie sprawdza. Zmorą parlamentaryzmu polskiego jest koalicjonizm. Wytępić to można od razu przez odpowiedni zapis w ustawie, czy konstytucji, ze partia wygrywająca wybory bierze w Sejmie 60% mandatów, a druga co do wielkości partia pozostałe 40%. Kto wie czy gdyby taka praktyka wyborcza stosowana przez 2-3 pokolenia nie wpłynęłaby na wykształcenie się 2 lub 3 partii politycznych, a nie 50 czy więcej obecnie istniejących. Do tego partie polityczne powinny fiannsować się ze składek członkowskich, a nie brać dotacje z kasy państwowej, jak też zlikwidować należy zwracanie forsy za kampanie wyborcze.

derfflinger
Posty:3
Rejestracja:11 czerwca 2007, 14:49
Lokalizacja:Górny Œlšsk

Post autor: derfflinger » 12 czerwca 2007, 05:25

Taaaa, a komuchy to są be, a inni są cacy... A jak nazwiesz PiS-owską propozycję obniżenia progu wyborczego do 3%? Ukłonem w stronę Ligi Polskich Rodzin? I gdzie tutaj demokracja, skoro do parlamentu może wejść ugrupowanie, które praktycznie nie ma poparcia w społeczeństwie?



Niestety, kilkadziesiąt lat ruskiego panowania zrobiło swoje. Musi zmienić się sposób myślenia całego narodu, a do tego trzeba ze dwóch pokoleń. Teraz każdy sobie rzepkę skrobie i tylko patrzy, co by tu dla siebie uszczknąć i jak najdłużej zostać przy korycie, niezależnie od jego politycznej orientacji. Jednocześnie nie ma takiego człowieka jak Józef Piłsudski, który złapałby wszystkich za mordę, potrząsnął i ustawił...



Maharana wspomniał o amerykańskim ustroju - ja raczej czarno to widzę, przynajmniej na razie. Przyjacielu, na Zachodzie czy w Stanach sięgają po władzę ci ludzie, którzy mają pieniądze, a w Polsce różne aparatczyki z lewa i z prawa nadal obejmują urząd po to, aby się dorobić. Do tego dochodzi oczywiste mydlenie oczu i kiełbasa wyborcza. Nie myśl, że bronię teraz komuchów - absolutnie nie, ale PiS nie zrealizował lub nie dokończył realizacji żadnej ze swych wyborczych obietnic, za to razem z koalicjantami zafundował nam potężną dawkę emocji związanych z różnymi inicjatywami w rodzaju zaprzestania emisji Teletubisiów. A czas ucieka... W takim układzie mają marne szanse na wygranie kolejnych wyborów, a szeroko tu opisywany pan Kwaśniewski ma moim zdaniem niezłą okazję objęcia urzędu premiera.





Pozdrawiam
"There seems to be something wrong with our bloody ships today, Chatfield..."
(Vadm. David Beatty, 31.05.1916, HMS"Lion")

Awatar użytkownika
AnnaE
Posty:2197
Rejestracja:2 lutego 2007, 22:09
Lokalizacja:Śląsk

Post autor: AnnaE » 12 czerwca 2007, 08:32

Nie powinniśmy jednego zła usprawiedliwiać drugim. Tak postępując, rzeczywiście masy zapomną wszelkie zło uczynione przez PZPR, SDRP i SLD, bo "masy nie mają pamięci".

SLD miało władzę, swój sejm, senat, TK, samorządy i prezydenta, a mimo to nie bardzo im poszło naprawianie państwa. Nie ma się co dziwić, że obecnej, trudnej koalicji jest trudno.

Aż dziw, że sobie nieźle radzą.

Już gdzieś w komentarzach podawałam taką metodę manipulacji w mediach: "na rybkę".

Puszcza się ławicę maleńkich "rybek", a za plecami rybaka umyka "wieloryb".Ta metoda kamuflażu znana jest także w powiedzeniu:

"Gdzie najłatwiej ukryć liść? W lesie. A jak nie ma lasu? Należy go posadzić."



Zauważmy, jakie istotne dla Polski wydarzenia nam umykają? Jak przez tą propozycję listy lektur czy teletubisie została umniejszona ranga wizyty w Polsce prezydenta USA. Jaka cisza panuje wokół pracujących komisji w sprawie "rozgryzanych" afer po SLD. Pamiętacie ten teatr TV w sprawie Rywina? Dlaczego teraz zapadła cisza? Gdzie te publiczne przesłuchania?



To nie rząd nie ma osiągnięć, to media kreują wizję katastroficznej rzeczywistości.

Podżeganie do strajków kolejnych grup zawodowych, nawet tych, które przed kilkoma miesiącami uzyskały podwyżkę... do czego to nas doprowadzi?

Zróbmy po kolei podwyżki wszystkim grupom zawodowym, wzrosną podatki, składki ZUS (w tym zdrowotne, bo kto za to zapłaci? Budżet, to my) a więc koszty pracy, a więc i ceny produktów i usług. Będziemy mieć dokładnie to samo co dziś. No, może do wszystkich kwot dopiszemy sobie dwa zera.



Czy ta rzeczywistość jest taka zła? Wystarczy się rozejrzeć; nie wierzyć ślepo w to, co nam serwują media..

derfflinger
Posty:3
Rejestracja:11 czerwca 2007, 14:49
Lokalizacja:Górny Œlšsk

Post autor: derfflinger » 12 czerwca 2007, 09:03

Nie powinniśmy jednego zła usprawiedliwiać drugim. Tak postępując, rzeczywiście masy zapomną wszelkie zło uczynione przez PZPR, SDRP i SLD, bo "masy nie mają pamięci".


Wcale niczego nie usprawiedliwiam, przecież napisałem, że komuchów nie bronię. Ale jak wyglądają ci, którzy wcześniej wieszali na nich psy, a teraz wygadują takie bzdury, że głowa boli? Głupotę trzeba piętnować zawsze, a na wysokim szczeblu tym bardziej. Skoro ktoś ubiegał się o dobrą posadę i dostał ją, to powinien zdawać sobie sprawę ze swoich czynów i wypowiedzi, a przede wszystkim ma sumiennie wykonywać swoje obowiązki. A "masy" i tak o tym zapomną - jedno pokolenie umrze, następne będzie wiedzieć mniej... Komuna była straszna, ale za kilka dziesięcioleci stanie się to suchym, pozbawionym ładunku emocjonalnego historycznym faktem, jakim dziś jest np. I Wojna Światowa. A jeśli już mówisz o przekrętach, to poczekaj do kolejnej zmiany ekipy rządzącej. Wtedy zaczną wychodzić afery związane z działalnością tej obecnej. I o tym też trzeba będzie informować te "masy".



Wcale nie twierdzę, że sytuacja w kraju jest zła, po prostu mogłaby być lepsza. Kogo obarczyć za to winą? Tylko nas samych. Poszliśmy do urn, wybraliśmy takich przedstawicieli, a że nie bardzo sobie radzą... No cóż, mamy okazję wykazać się rozsądkiem przy następnych wyborach. A tak na marginesie, moim skromnym zdaniem - o ile dobrze pamiętam, to jeden jedyny polityk na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, który mówił ludziom prawdę, nazywał się Winston Churchill...



Pozdrawiam
"There seems to be something wrong with our bloody ships today, Chatfield..."
(Vadm. David Beatty, 31.05.1916, HMS"Lion")

ODPOWIEDZ