ND Forum - Dzień dobry POLSKO! Strona Główna ND Forum - Dzień dobry POLSKO!
Ludzie z sercem i głową

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
FILM
Autor Wiadomość
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 23 Luty 2015, 06:49   Re: FILM [Cytuj]

Oscar dla „Idy”, czyli zrobić z Polaków zbrodniarzy



Dzięki takim filmom jak „Ida”, będziemy przedstawiani wkrótce jako obmierzły naród sprawców Holocaustu. Kino ma bowiem niesamowitą moc propagandową. To między innymi ono „pozbawiło” naszych rodaków sukcesów, jakie odnieśli w trakcie drugiej wojny światowej.

Wielu polskich komentatorów otumanionych informacjami o kolejnych zagranicznych nagrodach dla „Idy” straciło chłodną ocenę tego, co w istocie owe trofea oznaczają. Czyżby nie zdawali sobie sprawy, w jaki sposób rzutuje na nasz wizerunek za granicą pokorne przyjęcie oskarżeń o to, że w czasie wojny nasi ojcowie, dziadkowie i babcie mordowali Żydów? Szczególnie, że oczerniające Polaków książki Grossa i filmy Pasikowskiego („Pokłosie”) oraz Pawlikowskiego („Ida”) pojawiły się w okresie, gdy Niemcy karkołomnie, ale jakże skutecznie pozbywają się jakiejkolwiek odpowiedzialności za dokonane przez to państwo pod rządami Hitlera straszliwe zbrodnie.[/color]

„Polscy nacjonaliści” na froncie

Kiedy Reduta Dobrego Imienia zaczęła domagać się umieszczenia w filmie „Ida” informacji o okupowaniu Polski przez Niemców i odpowiedzialności agresorów za Zagładę a w końcu oddania honoru polskim bohaterom, ratującym Żydów mimo grożącej im kary śmierci, szybko zareagował brytyjski „The Guardian”. Gazeta bez zastanowienia podsumowała organizację jako nacjonalistyczną, adresującą „krzykliwą skargę” (vaciferous complaint) pod adresem finansującego film Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Sposób przedstawienia za granicą akcji Reduty daje wiele do myślenia. Jest oczywiste, że czytelnik „Guardiana” nie zada sobie trudu dotarcia do polskiego tekstu protestu przeciwko fałszom obecnym w „Idzie”. Wątpliwe też, by zrobiła to większość naszych rodzimych kinomanów, ulegających usilnie rozniecanemu przez liczne media zachwytowi nad obrazem Pawlikowskiego. Nie ma bowiem w owym proteście mowy o żadnej krzykliwości. Są za to chłodne, acz przemawiające do wyobraźni argumenty zdecydowanie negatywnie oceniające „Idę” jako nasze „dobro eksportowe”. Za rewelację „The Guardiana” – przypuszczam, że inspirowaną przez polskich mainstreamowych komentatorów – należy uznać również i to, iż Reduta Dobrego Imienia jest animowana przez nacjonalistów. W Radzie Fundacji zasiadają, owszem, ludzie o wyraziście antylewicowych poglądach i z dużym dorobkiem, jak prof. Andrzej Nowak, mecenas Wiesław Johann czy Tadeusz M. Płużański, ale – przyznajmy – trudno ich skojarzyć z polskim nacjonalizmem. Chyba, że owe skojarzenia są odpowiednio naprowadzane przez czyjąś bardzo złą wolę…

W publikacji „The Guardian” szczególną uwagę przykuwa również inna rzecz. Piszący tekst, omówiwszy pokrótce protest Reduty, przypomniał natychmiast, bezkrytycznie, wątpliwej jakości dorobek Jana Tomasza Grossa, oskarżającego od lat Polaków o zbrodnie na Żydach. Autora nie interesuje to, że Gross jedną ze swoich książek napisał na podstawie odgrzebanego gdzieś zdjęcia rzekomo przedstawiającego ludzi grzebiących w grobach pomordowanych Żydów (w rzeczywistości ukazuje ono zupełnie inną sytuację). Gazeta nie zajmuje się również szeregiem innych merytorycznych pomyłek Grossa, jak na przykład wprowadzoną do jego ostatniej książki „Złote żniwa” poprawką dotyczącą… liczby zamordowanych jego zdaniem przez polskich bandytów. Gross, tak znakomity rzekomo znawca historii okupowanej Polski i żydowskich w niej losów, nie potrafił nawet określić wiarygodnego szacunku skali takich zbrodni, z sufitu zapewne wyciągnąwszy liczbę między sto a dwieście tysięcy. Zapewne w ostatniej chwili ktoś w wydawnictwie lekko się zreflektował i podmienił te absurdalne wyliczenia na kilkadziesiąt tysięcy. Wziąwszy po uwagę skalę wojennej degeneracji i uaktywnienie się wielu rzezimieszków, takie rachunki zdają się być dla autora bezpieczniejsze i lepiej chronią go przed twardymi argumentami krytyków.

Kompromitujących dla „badań” Grossa wątków jest oczywiście znacznie więcej, co nie przeszkodziło naszym „elitom opiniotwórczym”, uczynić z niego nieomal bohatera, ozdrowieńczo rozdrapującego polskie rany. Co dla nas znaczy owa „ozdrowieńczość” pokazuje najlepiej właśnie tekst w „The Guardian”. Dziennik próbuje uwiarygadniać formułowane przez autorów „Idy” oskarżenia o zabijanie Żydów przez Polaków właśnie powołując się na książki Grossa. Ów zniesławiający płomień wypala skutecznie ze świadomości czytelników prawdę o realiach niemieckiej okupacji, o dręczeniu przez okupantów polskiego narodu, pozostawiając nam gorzką pigułę sprawstwa Zagłady.

Będziemy zbrodniarzami

Nie zaprzeczając promowanym przez „Idę” kłamstwom akceptujemy de facto popularyzowaną na Zachodzie narrację Grossa i Pawlikowskiego. Co to oznacza? Że skoro obecnie uznawani jesteśmy – obok tajemniczych nazistów – za niemal równorzędnych współsprawców mordów na Żydach, to za kilkadziesiąt lat może okazać się, iż będziemy traktowani jako główni inspiratorzy i autorzy krwawych programów realizowanych w „polskich obozach zagłady”, „polskich gettach” i na ulicach „polskich miast”.

To scenariusz o tyle prawdopodobny, że Niemcy z gracją pozbywają się odium, nakładającego na nich odpowiedzialność za szaleństwa Hitlera. Nagradzany za granicą serial „Nasze matki, nasi ojcowie” przedstawił swych niemieckich bohaterów jako w gruncie rzeczy ofiary jakiegoś bliżej nieokreślonego, narzuconego z zewnątrz nazizmu. Tak musztrowana pamięć Europejczyków wkrótce nie będzie na tyle asertywna i skrupulatna, by kodować prawdę, iż NSDAP objęło władzę dzięki poparciu samych Niemców, zachwyconych ofertą Hitlera.

Film odgrywa szalenie istotną rolę w kształtowaniu świadomości. Nie można redukować go wyłącznie do „środków artystycznego wyrazu”. W latach 40. na przykład, prężnie rozwijający się wówczas Hollywood produkował filmy, w których Polaków niemal za każdym razem przedstawiano jako najgorszy element. Zależało na tym amerykańskim władzom, które udzieliwszy poparcia Związkowi Sowieckiemu, dążyły do unieszkodliwienia wpływów Polonii i ewentualnych propolskich sympatii wśród Amerykanów. Takiej propagandzie wydatnie przysłużyła się też inspiracja ze strony miejscowych komunistów. W każdym razie wydała swoje żniwo, wydatnie przysługując się do sprowadzania polskiego udziału w II wojnie światowej do niezbędnego minimum.

Obecnie możemy już sobie do woli utyskiwać, że „zapomina” się o nas podczas uroczystych obchodów rocznicy desantu na Normandię, czy usilnie pomija kluczową rolę naszych rodaków w zdekodowaniu niemieckiej Enigmy.

Niewykluczone, iż wkrótce będziemy narzekać na hollywoodzkie superprodukcje przedstawiające Polaków jako dzikusów z chęci zysku mordujących żydowskich sąsiadów. A wszystko dlatego, że dzisiaj, tak wielu z nas, daje zachwycić się „wielkiemu polskiemu sukcesowi filmowemu za granicą”.

Krzysztof Gędłek

http://www.pch24.pl/oscar...04,i.html?nom=1
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 24 Luty 2015, 08:35   Re: FILM [Cytuj]

„Idę będą puszczać jak kaczora Donalda”



„A co będzie z „Idą”? Normalnie, sprzeda się ją do wszystkich telewizji świata, łącznie z telewizją północnokoreańską, a potem będą to puszczać jak kiedyś kaczora Donalda, w Wielkanoc, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, w Boże Ciało i we wszystkich świętych – uważa bloger Corrylus.

O Oskarze dla „Idy” napisano chyba już prawie wszystko. W salonowych mediach dawno już tak zgodnie i jednym chórem nie zachwycano się żadnym filmem. Do zdobycia przez obraz w reżyserii Pawlikowskiego Oskara odniósł się także popularny bloger Corrylus. Pisze on m. in:

„A co będzie z „Idą”? Normalnie, sprzeda się ją do wszystkich telewizji świata, łącznie z telewizją północnokoreańską, a potem będą to puszczać jak kiedyś kaczora Donalda, w Wielkanoc, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, w Boże Ciało i we wszystkich świętych. Z tym, że emisja zaduszkowa będzie wieczorem, a wszystkie inne z rana, żeby dzieci mogły obejrzeć zanim pójdą na mszę. I tak będzie to szło przez najbliższe dziesięć lat. Nam zaś pozostanie czekać na ukraiński film rozliczeniowy, w którym reżyser rozprawi się z demonami przeszłości zamieszkującymi nad Dnieprem. Film, w którym głównym bohaterem będzie cudem ocalony z zagłady mężczyzna, który po latach przyjeżdża na Ukrainę robić interesy i spotyka się z dziećmi tych co go o mało nie zamordowali. Szydzę oczywiście, nikt przenigdy takiego filmu nie nakręci, bo wtedy wszyscy ci gorący patrioci, wszyscy ci czarnosecinni hajdamacy poszliby się jak jeden zapisać do partii Rosja Razem i tak by się skończyły marzenia o inwestycjach banku światowego na Ukrainie”.

Jan z Mistrzejowic

http://www.pch24.pl/ide-b...da,34155,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 1 Grudzień 2015, 07:59   Re: FILM [Cytuj]

"W Poszukiwaniu Ojczyzny" Cały Film Dokumentalny

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=r99ydbC_RlA[/youtube]

Film dedykujemy wszystkim Polakom, a zwłaszcza tym, którzy wyjechali za granicę. Pamiętajcie i wracajcie…

Film debiutował na VII Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Gdyni "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", gdzie dostał wyróżnienie w kategorii "Anioł Wolności"

Film dwóch braci, Stefana i Jasia Tompson, pół Polaków i pół Południowoafrykańczyków, urodzonych i wychowanych na Zachodzie, których polska rodzina jest w Anglii od czasów Drugiej Wojny Światowej. Film poprzez rozmowy i wywiady z Polskimi Patriotami, próbuje pokazać czym jest Polskość i jakie znaczenie ma patriotyzm.

Film był kręcony dość spontanicznie, tylko w połowie zobaczyliśmy potencjał konkretnej historii, stąd jakość wielu wywiadów, kręconych czasam telefonem komórkowym.

Film został wysłany do wielu szkół sobotnich na Zachodzie, żeby zachęcać młodych Polaków do poznania swojej Ojczyzny i może kiedyś do powrotu.

Jeżeli podoba Wam się film, to podzielcie się nim ze znajomymi, na fejsie, na google +, na Twitterze, na Snapczacie lub gdzie tylko chcecie..

Sam film był wspaniałym doświadczeniem; poznanie tego pokolenia to wielki zaszczyt! Finansowany był przeze mnie i brata.

Kim są bohaterowie filmu?

Lidia Lwow Eberle "Lala" , rocznik 1920, sanitariuszka V Wileńskiej Brygady, przyjaciółka Inki, dziewczyna i narzeczona legendarnego Majora Łupaszko. Spędziła 6 lat w najgorszych więzieniach w Polsce. Łupaszko został skazany na śmierć.
Jozef Bandzo "Jastrząb" żołnierz niezłomny, bohater Brygady Śmierci, spędził w więzieniach za działalność niepodległościową 16 lat.
Hrabina Izabela Dzieduszycka, łączniczka Armii Krajowej, a pózniej opozycjonistka, założycielka stowarzyszenia Przymierza Rodzin, ktore wychowuje setki Polskich dzieci.
Maria Mirecka Loryś, ogólnopolska komendantka Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Kobiet, musiała uciec z Polski i spędziła lata tęskniąc za Ojczyzną. Do dzisiaj, mimo swoich 99 lat znajduje siłę, by pomagać Polakom na Kresach.
Maciej Morawski, jeden z czołowych działaczy Radia Wolna Europa.
Andrzej Pilecki, syn legendarnego Rotmistrza Witolda Pileckiego.
Maria Stypułkowska Chojecka "Kama", uczestniczka akcji Kutschera, legenda Armii Krajowej.
Stefan Wilkanowicz, słynny opozycjonista, autor preambuły do naszej konstytucji, bliski przyjaciel Jana Pawła II.
Jakub Nowakowski "Tomek", żołnierz Armii Krajowej, Batalion Zośka.
Halina Jędrzejewska "Sławka", sanitariuszka w Batalionie Miotła.
Batalion Miotła, Pięść, Czata, Parasol, Zośka, Broda 53
Zgrupowanie Radosław
Opozycja do PRL
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
deyv

Dołączył: 29 Gru 2015
Posty: 8
Skąd: Głogów
Wysłany: 5 Styczeń 2016, 12:16    [Cytuj]

Czy natrafił może ktoś w sieci na film "Pilecki" z pewnego źródła? Bo wszystki chcą przesłania SMS a to pewnie jakaś zasadzka na mój portfel :)
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 12 Październik 2016, 15:03    [Cytuj]

Smarzowski nakręcił prequel „Wesela” i „Domu złego”



W kraju ponurym jak kwaśny twaróg.
Wiedzie swój żywot ponury naród.
Codzienność jego: wóda, zagrycha.
Ponuro żyje, ponuro zdycha.


Tak oto można by najkrócej zrecenzować „Wołyń”, a zarazem całą twórczość Wojciecha Smarzowskiego, który od lat kręci jeden i ten sam film.

Wojciech Smarzowski Polaków chyba niezbyt lubi. Wyraźnie się za nich wstydzi. A jednak z uporem niestrudzonego badacza dokonuje kolejnych wiwisekcji tego odrażającego ludu. Tym razem postanowił głębiej zapuścić skalpel, by podłubać w historii. Ale wynik tego „badania” nie różni się od poprzednich. Czyż jednak może się różnić, skoro ma ilustrować dawno już założoną tezę?

Na klatkach „Wołynia” reżyser po raz kolejny zabiera nas w świat żebraczej opery za trzy grosze, której wszystkich bohaterów narysowano grubą czarną krechą. Żaden nie wzbudza naszej sympatii, los żadnego nas nie wzrusza, żaden nas w istocie nic a nic nie obchodzi.

Historycy chwalą prawdziwość obrazu rzezi wołyńskiej. Owszem, zbliża się on do prawdy (aczkolwiek nie do końca, o czym za chwilę), tylko co z tego, skoro widz wychodzi z kina zupełnie obojętny na wszystko, co przed chwilą widział.

Zwłaszcza młody widz, który na dodatek o wypadkach wołyńskich ma wiedzę literalnie zerową – ten odbierze „Wołyń” identycznie jak wcześniejsze „Wesele” czy „Dom zły”: jako opowieść o obciachowych wsiokach, którzy mieszkają po sąsiedzku z innymi obciachowymi wsiokami i jak to sąsiedzi-wiochmeni mają ze sobą o różne sprawy „kosę”. I kiedy rachunki krzywd (tak krzywd – wszak przez co najmniej jedną trzecią filmu wysłuchujemy litanii ukraińskich skarg na prześladowania, jakich nieustannie doświadczają ze strony polskiej, czemu nikt nie usiłuje zadać kłamu – gdzie tu zatem historyczna prawda?), kiedy rachunki owych krzywd przekraczają masę krytyczną tamte wsioki chwytają za kosę (siekierę, motykę, piłkę, szklankę) i dalej jest jak w filmach typu gore. Gore stodoła i chałupa, chłopy i baby rezają innych chłopów i inne baby – ale to już tyle razy widzieliśmy i to w lepszym wydaniu. Tak to odbierze przeciętny młody Polak.

Jako potomek wypędzonych z Kresów, których najbliżsi zginęli z rąk banderowców, wychowany w kresowej kulturze i od dzieciństwa zanurzony w opowieściach z pierwszej ręki o hekatombie, oglądałem „Wołyń” jak historię z kosmosu. Albo lepiej: jak historię o niesympatycznych Irokezach, których napadli w sumie podobni do nich, tylko jak się okazało znacznie bardziej krwiożerczy Apacze…

Dlaczego „Hotel Ruanda” i „Podać rękę diabłu”, traktujące generalnie o tym samym tylko w innej części świata, wywarły na mnie nieporównanie większe wrażenie niż „Wołyń”?

Trudno się oprzeć smutnej konstatacji, że to kolejny zmarnowany temat, a jeszcze trudniej opędzić się od podejrzenia o celowość takiego działania.

Zupełnie jakby odgórnie przydzielano ważne tematy do odbębnienia – żeby przypadkiem ktoś nie uczynił z nich arcydzieła. A tak, odfajkowane – niech spoczywają w spokoju. I nikomu się do nich nie pozwoli wrócić, bo przecież już mamy film o Katyniu, o Smoleńsku, o powstaniu warszawskim, o Żołnierzach Niezłomnych, o Popiełuszce, o „Solidarności”, o Wałęsie, o Grudniu 1970, o Westerplatte… Czego więc chcecie, malkontenci? Cały czas podejmujemy ważne dla Polski tematy, a wy wciąż niezadowoleni!

Jerzy Wolak

http://www.pch24.pl/smarz...go,46624,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 16 Październik 2016, 15:12    [Cytuj]

Mistrz z ograniczoną odpowiedzialnością


Kadr z filmu Popiół i Diament, reż. Andrzej Wajda

Czy damy sobie wmówić, że istnieją dwie Polski? – to nasz największy kulturowy problem początku XXI wieku. A że nie jest to sprawą błahą, świadczą choćby przepychanki co do miejsc pochówku osób znanych – np. Lech Kaczyński i Wawel, Wojciech Jaruzelski i Powązki. A jak poradzić sobie z pośmiertną retoryką dotyczącą ludzi sztuki? Niedawno zmarł Andrzej Wajda…

Wiemy wszyscy, że istnieje niepisana zasada, iż o zmarłych mówi się tylko dobrze albo w ogóle. Jak zrobić w tym przypadku? Nie da się przecież oddzielić człowieka od jego twórczości, a kreacji artystycznej od człowieka. Artysta, jak ksiądz, nie ma życia prywatnego, które by pozwalało mu wziąć urlop od jego obowiązków stanu. A te raczej jednoznacznie definiują się w dziełach, bo każde dzieło to większy lub mniejszy kawałek autobiografii. Także u reżysera Wajdy jego światopogląd, jego moralność i jego ewentualna polskość definiują się w kolejnych filmach – powiedzmy – od „Pokolenia” po „Wałęsę”.

Pamiętam taką starą anegdotę: rozmawiają dwie koleżanki i jedna pyta drugą: kim chciałbyś zostać w życiu? I ta druga, z jakże rozbrajającą ignorancją, odpowiada: ja, tak jak Joanna d'Arc, chciałbym potem zostać dziewicą. Tyle anegdota, bo w rzeczywistości nie da się tego zrobić „potem”. Cnota czystości, jak i cnota męstwa, to nie jest signum wybiórcze, ograniczone do jakiegoś etapu życia albo do czasu „na emeryturze”.

Niedawno, w kontekście państwowego pogrzebu Danusi Siedzikównej „Inki”, pisałem o rodzącej się nadziei na nowe, symboliczne zdefiniowanie się naszej Ojczyzny. Wizerunek tej młodej dziewczyny, zamordowanej przez komunistów, może być prawdziwą twarzą Polski. Polski odwołującej się do zatraconej przeszłości naszego narodu – dumnej i szlachetnej. Dzięki pokoleniu jej podobnych możemy odzyskać tożsamość konieczną dla przetrwania państwa w czas globalizacyjnej urawniłowki. To właśnie pokolenie Żołnierzy Wyklętych, walczących od 1944 roku aż po rok 1963, aż po śmierć Józefa Franczaka „Lalusia”, jest tym depozytem przeszłości przywróconym nam przez Opatrzność.

A co w roku obławy na Franczaka robił Mistrz Wajda? Co robił później? Jakie filmy podpisywał swoim nazwiskiem? Co lub kogo firmował swym talentem? To nie są głupie pytania. Jeżeli rodzice chcą wiedzieć jak najwięcej o kandydacie na męża ich córki, to jest jak najbardziej normalne. Jeżeli wyborcy mają prawo znać „od kołyski” życiorys kandydata na przywódcę kraju, to jest to bardzo rozsądne. Nauczyciel w szkole, czy katecheta z parafii muszą wykazać się nieposzlakowaną opinią, aby uczyć i wychowywać. W świecie, w którym emocjami ludzi rządzą igrzyska, artyści i sportowcy stają się demiurgami zbiorowej wyobraźni. To oni, dużo bardziej niż nauczyciele czy politycy, wpływają na to, jak ludzie żyją, a nawet jak myślą.

Andrzej Wajda od początku do końca swego twórczego życiorysu był takim demiurgiem. Brał udział w kształtowaniu tzw. polityki historycznej lub był do tegoż „używany”. Pamiętam jak „dobrzy Polacy” i „żarliwi patrioci” odsądzali „od czci i wiary” Władysława Hasiora za otwarcie autorskiej galerii w Zakopanem w czasie stanu wojennego, a także za jego pomnik na Przełęczy Snozka, na którym bez zgody Mistrza Władysława umieszczono prokomunistyczną sentencję. Wajda „będąc w pełni władz umysłowych i przez nikogo nie będąc przymuszanym” zbudował wiele takich filmowych pomników i przez dziesięciolecia był na różne sposoby obdarowywany przez władze, od sekretarza Gomułki po prezydenta Komorowskiego.

Ktoś się oburzy, zapieni, ktoś zaskowyczy – „Jak tak można o Mistrzu? On przecież dostał Oscara!” To prawda. Powiem nawet więcej – on tego Oscara powinien dostać już dawno i to nie za tzw. całokształt, ale za fenomenalne kino, które robił, za niezwykłą i oryginalną pracę reżyserską, także za scenariusze. On na tego Oscara zasłużył swym filmowym kunsztem dużo bardziej niż wielu, wielu przed nim i po nim nagradzanych.

„Piłat i inni”, „Danton”, „Ziemia obiecana”, „Krajobraz po bitwie”, „Wesele”, „Bez znieczulenia” – każdy z tych obrazów to kino najwyższej próby. Każdy wart jest osobnego eseju i pewnie obok tych już napisanych, teraz powstaną nowe. Jest jeszcze jeden, niezwykły film Mistrza – „Wszystko na sprzedaż”. Film o robieniu filmu; taka konwencja jakby „teatru w teatrze”. Zaczyna się od sceny, w której reżyser (ten scenariuszowy) wciela się w postać aktora (tego prawdziwego), aby pokazać, jak tamten wpadł pod pociąg. Dokładnie tak, jak to się stało z aktorem Wajdy, Zbigniewem Cybulskim, na dworcu we Wrocławiu. Po tej scenie reżyser (ten z filmu – grał go Andrzej Łapicki) wyłażąc z torowiska na peron pyta kamerzysty: „Jak było? Widziałeś twarz?”. „Wszystko na sprzedaż” – jakże trafiony tytuł, jakże przerażająco wspaniałe kino wielkiego reżysera.

Ale jednocześnie broń nas Panie Boże przed nazywaniem teraz jego imieniem ulic czy sal kinowych, przed spiżowymi wizerunkami na jakichś miejskich „ławeczkach”, przed pomnikami czy nawet popiersiami. Jeżeli nie chcemy żyć w narodowej schizofrenii, w tych wydumanych dwóch Polskach, to takie uhonorowanie musi być zarezerwowane tylko dla mężnych i czystych albo dla tych, którzy swe bezeceństwa i zdrady zmazali nie mniej chwalebnie, jak sienkiewiczowski Babinicz/Kmicic. Tymczasem czterokrotnie żonaty Mistrz niczego nie zmazał; chyba nawet nigdy nie próbował. A całkiem niedawno temu, bo w roku 2008, dołączył do specyficznego grona osób wyróżnianych tytułem Człowieka Roku przez „Gazetę Wyborczą”.

Mamy wiec problem kulturowy i edukacyjny zarazem, który nazwałbym oddzielaniem ziarna od plew. Najlepiej dla zilustrowania tego oczywistego procesu przywołać znane ewangeliczne „Tak – Tak, Nie – Nie”. Bo po pierwsze prawda nie jest relatywna, a po drugie nigdy nie leży po środku. Bycie wielkim artystą nie musi być równoznaczne z byciem dobrym Polakiem. Tak jak i bycie patriotą nie gwarantuje bycia dobrym artystą. Partykularne czy doraźne zacieranie tej granicy jest po prostu toksyczne, a bywa, że może być początkiem śmiertelnej choroby.

Tak o tym śpiewał Bułat Okudżawa:

…a przecie mi żal
że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły na których nie stoi już nikt.

Tomasz A. Żak

http://www.pch24.pl/mistr...ia,46684,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 25 Luty 2017, 22:31    [Cytuj]

„Pokot”, czyli: Polacy, jesteście świniami!



To nieprawda, że najnowszy film Agnieszki Holland „stawia przed widzem trudne pytania i skłania do namysłu”. Obraz przypomina raczej znane z historii PRL-owskiego kina produkcyjniaki. W filmie „Pokot” nic nie zaskakuje, a jego treść i bohaterowie są ulepieni ze wszystkich salonowych fobii. Generalnie – Polacy, wstydźcie się!

Źli, momentami aż groteskowo źli, są w obrazie Holland „zakochani w mordzie” myśliwi. Katalog ich win jest jednak dużo szerszy niż sama „miłość do zabijania”. Nie dość, że są mężczyznami (a wiadomo, że „samiec twój wróg”), prowadzą szemrane i mocno nieetyczne interesy, piją alkohol w ilościach niemal przemysłowych, są katami dla swoich rodzin, to jeszcze chodzą do kościoła. W świątyni spotykają podobnego od nich, zimnego i nieczułego jak góra lodowa duchownego, także zresztą myśliwego. Prowincjonalnym miasteczkiem, w którym dzieje się akcja „Pokotu”, rządzą niepodzielnie lokalny bogacz, prezes oraz proboszcz. Na ich usługach pozostaje umoczony w lewe interesy komendant policji. Wszystkie te typy spod bardzo ciemnej gwiazdy łączy oczywiście pasja myśliwska.

Ci dobrzy

Z myśliwską kliką w nieustannym konflikcie pozostaje główna bohaterka filmu - Janina (choć jak sama mówi ignoruje swoje imię) Duszejko. Jej obecność na ekranie jest wręcz nachalna, nie ma chyba żadnej sceny, w której by się nie pojawiła! Ta starsza pani prezentuje cały katalog dość niecodziennych zainteresowań i upodobań. Jak przystało na osobę, którą bez wątpienia ukształtowały „zdobycze” hipisowskiej rewolucji 1968 roku, jest walczącą wegetarianką – taką co to nie zmarnuje żadnej okazji, aby nie przypomnieć mięsożercom, iż mają w lodówce poćwiartowane zwłoki – para się astrologią, i prezentuje cały szereg eleganckich i mile widzianych na salonach przekonań rodem z dwóch warszawskich ulic: Czerskiej i Wiertniczej.

Wokół bohaterki gromadzą się różnego rodzaju odrzuceni i pogardzani przez polako-myśliwych dziwacy i odmieńcy. Wśród nich znajdziemy czeskiego entomologa, wygłaszającego zahaczające o śmieszność tyrady dotyczące odbywającego się w Lasach Państwowych – nie pomnych na unijne dyrektywy – „holokaustu” larw, młodego informatyka dręczonego atakami epilepsji, upokarzaną przez męża-prezesa żonę, oraz młodą kobietę z patologicznej rodziny (w której ojciec pije i bije, a matka tylko płacze) pozostającą zresztą w toksycznym związku z miejscowym bogaczem hodującym w warunkach, w strasznych a jakże, lisy.

Polskie piekiełko

Podobnych „Pokotowi” filmów ukazujących mroczne oblicze polskiej prowincji w ostatnim czasie powstało całkiem sporo. Do najgłośniejszych należą z pewnością „Pokłosie” Pasikowskiego, „Wesele” Smażowskiego, a także „Demon” w reżyserii Marcina Wrony. W podobne tony uderzał emitowany w Canal + serial „Belfer”. Film Agnieszki Holland bez wątpienia wpisuje się w ten sam schemat. Bohaterowie wszystkich wspomnianych filmów z pewnością znaleźliby wspólny język, bowiem tak naprawdę stanowią te same osobo-wytwory lewicowo-liberalnych obsesji – sumę wszystkich strachów „prawdziwych Europejczyków”, którzy tylko nieszczęśliwym przypadkiem urodzili się w „tym kraju nad Wisłą”.

Lokalne piekiełko z „Pokotu” z pewnością nie jest też miejscem dla starych ludzi, o czym Duszejko, wraz z rozwojem akcji, przekonuje się wielokrotnie. Trudno oczywiście nie zgodzić się z ogólną diagnozą stawianą w filmie, iż los osób w podeszłym wieku, zwłaszcza ubogich i schorowanych jest nie do pozazdroszczenia. Czy jednak media, które zwracają uwagę na ten aspekt filmu Agnieszki Holland, szczędziły słów pogardy wobec starszych ludzi modlących się pod krzyżem ustawionym obok Pałacu Prezydenckiego po smoleńskiej tragedii? No, ale ludzie na Krakowskim Przedmieściu to przecież zwykłe, nie warte uwagi młodych i wykształconych, „moherowe berety”.

Takich oczywistych niekonsekwencji w filmie da się wyłapać całkiem sporo. Jedna z nich jest jednak szczególnie wymowna, zwłaszcza w kontekście trwającej w Polsce walki o objęcie ochroną życia nienarodzonych dzieci. Zachwycający się filmem „Pokot” salonowcy z pewnością spijają z lubością padające z ust Duszejko – zwolenniczki wprowadzania zakazu polowań – słowa, w których bohaterka zdecydowanie krytykuje sytuacje, w której w jednym miesiącu zezwala się na odstrzał pewnych gatunków zwierząt, aby w pozostałych objąć je ochroną. Bohaterka „nie rozumie w jaki sposób „kalendarz może wpływać na kwalifikacje czynu”, bo dla niej „zabicie zwierzęcia jest zawsze brutalnym morderstwem”. Dlaczego, idąc tym tokiem rozumowania, lewicowo-liberalni twórcy nie chcą zweryfikować swego stosunku do aborcji? Dlaczego życie ludzkie ma być chronione tylko od momentu osiągnięcia określonej liczby tygodni, czy miesięcy? Czy dlatego, że małe dziki, czy sarenki są bardziej słodkie, niż nowonarodzone dzieci?

Alternatywa dla Kościoła

„Pokot” z pewnością można by wstawić na półkę z podobnymi mu antypolskimi, ideologicznie przesiąkniętymi produkcjami, gdyby nie pewna ważna z katolickiego punktu widzenia kwestia. Film wypełnia bowiem nachalna promocja artrologii i numerologii. Duszejko para się nimi z wielkim zaangażowaniem i przekonana jest o ich skuteczności w rozeznawaniu przyszłości. Zza ekologiczno-feministycznego kryminału, jakim zdaje się być „Pokot”, wyziera zatem wykrzywiona w upiornym uśmiechu twarz demona, który po mistrzowsku potrafi sprzedać swój zatruty towar.

Kościół i reprezentujący go kapłan na tle radosnej zwolenniczki astrologii Duszejko przedstawiony jest jako ciemna, bezduszna, faszystowska wręcz instytucja, której nie obchodzi cierpienie niewinnych! Tego zero-jedynkowego obrazu nie można odebrać inaczej niż jako atak na chrześcijańską tożsamość naszego kraju. Aż chce się rzecz nihil novi… ileż to jadu wylało się w ubiegłym roku pod adresem świętujących rocznicę Chrztu Polski katolików, ileż pojawiło się utyskiwań na ograniczające nasz rozwój okowy „watykańskiego panowania”!

Tego jednak było salonowi za mało. Należało zrobić jeszcze film – najlepiej z pomocą uznanej przez świat reżyserki, lansowanej w mediach na autorytet od wszystkiego (w jednym z ostatnich wywiadów radziła nawet Kościołowi, co powinien on przejąć od rabinów). Obraz Agnieszki Holland ma jasny cel – obrzydzić Polakom ich samych, ich Ojczyznę i ich Kościół.

Tylko, czy to aby nie zaczyna już być nudne?

Łukasz Karpiel

http://www.pch24.pl/pokot...i-,49718,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 17 Marzec 2017, 00:09    [Cytuj]

„Wyklęty”. Poolacyy, doo kinaa – marsz!



„Wyklęty” dostarcza najprostszej odpowiedzi na pytanie: dlaczego w Polsce jest dziś tak, jak jest? Otóż, dlatego, że siedemdziesiąt lat temu zdarzyło się to, co się zdarzyło. Po szczegóły zapraszam do kina.

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Hura! Oto po bez mała trzydziestu latach od rzekomego odzyskania niepodległości, suwerenności, wolności (i wszelkich innych ości, co tam kto odzyskał…) na wolne, niepodległe i suwerenne jak wszyscy diabli ekrany kin w Polsce wszedł wreszcie film z gatunku „histopat”, który można od początku do końca obejrzeć bez zażenowania, bez większych wątpliwości zaakceptować jego treść i przesłanie, bez wstydu polecić go znajomym. Krótko mówiąc: polski film historyczno-patriotyczny bez obciachu!

Tak jest – w prostych, żołnierskich słowach – „Wyklęty” to świetny kawałek kina. Konrad Łęcki przywraca mocno nadwątloną wiarę w możliwości polskiego filmotwórstwa. A przy okazji potwierdza starą zasadę, iż liczy się nie kasa, lecz głowa – nie środki przebogate, tylko sensowny pomysł i chęć zrobienia dobrego dzieła. Kierując się tą właśnie zasadą ekipa Marcina Kwaśnego (producenta filmu) stworzyła obraz, który śmiało może konkurować z produkcjami hollywoodzkimi, a niejedną z nich (nawet tych Oskarowych) wyraźnie przewyższa.

Kiedy więc czytacie, że „Wyklęty” to dzieło nieudane, nie wierzcie. Piszą to publicyści żywotnie zainteresowani tym, by Polacy po wieczne czasy myśleli kategoriami Peerelu. Kiedy słyszycie, jak wyliczają rzekome słabe punkty filmu, nie wierzcie. Czynią to krytycy patrzący na świat przez czerwone okulary. Kiedy docierają do was utyskiwania na znikomą wartość artystyczną tego typu produkcji, nie wierzcie. Mówią to animatorzy kultury, których horyzonty intelektualne i estetyczną wrażliwość wyznacza anatomia i fizjologia. Najlepiej więc w ogóle nie opierajcie się na żadnych opiniach – również na tej, którą właśnie czytacie – tylko idźcie do kina, by się organoleptycznie przekonać, że na taki właśnie obraz czekaliście długie lata.

Ciekawa historia o Historii
W „Wyklętym” wielka Historia i ciekawa historia splatają się w mocny węzeł, tworząc w efekcie wciągającą, dynamiczną opowieść. W oparciu o dosyć luźno potraktowane motywy życiorysu sierżanta Józefa Franczaka „Lalka” film w syntetyczny sposób ukazuje sytuację ostatnich żołnierzy Rzeczypospolitej w obliczu nieuchronnej eksterminacji. Zupełnie jak w drugiej „Obławie” Jacka Kaczmarskiego:

Strzelców twarze pijane w drzew koronach znad luf,
Wrzący deszcz wystrzelonych ładunków!
To już nie polowanie, nie obława, nie łów!
To planowe niszczenie gatunku!

Młody akowiec (kierowany zapewne idiotycznym rozkazem ostatniego komendanta Armii Krajowej) postanawia się ujawnić (najprawdopodobniej po to, by – zgodnie z intencją swego najwyższego dowódcy – „dalszą pracę i działalność prowadzić w duchu odzyskania pełnej niepodległości państwa”). Jednak bliższy kontakt z ludową władzą natychmiast pozbawia go wszelkich złudzeń – śmierci uniknął tylko dlatego, że ciężarówka wioząca go (w postaci krwawej miazgi) przypadkowo wpadła w zasadzkę Wojska Polskiego. Z ran wylizał się szybko, a jeszcze szybciej podjął decyzję, iż nigdy więcej nie wpadnie żywy w czerwone szpony. Przystał więc do oddziału, by odtąd dzielić jego dole i niedole, coraz mniej znaczące zwycięstwa i coraz boleśniejsze porażki, a przede wszystkim narastającą niepewność jutra, poczucie opuszczenia, chwile zwątpienia w słuszność obranej drogi.

Obce lasy przemierzam, serce szarpie mi krtań!
Nie ze strachu – z wściekłości, z rozpaczy!
Ślad po wilczych gromadach mchy pokryły i darń,
Niedobitki los cierpią sobaczy!

Film Konrada Łęckiego wszystko to bardzo plastycznie ukazuje: życie „prawem wilka”, tułaczy los, beznadziejność słusznej sprawy, mroźne noce w skalnych rozpadlinach, skręcający wnętrzności głód. Wojciech Niemczyk, odtwórca głównej roli znakomicie odmalował samotną odyseję ostatniego ocalałego z obławy, który pomimo coraz ciaśniej zaciskającej się pętli „jeszcze biegnie klucząc po norach, lecz już nie ma kryjówek, które miał, które znał, wszędzie wściekła wywęszy go sfora!”

Czerwone i białe
Zdecydowanie mocną stronę filmu stanowi zupełny brak relatywizowania – sytuacja jest czarno-biała (albo raczej czerwono-biała). Żadnych ubeków z ludzką twarzą, tylko wróg bezwzględny, bezlitosny i pozbawiony elementarnego poczucia przyzwoitości („Dziękuję, że mnie wtedy wyciągnąłeś z getta, ale teraz cię aresztuję…”). Żadnej wojny domowej, tylko nowa okupacja („zmiana jednej okupacji na drugą – jak pisał w swym ostatnim rozkazie nieszczęsny generał Okulicki – prowadzona pod przykrywką Tymczasowego Rządu Lubelskiego, bezwolnego narzędzia w rękach rosyjskich”); okupacja stokroć gorsza od poprzedniej, bo nastawiona nie na zabijanie ciał swoich ofiar, lecz na zatracenie ich dusz w piekle („Auschwitz to była igraszka…” – czyż nie tak porównał morderczy potencjał obu totalitaryzmów najlepiej chyba poinformowany w tej kwestii rotmistrz Pilecki?). Żadnego hamletyzowania, żadnego ważenia pseudoracji, tylko prosty obowiązek i wierność do końca („Naszego świata już nie ma…”, a wróg nie daje innego wyjścia, jak tylko przed pójściem do piachu zabrać ze sobą jak najwięcej bydlaków).

Bo kto biegnie – zginie dziś w biegu!
A kto stanął – padnie gdzie stał!
Krwią w panice piszemy na śniegu:
My nie wilki, my mięso na strzał!

Ale, ale – bo trochę się w tych analogiach zagalopowałem – nie należy sądzić, że „Wyklęty” to jakieś smętne martyrologium. Przeciwnie, sporo w nim momentów triumfu – wszak pomimo ostatecznej klęski żołnierze antykomunistycznego podziemia zdrowo napsuli krwi sowieckiemu okupantowi i jego polskojęzycznym pomagierom. Wcale więc nie zawiedzie się ten, kto z niecierpliwością oczekuje scen, w których nasi kropią bolszewika, aż wióry z niego lecą. Jest ich sporo i to bardzo przyzwoitych – bezwzględnie więc należy pochwalić stronę batalistyczną obrazu (w końcu przecież chodzi o film wojenny). W tej materii bardzo słusznie postawiono na prostotę: żadnego silenia się na „Szeregowca Ryana”, żadnych fruwających flaków, żadnych komputerowych polepszaczy. Ot, jak to na wojnie: ten strzela, tamten pada, przez co sceny bitewne w istotnej mierze zyskują na klarowności.

Wciąż gramy znaczonymi kartami
Sytuacja straceńczej walki wprost kusi – zwłaszcza Polaków – po sięgnięcie do bogatego arsenału środków wypracowanych w naszej kulturze przez całe XIX stulecie. Twórcy „Wyklętego” na szczęście nie poszli za tym światłem, dzięki czemu możemy podziwiać dzieło wolne od nieznośnego patosu, zadęcia, koturnowej sztywności i górnolotnej frazeologii (jakże charakterystycznych dla wielu polskich przedsięwzięć z patriotyzmem w tle). W „Wyklętym” niepodzielnie króluje prawda, co już samo w sobie gwarantuje sukces artystyczny i popularyzatorski, albowiem – jak uczy nasz wielki Pisarz Wyklęty – „tylko prawda jest ciekawa”.

Oto więc mamy film artystycznie bez zarzutu i treściowo prawdziwy. Czegóż więcej chcieć? Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wyraził zastrzeżeń. Mam dwa. Po pierwsze, scena ubeckiego gwałtu – aczkolwiek stonowana – i tak jest niepotrzebnie nazbyt wyrazista. Po drugie, film aż kipi od wulgaryzmów – niemal jak typowa polska komedia romantyczna. Rozumiem i przyjmuję argumenty reżysera, że to uwiarygodnia sytuację i najlepiej pokazuje, kto w istocie był prymitywnym bandytą, niemniej jednak trudno nie dostrzec paradoksalnej sytuacji: wartościowy film, który chcielibyśmy jak najszerzej pokazać zwłaszcza młodzieży, wyleje na jej głowy beczkę gnojówki. I kto tu w ogólnym rozrachunku jest górą? Czyja estetyka, czyja wizja człowieka, czyj model życia ostatecznie zwycięża? Wciąż gramy ich znaczonymi kartami…

Ale poza tym, „Wyklęty” rządzi (że pozwolę sobie – skoro tok wypowiedzi zszedł na młodzież – użyć młodzieżowego slangu), a zatem: szacun dla jego twórców! A skoro już się tak rozochociłem, to pozwolę sobie jeszcze wyrazić zachętę do obejrzenia „Wyklętego” – w prostych, żołnierskich słowach:
– Poolacyy, poowstań! Doo kinaa – marsz!

Jerzy Wolak

„Wyklęty” – scenariusz i reżyseria Konrad Łęcki; w rolach głównych: Wojciech Niemczyk, Marcin Kwaśny, Robert Wrzosek; Polska, 105 minut.

http://www.pch24.pl/wykle...z-,50194,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 18 Wrzesień 2017, 12:56    [Cytuj]

„Catholics. A fable” – „Katolicy. Bajka”.

A czy można sobie obejrzeć ten film?
Nasza poetka pisała:
„Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie…”.
Film „Katolicy. Bajka”. Jeśli bajka, to jednak nie dla dzieci. Ten film zaszkodzić nam nie powinien. Porusza pewne wątki, które (choć pewne z nich mogą wydać się szokujące) mogą nas wzmocnić w zaszczytnym obowiązku rzymskiego katolika, jakim jest obrona katolickiej wiary oraz obrona najdoskonalszego aktu kultu, jakim jest Msza Święta Wszechczasów.
Film można także odczytać jako przestrogę przed przejawami destrukcji Tradycji→. Porusza subtelny problem relacji między posłuszeństwem a powinnością obrony Tradycji, obrony katolickiej wiary. Film może kogoś obudzić do myślenia w kategoriach prawdy i dostrzeżenia, że i nie w bajce nie wszystko jest dzisiaj „w najlepszym porządku”…
Pesymistyczne zakończenie można odczytać jako poważne przynaglenie do troski o wiarę. W każdym powołaniu trzeba się troszczyć o wytrwanie w wierze. „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi wierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11, 6). „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).
Recenzja poniżej.
„Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie”…

https://www.youtube.com/watch?v=mfBnJbYxgjk

Recenzja zamieszczona w miesięczniku "Zawsze wierni"

Chcielibyśmy zwrócić uwagę czytelników na film „Katolicy” w reżyserii Jacka Golda. Zrealizowany w 1973 r., w dwa lata po wprowadzeniu przez papieża Pawła VI nowego rytu mszy, jest odbiciem tej najdramatyczniejszej w dziejach katolicyzmu epoki, która wzbudziła zainteresowanie nawet niekatolików. W filmie występują Trevor Howard, Martin Sheen, Cyril Cusack, Andrew Keir i Michael Gambon. Jednak gra aktorska jest tylko tłem dla skontrastowania przeciwstawnych postaw. Już pierwsze ujęcie wprowadza napięcie, które będzie towarzyszyć widzowi aż do końca. Na irlandzkim wybrzeżu zakonnicy z położonego na wyspie klasztoru odprawiają tradycyjną, trydencką Mszę św.. Widz odbiera scenę jak z czasów prześladowań Cromwella, kiedy katolicy irlandzcy zbierali się w ukrytych miejscach, nocą, na Świętą Liturgię. Przebywający w Rzymie przełożony zakonu, któremu podlega nieposłuszny klasztor, wysyła specjalnego wysłannika dla wprowadzenia posoborowych zmian. Przełożony wyszydza starą Mszę jakby to był przeżytek, nic już dla współczesności nie znaczący anachronizm. Wysłannik, ksiądz grany przez Martina Sheena, dla skontrastowania ze swymi zakonnymi adwersarzami jest ubrany po cywilnemu i wydaje się być człowiekiem całkowicie zeświecczonym. Jest zresztą brany przez ludność za dziennikarza, któremu nie należy pomagać. Kiedy zdeterminowany (nasuwa się tutaj analogia do współczesnych znanych nam modernistów) przy pomocy śmigłowca dotrze w końcu ze swymi poglądami do bogobojnych mnichów, będą to dwa przeciwstawne światy. Z jednej strony głęboka wiara i troska o zbawienie dusz poprzez udzielanie im sakramentalnej posługi, z drugiej natomiast służba, jak sam wysłannik przyznaje, ludzkości – łącznie z pełną akceptacją rewolucyjnej działalności w Ameryce Łacińskiej. I co najbardziej zdumiewające, nie wierzy on w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, co jest jakby dyrektywą płynącą z samego Rzymu. Kluczową postacią w dramacie jest konserwatywny opat, już kilkakrotnie przeciwstawiający się zmianom prowincjała. Ale w decydującym momencie przyznaje, że już od pewnego czasu stracił wiarę (!) – i on właśnie przechodzi na stronę apostazji. Jest to bardzo symptomatyczny sojusz modernistów i tych co stracili wiarę. W ostatniej sekwencji opat zaczyna wyznawać protestancką definicję obecności Pana Jezusa przez sam fakt wspólnotowej modlitwy. Przy pomocy nakazu posłuszeństwa opat chce wprowadzić modernistyczne nowinki. Tego jednak w filmie już nie zobaczymy. Znając historię możemy się tylko domyślać, jaki los spotkał tę monastyczną wspólnotę, której końcem będzie zeświecczenie, utrata powołań i opuszczenie na zawsze klasztoru na wyspie. Mechanizm zniszczenia był wszędzie podobny. Posługując się zaprzeczeniem zasady posłuszeństwa, która jest tylko w służbie Prawdy, a nigdy odwrotnie, dokonano demontażu Tradycji w Kościele na Zachodzie, a od kilkunastu lat również i w Polsce. I pomyśleć, że gdyby nie „nieposłuszny” arcybiskup Marcel Lefebvre, odebrano by nam katolikom na zawsze prawdziwą Mszę św. (Zawsze Wierni, nr 26 (styczeń-luty 1999), s. 109-110).

https://verbumcatholicum.com/2015/06/28/catholics-a-fable-katolicy-bajka/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17499
Skąd: Polska
Wysłany: 28 Wrzesień 2017, 14:05    [Cytuj]

Gadowski: „Pokot” to zapis grafomańskich omamów artystki nienawidzącej Polaków



„Zmieniły się polskie władze, zmienił się ton mediów publicznych, jednak to co najważniejsze – kultura, a szczególnie polska kinematografia… ani drgnęły. Jak leżały i ideologicznie zatruwały swoich widzów i słuchaczy, tak leżą. Nadal znajdują się w rękach uzurpatorów, którzy – siłą – usiłują narzucić całemu społeczeństwu wzorce etyczne i wyobraźnię, które budzą dreszcz obrzydzenia u normalnie pojmującego obywatela”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

Zdaniem publicysty „przykładem niesłychanej bezczelności – zakrawającej na prowokację – jest dofinansowanie przez Polski Instytut Sztuki Filmowej produkcji filmu Pokot”. To jednak nic w porównaniu z kolejną decyzją PISF-u związaną z „dziełem” w reżyserii Agnieszki Holland. Władze Instytutu postanowiły bowiem promować ten „obłąkańczy film” i patronować mu w ubieganiu się o nominację do „Oscara” dla najlepszego nieanglojęzycznego filmu.

„Pokot nie jest żadnym filmem, żadną opowieścią, żadną artystyczną prowokacją – formuła filmowa stanowi w nim jedynie pretekst do zaprezentowania propagandowego, brutalnego w swojej wymowie manifestu ideowego”, uważa Gadowski. Jak bowiem inaczej nazwać przesłanie zawarte w postawie głównej bohaterki tego „dzieła”, która „za zabicie swoich dwóch psów morduje myśliwych, pali kościół i dostępuje swoistego wniebowstąpienia do ekologicznego raju”?

Dziennikarz podkreśla, że produkcja w reżyserii Agnieszki Holland wzywa „do zrównania zwierząt z ludźmi”, czemu służy filmowa prezentacja istoty ludzkie - najbardziej negatywnego bohatera w dziejach świata, którą napędzają mordercze instynkty.

„Holland w swoim filmie twierdzi, że zabijanie ludzi, którzy wyznają inny niż ekologiczny sposób widzenia świata, jest uzasadnione, a nawet wskazane. Eko-terroryzm to, jej zdaniem, jedyne wyjście z pułapek współczesności”, wskazuje Gadowski. Dodaje, że „Pokot” próbuje wmówić widzowi, że Boga nie ma. Istnieje za to „misterium przyrody” wyznaczające prawdziwy i jedyny „rytm postępowania”.

To jednak nie wszystkie wady „Pokotu” wyliczone przez Gadowskiego. Głupi scenariusz, tandetna oprawa, papierowe postacie, „zła, niemanieryczna muzyka towarzysząca scenom”, to tylko niektóre z poza-ideologicznych wad wyliczanych kolejno przez publicystę.

W opinii Gadowskiego ogromne wsparcie ze strony PISF, jakie otrzymał film Agnieszki Holland to nic innego jak kolejny etap trwającej od wielu lat kampanii przeciwko Polsce, w ramach której „świadomie atakowane są tradycja i narodowe wartości”. Celem tej akcji jest „oświecenie ciemniaków”, czyli powolna, ale niekończąca się próba stworzenia nowego, postępowego obywatela a co za tym idzie – zniszczenie katolicyzmu poprzez pokazanie, że ludzkość nie potrzebuje Boga, a nawet jeśli potrzebuje, to jest nim natura.

„Ten film nie może reprezentować Polski w świecie. Nic do rzeczy nie ma tu bredzenie o artystycznej wolności. Publiczne pieniądze nie mogą być kierowane na grafomańskie omamy artystki, która polskiego społeczeństwa po prostu nienawidzi. Pora, aby pani Holland i podobnie do niej myślący artyści przestali – za nasze pieniądze – pluć nam w twarz”, kończy Gadowski.

Źródło: tygodnik „Niedziela”

TK

https://www.pch24.pl/gado...ow,54944,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Informacje | TV Trwam | Radio Maryja na żywo |
Polecamy:informacje ktorych potrzebujesz Fundacja Skierniewice i Szkola Skierniewice
Korzystanie z forum oznacza pełną akceptację otrzymywania plików cookies.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,151 sekundy. Zapytań do SQL: 9