ND Forum - Dzień dobry POLSKO! Strona Główna ND Forum - Dzień dobry POLSKO!
Ludzie z sercem i głową

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Niszczenie pamięci historycznej
Autor Wiadomość
Aerolit

Dołączył: 09 Sty 2008
Posty: 581
Wysłany: 20 Luty 2010, 16:54   Niszczenie pamięci historycznej [Cytuj]

Sławomir Cenckiewicz

Zapomniana rocznica

Przemysłowy charakter niszczenia archiwów SB i PZPR zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać

Radykalni obrońcy dorobku III Rzeczypospolitej od czasu do czasu przypominają nam o kolejnych okrągłych rocznicach. Najpierw świętowano 20. rocznicę zakończenia rozmów Okrągłego Stołu, później rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 r. i powołania Tadeusza Mazowieckiego na premiera. Obchodzono także rocznicę zmiany szyldu z PRL na RP, a nawet 20-lecie planu Balcerowicza. W tym szaleństwie kolejnych jubileuszy, sejmowych egzaltacji i akademii zapomniano o 20. rocznicy niszczenia na przemysłową skalę dokumentów SB i PZPR.
Biała legenda Mazowieckiego
Bezprecedensowy być może w najnowszych dziejach Polski proces niszczenia archiwów nie jest dzisiaj powodem do chluby. Niszczenie źródeł historycznych, bez względu na to, kto był ich wytwórcą, ma zawsze charakter zamachu na pamięć i świadomość narodową. A proces ten przypadł na czas urzędowania „pierwszego niekomunistycznego rządu” kierowanego przez Mazowieckiego, któremu po latach buduje się wyłącznie białą legendę. Co bardziej krewcy z jego obrońców potrafią nawet przyznać, że owszem, dokumenty były niszczone, ale „nasz premier” zaaferowany najważniejszymi reformami kraju po prostu nic o tym nie wiedział.
Tę sielankową wizję zapracowanego premiera, który nie ma pojęcia, że podległa mu administracja dzień i noc niszczy bezcenne archiwalia dokumentujące dzieje PRL, zaburzył przed laty Jan Rokita. W swojej wspomnieniowej książce ówczesny krakowski poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego napisał: „Otrzymałem informacje, że z MSW są wynoszone i palone akta. Dotarłem do premiera, co dla zwykłego posła OKP nie było łatwe, ale Mazowiecki dał mi radę absurdalną: żebym poinformował o tym Kiszczaka, tego samego, który na palenie akt co najmniej zezwalał”.
Od tej pory obowiązuje już nieco inna wersja wytłumaczenia tej sprawy. Zapytany o niszczenie archiwów Henryk Woźniakowski, który w gabinecie Mazowieckiego pełnił funkcję zastępcy rzecznika prasowego rządu, odparł, że w tamtym czasie należało przede wszystkim uwzględniać otoczenie wewnętrzne i zewnętrzne Polski (stacjonowanie wojsk sowieckich i sojusze międzynarodowe), a „pierwszoplanową sprawą były pakiet ustaw i plan Balcerowicza”, które zmieniały kraj. Jego zdaniem Mazowiecki robił, co mógł, by powstrzymać proces niszczenia dokumentów, ale realnie możliwość taka nastąpiła dopiero z chwilą odejścia z resortu spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka.
Stanowisko rządu
Tak naiwne tłumaczenie wydarzeń z przełomu lat 1989 – 1990 nie znajduje potwierdzenia w faktach. Wystarczy wspomnieć, że w lutym 1990 r., czyli już po sławetnym rozkazie ministra Kiszczaka zakazującym niszczenia dokumentów MSW (31 stycznia 1990 r.), stanowisko rządowe w kwestii kwalifikacji dokumentów operacyjnych SB jako „niestanowiących materiałów archiwalnych” w rozumieniu ustawy o narodowym zasobie archiwalnym przygotował… gen. Zbigniew Pudysz. W piśmie do prokuratora generalnego Rzeczypospolitej Polskiej Józefa Żyty z 22 lutego 1990 r. podsekretarz stanu w MSW bronił w istocie decyzji o niszczeniu akt SB, powołując się na zarządzenie gen. Kiszczaka z 8 lipca 1985 r. (nr 049/85): „brakowaniu podlegają wszystkie akta operacyjne posiadające czasowe praktyczne znaczenie oraz dokumentacja pomocnicza posiadająca krótkotrwałe znaczenie praktyczne. Brakowanie może nastąpić po upływie ustalonych na mocy cytowanego zarządzenia okresów przechowywania. Okresy te są zróżnicowane w zależności od treści akt operacyjnych: minimalnie – dwa lata, maksymalnie – 60 lat. Cecha tajności nie ma bezpośredniego wpływu na okres przechowywania, kryterium decydującym jest zakładana dalsza przydatność”. Niszczenie archiwów MSW gen. Pudysz uzasadniał również stopniową likwidacją poszczególnych komórek organizacyjnych SB, które w przypadku akt przechowywanych krócej niż pięć lat mogły je „brakować we własnym zakresie”.
Systematyczny proces
Do akcji niszczenia dokumentów resort Kiszczaka przygotowywał się od dłuższego czasu. Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IV MSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. Decyzję tę tłumaczył zmianą w sytuacji społeczno-politycznej i „prawnym uregulowaniem stosunków państwo – Kościół i Polska – Watykan”. Dodał także, że systemy ewidencjonowania danych o duchowieństwie w pełni zabezpieczają potrzeby SB. Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt. Szef Wydziału Studiów i Analiz w Gdańsku mjr Jerzy Frączkowski wspominał później, że nowo utworzona komórka „nie prowadziła już pracy operacyjnej”, a wytyczne w sprawie niszczenia materiałów operacyjnych otrzymywał bezpośrednio od wiceministra spraw wewnętrznych gen. Henryka Dankowskiego i szefa SB płk. Jerzego Karpacza podczas specjalnych telekonferencji. W tym czasie zacieranie śladów po przestępczej działalności SB oraz ukrywanie najcenniejszej agentury było bodaj najważniejszą sprawą, jaką w ogóle zajmował się resort Kiszczaka.
Złodziejska prywatyzacja
W operacji „brakowania akt” nie chodziło wcale o zniszczenie wszystkich najcenniejszych aktywów archiwalnych bezpieki. Już w sierpniu 1989 r. przystąpiono do selekcji materiałów SB pod kątem wyodrębnienia tych o największym znaczeniu operacyjnym i politycznym. Następnie niektóre z tych materiałów mikrofilmowano w dwóch kopiach, oryginały zaś niszczono. Wiele ze zmikrofilmowanych archiwaliów zniknęło wiosną 1990 r. Proces „prywatyzacji” najciekawszych materiałów agenturalnych opisał pod koniec 1990 r. jeden z archiwistów gdańskiej SB kpt. Jan Żaczyński, który podjął później pracę w UOP: „materiały dotyczące wyeliminowanych źródeł informacji z terenu całego województwa gdańskiego były zmikrofilmowane. Kopie mikrofilmów były udostępniane pracownikom, natomiast oryginały mikrofilmów, tzw. filmy matki, miałem zabezpieczone u siebie w szafie. W okresie miesięcy marzec – kwiecień 1990 r. na skutek wielokrotnych nalegań i gróźb ze strony ówczesnego kierownika kpt. Aleksego Świetlika oraz naczelnika mjr. Michała Stryczyńskiego, wydałem im bez pokwitowania wszystkie mikrofilmy »matki«. Twierdzili oni, że mikrofilmy te mają być odtąd przechowywane na stałe u kierownika kpt. Aleksego Świetlika. Nie wiem, co się z tą dokumentacją stało, ale w tej chwili w tutejszym wydziale archiwum nie ma żadnego protokołu zniszczenia dokumentów bądź przekazania ich innej jednostce. Mikrofilmów tych nie ma też w Wydziale”. Nieprzypadkowo część zaginionych wówczas mikrofilmów odnaleziono w 1993 r. w mieszkaniu byłego majora SB Jerzego Frączkowskiego w Gdańsku. Poza dokumentacją agenturalną i operacyjną dotyczącą Lecha Wałęsy posiadał on także wyjątki ze spraw operacyjnych SB prowadzonych m.in. przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, Bogdanowi Borusewiczowi i Bogdanowi Lisowi.
Archiwalna pożoga
Akcja niszczenia akt bezpieki w latach 1989 – 1990 miała charakter przemysłowy. Tylko jednego dnia w papierni w Konstancinie-Jeziornie zniszczono 3 tony dokumentów MSW. Była to jednak kropla w morzu tego, co w tym czasie uległo zniszczeniu. Wyjątkowej wagi dokumentacja dotycząca odtworzenia procesu niszczenia akt trójmiejskiej SB zachowała się w gdańskiej prokuraturze. Akcję tę realizowano przez kilka miesięcy w systemie trzyzmianowym. Były okresy, kiedy codziennie, w biały dzień, pod siedzibę WUSW w Gdańsku podjeżdżały samochody ciężarowe, które wywoziły akta na wysypiska śmieci w Szadułkach, do wykopanych dołów na podmokłych Żuławach Wiślanych i do „Celulozy” w Świeciu. Przedsięwzięcie to angażowało całe kierownictwo resortu spraw wewnętrznych, które oficjalnie prowadziło w tej sprawie korespondencję z papierniami mającymi przyjąć bezpieczniacką „makulaturę”. Z dokumentów wynika, że w drugiej połowie 1989 r. w ciągu zaledwie jednej doby niszczono od 2 do 5 ton dokumentów gdańskiej bezpieki w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu. Udokumentowano cztery takie transporty do Świecia (25 sierpnia 1989 r., 17 października 1989 r. i dwie dostawy z 14 grudnia 1989 r.). „Gdy przyjechaliśmy do Świecia, Aleksy Świetlik załatwił odpowiednią przepustkę i wjechaliśmy na teren zakładów celulozowych” – zeznawał były funkcjonariusz SB Ryszard Szreder, który później znalazł zatrudnienie w policji. „Samochody tyłem podjechały przed wejście do hali i następnie nosiliśmy worki na odległość ok. 6 – 7 metrów i wrzucaliśmy je do kręcącego się bębna z wodą. Worków nie otwieraliśmy, tylko w całości je wrzucaliśmy. Wydaje mi się, że do Świecia pojechali wszyscy z Wydziału C, którzy przyszli tego dnia na 6 rano do pracy. Bębny miały określoną pojemność, mieściło się w nich po mniej więcej 15 worków, potem trzeba było czekać ok. 25 minut i wrzucać ponownie. Pracowaliśmy przy tym do ok. godziny 16. Uważam, że każdy z nas wiedział, co znajdowało się w tych workach”.
Kilometry utraconych akt...
Trudno dziś dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wiadomo, że proces niszczenia archiwów SB przebiegał równolegle w centrali MSW i w wojewódzkich urzędach spraw wewnętrznych. Z centralnej kartoteki ogólnoinformacyjnej Biura „C” MSW zginęło wówczas około 600 tys. kart rejestracyjnych. W połowie przetrzebiono także kartotekę czynnych i wyeliminowanych osobowych źródeł informacji. Wyniesiono także tzw. Zbiór 560, czyli utworzoną w lipcu 1989 r. na polecenie gen. Dankowskiego kartotekę zawierającą informacje operacyjne na temat parlamentarzystów wybranych w wyborach 4 czerwca 1989 r. Skala dokonanych zniszczeń jeszcze dzisiaj wprawia o zawrót głowy, choć znamy jedynie dane z niektórych regionów kraju. W Łodzi zniszczono w tym czasie około 70 procent zasobu archiwalnego, w tym: prawie 41 (z 47) tysięcy teczek tajnych współpracowników, ponad 21 (z 26) tysięcy spraw operacyjnych i 8 (z 13) tysięcy spraw śledczych. W Trójmieście było jeszcze gorzej. Zniszczenia sięgają ponad 90 procent, w tym: prawie 26 tys. teczek agenturalnych (99 proc.), ponad 13 tys. spraw operacyjnych (86 proc.) i ok. 8,5 tys. teczek postępowań i spraw przygotowawczych (94 proc.). „Wybrakowano” ponadto prawie 10 tys. mikrofilmów, dzienniki archiwalne, dzienniki rejestracyjne, skorowidze wyeliminowanych agentów itd.
Akcja zorkiestrowana
Podobne operacje przeprowadzono w tym czasie w strukturach wywiadu (II Zarząd Sztabu Generalnego) i kontrwywiadu wojskowego (Wojskowa Służba Wewnętrzna). Przykładowo w 1990 r. ostatni szef WSW gen. Edmund Buła miał skopiować i przekazać Sowietom całą kartotekę. Pod jego okiem zniszczono w tym czasie ok. 40 tys. jednostek archiwalnych. Proces niszczenia archiwów miał miejsce także w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie m.in. częściowo „wybrakowano” zbiory Wydziału Konsularnego (sprawy polonijne). Jako że obie instytucje ściśle współpracowały z bezpieką, podobna akcja objęła również wydziały spraw wewnętrznych w urzędach wojewódzkich oraz urzędy do spraw wyznań. Proces ten nie ominął także akt Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Ruch” (akta osobowe dziennikarzy) i jej właścicielki – PZPR. Rozpoczął się najpewniej 20 grudnia 1989 r. od zniszczenia stenogramów z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR z lat 1982 – 1989. Jednak już w lipcu 1989 r. gen. Wojciech Jaruzelski polecił przekazać stenogramy do depozytu Sztabu Generalnego Ludowego Wojska Polskiego. W ten sposób zniszczono 266 być może najważniejszych dokumentów Biura Politycznego dekady lat 80. Dokumenty partyjne niszczono także w komitetach wojewódzkich PZPR, co zostało zresztą już w tamtym czasie ujawnione głównie za sprawą antykomunistycznej młodzieży z Konfederacji Polski Niepodległej i Federacji Młodzieży Walczącej. Działacze tych organizacji na przełomie lat 1989 i 1990 pikietowali siedziby PZPR w Bydgoszczy, Krakowie, Lublinie i Gdańsku. Zajęcie gmachu KW PZPR w Gdańsku w końcu stycznia 1990 r. nastąpiło dokładnie w czasie niszczenia archiwów partyjnych. W kotłowni znaleziono hałdy zmielonych oraz dopalających się akt PZPR.
Konsekwencja godna innej sprawy
Niestety, przemysłowy charakter niszczenia archiwów zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać. Nawet wówczas, kiedy pojawiła się możliwość osądzania winnych, ludzie z rodowodem solidarnościowym robili wszystko, by sprawiedliwości nie stało się zadość. Z jednej strony nie usuwali z szeregów Urzędu Ochrony Państwa i policji ludzi, którzy aktywnie uczestniczyli w akcji niszczenia dokumentów. Z drugiej natomiast, tak jak szef MSW w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego – Henryk Majewski, konsekwentnie odmawiali zwolnienia oskarżanych przez prokuraturę funkcjonariuszy o niszczenie dokumentów SB z tajemnicy państwowej „w zakresie wszelkich danych dekonspirujących personalia osobowych źródeł informacji, których akta zostały zniszczone, oraz ujawniających przedmiot postępowań operacyjnych, których materiały także zniszczono” (decyzja MSW z 19 lipca 1991 r.). W ten sposób praktycznie nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej za zniszczenie części narodowego zasobu archiwalnego.
Podobnie postępowano w przypadku akt partyjnych.
Dzisiaj ci sami ludzie, którzy w latach 1989 – 1990 popełnili grzech zaniechania i przyzwolili na zniszczenie wielu kilometrów akt, mówią nam, że akta bezpieki nie mają większej wartości, i zamierzają przejąć kontrolę nad IPN. I to jest być może najlepsze wytłumaczenie ich postawy sprzed 20 lat.
Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/artykul/..._rocznica_.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
sonia
sonia

Dołączyła: 07 Gru 2008
Posty: 6384
Skąd: z Polski
Wysłany: 20 Luty 2010, 17:53   Aerolit [Cytuj]

zgadzam się
bronmy IPNu,bronmy Naszej Narodowej Pamieci..........
a liderom" złodziejskiej prywatyzacji,wciąż przypominajmy
kim są
........i jak nas zdradzali przed laty i jak zdradzają dzisiaj

klasyczny przyklad......
minister w rządzie PO........TW Boni
fachowiec
od przeksztalcania ludzkiego kapitału.......w bezrobotnych,bezdomnych
przesladowanych
przez banki.,przez komornikow i policję .................POLAKOW
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 23 Luty 2010, 12:05    [Cytuj]

prawdopodobnie w dniu 1953-02-23 został zamordowany

August Emil Fieldorf, ps. Nil (ur. 20 marca 1895 w Krakowie, stracony 24 lutego 1953 w Warszawie) ; bojownik o niepodległość Polski, generał brygady Wojska Polskiego, organizator i dowódca Kedywu Armii Krajowej, zastępca Komendanta Głównego AK, dowódca organizacji NIE.


Młodość, działalność niepodległościowa i służba w Wojsku Polskim
Urodził się 20 marca 1895 w Krakowie. Tamże ukończył szkołę męską im. św. Mikołaja, a następnie I Męskie Seminarium. W 1910 wstąpił do Strzelca, którego pełnoprawnym członkiem został w 1912. Ukończył w nim szkołę podoficerską.

6 sierpnia 1914 zgłosił się na ochotnika do Legionów Polskich i wyruszył na front rosyjski, gdzie służył w randze zastępcy dowódcy plutonu piechoty. W 1916 został awansowany do stopnia sierżanta, a w 1917 skierowany do szkoły oficerskiej. Po kryzysie przysięgowym wcielony do Cesarskiej i Królewskiej Armii i przeniesiony na front włoski. Zdezerterował i w sierpniu 1918 zgłosił się do Polskiej Organizacji Wojskowej w rodzinnym Krakowie.

Od listopada 1918 w szeregach Wojska Polskiego, początkowo jako dowódca plutonu, a od marca 1919 dowódca kompanii ckm. W latach 1919;1920 uczestniczył w kampanii wileńskiej. Po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej w randze dowódcy kompanii brał udział m.in. w wyzwalaniu Dyneburga, Żytomierza, w wyprawie kijowskiej i bitwie białostockiej.

Od 1919 był żonaty z Janiną Kobylińską, z którą miał dwie córki: Krystynę i Marię.

Po wojnie pozostał w służbie czynnej. W 1928 został awansowany na stopień majora i przeniesiony do służby w 1 Pułku Piechoty Legionów na stanowisku dowódcy batalionu. W 1935 został przeniesiony na stanowisko dowódcy samodzielnego Batalionu KOP "Troki" w Pułku KOP "Wilno". W rok później został awansowany do stopnia podpułkownika.

Niedługo przed wybuchem II wojny światowej mianowany dowódcą 51 Pułku Strzelców Kresowych im. Giuseppe Garibaldiego – w Brzeżanach.

W kampanii wrześniowej 1939 przeszedł cały szlak bojowy 12 Dywizji Piechoty jako dowódca 51 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych im. Giuseppe Garibaldiego. Po jej rozbiciu w nocy z 8 na 9 września w bitwie pod Iłżą, przebił się w cywilnym ubraniu do rodzinnego Krakowa. Stamtąd spróbował przedostać się do Francji, jednak został zatrzymany na granicy słowackiej i internowany w październiku 1939. W kilka tygodni później zbiegł z obozu internowania i przez Węgry przedostał się na zachód, gdzie zgłosił się do tworzącej się polskiej armii.

We Francji ukończył kursy sztabowe i w maju 1940 został awansowany na stopień pułkownika. We wrześniu tego roku jako pierwszy emisariusz został przerzucony do kraju.

Początkowo działał w warszawskim Związku Walki Zbrojnej, a od 1941 w Wilnie i Białymstoku. W sierpniu 1942 został mianowany dowódcą Kedywu KG AK. Służbę na tym stanowisku pełnił do lutego 1944. Wydał rozkaz likwidacji generała SS w Warszawie Franza Kutschery.

W kwietniu 1944 powierzono Fieldorfowi zadanie stworzenia i kierowania głęboko zakonspirowaną organizacją ;Niepodległość; o kryptonimie NIE, kadrowego odłamu Armii Krajowej przygotowanego do działań w warunkach sowieckiej okupacji. Bezpośrednie działania organizacja "NIE" miała podjąć po rozwiązaniu Armii Krajowej 19 stycznia 1945.

Na krótko przed upadkiem powstania warszawskiego, rozkazem Naczelnego Wodza Kazimierza Sosnkowskiego z 28 września 1944 awansowany na stopień generała brygady. W październiku 1944 został zastępcą dowódcy Armii Krajowej, gen. Leopolda Okulickiego.

Represje i proces 1945-1953
7 marca 1945 został aresztowany przez NKWD w Milanówku pod fałszywym nazwiskiem Walenty Gdanicki i nierozpoznany został zesłany do obozu pracy na Uralu. Po odbyciu kary, w październiku 1947 powrócił do Polski i osiedlił się pod fałszywym nazwiskiem w Białej Podlaskiej. Nie powrócił już do pracy konspiracyjnej. Przebywał następnie w Warszawie i Krakowie, a w końcu osiadł w Łodzi, przy dzisiejszej ul. Adama Próchnika (tablica pamiątkowa).

W odpowiedzi na obietnicę amnestii w lutym 1948 zgłosił się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Łodzi i ujawnił, podając prawdziwe imię i nazwisko oraz stopień generała brygady. Mimo tego na ewidencję RKU został wciągnięty jako Walenty Gdanicki. W czerwcu tego roku zwrócił się na piśmie do ministra obrony narodowej z prośbą o uregulowanie stosunku do służby wojskowej. Pismo podpisał własnym imieniem i nazwiskiem. W październiku 1950 spotkał się z gen. Gustawem Paszkiewiczem, wówczas dyrektorem Biura Wojskowego Ministerstwa Leśnictwa, a przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej, dowódcą 12 DP. Od byłego przełożonego uzyskał pisemne potwierdzenie przebiegu służby wojskowej w czasie wojny. Z tym dokumentem 10 listopada 1950 stawił się w Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Łodzi. Po wyjściu z siedziby RKU został aresztowany przez funkcjonariuszy UB, przewieziony do Warszawy i osadzony w areszcie śledczym MBP na ul. Koszykowej. Później przewieziony do więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej 37 i oskarżony o wydawanie rozkazów likwidowania przez AK partyzantów radzieckich. Pomimo tortur Fieldorf odmówił współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa.

Po sfingowanym procesie, w którym przedstawiono wymuszone w śledztwie przez UB zeznania podwładnych gen. Fieldorfa ; mjr Tadeusza Grzmielewskiego "Igora" i płk. Władysława Liniarskiego "Mścisława", których torturowano, generał Fieldorf został 16 kwietnia 1952 skazany w Sądzie Wojewódzkim dla m. st. Warszawy przez sędzię Marię Gurowską (właśc. Maria Sand) na karę śmierci przez rozstrzelanie. W wydaniu tego wyroku wzięli udział również ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski. 20 października 1952 Sąd Najwyższy na posiedzeniu odbywającym się w trybie tajnym, pod nieobecność oskarżonego i jedynie na podstawie nadesłanych dokumentów, w składzie sędziowskim: Emil Merz, Gustaw Auscaler i Igor Andrejew, zatwierdził wyrok. Prośba rodziny o ułaskawienie została odrzucona. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Alicja Graff, wicedyrektor Departamentu III Generalnej Prokuratury zwróciła się do naczelnika więzienia o "wydanie niezbędnych zarządzeń do wykonania egzekucji". Wyrok przez powieszenie wykonano 24 lutego 1953 o godz. 15:00 w więzieniu Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej. Miejsce spoczynku ciała Emila Fieldorfa przez wiele lat pozostawało nieznane. W kwietniu 2009 pojawiły się informacje, że pracownikom IPN udało się ustalić lokalizację grobu. Ciało generała spoczywa prawdopodobnie na Powązkach, blisko symbolicznego grobu wystawionego dla uczczenia jego pamięci.

W lipcu 1958 Generalna Prokuratura postanowiła umorzyć śledztwo z powodu braku dowodów winy. W marcu 1989 został zrehabilitowany, zmieniono postanowienie, "zarzucanej mu zbrodni nie popełnił".

Śledztwo w sprawie mordu sądowego
Śledztwo w sprawie mordu sądowego na gen. Fieldorfie zostało wszczęte w 1992 przez poprzednika IPN ; Główną Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Objęło ono wszystkie osoby, które w latach 1950;1952 zaangażowane były w sprawę gen. "Nila". Byli to przede wszystkim prokuratorzy: Naczelnej Prokuratury Wojskowej ; Helena Wolińska, Prokuratury Generalnej ; Beniamin Wejsblech i Paulina Kern, sędzia Sądu Wojewódzkiego Maria Gurowska vel Górowska i dwóch ławników ; Bronisław Malinowski i Mieczysław Szymański, oraz sędziowie orzekający w Sądzie Najwyższym ; Emil Merz, Gustaw Auscaler i Igor Andrejew. W trakcie śledztwa okazało się, że podejrzani albo już nie żyją, albo zmarli w trakcie postępowania. Akt oskarżenia udało się sformułować jedynie wobec Wolińskiej i Górowskiej. Film ukazujący bezskuteczne starania córki generała o wymierzenie sprawiedliwości w stosunku do żyjących winnych zbrodni dostępny jest w YouTube .

Pamięć o generale Nilu
W 1972 na symbolicznym grobie generała postawiono pomnik. Klepsydra symbolizująca grób znajduje się także w Kwaterze na Łączce Cmentarza Wojskowego.

30 lipca 2006, przy okazji obchodów 62. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego[.

29 lutego 2008 Sejm 6 kadencji na swoim 9 posiedzeniu uczcił pamięć generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Oto sejmowy zapis stenograficzny tego fragmentu obrad:


Marszałek: Przystępujemy do rozpatrzenia punktu 23. porządku dziennego: Przedstawiony przez Prezydium Sejmu projekt uchwały w sprawie uczczenia 55. rocznicy śmierci generała Augusta Emila Fieldorfa ˝Nila˝ (druk nr 279).
Jeszcze raz proszę uprzejmie o powstanie. (Zebrani wstają)

˝Uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie uczczenia 55. rocznicy śmierci generała Augusta Emila Fieldorfa 'Nila'. 24 lutego 2008 roku minęła 55. rocznica śmierci Augusta Emila Fieldorfa, pseudonim 'Nil'. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej oddaje cześć temu wielkiemu obywatelowi, patriocie i żołnierzowi.

August Emil Fieldorf we wczesnej młodości brał udział w wojnie o odzyskanie niepodległości, a potem walczył w jej obronie. Był żołnierzem Pierwszej Brygady Legionów, uczestniczył w wojnie z Rosją Sowiecką w 1920 roku, bronił Polski we wrześniu 1939 roku, był żołnierzem Armii Krajowej, w której pełnił funkcję dowódcy Kedywu ;
Kierownictwa Dywersji. Po wojnie aresztowany przez NKWD, a potem przez UB, został przez krzywoprzysiężny sąd skazany na śmierć i zamordowany.

August Emil Fieldorf jest przykładem człowieka, który całe życie poświęcił walce o niepodległość i suwerenny byt Rzeczypospolitej Polskiej˝.

Stwierdzam, że Sejm podjął uchwałę w sprawie uczczenia 55. rocznicy śmierci generała ˝Nila˝. Dziękuję bardzo. (Burzliwe oklaski)

17 kwietnia 2009 odbyła się premiera filmu biograficznego-dramatu historycznego "Generał Nil".

Z dniem 31 lipca 2009 Minister Obrony Narodowej nadał Jednostce Wsparcia Dowodzenia i Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych imię gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila"

Ordery i odznaczenia
Order Orła Białego (2006)
Krzyż Złoty Orderu Wojennego Virtuti Militari
Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari (1923)
Krzyż Niepodległości (1932)
Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1937)
Krzyż Walecznych – czterokrotnie
Złoty Krzyż Zasługi (1929)
Krzyż Zasługi Wojsk Litwy Środkowej
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 24 Luty 2010, 08:06    [Cytuj]

57. rocznica śmierci bohatera Polskiego Państwa Podziemnego
"Ojczyste Majdanki" generała "Nila"

Piotr Szubarczyk
--------------------------------------------------------------------------------

Każdego roku 24 lutego przypominamy Polakom postać gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (1895-1953) - bohatera Polskiego Państwa Podziemnego, zastępcy ostatniego dowódcy głównego Armii Krajowej, szefa legendarnego Kedywu (Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK). 24 lutego 1953 r. w więzieniu mokotowskim sowiecki kat założył generałowi - z woli krzywoprzysiężnego sądu - stryczek na szyję. Pozostał tylko "płacz kobiecy i długie, nocne rodaków rozmowy".


Wielokrotnie miałem zaszczyt pisać i mówić publicznie o generale "Nilu". Za każdym razem towarzyszyły mi silne emocje i poczucie bezsilności, choć tyle lat minęło od tej śmierci. Zawsze pojawiała się smutna refleksja o tym, jak zapłacono "Nilowi" za jego wierną służbę Rzeczypospolitej. Przywoływałem z pamięci słowa gorzkiego wiersza Kazimierza Wierzyńskiego "Na rozwiązanie Armii Krajowej":

Za dywizję wołyńską, nie kwiaty i wianki -
Szubienica w Lublinie. Ojczyste Majdanki.
Za sygnał na północy, bój pod Nowogródkiem -
Długi urlop w więzieniu. Długi i ze skutkiem.
Za bój o naszą Rossę, Ostrą Bramę, Wilno -
Sucha gałąź lub zsyłka na rozpacz bezsilną.
Za dnie i noce śmierci, za lata udręki -
Taniec w kółko: raz w oczy, a drugi raz w szczęki.
Za wsie spalone, bitwy, gdzie chłopska szła czeladź -
List gończy, tropicielski: dopaść i rozstrzelać!
Za mosty wysadzone z ręki robotniczej -
Węszyć gdzie kto się ukrył, psy spuścić ze smyczy.
Za wyroki na katów, za celny strzał Krysta -
Jeden wyrok: do tiurmy. Dla wszystkich. Do czysta! (...)

Najbardziej wzrusza mnie ten "celny strzał Krysta" przywołujący na pamięć młodziutkiego żołnierza AK Janka Krysta "Alana", który dowiedziawszy się o tym, że choruje na gruźlicę płuc, i przewidując rychłą śmierć, poprosił dowództwo Kedywu o prawo do podjęcia i wykonania niebezpiecznej akcji. Nie chciał umierać na gruźlicę, chciał swojej śmierci nadać sens. Zastrzelił w warszawskiej "Adrii" trzech gestapowców, a sam zginął. Żona generała "Nila", Janina Kobylińska-Fieldorf, pisała po wojnie, że jej mąż był człowiekiem surowym i nieskorym do wzruszeń, ale nie mógł się powstrzymać od łez, gdy wspominał swoich najmłodszych podkomendnych z drużyn starszoharcerskich Szarych Szeregów, niedawno jeszcze chłopców, którzy polegli w walce. Pewnie nieraz myślał o Janku Kryście, o Tadeuszu Zawadzkim "Zośce", o Janku Rodowiczu "Anodzie" haniebnie zamordowanym już po wojnie przez UB na Koszykowej. Przez wzgląd na pamięć o tej młodzieży postanowił pozostać w kraju, choć przerzut na Zachód, z całą rodziną, dla takiego konspiratora jak on nie stanowił problemu. "Tylu ich zginęło" - powtarzał niezmiennie i wszelkie sugestie, by uciekać z kraju opanowanego przez Sowietów nienawidzących idei polskiej niepodległości, którą niosło samo wspomnienie AK, traktował jako rozwiązanie niegodne oficera AK.
Kiedy czytam o Lublinie i "ojczystych Majdankach", staje mi przed oczyma postać podporucznika Henryka Wieliczki "Lufy", dowódcy szwadronu w 5. Wileńskiej Brygadzie AK, zamordowanego w roku 1949 przez NKWD - UB na Zamku Lubelskim, gdzie w czasie wojny gestapo męczyło polskich patriotów, a w lipcu 1944 r. dokonało masakry ponad 300 więźniów. I po czymś takim to samo miejsce służyło powojennemu okupantowi, niedawnemu sojusznikowi Hitlera, do przeprowadzenia zagłady nowych męczenników narodowej sprawy.
Czy to, co się stało z generałem "Nilem", można nazwać "ojczystymi Majdankami"? Pewnie tak, skoro sędzina czytająca wyrok śmierci rozpoczęła od słów: "Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej"! Generał nie miał złudzeń, że ani ona, ani prokurator, ani śledczy - prawie wszyscy narodowości żydowskiej w służbie sowieckiej - z Rzecząpospolitą Polską wiele wspólnego nie mieli poza tym, że tu mieszkali. Słowa te jednak z pewnością musiały wywrzeć na nim ogromne wrażenie. To tak, jakby ktoś ukradł ci to, co najbardziej w życiu kochałeś, i szyderczo obrócił to przeciwko tobie. To tak, jakby komuś za mało było twojej śmierci, dlatego postanowił cię upokorzyć i do cna pognębić. Więc jest coś na rzeczy w tych "ojczystych Majdankach", choć rozum podpowiada, że - zgodnie z faktami - to obcy, a nie Polacy zabili generała "Nila".
Wyrok warszawskiego "sądu" zapadł w dniach, gdy cała partyjna Polska składała propagandowy hołd sowieckiemu namiestnikowi na Polskę Bolesławowi Bierutowi w 60. rocznicę jego urodzin. Gdy azjatyckim, nieznanym w Polsce zwyczajem nadawano imię namiestnika zakładom pracy, ulicom, nawet miejscowościom. Śmierć polskiego generała była urodzinowym "prezentem" dla najwyższego przedstawiciela sowieckiej władzy nad Wisłą.
Nawet uzasadnienie wyroku dopasowano do jego upodobań. Podobno generał "Nil" mordował w czasie wojny "radzieckich partyzantów, członków PPR, GL i AL, i osoby narodowości żydowskiej" - sztuk 237 na terenie województwa białostockiego, sztuk 799 na terenie województwa nowogródzkiego, sztuk 20 na terenie województwa lubelskiego. Nadzwyczajna precyzja! Na dodatek generał robił to wszystko "w okresie od 1943 do 1945 r. na terenie Rzeczypospolitej Polskiej". Zdumiewające! Przecież według Sowietów, od 17 września 1939 r. "państwo polskie rozpadło się"... Jeśli generał w tym czasie mordował to chyba na terenie "zachodniej Białorusi", a nie w województwach białostockim i nowogródzkim... Powinien być sądzony raczej przez sąd sowiecki, tak jak generał Okulicki i inni. Tylko że w czerwcu 1945 r. Stalin nie zdążył jeszcze wybudować w Polsce teatralnych bolszewickich dekoracji w postaci "sejmu", "sądu" etc., więc zmuszony był "sądzić" Polaków w Moskwie. Teraz, w roku 1953, cała scenografia była już przygotowana i sowieckiemu despocie sprawiło szczególną przyjemność pognębienie i zamordowanie wybitnego polskiego oficera przez sąd "polski".

Od Bohatyrewicza do Fieldorfa
Kiedy w roku 1943 Niemcy odkryli groby polskich oficerów w Lesie Katyńskim, pojechał tam m.in. wybitny polski pisarz, prezes Związku Literatów Polskich Ferdynand Goetel. Po wojnie musiał uciekać z kraju ścigany przez UB jako "niemiecki kolaborant"! Goetel pisał o wrażeniu, jakie zrobiło na nim wydobyte z katyńskiego dołu ciało gen. bryg. Bronisława Bohatyrewicza, najstarszego z zamordowanych oficerów polskich, już w stanie spoczynku, siedemdziesięcioletniego. Ale i jemu nie darowano. Został aresztowany i dołączony do jeńców. Goetel pisał: "W głębi, na leśnej polanie, dwie setki obdukowanych już ofiar, podobnych do mumii czy woskowych lalek (...). Przed nami ciągnie się główna mogiła, którą przeszywa wąwóz wykopany wzdłuż pokładu trupów, leżących zwartą i zlepioną masą jeden na drugim (...). Coś kurczy się w nas i drży, gdy profesor [G. Buhtz z Wrocławia - P.Sz.] jednym ruchem noża odłącza czaszkę od tułowia i skalpuje ją, aby ukazać wlot kuli w tyle głowy i wylot jej nad czołem. A teraz nożyczki tną mundur w poszukiwaniu papierów. Są. Poklejone i nadżarte jadem, mało czytelne. Wśród nich kartka częściowo czytelna (...). - Generał Bohatyrowicz - słyszę głos profesora, przystanąwszy nad postacią złożoną na uboczu. Nie mogę przez dłuższy czas oderwać od niej wzroku, gdyż więzi mnie szaro-niebieska wstążka Virtuti Militari na krawędzi płaszcza. Włosy generała posiwiałe. Biegnę myślą wstecz. Bohatyrewicz... Bohatyrewicz... Skąd znam to nazwisko? Ach, przecież to z powieści Orzeszkowej 'Nad Niemnem'! Wzburzenie uderza mi do gardła. Proszę profesora, aby odjął wstążkę Virtuti, gdyż chcę ją zabrać ze sobą do Warszawy. Zabieram jeszcze szlifę leżącego opodal generała [Mieczysława] Smorawińskiego, kilka guzików z orłem i garść ziemi wprost z mogiły. Myślałem wówczas o chwili, gdy relikwie te przekażę jakiemuś muzeum w wolnej Polsce. Wszystko spłonęło, wraz z moim domem, w Powstaniu".
Co łączy generała "Nila" z generałem Bohatyrewiczem? Obaj byli generałami suwerennej Rzeczypospolitej, obaj walczyli z bolszewikami w obronie Polski i Europy. Obaj po latach zostali za to zamordowani. I jeszcze jedna, symboliczna więź: 24 lutego, dzień śmierci "Nila", był dniem urodzin generała Bohatyrewicza... Nie może być wątpliwości co do tego, że gdyby pułkownik Fieldorf dostał się w roku 1939 do sowieckiej niewoli, zginąłby w Katyniu, w Twerze lub w Charkowie. "Nil" był w pewnym sensie ostatnią, spóźnioną ofiarą katyńskiej zbrodni. Może dlatego nasi wrogowie tak celebrowali jego śmierć, zadbali o najdrobniejsze szczegóły. Nawet o to, by zginął nie od kuli, lecz na szubienicy, jak zwykły przestępca.

Sowiecka opowieść
W znakomitym filmie dokumentalnym "The Soviet Story" popularny w Polsce rosyjski pisarz polityczny Wiktor Suworow wyjaśnia, dlaczego Stalin kazał zabić 25 tys. polskich oficerów i więźniów politycznych: "Gdyby oni przeżyli wojnę, nie byłoby polskiego Politbiura"... Myli się Suworow w tej sprawie. Gdyby oni przeżyli wojnę, zostaliby zamordowani nie w Katyniu czy w Charkowie, lecz w "ojczystych Majdankach". Piwnice przy ul. Mokotowskiej były równie pojemne jak piwnice przy ul. Sowieckiej 5 w Twerze. Wspomniany film miał premierę w ubiegłym roku w Brukseli, ale nie spodobał się "lewicy". Za dużo analogii między czerwonymi i brunatnymi zbrodniarzami. Zakupiła go Telewizja Polska, ale nikt stamtąd nie ma odwagi, by go pokazać. Ostatni przykład represji za wyemitowanie "Towarzysza Generała" działa odstraszająco. Generał "Nil" i inni polscy oficerowie zamordowani po wojnie dalej cierpią katusze w "ojczystych Majdankach".


August Emil Fieldorf (20.03.1895 - 24.02.1953). Wybitny oficer Legionów Polskich i Wojska Polskiego oraz Polskiego Państwa Podziemnego lat 1939-1945, kawaler Virtuti Militari.
Od młodości w służbie na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego - w Związku Strzeleckim (1912), jako żołnierz I Kompanii Kadrowej (1914) i I Brygady Legionów; uczestnik wojny z bolszewikami (1919-1920). W wojnie obronnej 1939 r. dowódca 51 pułku piechoty. Od 1940 r. w Komendzie Głównej ZWZ, potem inspektor Obszaru Krakowskiego i komendant Obszaru Białostockiego ZWZ-AK. Używał pseudonimu "Nil", przybranego na szlaku kurierskim via Kair, nawiązującego do rzeki Nil i do Horacjańskiego "Nil desperandum" (Nie rozpaczajcie). Od 1942 r. w Komendzie Głównej AK, członek Kierownictwa Walki Podziemnej, szef Kedywu, organizator zamachu na Franza Kutscherę i wielu innych akcji dywersyjnych. Wyznaczony na komendanta organizacji NIE(podległość), która miała się przeciwstawić sowietyzacji Polski po wojnie. Aresztowany przez NKWD, nierozpoznany, spędził 2 lata (1945-1947) na zesłaniu pod Swierdłowskiem, które cudem przeżył. Mimo dobrowolnego ujawnienia się aresztowany przez UB (1950), nakłaniany do współpracy z bezpieką. Odmówił.
16.04.1952 r. sowiecki Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał generała "Nila" na karę śmierci. 20.10.1952 r. Sąd Najwyższy podtrzymał "wyrok", który został wykonany 24.02.1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie przez powieszenie. Do dziś nieznane jest miejsce pochówku; żaden z uczestników zbrodni sądowej nie poniósł kary.
PSz

NASZ DZIENNIK 2010-02-24
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Syriusz

Dołączył: 03 Paź 2008
Posty: 4297
Wysłany: 5 Marzec 2010, 06:44    [Cytuj]

Ciche umorzenie afery z Ludwigsburga.



Po niemal czterech latach postępowania warszawska prokuratura okręgowa umorzyła śledztwo w sprawie nielegalnego przekazania stronie niemieckiej przez byłą Główną Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu dowodów hitlerowskich zbrodni na Polakach. Powód? Przedawnienie karalności czynu. - Postępowanie w sprawie wysyłki akt do Ludwigsburga zostało umorzone 12 października 2009 roku - potwierdził rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prokurator Mateusz Martyniuk. Chociaż umorzenie nastąpiło kilka miesięcy temu, informacja ta nie dotarła do szerszej opinii publicznej. Kopię pisma prokuratury okręgowej z ostatnich dni z informacją o umorzeniu śledztwa w sprawie wysyłki do Niemiec dowodów zbrodni na Polakach zamieściło na swoich stronach internetowych stowarzyszenie Blogmedia24.

Mimo bezprecedensowego charakteru tej sprawy i ogromnego rezonansu społecznego, jaki wywołała - nie wydano żadnego komunikatu dla mediów. Nie zwołano konferencji prasowej. Utrzymując wyniki śledztwa w tajemnicy, nie dano nawet szansy na publiczne napiętnowanie sprawców. Tak jakby było rzeczą naturalną, że funkcjonariusze państwowi odpowiedzialni za zacieranie śladów zbrodni na Narodzie pozostają bezkarni.
Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN ustaliła, że w minionych latach wysłano za granicę, głównie do Niemiec, aż 62 tys. 937 historycznych dokumentów pochodzących z akt śledztw prowadzonych przez tę instytucję. Były to najczęściej oryginalne dowody zbrodni niemieckich na Polakach w czasie II wojny światowej. Większość z nich trafiła do Centrali Ścigania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu (Die Zentrale Stelle der Landesjustitzverwaltungen zur Aufklärung nationalsozialistischer Verbrechten), a stamtąd rozprowadzone zostały po niemieckich archiwach. Wśród "wyeksportowanych" dowodów znajdowało się 11 996 aktów zgonu, 41 522 protokoły przesłuchań, 2304 fotokopie, 871 fotografii, 759 protokołów ekshumacji, 512 szkiców, 385 protokołów oględzin, 281 wyroków oraz wiele innych dokumentów.
- Akta śledcze przekazywane do Niemiec dokumentowały nie tylko zbrodnie na ludności, ale także straty materialne wyrządzone w Polsce w ramach systemu niemieckich represji. Były kopalnią wiedzy na temat podpaleń, grabieży mienia etc. - twierdzą nasi informatorzy związani z IPN.
Materiały z przeprowadzonego w IPN skontrum w archiwach przekazane zostały prokuraturze w celu ustalenia winnych przestępstwa.
Na skutek utraty dowodów zbrodni na Polakach aż 4630 spraw karnych prowadzonych przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej pozostaje formalnie w zawieszeniu, a w ponad 600 dalszych nie ma żadnej decyzji procesowej. Prezes IPN zdecydował, że prokuratorzy mają zwracać się do Ludwigsburga o informację, czy strona niemiecka przeprowadziła śledztwo na podstawie przesłanych dowodów i jak się ono zakończyło. Prokuratorzy mają także występować o zwrot oryginalnych materiałów śledztwa lub przynajmniej przesłanie uwierzytelnionych kopii - poinformował Instytut Pamięci Narodowej.
- Zwrot oryginałów jest, według strony niemieckiej, niemożliwy, ponieważ zostały one umieszczone w systemie niemieckich archiwów i rozprowadzone po archiwach. Już trzy lata temu uzyskaliśmy tę odpowiedź z Ludwigsburga - twierdzą nasze źródła w IPN. Niemcy zadeklarowali jedynie, że mogą wskazać, gdzie dane dokumenty są przechowywane i ewentualnie dostarczyć uwierzytelnione kopie.
Proceder wysyłki materiału dowodowego za granicę do 2004 r. odbywał się bez podstawy prawnej, a więc także bez ścieżki zwrotu do kraju - wynika z informacji departamentu prawno-traktatowego MSZ z 2005 r. przygotowanej dla ministra sprawiedliwości. Polska ratyfikowała konwencję genewską o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959 r. dopiero w kwietniu 2004 r., a dodatkowe ułatwienia wprowadziła w umowie dwustronnej z Niemcami z 17 lipca 2004 roku.
Informacja o tym, że dowody niemieckich zbrodni na Polakach trafiły w niemieckie ręce, wywołała skandal. Do IPN zaczęły zgłaszać się osoby posiadające wiedzę na temat wysyłki akt (były one kierowane do prokuratury). Nasi Czytelnicy podnosili w listach, że oczekują po tym śledztwie nie tylko ustalenia listy utraconych dowodów i ujawnienia nazwisk osób odpowiedzialnych za ten haniebny proceder, ale także podania motywów, którymi kierowali się sprawcy.
Prokuratura zakwalifikowała proceder jako "przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego na szkodę interesu publicznego lub prywatnego", tj. jako czyn z art. 131 par. 1 kk. Przestępstwo to zagrożone jest karą do trzech lat pozbawienia wolności. Karalność takiego przestępstwa ustaje po zaledwie 5 latach, a jeśli wcześniej zostało wszczęte postępowanie - po dziesięciu latach od popełnienia. Gdyby przyjąć inną kwalifikację, np. "utrudnianie postępowania karnego przez funkcjonariusza publicznego", zagrożenie karą byłoby wyższe i okres przedawnienia karalności dłuższy nawet o 10 lat.
- Większość przypadków przekazania akt stronie niemieckiej miała miejsce w latach 60. i 70. ubiegłego wieku - przypomniał prokurator Martyniuk.
Z naszych informacji wynika, że były również przypadki przekazywania Niemcom oryginalnych materiałów archiwalnych z II wojny światowej w latach 90., co może wskazywać na ogólną tendencję panującą w tym czasie. Przekazano wtedy stronie niemieckiej wystawę oryginalnych zdjęć "Powstanie Warszawskie 1944", archiwum Głównego Urzędu Bezpieczeństwa III Rzeszy oraz kilkanaście tomów akt niemieckiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Ten ostatni zbiór darowano z dedykacją: "W imię dobrej współpracy...". Nie zostały one jednak objęte zawiadomieniem prezesa IPN do prokuratury, a prokurator nie zdecydował się na rozszerzenie zakresu postępowania o te wątki.
Małgorzata Goss
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 6187
Skąd: Łódź
Wysłany: 5 Marzec 2010, 07:27    [Cytuj]

Powtarza Pan, Panie Syriuszu wiadomość którą zamieściłem w dziale media.

Wysłany: Dzisiaj 4:08 Ciche umorzenie afery z Ludwigsburga
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Syriusz

Dołączył: 03 Paź 2008
Posty: 4297
Wysłany: 5 Marzec 2010, 07:56    [Cytuj]

Faktycznie!,to tak z rozpędu jakoś wyszło, ale mam nadzieję ze nic złego tym nie zrobiłem.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 6187
Skąd: Łódź
Wysłany: 5 Marzec 2010, 09:57    [Cytuj]

Syriusz napisał/a:
Faktycznie!,to tak z rozpędu jakoś wyszło, ale mam nadzieję ze nic złego tym nie zrobiłem.


Oczywiście, że nic złego Pan nie zrobił, po prostu "przegapił" Pan mój "ranno-nocny" wpis.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
sonia
sonia

Dołączyła: 07 Gru 2008
Posty: 6384
Skąd: z Polski
Wysłany: 7 Marzec 2010, 16:40    [Cytuj]

Syriusz, nie martw się :)
ja np z ciekawością przeczytałam ten tekst,mimo,że ze czytałam go
w innym miejscu ...w sieci....
pozdr......:)
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
sonia
sonia

Dołączyła: 07 Gru 2008
Posty: 6384
Skąd: z Polski
Wysłany: 7 Marzec 2010, 16:44    [Cytuj]

longinus9,
pan Piotr Szubarczyk pisze piękne TEKSTY
a ten należy do wyjątkowo
WAZNYCH.....nasze Dzieci i wnuki
już nie uczą sie histoii..szczegolnie
.tej własnie z ostatnich kilkudziesięciulat....
teksty pana Piotra
winny ukazywać się jakozeszyty historyczne,
mozna by je zbierac.......i czytać MŁODYM
ku pamięci.......
ciekawe jak w szkołach bedą mowić o Katyniu....?
pozdr
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
sonia
sonia

Dołączyła: 07 Gru 2008
Posty: 6384
Skąd: z Polski
Wysłany: 7 Marzec 2010, 16:49    [Cytuj]

re
Niszczenie Pamięci
szczegolnie TERAZ powinniśmy dbać,by nie zniszczono jej dokumentnie
teraz,gdy nami rządzi człowiek,
dla ktorego POLSKOSC,to nienormalność.....
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 28 Czerwiec 2010, 05:05    [Cytuj]

Czy doczekamy się odpowiedzi polskiej kinematografii na propagandowe filmy rosyjskie, takie jak "Rok 1612" lub "Taras Bulba"?
Przemilczane tryumfy


W dniu drugiej tury wyborów prezydenckich - 4 lipca br., przypada okrągła 400. rocznica wspaniałego zwycięstwa Polaków nad połączonymi siłami rosyjskimi i szwedzkimi pod Kłuszynem. Z pewnością minie ona niezauważona. Od wielu lat starano się przemilczać lub wręcz fałszowano wspaniałe karty historii Polski, sukcesy polityczne i zwycięstwa militarne, a ich rocznice - zamiast obchodzić w atmosferze dumy i radości - traktowano jako "niepoprawne politycznie", skazując je na świadomościowy niebyt.

Nic więc dziwnego, że wielu Polaków wciąż trwa w przekonaniu, iż nasza historia sprowadza się wyłącznie do klęsk i tragedii, a każde święto państwowe powinno kojarzyć się z atmosferą cmentarza i salwą honorową nad grobem poległych.
Wyjątkiem była zawsze odpowiednio retuszowana propagandowo bitwa pod Grunwaldem, której 600. rocznica przypada właśnie w bieżącym roku. W okresie PRL, nawet po 1956 roku, utrwalano taki oto obraz przebiegu tej bitwy w wersji przeznaczonej dla polskiej młodzieży szkolnej (w tłumaczonych na język polski podręcznikach historyków radzieckich - Jefimowa czy Kośmińskiego). We wspomnieniach maturzysty z 1959 r. czytamy, jak to "pod naporem żelaznego teutońskiego walca, pod Grunwaldem najpierw czmychnęli Tatarzy, potem pierzchła Litwa, na koniec poddali tył Polacy". Wtedy wystąpiły dwa ruskie pułki smoleńskie i zatrzymały wroga. Zawstydzeni sojusznicy wrócili na pole walki i tak wspólnymi siłami Słowianie i Bałtowie pokonali wroga1 (w domyśle: "ze Związkiem Sowieckim na czele"). Wskutek tej dość osobliwej "polityki historycznej" uprawianej przez lata utrwalił się dziwny stereotyp: jeżeli w przeszłości Polakom przypadło w końcu jakieś zwycięstwo lub sukces polityczny, to z reguły bez ich udziału lub zasługi, zazwyczaj w wyniku pomyłki nieprzyjaciela lub zdrady jego sojusznika, jakiegoś przypadku, zbiegu okoliczności. Bo jakże to Polacy mogliby w czasach Leszka Czarnego odnieść zwycięstwo nad Tatarami dzięki własnym siłom lub dzięki geniuszowi swoich wodzów, skoro Tatarów wspierały oddziały ruskie? Ostatnio próbowano nawet "odbrązawiać" Bolesława Chrobrego, zdobywcę Kijowa i Łużyc, pewnie w obawie, że ktoś zechce ukazać w wersji filmowej dzieje Polski w okresie panowania tego wybitnego władcy, autora licznych zwycięstw "na wielu frontach", dzisiaj niekoniecznie poprawnych politycznie. Dotychczas taki film nie powstał.
Wiadomo też, że Bolesław Chrobry prowadził zwycięskie walki z wikingami, których broń była cennym zdobycznym trofeum wojennym. Broń znajdowana dzisiaj w Polsce na stanowiskach archeologicznych nie świadczy jakoby o zwycięstwach Bolesława Chrobrego i jego polskich wojów-drużynników, lecz o tym, że wikingowie należeli do jego drużyny. Takich manipulacji "poprawnych politycznie" mamy coraz więcej. To zaś, co uczyniono ze "Starej baśni" Józefa Ignacego Kraszewskiego w jej wersji filmowej, nie wymaga nawet komentarza.
Rok 2010 jest rokiem wielu rocznic, nie tylko 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Nie tylko tak tragicznych - jak 70. rocznica deportacji na Sybir i do Kazachstanu blisko miliona Polaków - mieszkańców wschodniej Małopolski (Kresów), czy rocznica katyńskiej zbrodni przeciwko ludzkości popełnionej na bezbronnych jeńcach reprezentujących elitę Narodu ("Trybuna Ludu" z 1 marca 1952 r. nie wahała się sprawców zbrodni katyńskiej nazywać "ludobójcami", a samą zbrodnię "ludobójstwem" - dopóki za sprawców uznawano Niemców). Ciekawe skądinąd, ilu Polaków wie, że Katyń znajdował się niegdyś w granicach Rzeczypospolitej.
Rok 2010 jest także 90. rocznicą zwycięskiej Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Przynajmniej rocznicę tego zwycięstwa III Rzeczpospolita na ogół godnie czci 15 sierpnia każdego roku i zapewne uczci w bieżącym roku. Oby w atmosferze radosnego zwycięstwa, a nie znowu w sposób "cmentarny" lub w atmosferze dąsów pseudopolityków usiłujących za wszelką cenę ugodzić w prestiż urzędu prezydenta RP (jeżeli zostanie nim Jarosław Kaczyński). Może warto jednak przypomnieć dzisiaj również inne rocznice.

Kłuszyn to nie Kałuszyn

Jak wspomniałem, 4 lipca 2010 roku minie 400 lat od wielkiego zwycięstwa hetmana Stanisława Żółkiewskiego pod Kłuszynem, zwycięstwa nad połączonymi siłami rosyjsko-szwedzkimi, które otworzyło Polakom drogę do Moskwy. Być może dzięki uczczeniu tej rocznicy Kłuszyn, znajdujący się mniej więcej w połowie drogi między Smoleńskiem i Moskwą, przestałby się wreszcie kojarzyć wielu Polakom z Kałuszynem pod Warszawą. Niedawno przekonywał mnie pewien, skądinąd inteligentny, prawnik, że hetman Żółkiewski w 1610 r. bronił Warszawy właśnie pod Kałuszynem (!). No cóż, taką mamy świadomość historyczną. Nic więc dziwnego, że chyba rok czy dwa lata temu pewien uczony historyk z pewnej szacownej warszawskiej placówki naukowej, zapytany przez dziennikarkę radiową, dlaczego Amerykanom udało się uzyskać niepodległość w XVIII wieku, a nam w 1792 roku nie udało się obronić Konstytucji 3 Maja - odparł: "Ponieważ Amerykanów dzielił od Anglii ocean, a nas od Rosji dzieliła rzeka Bug". Biedak nie wiedział albo udawał, że nie wie, iż w 1792 roku granica między Rzeczpospolitą a Rosją przebiegała na Dnieprze, a nie na Bugu... Dawna Rzeczpospolita to nie PRL.
Może po wejściu na ekrany propagandowych filmów rosyjskich (lub rosyjsko-ukraińskich), takich jak "Rok 1612" lub "Taras Bulba", dzięki którym Polacy mogli zobaczyć niepowodzenia polskiej, skrzydlatej husarii (oczywiście skazanej na klęski przez twórców tych filmów, chociaż pokazanej nie bez ukrywanego z trudem podziwu), kinematografia rosyjska wyprodukuje kolejny rocznicowy, równie bałamutny i antypolski film, tym razem np. o roku 1610. Zwycięstwo polskie pod Kłuszynem film usprawiedliwi np. tchórzostwem Szwedów (lub zaciężnych Niemców i Szkotów). Przecież można pokazać, że zachodni sojusznicy Moskwy nie dość aktywnie wspierali "niezwyciężone" hufce rosyjskie, wskutek czego ci niedobrzy Polacy odnieśli wielkie zwycięstwo.
Na szczęście o kolejnym największym polskim zwycięstwie, tym razem w kampanii 1660 roku (nazywanego w kronikach "szczęśliwym rokiem Rzeczpospolitej"), którego 350. rocznica przypada również w bieżącym roku, o bitwach pod Połonką, Lechowiczami, Cudnowem, Słobodyszczami, zapewne żaden film w Rosji nie powstanie. Wciąż obowiązuje tam nakaz milczenia o tej wojnie ustanowiony przez cara Aleksego jeszcze w XVII wieku. Wszakże po zwycięstwie Polaków w 1660 roku car Aleksy musiał przeprowadzić w całej Europie Zachodniej wielką i kosztowną akcję propagandową2, aby pomniejszyć wymiar klęski Rosji. I nie oszczędzał na propagandzie. Niszczono i palono wówczas wszelkie książki i druki ulotne sławiące polskie zwycięstwo. Poskutkowało.
Nawet po 350 latach redakcja "Rzeczpospolitej" w swoich dodatkach historycznych dotyczących polskich bitew "przeoczyła" rok 1660. A może obawiała się sprzeciwić carowi Aleksemu? Z równym uporem ta sama gazeta w kolejnej serii historycznych dodatków lechickie plemię Lędzian lokalizuje w okolicy Kielc i Lublina, mimo że Lędzianie, określani w kronikach ruskich mianem Lachów, zamieszkiwali do 981 roku tereny zwane Grodami Czerwieńskimi i późniejszą ziemię przemyską aż po górny Dniestr, a może i Styr.
Wiedza o wydarzeniach z lat 1660-1667 (zakończonych ustaleniem granicy między Polską i Rosją na linii Dniepru, z Kijowem czasowo w rękach rosyjskich), dostępna jest tylko specjalistom, którzy zresztą po ostatniej wojnie wykazywali dziwny brak zainteresowania tym okresem historii Polski, nie mówiąc o jego popularyzacji. Dopiero w roku 2006 ukazała się w księgarniach książka Łukasza Ossolińskiego pt. "Cudnów-Słobodyszcze 1660" (Zabrze, 2006) ukazująca przebieg zwycięskiej kampanii na Kresach, ugodę z Kozakami i kapitulację głównodowodzącego wojskiem rosyjskim Wasyla Borysewicza Szeremietiewa. Ten - jak pisze autor książki - "wspaniały sukces militarny" Rzeczpospolitej nad "wrogim całej Europie azjatyckim despotyzmem i barbarzyństwem" (s. 97) powtórzony został dopiero po 260 latach - w pamiętnym 1920 roku.

Jan III Sobieski także niepoprawny

Natomiast w bieżącym roku, 350. rocznica zwycięstw 1660 roku minie zapewne w Polsce bez echa, podobnie jak minęła w ubiegłym roku 200. rocznica bitwy pod Raszynem (19 kwietnia 1809 r.). A przecież Raszyn to wielki sukces młodego rocznika wojsk Księstwa Warszawskiego, który pokazał Europie, że "jeszcze Polska nie zginęła", a polski żołnierz potrafi dotrzymać pola doborowej, zahartowanej w wielu bitwach armii austriackiej dowodzonej przez arcyksięcia Ferdynanda d'Este. I to mimo asekuracyjnej postawy sprzymierzonych i obecnych pod Raszynem wojsk saskich nieangażujących się przesadnie w walce przeciwko Austriakom.
Bitwa pod Raszynem powinna - podobnie jak wiele innych wydarzeń całkowicie usuniętych ze świadomości młodzieży - znaleźć trwały wyraz w uroczystościach rocznicowych i innych popularyzatorskich formach ich upamiętnienia. Starsi coś niecoś o niej wiedzą dzięki "Popiołom" Stefana Żeromskiego i bardzo popularnej przed wojną i krótko po niej książce Walerego Przyborowskiego. A może 19 kwietnia warto obchodzić jako święto lub dzień "szeregowca", żołnierza najniższej rangi, oni bowiem, prości żołnierze, wykazali się niezwykłym męstwem właśnie pod Raszynem.
Napoleon mówił, że jeśli Polacy mają być godni niepodległości, to powinni pokazać, że stać ich na wystawienie co najmniej 30-tysięcznej armii. 30 tysięcy w czasach Księstwa Warszawskiego to odpowiednik co najmniej 300 tysięcy zawodowej armii w XXI wieku. Czasy się zmieniły, lecz wciąż trzeba przypominać, że ze słabym i bezbronnym nikt się nie liczy. A tymczasem jaki jest dzisiaj stan obronności, a jaki jeszcze może być pod rządami "piłkarzy", każdy widzi. Nie czekajmy też, aż filmy o naszych zwycięstwach historycznych zaczną realizować obce kinematografie. Możemy się bowiem doczekać kolejnego filmu, takiego jak ten historyczny film dokumentalny pt. "Z biegiem Dunaju" (bodajże produkcji austriackiej lub niemieckiej). Twórcy tego filmu informują widzów w Europie, że w 1683 roku pod Wiedniem uratował Europę przed najazdem Turków książę Karol Lotaryński. Jana III Sobieskiego widocznie pod Wiedniem nie było (przynajmniej nie ma go w tej produkcji). I taki oto film odważono się kilka lat temu pokazać polskim telewidzom. Czy po projekcji tego filmu odezwały się masowe głosy sprzeciwu lub oburzenia? Ależ skąd. Polak powinien przyjąć i uwierzyć z pokorą w każdą bzdurę historyczną podaną do wierzenia przez dziennikarskich specjalistów od historii Polski, której prawdziwa wersja w żaden sposób nie chce pasować do wymagań poprawności politycznej.
Romuald Kmiecik

1 J. Szczepaniak [w:] Tamten "Staszic", Wspomnienia wychowanków Liceum im. S. Staszica w Lublinie (...), Lublin 2009, s. 89.
2 Zob. Z. Wójcik, Traktat andruszowski 1667 roku i jego geneza, Warszawa 1959, s. 47.

Autor jest profesorem prawa, kierownikiem Katedry Kryminalistyki i Prawa Dowodowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

NASZ DZIENNIK 2010-06-28
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17747
Skąd: Polska
Wysłany: 28 Czerwiec 2010, 07:19    [Cytuj]

Cytat:
Od wielu lat starano się przemilczać lub wręcz fałszowano wspaniałe karty historii Polski, sukcesy polityczne i zwycięstwa militarne, a ich rocznice - zamiast obchodzić w atmosferze dumy i radości - traktowano jako "niepoprawne politycznie", skazując je na świadomościowy niebyt.


Czyż można się dziwić że Polacy nie znają historii Polski, tych najlepszych kart, które są przemilczane ? Czyż można się dziwić ? Poprawne politycznie podręczniki do historii wybiórczo traktują te największe wydarzenia, pokazując Polskę od jak najgorszej strony.
Nie dziwi więc brak miłości od Ojczyzny, oraz traktowanie polskości jako "nienormalności".
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 30 Czerwiec 2010, 17:18    [Cytuj]

Polska między historią a geopolityką
Kłuszyn, Moskwa, hołd ruski


Mija właśnie 400 lat od dnia, kiedy w bitwie pod Kłuszynem wojsko polskie rozbiło wielokrotnie silniejszą armię rosyjską. Kłuszyn był nie tylko jednym z najwspanialszych militarnych zwycięstw w całej naszej historii, lecz to także chwała i sława oręża polskiego. To apogeum potęgi politycznej i świetności Rzeczypospolitej pod koniec jej złotego wieku. Takich wiktorii jak Kłuszyn mieliśmy w naszej historii zaledwie kilka. Można je policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. Zdecydowanie więcej mieliśmy wielkich klęsk narodowych. Przegrane powstania, tragiczny wrzesień 1939, klęska Polski w II wojnie światowej w 1945 roku, Katyń, Oświęcim, deportacje na Syberię... Tak - rocznice tych tragicznych wydarzeń są na ogół uroczyście czczone, odsłaniane są tablice, pomniki, składa się kwiaty, a politycy przypominają okoliczności historyczne tych wydarzeń. A zwycięstw często jakbyśmy się wstydzili. Dotyczy to przede wszystkim Kłuszyna, którą to nazwę cenzura komunistyczna PRL wykreśliła na pół wieku z kart polskiej historii i ten cenzorski zapis jakby nadal obowiązuje, chociaż PRL już dawno przestała istnieć.
Od połowy XVI wieku, szczególnie w okresie panowania cara Iwana Groźnego, Moskwa prowadziła zdecydowaną ekspansję na Zachód, nie tylko przeciwko Polsce, ale też przeciwko cywilizacji europejskiej, której katolicka Polska była przedmurzem i symbolem, a zarazem stanowiła całkowite zaprzeczenie azjatyckiego systemu ideowo-politycznego, który panował w Rosji. W 1609 r. został zawarty traktat w Wyborgu pomiędzy prawosławną Rosją a protestancką Szwecją. Skierowany był on przeciwko Rzeczypospolitej. W Polsce złotego wieku obaj agresorzy widzieli zamożne, bogate państwo, które można było złupić, a co ważniejsze - przewidywali zagarnięcie i podzielenie się częścią terytorium Polski, co stanowiło preludium do późniejszych rozbiorów. Rosjanie i Szwedzi wnikliwie obserwowali sytuację w Warszawie, a zwłaszcza konflikty polityczne w Polsce, licząc na słabość Rzeczypospolitej. Rachuby te okazały się wtedy jeszcze przedwczesne. Dzięki hetmanowi Stanisławowi Żółkiewskiemu rozpoczęto prewencyjne działania bojowe. Problemem były: brak pieniędzy na sformowanie nowych oddziałów, presja czasu, a przede wszystkim ogromna przewaga rosyjska w ludziach i artylerii. Mimo to wojsko polskie ruszyło na Moskwę, a w październiku 1609 roku rozpoczęło się oblężenie Smoleńska. To w trakcie otoczenia tej twierdzy większość bojarów uznała polskiego królewicza Władysława, który zagwarantował Rosjanom prawosławie, za władcę Rosji.
W tych okolicznościach pomiędzy Smoleńskiem a Moskwą pod Kłuszynem doszło do bitwy 4 lipca 1610 roku. Armia rosyjska złożona z doborowych pułków dowodzona była osobiście przez brata carskiego wielkiego kniazia Dymitra Szujskiego. W jej skład wchodził 5-tysięczny korpus Szwedów, a także ponad 6 tysięcy najemników z Niemiec, Francji, Holandii, a nawet z Hiszpanii. W sumie armia rosyjska przekraczała 40 tysięcy ludzi, w dodatku posiadała artylerię. Przeciwko nim hetman Żółkiewski wystawił zaledwie 7-tysięczny korpus polski, którym dowodził osobiście. Główną siłą uderzeniową i trzonem nielicznych wojsk polskich była husaria - najlepsza wtedy, niepokonana ciężka jazda, słynna w całej Europie. Mobilność wojsk oraz odwaga i determinacja żołnierzy polskich, a wreszcie znakomite dowodzenie i geniusz strategiczny Stanisława Żółkiewskiego doprowadziły do całkowitego rozbicia armii rosyjskiej. Krwawa bitwa miała swój moment krytyczny, kiedy do decydującej szarży ruszyła polska husaria, której uderzenie dosłownie rozniosło wielokrotnie liczniejszego przeciwnika. Pobici i zdemoralizowani Rosjanie w popłochu uciekli z pola bitwy. Zdezerterował m.in. dowódca armii rosyjskiej wielki kniaź Dymitr Szujski. Zwycięscy husarze zdobyli jego złotą buławę oraz główny sztandar armii rosyjskiej ze złowieszczym carskim dwugłowym orłem. Przed polskim wodzem skapitulowali natomiast najemnicy europejscy suto opłacani przez Rosjan. Do polskiej niewoli już po zajęciu Moskwy dostał się zarówno pobity pod Kłuszynem Dymitr Szujski, jak też jego brat - car Wasyl. Rosyjski car dostał się do polskiej niewoli i musiał się ukorzyć przed polskim królem w Warszawie!
W 1611 roku odbył się w Warszawie tzw. hołd ruski, czyli tryumf, jakiego nikt w Polsce nigdy nie widział! Przez Krakowskie Przedmieście "szła kareta skórzana otworzysta Króla Jego Mości, sześciom koni. Siedział w niej car Rosji Wasyl Szujski, przybrany w szatę z białego złotogłowiu i wysoki szłyk futrzany. 'Oczu parzystych, ponurych, surowych' - patrzył w ulicę, na której 'konkurs był większy ludzi'". W Sali Senatorskiej Zamku Królewskiego hetman Stanisław Żółkiewski oddał go królowi, w pięknej i ludzkiej przemowie uszanował jeńców, polecił ich łaskawości zwycięzcy. W obecności wszystkich posłów i senatorów podczas wspólnego posiedzenia Sejmu i Senatu car Wasyl pochylił odkrytą głowę, dotknął dłonią posadzki, ucałował własne palce. Kniaź Dymitr Szujski, niefortunny wódz spod Kłuszyna, uderzył czołem raz jeden. Najmłodszy brat cara kniaź Iwan uczynił to po trzykroć i płakał. Podobnie jak hołd pruski z 1525 roku, tak samo hołd ruski z 1611 roku był zmarnowaną szansą Polski.
Politycznie Rzeczpospolita nie potrafiła wykorzystać wielkiego zwycięstwa pod Kłuszynem, zabrakło woli politycznej, koncepcji polityki wschodniej i szerokich strategicznych pomysłów w polityce zagranicznej. Mało kto wie, że słynna kolumna Zygmunta przed Zamkiem Królewskim została postawiona w 1644 roku, w kolejną rocznicę zwycięstwa wojsk polskich nad Rosją. Wystarczy wczytać się w łacińskie inskrypcje znajdujące się na podstawie kolumny. Strzegą jej z czterech stron polskie orły, bo to nasza polska pamięć i tożsamość.
Klęska pod Kłuszynem jest dla Rosjan od 400 lat ważnym memento. W rosyjskiej tradycji do dziś (!) czuje się charakterystyczny respekt przed Polakami oraz Polską dużo słabszą od Rosji.
Józef Szaniawski

NASZ DZIENNIK 2010-06-30
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 3 Lipiec 2010, 06:12    [Cytuj]

Wielki sukces militarny, jakim była bitwa pod Kłuszynem, nie został na dłuższą metę politycznie wykorzystany. Na zawsze jednak pozostanie świadectwem wojennego kunsztu, z którego w tamtych czasach słynęli Polacy. Będzie też nierozłącznie związany z osobą wielkiego dowódcy, hetmana Stanisława Żółkiewskiego
Kłuszyn: Czterysta lat temu też była niedziela


4 lipca przed 400 laty przypadał, tak jak w tym roku, w niedzielę. O brzasku tego dnia na polach rosyjskiej wsi Kłuszyn (dzisiejsze Kłuszyno w obwodzie smoleńskim) rozpoczęły się zbrojne zmagania, które na stałe weszły do historii Polski i jej wschodnich sąsiadów. Ażeby dokładniej nakreślić militarny kontekst tego wydarzenia, trzeba cofnąć się do wypadków, jakie zaczęły się rozgrywać jeszcze w roku poprzednim, jego podłoże polityczne wymaga zaś przypomnienia zjawisk sięgających początkami co najmniej schyłku XVI stulecia.

Sąsiadująca od wschodu z Rzecząpospolitą Obojga Narodów Rosja weszła wówczas w okres Wielkiej Smuty, co po polsku można tłumaczyć jako "wielki zamęt". Państwo to znalazło się bowiem w kryzysie spowodowanym walkami o carski tron po wygaśnięciu panującej tam od średniowiecza dynastii Rurykowiczów. Władzę objął po nich Borys Godunow, niecieszący się uznaniem wśród rosyjskich bojarów. Przeciwko niemu wystąpił rzekomy syn Iwana Groźnego Dymitr, do którego przylgnęło miano Samozwańca. Dzięki pomocy polskich magnatów zorganizował wyprawę do Moskwy, gdzie po śmierci Godunowa zasiadł na carskim tronie. Wkrótce jednak spisek bojarów pozbawił go życia, a towarzyszący mu Polacy zostali zabici bądź uwięzieni. Ale zaraz potem pojawił się nowy Samozwaniec, podający się za Dymitra, który miał po raz drugi cudem uniknąć śmierci. Wokół niego skupiło się wielu Polaków towarzyszących wcześniej pierwszemu Dymitrowi, związała się z nim także wdowa po zabitym, córka wojewody sandomierskiego Maryna Mniszchówna. Drugi Dymitr nie był jednak w stanie opanować Moskwy, w której na cara koronował się Wasyl Szujski, przywódca wspomnianego wyżej spisku. Oficjalnie dążył on do ułożenia stosunków z Rzecząpospolitą, dotąd formalnie niezaangażowaną w toczący się za wschodnią granicą konflikt, ale jednocześnie zacieśnił stosunki ze Szwecją. To z kolei poruszyło polskiego monarchę Zygmunta III Wazę, stale myślącego o odzyskaniu szwedzkiego tronu. Jednocześnie w samej Rosji narastała przeciwko Szujskiemu opozycja bojarów, którzy zaczęli szukać porozumienia z polskim królem, obiecując osadzić na tronie carskim jego syna Władysława.

Decyzja: wojna

To wszystko spowodowało, że w 1609 r. Zygmunt III zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Rosją i Rzeczpospolita podjęła wobec tego państwa działania militarne. W sierpniu armia polsko-litewska ruszyła na wschód. Jej pierwszoplanowym celem stał się Smoleńsk - potężna twierdza o wielkim znaczeniu strategicznym, usytuowana w tzw. bramie smoleńskiej, przez którą przechodził szlak prowadzący od zachodu na ziemie rosyjskie. Warto wspomnieć, że Smoleńsk wcześniej należał do Litwy, zanim w 1514 r. został zagarnięty przez Moskwę. Rozpoczęło się oblężenie tej twierdzy, wytrwale bronionej przez liczną, dobrze uzbrojoną, (m.in. w 170 dział) załogę, którą dowodził Michał Szejn.
Latem 1610 r. Smoleńsk nadal się bronił, a w tym czasie Wasyl Szujski umacniał swoją pozycję w państwie. Zyskał przewagę nad Dymitrem II, który odstąpił spod Moskwy do Kaługi. Aby poprawić jakość swojego wojska, na coraz większą skalę zaczął posługiwać się cudzoziemskimi najemnikami - Niemcami, Anglikami, Szkotami czy Francuzami. Wydatnej pomocy w tym zakresie udzielił mu wróg Zygmunta III Wazy, król szwedzki Karol IX. Skierował on na służbę do Szujskiego 5 tys. swoich zaciężnych żołnierzy, dowodzonych przez Jakuba De la Gardie. Dzięki temu car mógł myśleć o odsieczy dla Smoleńska, pod którym tkwił ze swoją armią Zygmunt III. Gdy w czerwcu armia rosyjsko-szwedzka zaczęła zbliżać się do tej twierdzy, król wyprawił przeciwko niej część swoich wojsk, stawiając na ich czele hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Polski dowódca rozpoczął energiczną akcję, gromadząc pod swą komendą także te polskie oddziały, które były dotąd na służbie u Dymitra. W ostatniej dekadzie czerwca skierował swe wojska do miejscowości Carowo Zajmiszcze, gdzie obwarował się w naprędce wzniesionej twierdzy rosyjski dowódca Grigorij Wałujew z armią liczącą około 10 tys. żołnierzy, złożoną z Rosjan i najemnych Anglików. Przez kilka dni Żółkiewski podejmował działania przeciwko tej warowni, lecz nie przyniosły one rezultatu. Myślał więc o dłuższym oblężeniu, które mogło przynieść pożądany skutek, ponieważ wojsko Wałujewa nie miało zapasów żywności.

Wymarsz w ciszy

Jednak 3 lipca polski dowódca musiał podjąć kolejne decyzje. Gdy wysłany przez niego podjazd przyprowadził kilku jeńców, z ich relacji wynikło, że od strony Możajska nadciąga odsiecz dla oblężonych prowadzona przez carskiego brata Dymitra Szujskiego. Rosjanom towarzyszą cudzoziemscy najemnicy, którymi kierują Jakub De la Gardie i Edward Horn. Armia ta zatrzymała się obozem w Kłuszynie, w odległości około 25 km od Carowego Zajmiszcza. Sytuacja Polaków stała się groźna. Na zwołanej przez Żółkiewskiego naradzie pojawiły się różne propozycje. Jedni widzieli najlepsze rozwiązanie w oczekiwaniu Szujskiego na miejscu, co groziłoby jednak koniecznością walki z obiema armiami naraz, inni proponowali podział polskich sił na dwie części i skierowanie każdej z nich osobno do walki z Wałujewem i Szujskim, ale to wydawało się niemożliwe przy ich szczupłości, bo "nie było co dzielić". Sam Żółkiewski nie ogłosił wówczas swojej decyzji, słusznie obawiając się, że z obozu polskiego, w którym było wielu Rosjan, wieść o niej mogłaby łatwo przedostać się do nieprzyjaciół oblężonych w warowni lub obozujących pod Kłuszynem. Nakazał jedynie swoim podwładnym zachowanie pełnej gotowości. Dzięki temu obrońcy Carskiego Zajmiszcza nie zorientowali się, że dwie godziny przed zachodem słońca większa część polskich wojsk opuszcza obóz, pozostawiając w nim jedynie szczupłe siły złożone głównie z piechoty i Kozaków. Wymarsz nastąpił w zupełnej ciszy, bez podawania sygnałów trąbkami czy bębnami, co wówczas było powszechnie stosowane. Dowódcom poszczególnych oddziałów rozkazy do wyruszenia zostały dostarczone na kartkach.
Żółkiewski zdecydował się więc na krok, który mógł wydawać się szaleństwem. Mając pod swymi rozkazami najprawdopodobniej zaledwie 4 tys. ludzi (choć niektórzy historycy wielkość jego wojska byli skłonni szacować na ponad 7 tys.), postanowił uderzyć na wielokrotnie liczniejszą armię przeciwnika. Co prawda dopiero po bitwie mógł dokładniej określić, że liczyła ona 40 tys. Rosjan i 8 tys. żołnierzy cudzoziemskich, ale z pewnością zdawał sobie sprawę z miażdżącej przewagi liczebnej, jaka występowała po przeciwnej stronie. Ten niemłody już (liczył sobie wówczas około 60 lat) i doświadczony w wielu bitwach dowódca z pewnością nie miał zamiaru narażać swoich ludzi na zagładę, choć - jak sam wspominał - jeszcze pod Carowym Zajmiszczem niektórzy z jego podwładnych głośno narzekali, "że mu świat zmierzł i wojsko chce z sobą zgubić".

Galop "kolano w kolano"

Najważniejszym atutem, jakim dysponował, była bez wątpienia jakość jego armii. Składała się ona głównie z jazdy, gdyż piechurów podążających pod Kłuszyn było zaledwie dwustu. Prowadzono też dwa lekkie działa, tzw. falkonety, które okazały się bardzo przydatne w bitwie, ale teraz opóźniały marsz. Jazda dzieliła się na kilka rodzajów. Znajdowało się w jej szeregach czterystu lekkozbrojnych ukraińskich Kozaków, z których większość pochodziła z dóbr księcia Krzysztofa Zbaraskiego. Byli tam też z pewnością żołnierze jazdy pancernej, zwanej wówczas kozacką lub petyhorską. Ale większość konnicy stanowiła ciężkozbrojna husaria, jazda niemająca sobie równych w ówczesnej Europie. Wyróżniało ją spośród innych formacji używanie długich, ponadpięciometrowych kopii zaopatrzonych w proporce, a także uzbrojenie ochronne w postaci płytowych kirysów osłaniających tułów oraz szyszaków chroniących głowy. Nie można też nie wspomnieć o charakterystycznych skrzydłach, stanowiących z pewnością najbardziej rozpoznawalny element husarskiego wyposażenia. Od dawna toczy się dyskusja, czy towarzyszyły one husarzom tylko podczas parad, czy też w czasie walki. Wiele dowodów przemawia za tym, że również na polach bitew (w tym także pod Kłuszynem) przynajmniej część z nich wyposażona była w owe skrzydła. W czasach, o których mowa, były one mocowane z tyłu do siodeł, w późniejszym okresie także do pleców żołnierzy. Całości ich stroju dopełniały też skóry drapieżnych zwierząt, przeważnie egzotycznych - tygrysów czy lampartów.
Warto podkreślić, że poza kopią, która zazwyczaj łamała się przy pierwszym starciu z przeciwnikiem, husarz używał do walki także koncerza będącego rodzajem broni białej służącej tylko do kłucia z długą, mierzącą nawet ponad półtora metra, graniastą głownią, ponadto dysponował pałaszem lub szablą oraz pistoletami. Tak byli uzbrojeni husarscy towarzysze, podczas gdy walczący wraz z nimi pocztowi zamiast kopii byli wyposażeni w długą broń palną.
Poza specyficznym uzbrojeniem o wysokiej wartości husarii przesądzał stosowany przez nią sposób wojowania. Mimo że żołnierze tej formacji potrafili działać w każdych warunkach, w razie potrzeby także pieszo, to jednak ich typowa taktyka polegała na wykonywanych czołowo cwałem konnych szarżach, mających przełamać i rozbić szyki wroga. W wypadku gdy taki atak nie przynosił powodzenia, ponawiano go, nawet wielokrotnie, odrywając się za każdym razem od nieprzyjacielskich szeregów. Wymagało to doskonałego wyszkolenia żołnierzy, którzy potrafili galopować w zwartych, wyrównanych liniach, co określano zwrotem "kolano w kolano", a także w razie potrzeby zawracać końmi w miejscu, ścieśniać lub rozluźniać szyki. Te wysokie walory bojowe dawały husarii na polach walk przewagę nad każdym przeciwnikiem.

Atak prawie z zaskoczenia

Innym atutem Żółkiewskiego miało być zaskoczenie nieprzyjacielskich wojsk, które rozłożyły się obok siebie w dwóch oddzielnych obozach, otoczonych ogrodzeniem i liniami wozów taborowych, nie spodziewając się w tym miejscu napaści. To zaskoczenie udało się jednak Polakom tylko częściowo. Krótka letnia noc wystarczyła wprawdzie, by przebyć dystans około dwudziestu kilometrów oddzielający Carowe Zajmiszcze od Kłuszyna, jednak część oddziałów pogubiła się w zalesionym terenie i dopiero dobiegający z nieprzyjacielskiego obozu głos trąbki ogłaszającej pobudkę wskazał im właściwy kierunek. Gdy o brzasku polskie oddziały wyszły z lasu, okazało się, że na drodze ataku znajdują się wiejskie budynki mogące stanowić schronienie dla nieprzyjacielskich strzelców, a cały teren jest pozagradzany płotami mocno utrudniającymi przeprowadzenie szarży. Dlatego na rozkaz hetmana podpalono te zabudowania, co zaalarmowało przeciwnika. Płotów jednak nie udało się rozgrodzić, gdyż wysłani w tym celu Kozacy natrafili na przeciwdziałanie rosyjskiej i cudzoziemskiej piechoty, która już zdążyła wyjść z obozów. W rezultacie więc pozostały one w dużym stopniu niezniszczone, co znacznie utrudniło działania stronie polskiej.
Obie armie ustawiły się do bitwy na równinie. Lewe skrzydło wojsk nieprzyjacielskich zajęły oddziały rosyjskie, na prawym zaś ustawili się cudzoziemcy. Hetman na prawe skrzydło swych wojsk skierował pułk Aleksandra Zborowskiego, w sąsiedztwie którego stanęły pułki dowodzone przez Marcina Kazanowskiego i Samuela Dunikowskiego, natomiast miejsce na lewym wyznaczył pułkowi Mikołaja Strusia, wspieranego przez oddziały Janusza Poryckiego oraz Kozaków.

Zmagania i pertraktacje

Dźwięk trąb i huk bębnów zgodnie ze zwyczajem oznaczał początek bitwy. Przed jej rozpoczęciem kapelan ks. Piotr Kulesza udzielił całemu wojsku błogosławieństwa. Gdy armia polska ruszyła do przodu, poszczególne chorągwie, z których składały się wspomniane pułki, musiały pojedynczo przedostawać się przez przejścia w płotach, by po ich przebyciu móc ruszyć na wroga. Prawe skrzydło uderzyło na armię rosyjską, która stawiła mocny opór. Chorągwie husarskie, nie mogąc go złamać, zmuszone były ponawiać swoje ataki, tracąc coraz bardziej siły. W pewnym momencie jednak doszło do przełomu w walce, gdy Szujski wysunął na czoło swych szyków najemną rajtarię. Rajtarzy zastosowali typową dla siebie taktykę zwaną karakolem, polegającą na jednoczesnym strzelaniu z pistoletów przez kolejne szeregi, które potem odjeżdżały na tyły swojego oddziału, by załadować broń do następnej salwy. W czasie takiego manewru spadł na tych żołnierzy kolejny atak husarii, rozbijając ich i wzniecając popłoch w dalszych szeregach moskiewskich. Część tych wojsk uciekła z pola bitwy w kierunku pobliskiego lasu, część schroniła się w obwarowanym obozie, gdzie znalazł się także Szujski. Zamierzał stawiać tam dalszy opór, mając pod swoją komendą jeszcze około pięciu tysięcy żołnierzy.
Na lewym skrzydle też początkowo Polacy nie mogli odnieść sukcesu. Usadowieni przy płocie szwedzcy piechurzy skutecznie razili chorągwie jazdy usiłujące przedostawać się przez zrobione w nim wyłomy. Wtedy jednak na pole bitwy nadciągnęła polska piechota z dwiema armatami. Mimo znużenia długim marszem natychmiast otwarła ogień do Szwedów, po czym ruszyła przeciwko nim do walki wręcz. Do tych zmagań przyłączyła się też po obu stronach konnica. Jednak szwedzcy rajtarzy nie wytrzymali uderzenia husarii, uciekając do swego obozu, do którego próbowali wedrzeć się także ścigający ich Polacy. Obóz ten opuścili w tym czasie zwierzchnicy szwedzkich oddziałów: De la Gardie oraz Horn. Wówczas zgromadzeni w nim żołnierze zaczęli pertraktacje z Żółkiewskim, zgłaszając chęć poddania się, a część wyraziła nawet gotowość przejścia na służbę polskiego króla. Gdy obaj szwedzcy dowódcy wrócili do swoich podwładnych, nie byli już w stanie zapobiec temu porozumieniu.

Te Deum laudamus

Widząc kapitulację ich obozu, Szujski zrezygnował z dalszego oporu. Wraz ze zgromadzonymi tam Rosjanami opuścił go, ratując się ucieczką w kierunku Możajska. Za nimi ruszyła pogoń, ale wielu polskich żołnierzy wolało zająć się zbieraniem pozostawionych w obozie łupów. Znaleziono w nim przedmioty należące do rosyjskiego wodza, między innymi jego adamaszkową chorągiew ozdobioną złotem, buławę, szablę i szyszak. Bitwa trwająca około pięciu godzin dobiegła końca. Oddziały Żółkiewskiego były wyczerpane walką. Niektóre chorągwie husarskie musiały w czasie jej trwania szarżować po 8-10 razy, utraciły niemal wszystkie kopie oraz wiele koni. Po stronie polskiej było około 200 zabitych i wielu rannych. Straty przeciwnika były jednak wielokrotnie wyższe.
Zwycięskiemu wojsku nie dane było jeszcze odpocząć. Żółkiewski postanowił bowiem wracać tego samego dnia do Carowego Zajmiszcza, gdzie armię Wałujewa blokowały jedynie szczupłe siły polskie. Zanim ruszono w drogę, na polu bitwy odprawiono Mszę św., jak też odśpiewano dziękczynne "Te Deum laudamus". Zabrano ze sobą rannych, a także zwłoki poległych towarzyszy; czeladź i pocztowych pogrzebano zaś na miejscu. Mimo zmęczenia i obciążenia zdobyczą wojsko o zachodzie słońca dotarło do celu. Rosyjski dowódca Wałujew na wieść o klęsce idącej mu na pomoc armii poddał się Żółkiewskiemu, uznając prawa królewicza Władysława Wazy do carskiego tronu. Tak samo postąpiła potem większość rosyjskich bojarów, odsuwając uprzednio Wasyla Szujskiego od władzy, gdy hetman z wojskiem dotarł pod koniec sierpnia do Moskwy. Ale jego marzenia o unii między Rzecząpospolitą i Moskwą się nie ziściły. Co prawda Zygmunt III zdobył w czerwcu 1611 r. po prawie dwóch latach oblężenia Smoleńsk, a w rosyjskiej stolicy przebywała aż do października 1612 r. polska załoga, lecz szanse na objęcie carskiego tronu przez królewicza Władysława stawały się nikłe. Poczucia porażki nie mógł zmienić fakt triumfalnego wprowadzenia na obrady Sejmu w październiku 1611 r. pozbawionego władzy Wasyla Szujskiego wraz z jego braćmi: Dymitrem, niefortunnym dowódcą spod Kłuszyna, i Iwanem, których Żółkiewski uroczyście przekazał królowi jako jeńców.

"Wszystkom obracał na służbę Rzeczypospolitej"

Wielki sukces militarny, jakim była bitwa pod Kłuszynem, nie został więc na dłuższą metę politycznie wykorzystany. Na zawsze jednak pozostanie świadectwem wojennego kunsztu, z którego w tamtych czasach słynęli Polacy. Będzie też nierozłącznie związany z osobą wielkiego dowódcy, jakim okazał się Stanisław Żółkiewski. Jego postać jest wspaniałym przykładem nie tylko wybitnego stratega, ale też prawego chrześcijanina, męża stanu i patrioty. Znajduje to odbicie w testamencie, jaki spisał w 1606 r., udając się na kolejną wojnę z Tatarami. Zwracając się w nim do najbliższych, o sobie samym mówił: "Naprzód wyznawam, iż wiarę świętą chrześcijańską (...) wierzyłem i wierzę wedle konfesji Kościoła katolickiego", "Rzeczypospolitej ojczyźnie swej i królom panom swoim (...) zachowałem całą i stateczną wiarę", "Wszystkom obracał na służbę Rzeczypospolitej i część majętności po ojcu mym zastawionej uprzedałem, ale mi tego nie żal". A w innym testamencie, spisanym niedługo przed śmiercią, polecał, że jeśli przyszłoby mu zginąć gdzieś za granicami państwa, aby pochowano go tam, na miejscu, i usypano nad jego ciałem wysoką mogiłę. Uzasadniał to w ten sposób: "Nie dla ambicji jakiej mieć tak chcę, ale żeby grób mój był kopcem Rzeczypospolitej granic, żeby się potomny wiek wzbudzał do pomnożenia i rozszerzenia granic państw Rzeczypospolitej". Nie można wątpić, że to dzięki takim ludziom jak hetman Żółkiewski dawna Polska była potęgą w skali Europy, budząc respekt u wszystkich swoich sąsiadów.
Prof. Jan Ptak



Autor jest kierownikiem Katedry Historii Średniowiecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

NASZ DZIENNIK 2010-07-03
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Informacje | TV Trwam | Radio Maryja na żywo |
Polecamy:informacje ktorych potrzebujesz Fundacja Skierniewice i Szkola Skierniewice
Korzystanie z forum oznacza pełną akceptację otrzymywania plików cookies.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,218 sekundy. Zapytań do SQL: 9