ND Forum - Dzień dobry POLSKO! Strona Główna ND Forum - Dzień dobry POLSKO!
Ludzie z sercem i głową

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Modernizm w Kościele Katolickim
Autor Wiadomość
Amid

Dołączyła: 07 Lip 2009
Posty: 1365
Skąd: Polska
  Wysłany: 22 Sierpień 2011, 10:10   Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

Co to jest, czy czym jest ten modernizm?

Można by powiedzieć, że modernizm to coś nowego, lepszego ale .... w Kościele katolickim jest to ruch od XIX wieku usiłujący pogodzić naukę Kościoła ze współczesną cywilizacją. Kościół ma być dopasowany do świata.

Najlepiej modernizm można zrozumieć czytając encyklikę Piusa X "Pascendi Dominici Gregis"

O Zasadach Modernistów
WSTĘP

1.1. MODERNISTA - FILOZOF

1.2. MODERNISTA - WIERZĄCY

1.3. MODERNISTA - TEOLOG

1.4. MODERNISTA - HISTORYK

1.5. MODERNISTA - KRYTYK

1.6. MODERNISTA - APOLOGETA

1.7. MODERNISTA - REFORMATOR

WNIOSEK Z PIERWSZEJ CZĘŚCI

PRZYCZYNY MODERNIZMU

ŚRODKI ZARADCZE

ZAKOŃCZENIE ENCYKLIKI

Przypisy

http://www.nonpossumus.pl...ominici_gregis/

Ojciec Święty opisuje w niej błędną doktrynę modernistów, którą nazywa „syntezą wszystkich herezji”. Wśród najbardziej niebezpiecznych zasad św. Pius X wymienia: ewolucję dogmatów, negację Tradycji, symbolizm teologiczny, permanentyzm, agnostycyzm, ewolucjonizm oraz manię reformatorską we wszystkich dziedzinach życia kościelnego. O zasadach modernistów - to Encyklika św. Piusa X nadal bardzo aktualna. Tak jak encyklika Piusa XII Mediator Dei powinna być lekturą obowiązkową każdego katolika, tak samo encyklika Pascendi Dominici Gregis wydaje się jak najbardziej aktualna.
Ostatnio zmieniony przez Coltrane 24 Marzec 2015, 22:56, w całości zmieniany 1 raz  
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 2 Marzec 2015, 13:00   Re: Co to jest, czy czym jest ten modernizm? [Cytuj]

Czym jest herezja modernizmu. ?



Aby zapobiec temu szaleństwu które rozpętało się w 20 tym wieku, Pan Bóg dał światu dwa światła. Pierwszym była encyklika Papieża Św. Piusa X Pascendi Dominici Gregis w (1907), a drugim była Fatima w (1917). Oba te wielkie dary od Pana Boga, rzuciły silne światło na współczesny, nowoczesny świat.

Jeśli chcesz rozumieć historię współczesnego świata – studiuj Fatimę, jeśli chcesz rozumieć umysł współczesnego człowieka – studiuj Pascendi. Encyklika Pascendi dotyczy nie tylko Kościoła ale także całego świata. A to dlatego, że cały współczesny świat cierpi chorobę zanalizowaną i potępioną w tej encyklice. Św. Pius X powiedział kiedyś –„Kantyzm jest współczesną herezją” .

Termin „Kantyzm” pochodzi od niemieckiego filozofa Immanuela Kanta. Kant żył od 1724 – do około 1804, wprowadził do filozofii elementy które on sam nazwał „przewrotem kopernikańskim w filozofii”. Przed Kopernikiem wszyscy myśleli, że słońce krąży wokół ziemi. Po Koperniku zaczęli myśleć, że ziemia krąży wokół słońca. Takie nawiązanie Kanta do filozofii odnosiło się do tego, że przed nim wszyscy ludzi myśleli, że Podmiot – czyli osoba, obraca się wokół przedmiotu – czyli obiektu czyli elementu rzeczywistości. Inaczej mówiąc to człowiek, był zależny od rzeczywistości. Po Kancie, coraz więcej ludzi zaczęło uważać, że to przedmiot obraca się wokół podmiotu. Czyli, że to obiekt obraca się wokół osoby. Rzeczywistość jest zależna od człowieka.

Przed Kantem, stosunek człowieka do rzeczywistości określał zdrowy rozsądek, tzn. mój umysł poddaje się rzeczywistości. Od Kanta, i to odnosi się aż do dzisiejszych czasów – rzeczywistość podporządkowana jest mojemu umysłowi. Błąd ten nazywa się subiektywizmem. Człowiek jest teraz, ośrodkiem rzeczywistości, do którego wszystko się odnosi. Cała rzeczywistość podporządkowana jest człowiekowi.

Taka filozofia oczywiście doskonale komponuje się z ludzką pychą. Nowoczesny człowiek jest pełen pychy, ponieważ stawia się na miejsce które zajmuje Bóg. Rzeczywistość podległa jest Bogu, zatem jeśli człowiek myśli, że rzeczywistość jest podległa jemu, stawia się na miejscu Boga. I na tym polega szaleństwo nowoczesnego świata. Jest rzeczą niezbędną aby zniszczyć zdrowy rozsądek, aby można móc w ogóle pomyśleć taką rzecz.

Człowiekiem który zapoczątkował proces niszczenia zdrowego rozsądku wśród ludzi, był Immanuel Kant. Miał swoich poprzedników takich jak Kartezjusz, Locke czy Hume jak i naśladowców z których najważniejszym jest Hegel. Wielu ludzi, a zwłaszcza hierarchów w Kościele Katolickim, posiada umysł uformowany przez Kanta i Hegla. Zatem rodzi się pytanie jak Katolik może postawić człowieka na miejscu Boga?! Odpowiedź jest prosta. Ponieważ utracił zdrowy rozsądek. To czy utracił wiarę, jest sprawą pomiędzy nim a Bogiem, ale to, że utracił zdrowy rozsądek jest sprawą oczywistą. Nowoczesny człowiek jest szczególnie dumny z tego, że odrzucił zdrowy rozsądek. Ale robiąc to wypowiada wojnę Bogu bo natura pochodzi od Boga, a zdrowy rozsądek jest dla człowieka naturalny. Zatem sprzeciwiając się zdrowemu rozsądkowi człowiek sprzeciwia się Bogu.

Doskonałym obrazem tej wojny przeciw Bogu i naturze jest zamieszanie jakie istnieje dzisiaj w sferze płci. Sprowadza się ona do tego, że mężczyzna staje się coraz bardziej zniewieściały, a kobieta coraz bardziej upodabnia się do mężczyzny tracąc tym samym swoje kobiece atrybuty. Niszcząc w ten sposób i to na skalę globalną różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną. W rezultacie niszcząc zdrowy rozsądek. Dwie katastrofalne konsekwencje takich działań to zniszczenie rodziny poprzez stopniowy zanik ducha ojcostwa i macierzyństwa; oraz grzech sodomii i grzech pochodzący z wyspy Lesbos.

Wszystko to jest zawarte w encyklice Pascendi Dominici Gregis. Ponieważ w tej encyklice, Pius X „przygwoździł” Kanta. Oskarża w niej modernizm ze względu na to, że Kant stanowi jego fundament. Genus – jakby powiedział Arystoteles – przypisywany do modernizmu to herezja. Dokładne rozróżnienie tej herezji jest takie, że jej celem jest zmienienie wszystkiego w Kościele Katolickim tak, aby pasował on do nowoczesnego świata. Nowoczesny świat jest od samych fundamentów antykatolicki ponieważ te fundamenty to kantyzm, protestantyzm i liberalizm. Nowoczesny świat zbudowany jest na liberalnych zasadach i właśnie z tego powodu zaadoptowanie zasad Katolickich do współczesnego świata jest równoznaczne z ich zniszczeniem a w rezultacie Kościoła Katolickiego. I to jest powód dla którego Kościół dzisiaj znalazł się w tak wielkim kryzysie.

Cofnijmy się do czasów kiedy zamiast lodówek sprzedawano lód. Wyobraźmy sobie teraz genialnego kłamcę, który przekonuje sprzedawców lodu, że lód będzie znacznie lepszy kiedy wystawi się go na słońce. I, że ci biedni , zwiedzeni sprzedawcy lodu wyciągają swój lód na słońce. I, że po krótkim czasie są wstrząśnięci widząc, że lód znika, ale jednak wciąż, konsekwetnie wyciągają swój lód na słońce, ponieważ zostali przekonani, że tak powinni postępować. I to jest właśnie ten trik, jaki diabeł zaaplikował katolikom. Katolicy, zwłaszcza ta najwyższa hierarchia, zostali przekonani, że powinni wystawić Katolicką Prawdę na działanie antykatolickich zasad. Tak jak lód topnieje wskutek działania słońca, tak Kościół Katolicki topnieje, jeśli wypełni się go antykatolickimi zasadami. Kościół Katolicki oparł się nowoczesnemu światu, mniej więcej do czasu śmierci Papieża Piusa XII. Potem sprzedawcy lodu powiedzieli „wszyscy mówią nam, że słońce jest najlepsze dla lodu, więc wystawmy go na słońce”. Cały świat zaklaskał, sprzedawcy lodu stali się nagle bardzo popularni. Jeśli jeden z nich zmarł, wszyscy szli na jego pogrzeb. Ale lód znikał. Wszyscy dzisiaj klaszczą temu który przewodniczy rozbiórce Kościoła Katolickiego. Ale Kościół Katolicki powoli znika. Może za wyjątkiem Polski, gdzie przebiega to wolniej, ale w Holandi, Francji czy USA, spustoszenie jest porażające. Klasztory są puste, seminaria wystawiane są na sprzedaż, kościoły przerabiane są na sklepy, kapłani stają się pracownikami socjalnymi, itd. Nawet jeśli w przyszłości sprzedawcy lodu zorientują się jaki wpływ ma słońce na lód, samego lodu niewiele już zostanie.

Zatem modernizm jest herezją, zgodnie z którą wszystko co istnieje w Katolickim Kościele powinno być doprowadzone do zgody z zasadami nowoczesnego, liberalnego świata. Pius X w Pascendi nazywa modernizm SYNTEZĄ wszystkich herezji. Jeśli każda poszczególna herezja jest jak ściek, to modernizm jest głównym ściekiem zbierającym wszystkie te mniejsze scieki. Jak to możliwe? Z powodu Kanta. Modernizm jest herezją niepodobną do żadnej innej herezji. Herezja ariańska, atakowała w szczególności naszego Pana Jezusa Chrystusa. Herezja nestoriańska atakowała jedność osoby Jezusa Chrystusa. Każda herezja atakowała zazwyczaj pojedynczy aspekt Katolickiej prawdy. A kantyzm atakuje każdy aspekt. Jeśli mój umysł jest władcą rzeczywistości, to ja mogę zaprzeczyć każdej dowolnej rzeczywistości zgodnie z własnym uznaniem. Jeśli zatem jestem przekonany o tym, że filozofia Kanta jest prawdziwa, to ja mogę zaprzeczyć każdej prawdzie która jest zawarta w Katolickiej Nauce. A to dlatego, że mogę negować lub przyjmować dowolną rzeczywistość, niezależnie czy naturalną czy nadnaturalną. I tutaj sytuacja się komplikuje.

Gdy Kant schodził rano na śniadanie, czy myślicie, że negował fakt, iż filiżanka kawy jest filiżanką kawy? Mam przeczucie, że Kant nigdy nie negował tego faktu. Ponieważ jeśli zanegowałby fakt, że filiżanka kawy jest filiżanką kawy, poczułby się spragniony. Podobnie, gdy Kant zamierzał opuścić pomieszczenie, jestem pewien, że w tym szczególnym momencie, nie negował realności ściany. Jestem również przekonany, że z jakiegoś szczególnego powodu zawsze postanawiał opuścić to pomieszczenie wybierając drzwi. Oznacza to, że moje panowanie nad rzeczywistością, może być stosowane jedynie w sposób selektywny. Ja wybieram którą rzeczywistość zaneguję, i której nie zaneguję. Jestem również przekonany, że jeśli któregoś poranka, Kant wybrałby się na przejażdżkę samochodem, i ten samochód nie chciałby zapalić, to jestem pewien, że ten wielki filozof idealistyczny, uniósłby realną maskę owego realnego samochodu, aby spojrzeć realistycznie na to co w rzeczywistości jest tego przyczyną. Ale kiedy dotarłby do swojego Uniwersytetu w Królewcu, włączyłby się na powrót w tryb zgodny z jego idealizmem. Gdy pokonałby już te wszystkie realistyczne drzwi prowadzące do jego idealistycznej sali wykładowej, zacząłby nauczać tych biednych młodych mężczyzn (bo nie było wtedy na uczelniach kobiet, i to był własnie przykład zdrowego rozsądku) tego co sprzeciwiało się zdrowemu rozsądkowi.

Tak robiąc, Kant był kimś znacznie gorszym niż producent pornografii. Pornografia atakuje niższe warstwy naszego człowieczeństwa. Kant atakuje te najbardziej podstawowe zasady, na których oparte jest działanie ludzkiego umysłu, atakując jednocześnie te najwyższe warstwy człowieczeństwa. Jeśli sięgniemy do Św. Tomasza do Sumy Teologicznej kwestia 154 to znajdziemy tam bardzo ciekawy fragment mówiący o grzechu sodomii i grzechu wyspy Lesbos. Św. Tomasz ciągle rysuje paralele pomiędzy spekulacją a działaniem. Aby zilustrować ciężar grzechu popełnianego wbrew naturze, czyli grzechu sodomi i i Lesbos, Św. Tomasz mówi, że owe grzechy w działaniu wynikają z zaburzenia podstawowych zasad na których oparta jest spekulacja. Jeśli dziś, uniwersytety na całym świecie, na swoich wydziałach filozofii, są pełne nauk Kanta i jego naśladowców, to normalne wydaje się, że owe grzechy homoseksualizmu są tak szeroko rozprzestrzenione. Zatem nauczyciele tych fałszywych nauk na uniwersytetach, obiektywnie są wielkimi przestępcami. Subiektywnie być może wierzą w ten nonsens, subiektywnie mogą myśleć , że nauczają prawdy, ale obiektywnie rujnują życie tym młodym ludziom. Nauczają, że lód (czyli zdrowe zasady rozumowania) powinien być wystawiony na działanie słońca (czyli relatywizmu).

Wiele młodych osób (w tym ja) ucieka z wydziałów filozoficznych. I mają rację. Jeden z kapłanów Bractwa powiedział, że spotkał się z młodym człowiekiem (i ten przykład mogę poniekąd odnieść do siebie), który zaczął studiować inżynierię ponieważ jak powiedział “przynajmniej tam ma kontakt z obiektywną rzeczywistością”. Nie był on szczególnie zainteresowany inżynierią. Jak przyznał wolałby studiować filozofię, ale jak powiedział “zrozumiał, że studiując filozofię, musiałby uczyć się nonsensów”. Studiując inżynierię, uczy się tego, co obiektywnie jest rzeczywiste. Nikt nie może być kantystą, kiedy projektuje samolot, bo jeśli zastosuję przy projektowaniu swoje własne subiektywne zasady, samolot zwyczajnie nie wzbiłby sie w niebo. Tylko wtedy samolot poleci jedynie kiedy podporządkuje się obiektywnym prawom aerodynamiki.

Spójrzmy na encyklikę Pascendi Dominici Gregis. Podzielona jest na pięć części. Jest wstęp, konkluzja a pomiędzy nimi trzy duże części. We wstępie Pius X określa ciężar problemu jakim jest modernizm. Mówi nam, że moderniści są wewnątrz Kościoła. Mówi nam również, że ich zachowanie niczym szczególnym się nie wyróżnia. „Na zewnątrz” są bardzo poprawni, ale wewnątrz są bardzo pyszni. Do tego stopnia, że odrzucają to, co mówi im autorytet Kościoła Katolickiego. Wewnątrz chcą oni całkowicie zmienić Kościół tak bardzo, że odczuwają nawet coś co można nazwać „krucjatą wewnątrz Kościoła”, ale aby to osiągnąć będą tkwić w ukryciu, chowając swoje przekonania, tak aby nie zostać ekskomunikowani. Tutaj tkwi cała perfidia modernizmu. Zostali w Kościele aby ten Kościół zmienić. Ponieważ zostali przekonani, że Kościół należy zmodernizować.

Trzy główne części zawierają naukę zwartą w modernizmie, przyczyny modernizmu, i jakie są środki zaradcze. Trzy główne przyczyny pojawienia się modernizmu to :
Ignorancja – ponieważ moderniści już nie znają zbyt dobrze doktryny Kościoła Katolickiego
Ciekawość – Ponieważ szukają oni wciąż czegoś nowego.
Pycha – Ponieważ jeśli zmieniają Kościół Boży, stawiają się ponad Bogiem. Chcą być więksi niż Bóg.

Św. Paweł nieustannie mówił, że Wiara jest to posłuszeństwo naszego umysłu Bożemu Objawieniu. Poddanie go Objawieniu. Święty Pius X mówił, że każdy seminarzysta który okazuje pychę wobec tego objawienia powinien być natychmiast usuwany z seminarium. Kiedy zaś mówi o środkach zaradczych, przedstawia przede wszystkim jako skuteczne antidotum studiowanie nauki Św. Tomasza z Akwinu. A to dlatego, że Św. Tomasz z Akwinu jest najlepszym antidotum na Immanuela Kanta. Św. Tomasz jest wielkim realistą. Ogólnie mówiąc powie on, że „ściana jest ścianą niezależnie od tego co ja na ten temat myślę”. I to jest Zdrowy Rozsądek. Immanuel Kant to lunatyk, który próbuje przez tą ścianę przejść. I tutaj tkwi cała przerażająca prawda nauki Kanta i samego modernizmu.

Na Soborze Watykańskim II zebrało się 2000 biskupów. Właściwie to wszyscy studiowali Św. Tomasza z Akwinu w seminarium. Zarówno przed jak i po SWII głównymi ruchami nauczającymi w Kościele Katolickim byli Dominikanie i Jezuici. Byli oni także głównymi ruchami, które miały wpływ na zmiany w Kościele Katolicki. Inaczej mówiąc, umysł może być wypełniony najprzeróżniejszymi naukami, nawet tymi słusznymi jak tymi pochodzącymi od Św. Tomasza z Akwinu, ale Kant jest zdolny do tego, aby znaleźć się pod tymi wszystkimi naukami i pomiędzy nimi. Zatem nawet jeśli wciąż uważam, że jestem tomistą, ponieważ wierzę w filozofię św. Tomasz z Akwinu, w tym samym czasie mogę wyznawać filozofię mu przeciwną. Jako to możliwe?

Na Soborze Watykańskim II zebrało się 2000 biskupów. Właściwie to wszyscy studiowali Św. Tomasza z Akwinu w seminarium. Zarówno przed jak i po SWII głównymi ruchami nauczającymi w Kościele Katolickim byli Dominikanie i Jezuici. Byli oni także głównymi ruchami, które miały wpływ na zmiany w Kościele Katolicki. Inaczej mówiąc, umysł może być wypełniony najprzeróżniejszymi naukami, nawet tymi słusznymi jak tymi pochodzącymi od Św. Tomasza z Akwinu, ale Kant jest zdolny do tego, aby znaleźć się pod tymi wszystkimi naukami i pomiędzy nimi. Zatem nawet jeśli wciąż uważam, że jestem tomistą, ponieważ wierzę w filozofię św. Tomasz z Akwinu, w tym samym czasie mogę wyznawać filozofię mu przeciwną. Jak to możliwe?

Zdrowy rozsądek mówi nam, że 2+2=4, 3+3=6 itd. I teraz wyobraźmy sobie matematyka który twierdzi, że 2+2=5 . Nie mogę powiedzieć nic innego niż: „Mylisz się. 2+2=4”.
„Matematyk” –„zgodzę się z Tobą. Ale może być także 5”. W takim wypadku mówię mu „ale przecież 2+2=4 wyklucza 2+2=5!”. Bycie tomistą wyklucza jakiekolwiek zmiany w Kościele Katolickim i jego Doktrynie. Matematyk na to: „nie, nie. Ja jestem tomistą, ale jestem także zwolennikiem Teilharda”. Ja na to: ”Przecież to niemożliwe”. „Matematyk” odpowiada: „o już nie. Żyjemy teraz w nowym świecie. To co było do tej pory niemożliwe, stało się możliwe. To postęp. Wstąp do mojego Wspaniałego Nowego Świata. Otwórz swój ciasny umysł. Bądź KREATYWNY! Bądź Progresywny! Stań się kimś NOWYM!. Nie bądź takim wstecznym wapniakiem! Znajdujesz się w niewoli swojego ciasnego umysłu! Nie zachowuj się jak dinozaur. 2+2=4, zawsze 4, tylko 4 i jedynie 4 to umysłowe więzienie! WOLNOŚĆ! NIEZALEŻNOŚĆ! Uwolnijmy się od 2+2=4! Ja nie zaprzeczam, że 2+2=4. Oczywiście, że tak mogło być kiedyś. Ale nie ograniczajmy się do tego! Wierzę w jednego Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi…. – to więzienie! Oczywiście, że w to wierzę. I ty też powinieneś w to wierzyć zwłaszcza jeśli „tak odczuwasz”. Szczególnie jeśli Twoja babcia będzie z tego powodu szczęśliwa.
Ale teraz daj spokój, obudź się, żyjemy w NOWOCZESNYM ŚWIECIE! Już dłużej nie musimy być TYLKO Katolikami, ani bronić Katolicyzmu. Musimy być EKUMENICZNI. Jezus Chrystus JEST Bogiem ale zrozum, że dla wielu ludzi NIE JEST Bogiem. I zaakceptuj to. Pomimo tego możemy przecież spotkać się razem, żyć razem. No, po prostu KOCHAĆ SIĘ! ” Ja: „Ale chwila. Czyż na początku tworzenia się Kościoła Katolickiego katoliccy męczennicy nie UMIERALI za swoją i naszą Wiarę?! Czy nie twierdzili, że Kościół Katolicki jest JEDYNY i PRAWDZIWY?” „Matematyk” na to: „Tak, ale to zamierzchła historia”.

Papież Benedykt XVI, kiedy był jeszcze kardynałem Ratzingerem, nazywał antyliberalne dokumenty KK wieku 19 i początku 20 – „substancjalnymi kotwicami” Kościoła Katolickiego. Innymi słowy, tak jak statek musi mieć dobrą kotwicę kiedy przybija do portu aby się rozładować, ale potem jednak musi on ruszyć w dalszą drogę, kardynał Ratzinger mówi, że to dobrze, że Kościół doszedł do punktu zwanego encyklika Pascendi Dominici Gregis, i że Pius X zarzucił bardzo dobrą „substancjalną kotwicę”, ale w połowie lat 50-tych Statek Kościoła musiał wreszcie ruszyć dalej. To jest modernizm.

ZA :
http://fides-et-ratio.pl/...zja-modernizmu/

http://gloria.tv/media/L7xDeMKh46J
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 24 Marzec 2015, 20:45    [Cytuj]

Hierarchowie-progresiści i lewacka ekstrema



Atakując święte zasady Kościoła, jego kwestie fundamentalne, modernistyczni kardynałowie i biskupi stają w jednym szeregu z otwartymi wrogami katolicyzmu.


Nie od dziś wiadomo, że największym zagrożeniem dla prawdziwej wolności, normalnie rozumianej tolerancji oraz zdrowo pojmowanego dobra człowieka są wszelkie hybrydy lewicowej doktrynerii. Niemcy jako główny zakładnik terroru poprawności politycznej, a przede wszystkim własnej historii, nie potrafią przyznać wprost, że lewica niesie zło. Zmora fałszywie utożsamionego z prawą stroną narodowego socjalizmu szachuje zdrowy rozsądek naszych zachodnich sąsiadów, przy czym wybryki anarchistów w faktycznej stolicy Unii Europejskiej to zaledwie czubek góry lodowej problemów, jakie zafundowała normalności lewica europejska.

Panosząca się po Starym Kontynencie dyktatura usiłuje, zresztą dość skutecznie, wmówić opinii publicznej prymitywnie dualistyczny obraz świata. W tej dychotomii, prawica to samo zło, podszyte faszyzmem i nietolerancją, zaś lewica uosabia czyste dobro, dążąc do powszechnej zgody, równości i tolerancji. Gdybyż chodziło wyłącznie o sferę odnoszącą się do poglądowych przepychanek na Facebooku, nie byłoby to może aż tak szkodliwe. Niestety, ten demon dewastuje najistotniejsze obszary współżycia międzyludzkiego, wdzierając się za sprawą konkretnych decyzji politycznych przede wszystkim na obszar normalnej rodziny, swobody sumienia, praworządności, obyczajowości, zagrażając cnotom i depcząc autonomię osoby ludzkiej.

I znowu, gdybyż te niszczycielskie działania sterowane były wyłącznie przez wrogów zewnętrznych Kościoła katolickiego, walka ta przebiegałaby na poziomie konwencjonalnym, a strategia stronników zła byłaby łatwa do rozpoznania, szybko diagnozowana i zwalczana. Niestety, to, przed czym przestrzegał Ojciec Święty Benedykt XVI, stało się faktem. Wilki wdzierają się do owczarni, sieją zamęt wewnątrz niej, urządzają sobie krwawe uczty i bachanalia w środku świątyni. Porywają wiernych, majstrują przy nienaruszalnej doktrynie, bluźnią i profanują świętości. Tuż przed ołtarzem. Niekiedy nawet dosłownie, jeśli uwzględnimy wzrastającą tendencję do profanacji kościołów, ekshibicjonistycznych pląsów lewaków i feministek podczas Mszy Świętej, aktów przemocy wymierzonych w ludzi Kościoła. Takie zjawiska obserwuje się w całej Unii Europejskiej. Dziś chciałbym skupić się na Republice Federalnej Niemiec, ale wskazując na współwinnych plagi antykatolickich działań, którzy reprezentują najwyższe stanowiska w tamtejszym Kościele. To oni bowiem są prawdziwym zgorszeniem i hańbą Kościoła, stając, ramię w ramię z wrogami, naprzeciw atakowanych i dyskryminowanych katolików.

Tolerancyjny jak lewicowiec

Przypomnijmy kilka faktów z życia „tolerancyjnej” lewicy, niech posłużą one jako ilustracja powyższej tezy.
W lutym br. grupa młodzieży katolickiej związana z ruchem pro-life Młodzież za Życiem (Jugend für das Leben) zorganizowała na monachijskim Placu Odeona marsz milczenia zakończony Mszą św. w kościele uniwersyteckim. Inicjatywa była legalna i zarejestrowana, ale i tak katolicy zostali zaatakowani przez lewaków, którzy zablokowali ich przemarsz. Wśród uczestników pokojowej demonstracji były małe, a nawet bardzo małe dzieci. Feministki, lewacy, pederaści chcieli pobić obrońców życia, ale stłoczonych w jednym miejscu manifestantów ochraniała policja. Siedemdziesięciu policjantów zostało zaatakowanych. Napastnicy wykrzykiwali: „Gdyby Maryja dokonała aborcji, byłoby to wam zaoszczędzone”; „Mamy wasze zdjęcia, znajdziemy was”; „Będziemy się masturbować patrząc na zdjęcia waszych dzieci”. Przejaw tolerancji w wersji lewackiej w całej swojej krasie. Najbardziej ucierpiały dzieci, które doświadczyły przemocy i zgorszenia ze strony homoseksualnych i feministycznych seks-edukatorów.

W ubiegłym roku nie było lepiej. Na początku października ekstremiści lewaccy zaatakowali stołeczną parafię pw. Najświętszego Serca Jezusowego. Była to zemsta za popieranie przez liderów wspólnoty berlińskiej Marszu dla Życia, jaki odbył się 20 września. Budynek został zdewastowany i można to nazwać ostrzeżeniem: „Dziś budynek, jutro wy”. Po napaści wiele organizacji chrześcijańskich wyraziło swoje zaniepokojenie niebezpiecznym rozwojem wydarzeń, ponieważ atakowane są nie tylko budynki, ale i ludzie. Przypomnę, że wśród uczestników Marszu dla Życia pojawili się lewaccy prowokatorzy, półnadzy wyuzdańcy, którzy skandowali obrzydliwe i bluźniercze hasła. Chrześcijanie szli w milczeniu, nie dali się sprowokować. Po skandalu, które media postanowiły ukryć, środowiska chrześcijańskie zaapelowały do niemieckich polityków o reakcję na przemoc motywowaną antyreligijnymi uprzedzeniami. Politycy boją się jednak mniejszości ekstremistów, dlatego nie reagują.

Pod koniec września ubiegłego roku właściciel apteki Undine w Berlinie, Andreas Kersten poznał na własnej skórze, gdzie się kończą granice tolerancji lewacko-feministycznej. Jego sklep w dzielnicy Neukölln został zaatakowany przez „tolerancyjną” młodzież lewicową, ponieważ jako głęboko wierzący katolik, Kersten nie sprzedaje u siebie tabletek wczesnoporonnych (w Polsce zwanych „tabletkami PO”). Lewacy, pederaści i feministki postanowili użyć wypracowanych metod bolszewickich, jakimi są przemoc, terror i zastraszanie.
Apteka została obrzucona workami wypełnionymi czerwoną farbą i zanieczyszczona lewackimi plakatami autorstwa studenckiego ruchu, który organizował w pobliżu jedną ze swoich demonstracji. Ta czerwona farba, oznaczenia, ataki, przemoc i zastraszanie przypominają postępowanie niemieckich nazistów (także w Berlinie), którzy oznaczali w latach 30. domy i sklepy żydowskie. Przewodnicząca stowarzyszenia Kerstin Wolter zastosowała „trik putinowski”. Stwierdziła, że plakaty leżały w biurze i każdy mógł je sobie wziąć i nakleić, gdzie chciał. Brzmi to prawie jak: „Takie plakaty można nabyć w każdym lewackim sklepiku”. Widać, przy okazji nabywania tego typu plakatów mózg nabywa dziwnych skłonności do ulegania agresji, co przekłada się potem na „tolerancyjne inaczej” zachowania. Czytanie w nadmiarze Lenina, Gramsciego czy Mao najwyraźniej ułatwia popadnięcie w ideologiczny obłęd.

Tyle przykładów. Przemoc i terror, a nie tolerancja i walka z uciskiem oto prawdziwa twarz środowisk lewackich, feministycznych i homoaktywistów. Za maską odmienianej przez wszystkie przypadki tolerancji kryje się gwałtowna i nieopanowana nienawiść do Boga i Kościoła katolickiego.

Czas przepędzić buntowników

Nie wiem, czy kardynałowie Reinhard Marx i Walter Kasper zaczytują się w „dziełach” wyżej wymienionych autorów, ale niewątpliwie bohaterowie skandalu, jaki miał miejsce na październikowym synodzie przyczyniają się do wzrostu agresji lewackiej wymierzonej w obrońców rodziny. Wiem też, że Kościół jako wspólnota ma prawo reakcji. Ma prawo wypędzić wilki z owczarni.

W tym przypadku wilki zajmują wysoką pozycję. Pełniąc określone funkcje w Kościele, w jakiś sposób, nieformalnie sankcjonują powyższe zachowania. Swoimi woltami i wybrykami zachęcają do atakowania świętości. W sytuacji, gdy sami atakują święte zasady Kościoła, jego kwestie fundamentalne, próbując przeprowadzić demontaż doktryny Jezusa Chrystusa, stają w jednym szeregu z lewackimi napastnikami. Mało tego, posługują się takimi samymi sloganami - jak tolerancja, równość, miłosierdzie, zgoda - którymi opakowują dla niepoznaki zło i nauczanie Antychrysta. Grupka zwolenników heretyckiej progresji w Kościele katolickim może też szantażować wspólnotę, ze Stolicą Apostolską na czele, groźbą schizmy. Dlatego do sfery odpowiedzialności Kościoła należy radykalne i stanowcze wystąpienie przeciwko buntownikom, ponieważ zachęceni ich przykładem, korzystając z chaosu w niemieckim Episkopacie, otwarci wrogowie katolicyzmu przekraczają tymczasem kolejne granice i są na najlepszej drodze do podjęcia na nowo terrorystycznego dziedzictwa RAF. A schizma, jeśli ma nastąpić i tak się dokona – z kardynałami Marxem i Kasperem, czy bez nich. W tej chwili najważniejsze zadanie to odcięcie od zdrowej tkanki wspólnoty tej chorej, użądlonej śmiercionośnym jadem herezji modernizmu. Wróg w postaci lewicy jest rozpoznany i nie przyciągnie do siebie wiernych, natomiast porywanie owiec przez wilki (w owczej skórze) to wciąż najgroźniejsze niebezpieczeństwo dla Kościoła.

Dlatego tak ważna jest postawa hierarchów Kościoła z Afryki, a także, w ostatnim czasie wypowiedź kard. Paula Josefa Cordesa, który publicznie odciął się od poglądów swojego rodaka, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec, kard. Reinharda Marxa.

Kard. Cordes, krytykując tezę Marxa, że Kościół w RFN nie jest filią Watykanu, zaznaczył, iż katolicy znad Renu nie mają podstaw do tego, by wynosić się ponad innych, bo religijność Niemców jest w opłakanym stanie i w żadnym wypadku nie mogą oni być żadnym wzorem do naśladowania. Rozwody, konkubinaty, i analfabetyzm religijny są plagą tego kraju.

Tomasz M. Korczyński

http://www.pch24.pl/hiera...ma,34730,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
sonia
sonia

Dołączyła: 07 Gru 2008
Posty: 6384
Skąd: z Polski
Wysłany: 25 Marzec 2015, 04:02    [Cytuj]

Coltrane,
"Kard. Cordes, krytykując tezę Marxa, że Kościół w RFN nie jest filią Watykanu, zaznaczył, iż katolicy znad Renu nie mają podstaw do tego, by wynosić się ponad innych, bo religijność Niemców jest w opłakanym stanie i w żadnym wypadku nie mogą oni być żadnym wzorem do naśladowania. Rozwody, konkubinaty, i analfabetyzm religijny są plagą tego kraju"
nomen omen ale samo nazwisko Marx wiele już mówi
dobrego,nowego dnia :)
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 22 Październik 2015, 08:32    [Cytuj]

Oswajanie grzechu



Częścią trwającego w Kościele chaosu, zagubienia i zamętu jest trwające na naszych oczach „oswajanie” homoseksualizmu przez niektórych biskupów i kardynałów - tych samych, którzy tworzą awangardę „reformatorów” szóstego przykazania.

W skierowanym 4 czerwca 1997 roku na Jasnej Górze „Przesłaniu do osób konsekrowanych” św. Jan Paweł II napisał: „Żyjemy w czasach duchowego chaosu, zagubienia i zamętu, w których do głosu dochodzą różne tendencje liberalne i laickie, często w sposób otwarty wykreśla się Boga z życia społecznego, wiarę chce się zredukować do sfery czysto prywatnej a w postępowanie moralne ludzi włącza się szkodliwy relatywizm. Szerzy się obojętność religijna”.

Od napisania tych słów minęło kilkanaście lat, a duchowy chaos, zagubienie i zamęt przybierają na sile. Każdy, kto uważnie śledzi zmagania wierzących biskupów o szóste przykazanie w trakcie synodu biskupów w Rzymie, każdy kto niepokoi się znaczącym milczeniem papieża w tej sprawie, każdy kto ze zgorszeniem obserwował jak katolicki ksiądz publicznie pławi się w grzechu wołającym o pomstę do nieba – musi mieć poczucie nasilającego się duchowego chaosu. Papież, który rozpoczynając swój pontyfikat modlił się, by - jak przystało na dobrego pasterza - nie uciekł przed wilkami zagrażającymi powierzonej mu owczarni, osiem lat później odkłada dane mu przez Pana Klucze Piotra, bo zabrakło „sił ciała i sił ducha”.

Częścią tego dramatycznego obrazu jest trwające na naszych oczach „oswajanie” homoseksualizmu przez niektórych biskupów i kardynałów, tych samych, którzy tworzą awangardę „reformatorów” szóstego przykazania. Jeśli prześledzić wypowiedzi z ostatnich lat kardynałów Schönborna, Marxa, Woelkiego, Kaspera czy szeregu biskupów, wzór „oswajania” pederastii jest dość czytelny. Najpierw obserwujemy stadium: „porozmawiajmy o problemie” (przecież nie o grzechu). Oczywiście, wyklucza się konfesjonał (a co to jest? – zapyta 90 procent osób chodzących jeszcze do kościoła w Niemczech czy Austrii), najstosowniejsze miejsce rozmowy na ten temat. Homoseksualizm traktowany jest jako „problem” (społeczny, integracyjny, tożsamościowy, etc.), ale nie jako grzech, i to wołający o pomstę do nieba. Półgębkiem przyznaje się co prawda, że „Kościół rozróżnia między homoseksualistą a czynnościami homoseksualnymi”. Ale po pierwsze, są to zastrzeżenia wtrącane marginesowo, chyba jako efekt autoryzacji tekstu (wywiadu), a nie tego, co dany purpurat „gotowy do dialogu” myśli.

Po drugie – i co ważniejsze – następuje zaraz druga faza „oswajania”, czyli eksponowanie „miłości i przyjaźni okazywanej sobie przez pary żyjące w związkach jednopłciowych”. Nad tym wielokrotnie z prawdziwą czułością rozwodzą się w swoich wypowiedziach przytoczeni przed chwilą hierarchowie. Tak jak radzą fachowcy od ocieplania wizerunków i co praktykują na przykład scenarzyści telewizyjnych nowel – ważna jest story, w której homoseksualista, a najlepiej ich para, jest przedstawiony jako osoba wrażliwa, o dużej dozie inteligencji emocjonalnej, której brakuje jej nieczułemu, zimnemu otoczeniu heteroseksualnemu. W nowomowie kardynałów-„reformatorów” (czyt. destruktorów) taką rolę niedobrego, zimnego emocjonalnego tła odgrywają bliżej niezidentyfikowani „rygoryści”, pozbawieni „cnoty miłosierdzia” i traktujący Ewangelię jako „kodeks moralny”, którą – jak zapewnia kardynał Marx – ona nie jest (choć coś o wyłupywaniu oka i odrąbywaniu ręki tam jednak napisano).

W tym momencie wchodzi trzecia faza „oswajania”, czyli organizowanie – rzecz jasna, w imię „miłosierdzia” – regularnych duszpasterstw dla homoseksualistów. Od ponad dwudziestu lat coś takiego funkcjonuje, m. in. przy wielu kościołach katolickich na Wyspach Brytyjskich. Oczywiście, w dialogicznej nowomowie chodzi o „otoczenie troską duszpasterską osób o skłonnościach homoseksualnych”, a nie o „afirmowanie czynności homoseksualnych”.

Wyobraźmy sobie więc organizowanie duszpasterstw dla ludzi „o skłonnościach” złodziejskich, malwersacyjnych, mafijnych, etc., które mają pewien problem z ósmym przykazaniem. Póki co, zanim niemieccy teologowie, nie dokonają „nowej egzegezy” brzmi ono: Nie kradnij. Ale przecież takie duszpasterstwa nie afirmowałyby „czynu kradzieży” tylko z miłosierną troską pochylałyby się nad „osobami uwikłanymi w takie inklinacje”. Przypuśćmy, że ktoś wpadnie na pomysł rozpisania referendum w sprawie karalności złodziejstwa. Jak zareaguje znaczny segment opinii publicznej „rozbrojony” oswajaniem do tego tematu przez wspomniane „miłosierne” praktyki? Zareaguje tak, jak większość respondentów w referendum w Irlandii w 2015 roku, które dało zielone światło dla uprawomocnienia tzw. małżeństw homoseksualnych.

„Porozmawiajmy o problemie”, „jacy oni są dla siebie czuli”, „duszpasterstwa osób o inklinacjach homoseksualnych” i wreszcie ostatni etap, czyli deklaracja, że „gejem człowiek się rodzi”. Tak w niedawnym wywiadzie dla włoskiej prasy orzekł kardynał Walter Kasper. Skoro tak, to dlaczego pozbawiać te osoby, które nie są winne swoim „skłonnościom” (bo maja je wrodzone) prawa przystępowania do sakramentów i wstępowania do seminariów oraz prawa pełnienia wysokich godności w Kościele. Przecież o grzechu można mówić wtedy, gdy człowiek działa z wolnej woli, a tutaj jest jakby przymuszony, skoro „inklinację” ma wrodzoną.

Wychylmy się na chwilę poza logikę duchowego chaosu, serwowaną przez zwolenników „kolejnej fazy recepcji Soboru” (kardynał Kasper) i zaczerpnijmy ze źródła zdrowej nauki. W 1994 roku z okazji ogłoszonego przez siebie Roku Rodziny św. Jan Paweł II skierował list do katolickich rodzin na całym świecie, w którym napisał, że „żadne społeczeństwo ludzkie nie może ryzykować permisywizmu w sprawach tak podstawowych jak istota małżeństwa i rodziny! Tego typu permisywizm moralny w swych konsekwencjach musi szkodzić samemu społeczeństwu [….]. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że Kościół stoi na straży autentyczności ludzkich rodzin i wzywa odnośne instytucje, zwłaszcza parlamenty i państwa, a także organizacje międzynarodowe, ażeby nie ulegały pokusie pozornej nowoczesności”.

Z kolei pięć lat później, w przemówieniu skierowanym do Roty Rzymskiej św. Jan Paweł II zwrócił uwagę na istnienie „intensywnych kampanii propagandowych, mających na celu doprowadzenie do przyznania statusu małżeństwa” homoseksualistom. W obliczu tego zagrożenia nie milczał i stwierdził w 1999 roku, iż „bezzasadne jest roszczenie, aby przyznać status małżeński, także związkom między osobami tej samej płci”.

Miarą epokowych różnic, w których żyjemy jest fakt, że w 1999 roku te słowa papieża z Polski wydawały się „oczywistą oczywistością”. Po prostu nie mógł niczego innego powiedzieć. Jeśli papież Franciszek dzisiaj powtórzyłby te stwierdzenia, zostałyby one odebrane jako przerwanie przez niego wymownego milczenia („kimże ja jestem, aby ich sądzić?”) oraz potwierdzenie nauczania Starego i Nowego Testamentu w kwestii sodomii.

Ewentualna radość z papieża potwierdzającego tradycyjne nauczanie Kościoła - a mówiąc precyzyjnie: konieczność długiego oczekiwania na taką radość - oto, paradoksalnie, miara obecnego duchowego chaosu.

Grzegorz Kucharczyk

http://www.pch24.pl/oswajanie-grzechu,38898,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 2 Grudzień 2015, 16:12    [Cytuj]

Modernizm - synteza wszystkich herezji


Święty Pius X, autor "Pascendi..."

Sto osiem lat temu światło dzienne ujrzała encyklika św. Piusa X Pascendi dominici gregis - grom z jasnego nieba dla wszystkich miłośników nowinek i postępu. Encyklika o zasadach modernistów nie była owocem „ducha proroczego”, lecz stanowiła zbiór wniosków wyciągniętych z żelazną logiką. Niestety – wciąż aktualnych.

„Zwlekać nam dłużej nie wolno. Wymaga tego przede wszystkim ta okoliczność, iż zwolenników błędów należy dziś szukać już nie wśród otwartych wrogów Kościoła, ale w samym Kościele: ukrywają się oni – że tak powiemy – w samym wnętrzu Kościoła; stąd też mogą być bardziej szkodliwi, bo są mniej dostrzegalni” – pisał św. Pius X ostrzegając świat katolicki przed modernizmem, który określił mianem „zbioru wszystkich herezji”.

„Nie wstydzą się iść w ślady Lutra…”

W czasach, kiedy herezjarcha Marcin Luter nie był jeszcze nowoodkrytym „przyjacielem” Kościoła i katolików, takie słowa musiały brzmieć mocno. Święty papież odnosił je do osobliwej cechy modernistycznej formacji, którą była dwoistość poglądów. „Jeszcze więcej światła rzuca na doktryny modernistów ich postępowanie, które jest najzupełniej zgodne z ich zasadami. Słuchając ich lub czytając, wydaje się, jakoby byli sami z sobą sprzeczni, chwiejni i niepewni” – przenikliwie zwracał uwagę autor Pascendi.

Tak jak na gruncie wiedzy moderniści postulowali podporządkowanie wiary naukom świeckim, choćby w dziedzinie egzegezy biblijnej, tak w kwestii ustroju społecznego byli zgodni z liberalnymi katolikami co do rozdziału spraw świeckich i religijnych. Ich zapatrywaniom towarzyszyła iście protestancka schizofrenia. Wszak już hiper-herszt wszystkich nowożytnych heretyków, Marcin Luter, pisał: „Jesteś księciem czy sędzią (...), masz ludzi pod sobą i chcesz wiedzieć, co robić. To nie Chrystusa masz pytać o to, co się tyczy danej sprawy, ale praw twojego kraju (...). Między chrześcijaninem a panującym musi istnieć głęboki rozdział”.

Tak i moderniści, którzy, jak piętnował papież: „Gdy kreślą dzieje, nie wspominają nawet o bóstwie Jezusa Chrystusa, a z ambon w świątyniach podnoszą je głośno. Jako historycy gardzą Soborami i Ojcami Kościoła, a przy wykładzie katechizmu cytują ich ze czcią należną. W egzegezie znowu odróżniają egzegezę teologiczną i pasterską od egzegezy naukowej i historycznej. Podobnie wychodząc z założenia, że nauka wcale nie zależy od wiary, gdy rozprawiają o filozofii, historii, krytyce, w przeróżny sposób – nie wstydząc się pod tym względem iść w ślady Lutra, zdradzają swą pogardę dla nauki katolickiej, Ojców Kościoła, Soborów powszechnych, dla najwyższego urzędu nauczycielskiego w Kościele; upominani o to skarżą się, że się ich wolność krępuje”.

Modernistyczna „reforma” Kościoła

Rozdział „Modernista jako reformator” dostarcza spojrzenia nie tylko na teorię modernizmu, ale także na taktykę, jaka miała służyć modernistycznej „reformie” Kościoła. Pius X omówił cztery najważniejsze filary tej wewnątrzkościelnej rewolucji, którą najlepiej zobrazują jego własne słowa.

1. Filozofia i teologia: „Chcą więc reformować filozofię w seminariach duchownych w ten sposób, iż usunąwszy filozofię scholastyczną i złożywszy ją do historii filozofii między przestarzałe systemy, chcą wykładać młodzieży filozofię nowożytną, która jedynie odpowiada epoce, w której żyjemy. Co się tyczy reformy teologii, to teologia, którą zwiemy racjonalną, winna się opierać na filozofii nowożytnej; teologia zaś pozytywna - na historii dogmatów. Historia także winna być pisana i wykładana w myśli ich metod i żądań. Dogmaty i nauka ich rozwoju winny być zharmonizowane z nauką i historią. Co się tyczy katechizmu, to w nim winny być uwzględnione tylko te dogmaty, które zostały zreformowane i są dostępne dla przeciętnego człowieka.”

2. Liturgia i pobożność: „Co do ceremonii zewnętrznych, należy zmniejszyć liczbę praktyk pobożnych, albo przynajmniej wstrzymać ich rozrost”. Miało to związek z teorią symbolizmu, wedle której wszelkie zewnętrzne wyrazy kultu nie są w stanie oddać wewnętrznej rzeczywistości wiary i dlatego należało, wedle modernistów, zwracać na nie uwagę o tyle, o ile służą rozwojowi prywatnej pobożności, a nie ze względu na rangę zapoczątkowanego przez samego Chrystusa i Apostołów kultu publicznego.

3. Monarchiczna władza w Kościele: „Ale co się tyczy Kościoła rządzącego, ten, zdaniem ich, winien być zreformowany od góry do dołu, zwłaszcza władza dyscyplinarna i dogmatyczna. Duch jego i forma winny się zastosować do stanu świadomości nowoczesnej, która jest dziś całkiem demokratyczną: a zatem i kler niższy a nawet i laicy niech wezmą udział w rządach Kościoła, a cała władza w ten sposób niech zostanie zdecentralizowaną. Podobnie zreformować ich zdaniem należy Rzymskie Kongregacje do prowadzenia spraw kościelnych, przede wszystkim zaś urząd Świętego Oficjum i Indeksu”.

4. Moralność: „Co się tyczy moralności, winna tu panować zasada zapożyczona przez nich od amerykanistów: cnoty czynne mają mieć pierwszeństwo przed biernymi tak co do wartości jak i praktyki. Duchowieństwu, w takie instrukcje opatrzonemu, zalecają powrócić do pokory i ubóstwa pierwszych wieków, a swe poglądy i swą działalność zastosować do zasad modernistycznych. Wreszcie są tu i tacy, którzy, idąc w ślady swych mistrzów protestantów, żądają zniesienia celibatu”.

Trudno streścić czy nawet opisać ten złożony i łączący się w logiczną całość obraz modernizmu, jaki święty papież nakreślił w swoim dokumencie. Jedno natomiast można powiedzieć na pewno, że po jego lekturze to, co nas obecnie w Kościele niepokoi, nie będzie nas już dziwić. Wszystkie rozplenione współcześnie błędy zasygnalizował Pius X już ponad sto lat temu. W Pascendi dominici gregis odnajdziemy spójny obraz modernisty, który jak kalkę możemy przyłożyć do wielu współczesnych rzeczników postępu ubranych w sutanny czy garnitury. Co ważne, Ojciec Święty nie bazował w swojej analizie na jakimś „zmyśle proroczym”, nie otrzymał żadnych prywatnych objawień – po prostu wyciągnął logiczne konsekwencje z głoszonych przez modernistów nauk.

Bomba zegarowa

Kuriozalne, przeintelektualizowane konstrukty filozoficzne czy teologiczne modernistów nigdy nie zostały wprost przyjęte przez Kościół. Inspirowały jednak myślenie, otwierały nowe drogi, które doprowadziły do rozpowszechnienia dziś już nikogo nie dziwiących błędów jak ekumenizm, wolność religijna, kolegializm, czy też po prostu „otwarcie” na świat, które chce ożenić myśl katolicką z liberalizmem, demokratyzmem i postępem.

Stąd droga do kolejnego błędu, który każe przyznać wartość, a nawet swoistą „prawdziwość” fałszywym religiom. „Obecnie zauważyć zaraz można, że ona nauka o doświadczeniu w łączności z drugą o symbolizmie kładzie na każdej religii, nie wyłączając wcale pogańskiej, piętno religii prawdziwej” – pisał o tym zjawisku Pius X. „Twierdzą, jedni skrycie, drudzy zupełnie otwarcie, że wszystkie religie są prawdziwe” – dodawał.

Innym, burzącym samą podstawę porządku Kościoła, nadużyciem jest próba wprowadzenia do jego ustroju zasad demokratycznych. „Żyjemy przecież obecnie w czasach rozkwitu poczucia wolności. W państwie świeckim świadomość zbiorowa stworzyła demokrację. W człowieku nie ma dwoistej świadomości, jak i nie ma dwoistego życia. Jeżeli więc Kościół w sumieniach ludzkich nie chce rozbudzić i rozpromienić walki wewnętrznej, winien demokratyczny przybrać ustrój, tym więcej, że zagraża mu zguba, jeśli tego nie uczyni. Albowiem szaleństwem jest mniemanie, że poczucie wolności opuści raz zajęte placówki. Grozi ono straszliwym wybuchem. Gdy kto zechce je opanować i zakuć w łańcuchy, wybuch ten jest w stanie znieść i Kościół, i religię” – tak autor Pascendi streszczał argumentację modernistów.

Podważenie autorytarnej władzy papieża szeroko otworzyło podwoje zwyczajnego buntu, określanego dziś jako „kolegializm”. Przypisuje się mu znamiona wspaniałego osiągnięcia, dzięki któremu nawet niższe duchowieństwo i osoby świeckie zaczynają brać udział w rządach Królestwem Chrystusowym na ziemi. „Dostrzegacie, Czcigodni Bracia, to jądro owej zgubnej teorii, która żąda, aby ludzie świeccy byli czynnikami postępu w Kościele” – przestrzegał papież. I tłumaczył, iż wedle zwolenników tej nowej herezji, ludzie prywatni w swojej prywatnej duchowości „głębiej” i bardziej „życiowo” odczuwają rzeczywistość wiary, dlatego są warunkiem postępu w Kościele. Podważenie przewodniej roli Urzędu Nauczycielskiego Kościoła staje się w tym kontekście nader jaskrawe.

Meta-herezja

Pod koniec encykliki papież szeroko i konkretnie przedstawił środki zaradcze przeciwko panoszeniu się modernizmu, między innymi nakazując biskupom powołanie diecezjalnych rad cenzorskich, a także surowo zabraniając piastowania jakichkolwiek nauczycielskich urzędów przez zdradzających modernistyczne skłonności duchownych i świeckich w katolickich seminariach oraz na katolickich uniwersytetach.

Ojciec Święty zwrócił uwagę na szkodliwość wszelkich publikacji szerzących tę arcy-herezję. „Książki, gazety, miesięczniki tego rodzaju nie powinny się dostawać do rąk alumnów w seminariach czy uniwersytetach; są one nie mniej zgubne, jak druki pornograficzne, a nawet może gorsze od tych ostatnich, gdyż zatruwają życie chrześcijańskie u źródła”.

Porównanie pism modernistycznych do pornograficznych nie powinno wydawać się przesadzonym. I nie dlatego, iż w czasach Piusa X nikomu nie śniło się jeszcze o pornografii w dzisiejszej formie. Przede wszystkim dlatego, iż podobnie jak pornografia niszczy psychikę u jej podstaw, tak modernizm niszczy sam korzeń życia duchowego, którym jest zdrowa wiara, a tym samym wypacza w człowieku ten ośrodek, który ma go prowadzić prostą drogą do szczęśliwej wieczności, chroniąc od wiecznego potępienia.

Niemniej szkodliwy okazał się modernizm dla całego organizmu Kościoła Świętego. Ta „synteza wszelkich herezji” stała się bowiem najsilniejszą z broni, jakie nieprzyjaciel ludzkiego zbawienia wynalazł dotychczas dla oderwania człowieka od zbawiennego zdroju prawdziwej wiary, zdrowej duchowości i godnie sprawowanych sakramentów. Dlatego też uświadamiamy sobie, że poznając modernizm włożyliśmy rękę niejako w worek bez dna, gdyż nabieramy świadomości, iż stanowi on – idąc za myślą św. Piusa X – jakby „meta-herezję”, wciąż wywierającą swe zgubne skutki.

„Teraz, obejmując niejako jednym rzutem oka cały ten system, czyż zadziwimy kogokolwiek, jeśli ich zasady nazwiemy zbiorem wszelkich herezji. Gdyby ktoś zadał sobie trud zebrania wszystkich błędnych twierdzeń, wymierzonych przeciw wierze, i wyciśnięcia z nich niejako soków i krwi - zapewne nie mógłby tego dokładniej uczynić niż moderniści. Owszem oni dalej jeszcze poszli: nie tylko religii katolickiej grożą ruiną, lecz, jak to już zaznaczyliśmy, grożą ruiną wszelkiej religii” – mocno kwitował papież zwany „młotem na modernistów”.

Filip Obara


Więcej o zasadach modernizmu:
Zasady modernizmu
Modernizm jako system nowej religii


http://www.pch24.pl/moder...ji,38148,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 3 Luty 2016, 08:45   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 3 Luty 2016, 12:26    [Cytuj]

Moderniści jak ognia boją się intronizacji. Tym razem uderza „Tygodnik Powszechny”



Polscy biskupi zapowiedzieli ogłoszenie jeszcze w tym roku aktu przyjęcia królowania Chrystusa i poddania się Jego Boskiej Władzy. Środowiska orędowników intronizacji Chrystusa na Króla Polski zastanawiają się, czy będzie to akt o jaki bezskutecznie apelują od lat. Odezwała się jednak także wpływowa, postępowa część Kościoła – która z jakichś powodów panicznie boi się intronizacji.

Choć nie znamy jeszcze ostatecznego kształtu aktu przygotowywanego przez polskich biskupów, episkopat zapowiedział, iż jego uroczyste odczytanie dokona się 19 listopada w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Ogłoszenie tej decyzji spowodowało liczne kpiny dziennikarzy mediów ateistycznych (jak chociażby karykatury w „Gazecie Wyborczej”), biskupów krytykują także niektórzy postępowi duchowni i „katolicki” w nazwie „Tygodnik Powszechny”.

Na łamach „TP” Artur Sporniak nazywa zapowiedź intronizacji „jednym z najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń religijnych w Polsce w Roku Miłosierdzia”. Publicysta zdecydował się nawet na przytoczenie słów opublikowanych na łamach „TP” jeż ponad pięć lat temu: „Na naszych oczach powstaje schizmatycki ruch parareligijny o licznych cechach sekty, z celami wykraczającymi poza aspiracje religijne. Czyżby powtórka z Lefebvre’a – tym razem po polsku?”.

Krótki tekst Sporniaka, zatytułowany „Kontrowersyjna intronizacja”, kończy się wyrażeniem nadziei, iż biskupi planujący uwzględnienie proponowanego przez wiernych „aspektu społecznego” intronizacji w tegorocznym akcie, będą potrafili „zachować religijny charakter tego wydarzenia”.

„Tygodnik Powszechny” to nie jedyne medium, które przeraża wizja intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Kilka dni temu portal deon.pl opublikował komentarz jezuity, ojca Wojciecha Żmudzińskiego, który porównał starania środowisk intronizacyjnych do… działalności Judasza.

kra

http://www.pch24.pl/moder...y-,40979,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 3 Luty 2016, 14:54   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=94JqfHe6XeI
[/youtube]
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 22 Luty 2016, 13:12    [Cytuj]

Koniecznie poczytajcie! Bardzo dobra lektura.


św. Pius X Encyklika "Pascendi dominici gregis" O zasadach modernistów

Do Patriarchów, Prymasów, Arcybiskupów, Biskupów i Ordynariuszy, w jedności i łączności ze Stolicą Apostolską pozostających


Czcigodni Bracia
Pozdrowienie i błogosławieństwo apostolskie

Wstęp


Cel wrogów Chrystusa Pana: zrujnować królestwo Jezusa Chrystusa
Urząd pasania owczarni Pańskiej, zlecony Nam przez Boga, mieści w sobie przede wszystkim ten obowiązek, wskazany przez samego Chrystusa, abyśmy jak najczujniej strzegli przekazanego Kościołowi depozytu wiary, odrzucając „niezbożne nowości słów” oraz zarzuty rzekomej nauki (1 Tym 4, 20).
Ta zaś przezorność najwyższego pasterza była po wszystkie zgoła czasy niezbędną Kościołowi Katolickiemu, gdyż za sprawą nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego nigdy nie brakowało mężów „mówiących przewrotności”(Dz Ap 20, 30), „próżnomównych i zwodzicielców”(Tyt 1, 10), „błądzących i w błąd wprowadzających”(2 Tym 3, 1). A wyznać musimy, że szczególniej w ostatnich czasach wzrosła liczba takich nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego, którzy za pomocą nowych a podstępnych środków usiłują paraliżować ożywcze działanie Kościoła, a nawet, gdyby się udało, doszczętnie wywrócić samo nawet królestwo Chrystusowe.
Dlatego też dłużej milczeć Nam nie wolno, aby ta wyrozumiałość, którejśmy używali, spodziewając się ich powrotu do rozwagi, nie była nam poczytana za zapomnienie swego obowiązku.

Ukryci nieprzyjaciele Kościoła
Zwlekać nam dłużej nie wolno. Wymaga tego przede wszystkim ta okoliczność, iż zwolenników błędów należy dziś szukać nie już wśród otwartych wrogów Kościoła, ale w samym Kościele: ukrywają się oni – że tak powiemy – w samym wnętrzu Kościoła; stąd też mogą być bardziej szkodliwi, bo są mniej dostrzegalni.
Będziemy więc mówić, Czcigodni Bracia, nie o niekatolikach, lecz o wielu z liczby katolików świeckich, oraz – co jest boleśniejsze – o wielu z grona samych kapłanów, którzy wiedzeni pozorną miłością Kościoła, pozbawieni silnej podstawy filozoficznej i teologiczne, przepojeni natomiast do gruntu zatrutymi doktrynami, głoszonymi przez wrogów Kościoła, zarozumiale siebie mienią odnowicielami tego Kościoła, i rozzuchwaleni liczbą swych zwolenników napadają nawet na to, co tylko jest najświętszego w dziele Chrystusowym, nie oszczędzając nawet Osoby Boskiego Zbawiciela, którą ze świętokradzką odwagą sprowadzają do stanowiska prostego i ułomnego człowieka.

Atakują wiarę w jej najgłębszych korzeniach
Dziwią się tacy, dlaczego ich zaliczamy do nieprzyjaciół Kościoła; nikt jednak nie będzie się dziwił, jeżeli – pomijając zamiary wewnętrzne, których Bóg tylko jeden jest sędzią – zapozna się z ich doktryną, z ich sposobem mówienia i działania. Zaprawdę, nie odbiega od prawdy, kto ich uważa za nieprzyjaciół Kościoła i to najbardziej szkodliwych.
Albowiem, jak to już powiedzieliśmy, przeprowadzają oni swe zgubne dla Kościoła plany nie poza tym Kościołem, lecz w nim samym: stąd też niebezpieczeństwo ma swoje siedlisko niejako w samych żyłach i wnętrznościach Kościoła, ku tym pewniejszej szkodzie, im lepiej oni go znają. Nadto, przykładają siekierę nie do gałęzi i latorośli, lecz do samych korzeni, to znaczy do wiary i do jej żył najgłębszych. Dotknąwszy zaś tego korzenia nieśmiertelności, szerzą dalej jad po drzewie całym, tak iż nie oszczędzają żadnej cząstki prawdy katolickiej, żadnej takiej, której by nie starali się zarazić. Zresztą w zastosowaniu tysiącznych sposobów szkodzenia, nikt ich nie przewyższy w zręczności i chytrości: udają bowiem na przemian to racjonalistów, to katolików, i z taką zręcznością, iż łatwo mogą wprowadzić w błąd każdego nieostrożnego; że zaś są bezczelni, jak mało kto, nie wahają się przed żadnym wnioskiem, który gotowi są przeprowadzić z całą mocą i stanowczością. Dodać tu jeszcze trzeba – co najskuteczniej właśnie może uwodzić dusze – że prowadzą tryb życia nadzwyczaj czynny, że nieustannie i usilnie oddają się wszelkiego rodzaju studiom, i że bardzo często są ludźmi surowych obyczajów. Wreszcie – i to odejmuje wszelkie nadzieję opamiętania – własne ich doktryny tak ich urabiają, że gardzą wszelką powagą i odrzucają wszelkie wędzidło; a urobiwszy sobie fałszywe sumienie starają się wmówić w siebie, że prawdy umiłowaniem jest to, co w istocie jest jego zarozumiałością i uporem.

Trzeba ich zdemaskować
Tak, mówiąc prawdę, spodziewaliśmy się, że ludzie ci kiedyś może się opamiętają: w tym celu traktowaliśmy ich z początku jako synów z wyrozumiałością; później z surowością; wreszcie jakkolwiek z żalem, uciekliśmy się do skarcenia publicznego. Wiecie jednak, Czcigodni Bracia, jak dalece pozostało to bez skutku: na chwilę zdawali się skłaniać czoło, lecz je natychmiast jeszcze bardziej w górę podnieśli. Zapewne, gdyby tylko o nich samych chodziło, moglibyśmy może nie zwracać na to uwagi: idzie tu wszakże o bezpieczeństwo imienia katolickiego. Dlatego też należy już zaniechać milczenia, które dłużej by się stało winą, aby okazać całemu Kościołowi, kim są w rzeczywistości ludzie, co tak źle się przyoblekają.
Że zaś modernistów (tak przecież zwą się oni zwykle) najprzebieglejszy manewr polega na tym, że nie przedstawiają swych doktryn ujętych w pewien porządek i zebranych w pewną całość, lecz jakoby rozproszone i oddzielone jedne od drugich, ażeby uchodzić za chwiejnych i niejako niestałych, gdy tymczasem są pewni i stanowczy: wypada, Czcigodni Bracia, zebrać najpierw te doktryny w jedną całość, wykazać związek, który je łączy, ażeby następnie wyśledzić przyczyny błędów i wskazać na środki na odwrócenie ich zgubnych następstw.

Plan encykliki
Aby zaś zachować pewien porządek w rzeczach tak pomieszanych, to przede wszystkim należy zauważyć, że każdy z modernistów przedstawia niejako i łączy w sobie wiele osób, a mianowicie: i filozofa, i wierzącego, i teologa, i historyka, krytyka i reformatora. Tych wszystkich musi pojedynczo rozróżnić, kto chce dokładnie poznać ich system oraz przeniknąć początki, jak i następstwa ich doktryn.

CZĘŚĆ I
ANALIZA DOKTRYN MODERNISTÓW

MODERNISTA-FILOZOF

Zasada i fundament: agnostycyzm (rozum nie wychodzi poza poznanie fenomenów, dlatego też nie można poznać Boga)
Jeżeli przeto zacząć od filozofa, to moderniści upatrują całą podstawę filozofii religijnej w tej doktrynie, którą zwą agnostycyzmem. Wedle niego rozum ludzki jest całkowicie zamknięty w dziedzinie zjawisk, to znaczy tyleż, co powiedzieć: w tym, co jest widocznie, i w takiej postaci, w jakiej jest widoczne; ani z prawa, ani z władzy przyrodzonej nie może on wyjść z tych granic. Dlatego nie jest mocen podnieść się do Boga, ani poznać Jego istnienia, nawet za pomocą rzeczy widzialnych. Stąd zaś wnioskuje się, że Bóg nie może być w żaden sposób bezpośrednim przedmiotem wiedzy; co się zaś tyczy dziejów, to bynajmniej Bóg nie może być uważany za podmiot historyczny.
Jeżeli to przyjąć, łatwo każdy zrozumie, co się stanie z teologią naturalną, z motywami wierzenia, z objawieniem zewnętrznym. To wszystko moderniści odrzucają zupełnie i zaliczają do intelektualizmu, śmiesznego wedle nich systemu, już od dawna zamarłego. Nie powstrzymuje ich to bynajmniej, że tak okropne błędy były już przez Kościół najwyraźniej potępione. Albowiem Sobór Watykański tak postanowił: „Kto by powiedział, że Bóg jeden i prawdziwy, Stwórca i Pan nasz, nie może być na pewno poznany przyrodzonym rozumu ludzkiego światłem, przez to co jest uczynione, niech będzie potępiony”[1]. A także: „Kto by powiedział, że nie może to być, albo że nie wypada, iżby człowiek miał być przez Objawienie Boże pouczany o Bogu i o czci, jaka Mu ma być oddawana, niech będzie potępiony”[2]. A wreszcie: „Kto by powiedział, że objawienie Boże nie może być podane do wierzenia za pomocą znaków zewnętrznych, i że dlatego ludzie mogą być skłaniani do wiary jedynie przez wewnętrzne przeświadczenie każdego lub natchnienie prywatne, niech będzie potępiony”[3].
Na jakiej zaś podstawie moderniści przechodzą od agnostycyzmu, który jest tylko prostym stanem nieświadomości, do ateizmu naukowego i dziejowego, który polega już na pozytywnym przeczeniu: na podstawie przeto jakiego prawa rozumowania, od tego, że się nie wie, czy Bóg brał udział w dziejach rodzaju ludzkiego, czy też nie – przechodzi się do wyjaśnienia tych dziejów z pominięciem Boga zupełnym, jakby istotnie nie brał w nich udziału – niech zrozumie, kto może. To przecież uznają i za niewzruszone poczytują, że wiedza i dzieje mają być ateistyczne; w ich zaś granicach może być miejsce tylko dla zjawisk, z wyrzuceniem zupełnym Boga i wszystkiego, co jest Boże.
Co zaś należałoby sądzić na podstawie tej najniedorzeczniejszej doktryny o Najświętszej Chrystusa Osobie, co o tajemnicach Jego życia i śmierci, co również o Zmartwychwstaniu i o Wstąpieniu na niebiosa, zaraz to dokładnie zobaczymy.

Immanentyzm życiowy: religia jest podświadomym uczuciem wynikającym z potrzeby czegoś Boskiego
W rzeczywistości agnostycyzm stanowi w nauce modernistów zaledwie część negatywną; część pozytywna zaś zawiera się całkowicie w immanencji życiowej. Od jednej do drugiej przechodzą oni w ten sposób.
Religia, czy ona będzie naturalna, czy nadprzyrodzona, na równi z każdą rzeczywistością, wymaga pewnego wyjaśnienia. Otóż po usunięciu teologii naturalnej, po zamknięciu drogi do objawienia przez odrzucenie motywów wierzenia, po zaprzeczeniu nawet zupełnym wszelkiego objawienia zewnętrznego, rzeczą staje się zrozumiałą, że na próżno szukamy wyjaśnienia poza człowiekiem. Pozostaje więc jedno: szukać go w człowieku samym; że zaś religia nie jest w rzeczywistości czym innym, jego pewną formą życiową, toteż wyjaśnienie powinno właśnie się znaleźć w życiu człowieka. Na tym właśnie polega zasada immanencji religijnej. Dalej, pierwsze niejako poruszenie wszelkiego objawu życiowego, do którego zalicza się też i religia – wedle tego, co już powiedziano – należy zawsze upatrywać w pewnej potrzebie czyli pobudce: początki zaś same tego objawu, jeżeli ściślej mowa o życiu, spoczywają w pewnym poruszeniu serca, zwanym uczuciem. Toteż, skoro przedmiotem religii jest Bóg, wypada więc wnioskować, że wiara, która jest początkiem i podstawą wszelkiej religii, powinna spoczywać w pewnym uczuciu wewnętrznym, które znów, ze swej strony, powstaje z pewnej potrzeby tego, co Boskie. A że ta potrzeba objawia się tylko w pewnych określonych i odpowiednich warunkach, sama przez się więc nie należy do dziedziny samowiedzy. W zasadzie spoczywa ona pod nią, czyli wedle wyrażenia zapożyczonego od filozofii modernistycznej, w podświadomości, gdzie są ukryte jej korzenie, dla ducha zupełnie niedostępne.
Jeżeli się zapytać, w jakiś sposób, od tej potrzeby bóstwa, którą człowiek ma sam w sobie odczuwać, przechodzi się nareszcie do religii – na to moderniści tak odpowiadają: nauka i dzieje zawarte są między dwoma słupami granicznymi; jeden z nich jest zewnętrzny, a jest nim świat widzialny; drugi jest wewnętrzny, a jest nim samowiedza. Gdy nauka i dzieje dotrą do jednego z nich nie mogą już posuwać się dalej, poza tymi bowiem granicami leży już niepoznawalne. Wobec tego niepoznawalnego, czy ono jest na zewnątrz człowieka, poza światem widzialnym, czy też ono ukrywa się wewnątrz, w podświadomości, potrzeba bóstwa w duszy skłonnej do religii, bez żadnego poprzedniego aktu rozumowego – jak zapewnia fideizm – wywołuje pewne specjalne uczucie. To uczucie ma to do siebie, że zawiera w sobie samą rzeczywistość Boską już to jako przedmiot, już to jako przyczynę wewnętrzną i do pewnego stopnia łączy człowieka z Bogiem. To jest wedle modernistów wiara i w tak rozumianej wierze początek religii.

Pojęcie Objawienia: pojęcia samouświadomienia i objawienia są równoznaczne
Na tym jednak nie koniec filozofowania, czy raczej bredzenia. W powyższym bowiem uczuciu moderniści nie tylko upatrują wiarę, lecz twierdzą, że i objawienie ma swe miejsce przy wierze i w wierze samej, takiej, jak oni ją pojmują. Cóż bowiem w rzeczywistości pozostawia się objawieniu? Czyż może nie jest to objawieniem, a przynajmniej podstawą objawienia owo uczucie religijne, które się objawia w samouświadomieniu? Czyż nie jest objawieniem także ukazanie się duszom, jakkolwiek jeszcze niewyraźne, Boga w tym uczuciu religijnym? Dodają też, że skoro Bóg jednocześnie jest przedmiotem i przyczyną wiary, to objawienie jest zarówno od Boga, jak i przez Boga; to znaczy ma ono Boga zarówno jako objawiającego, oraz jako objawionego. Stąd też, Czcigodni Bracia, to najniedorzeczniejsze twierdzenie modernistów, jakoby każdą religię, zależnie od różnego względu, pod którym jest rozpatrywana, należy uznać jednocześnie i za naturalną i za nadnaturalną. Stąd pomieszanie przez nich znaczenia samowiedzy i objawienia. Stąd, wedle nich, prawo jakoby samoświadomość religijna okazywała się być zasadą ogólną, całkowicie na równi będącą z objawieniem, której ulegać mają wszyscy, nawet najwyższa w Kościele władza, kiedy naucza lub stanowi prawa w sprawie kultu i karności.

Konsekwencje historyczne: zniekształcenie historycznych zjawisk (np. życia Chrystusa)
Nie dałoby się atoli dokładnego pojęcia o powstawaniu wiary i objawienia, jak je pojmują moderniści, gdyby się nie zwróciło uwagi na jeden punkt wielkiej wagi, ze względu na konsekwencje historyczno – krytyczne, które oni z niego wyprowadzają.
Albowiem niepoznawalne, o którym opowiadają, nie przedstawia się wierze, jako coś oderwanego i nagiego; owszem, jest ono połączone ściśle z pewnym zjawiskiem, które jakkolwiek by należało do dziedziny wiedzy lub dziejów, jednakże pod pewnym względem przekracza ich granice. Takim zjawiskiem może być jakikolwiek objaw przyrody, zawierający w sobie coś tajemniczego; może też nim być jakiś człowiek, którego charakter, czyny, słowa, zdają się nie zgadzać ze zwykłymi prawami dziejów. Wtedy zaś wiara, pociągnięta przez niepoznawalne, tkwiące w zjawisku, opanowuje całe zjawisko i przesiąka je niejako własną swą żywotnością. Stąd zaś wypływają dwa skutki. Po pierwsze, pewna przemiana zjawiska, mianowicie przez jego podniesienie, jego własną rzeczywistość, jakoby dla lepszego dostosowania go, jako materii, do formy Boskiej, jaką mu wiara chce nadać. Po wtóre, zachodzi tu, jeżeli można tak powiedzieć, rodzaj odmiany zjawiska stąd pochodzącego, że wiara, wyjąwszy to z pod warunków czasu i przestrzeni, nadaje mu to przede wszystkim wówczas, gdy idzie o zjawisko z przeszłości, i to o tyle łatwiej, o ile ta przeszłość jest odleglejsza. Z tego podwójnego wypadku wyciągają moderniści dla siebie znów dwa prawa, które po dołączeniu do trzeciego, zaczerpniętego z agnostycyzmu, tworzą jakby podstawy ich krytyki historycznej. Przykład wzięty z osoby Chrystusa rzecz wyjaśni. W osobie Chrystusa, powiadają, wiedza i dzieje nie znajdują nic poza człowiekiem. A więc w imię prawa pierwszego, opartego na agnostycyzmie, należy z jego dziejów usunąć wszystko, co tylko tchnie bóstwem. Dalej, na podstawie drugiego prawa dziejowa postać Chrystusa przemieniona jest przez wiarę; a przeto należy usunąć z Jego dziejów wszystko, co Go wynosi ponad dane dziejowe. Wreszcie, ta jasna osoba Chrystusa została przez wiarę odmieniona; należy więc z Jego dziejów usunąć nadto słowa, czyny – i w ogóle wszystko, to, co bynajmniej nie odpowiada Jego charakterowi, Jego położeniu, Jego wychowaniu, miejscu i czasowi, w którym żył.
Dziwnym wyda się, niewątpliwie, ten sposób rozumowania: taka jest jednak krytyka modernistów.

„Wiara” modernistyczna: religia jest owocem przyrody
Tak więc uczucie religijne, które w sposób powyższy wytryskuje z ciemnych głębin podświadomości przez immanencję życiową, jest zarodkiem każdej religii jako też gruntem tego wszystkiego, cokolwiek było lub będzie w religii. To uczucie, z początku niewyraźne i bezkształtne, powoli rozwinęło się pod wpływem onej tajemniczej przyczyny, od której ma początek, i równocześnie z postępem życia ludzkiego, którego, jak powiedziano, przedstawia niejako formę. Tak powstały wszystkie religie, nawet nadprzyrodzona: są one, mianowicie, prostym wypływem onego uczucia religijnego. Niech się nikt nie spodziewa, żeby dla religii katolickiej miał tu być wyjątek; stawia się ją na równi ze wszystkimi innymi. Jej kolebką była samoświadomość Chrystusa, męża o najbardziej wybranym charakterze, któremu nie było i nie będzie nigdy równego: tu się ona zrodziła, nie z żadnej innej podstawy, lecz jedynie z immanencji życiowej.
Podziw ogarnia człowieka, zaiste, wobec takiej czelności w twierdzeniu, takiej łatwości w bluźnieniu. A jednakże, Czcigodni Bracia, nie sami tylko niedowiarkowie wygłaszają takie okropności: ludzie katoliccy, owszem nawet kapłani, i to liczni, wypowiadali to szumnie; a jednocześnie pochlebiają sobie, że za pomocą takich niedorzeczności odnawiają Kościół! Idzie tu już nie o błąd dawniejszy, który przyznawał ludzkiej naturze pewne niejako prawo do porządku nadprzyrodzonego. Posunięto się dalej: w człowieku Chrystusie, tak samo, jak i w nas, nasza święta wiara nie jest niczym innym jeno własnym, samorzutnym wytworem przyrodzenia. Czy może być, zaprawdę, coś skuteczniejszego do obalenia wszelkiego porządku nadprzyrodzonego? Dlatego też z największą słusznością postanowił Sobór Watykański: „Gdyby kto rzekł, że człowiek nie może być działaniem Boskim podniesiony do poznania i udoskonalenia, które sięgają ponad stan natury, lecz że on raczej z siebie samego wytrwałym postępem może i powinien w końcu dojść do osiągnięcia całej prawdy i dobra, niech będzie potępiony”[4].

Wpływ rozumu na wiarę: rozmyślać nad uczuciami religijnymi
Dotąd wszakże, Czcigodni Bracia nie wiedzieliśmy jeszcze, jakie też miejsce pozostawia się tu rozumowi. Wedle bowiem modernistów i on także ma swój udział w akcie wiary. Należy poznać w jaki to sposób ma się dziać.
W onym uczuciu, powiadają – o którym już wielokrotnie wspominaliśmy – dlatego właśnie, że to jest uczucie, a nie poznanie, Bóg wprawdzie staje przed człowiekiem; jednakże w tak nieokreślonej postaci, że w rzeczywistości wcale, albo przynajmniej bardzo mało odróżnia się od samego człowieka. Konieczne jest przeto, aby to uczucie zostało opromienione pewnym światłem, iżby Bóg wystąpił wyraźniej, a mianowicie w pewnej odrębności od podmiotu. Tu leży zadanie rozumu, zdolności myślenia i analizowania, którymi człowiek się posługuje, ażeby wyłożyć naprzód w zrozumiałych wyobrażeniach, a następnie w wyrażeniu słownym te zjawiska życiowe, których sam jest widownią. Stąd utarte wyrażenie modernistów: człowiek musi przemyśleć swą wiarę.
Rozum przeto przychodzi uczuciu z pomocą, zniża się do niego, pracuje w nim na podobieństwo malarza, który odnajduje wyblakłe linie rysunku na starym płótnie, aby je przez odświeżenie wydobyć. Tak przynajmniej brzmi porównanie, użyte przez jednego z wodzów modernizmu. W tej zaś pracy rozum idzie drogą podwójną.
Po pierwsze, aktem naturalnym i samorzutnym oddaje rzecz w prostym i zwykłym twierdzeniu; następnie zaś, przy pomocy refleksji i zastanawiania się, czyli, jak mówią, wypracowując myśl, wykłada on formę początkową w zdaniu drugorzędnym, pochodnym wprawdzie od onego pierwotnego prostego, lecz już bardziej określonym i wyraźniejszym. Te zaś zdania drugorzędne, po następnym stwierdzeniu przez Kościół, tworzą dogmat.

„Dogmat” według modernistów
W ten sposób w rozpatrywaniu zasad modernistów doszliśmy do punktu głównego, a mianowicie do kwestii powstawania dogmatów i ich natury. Dogmat bowiem, według nich, bierze początek z pierwotnych form prostych, które pod pewnym względem są niezbędne do wiary: gdyż objawienie, żeby było prawdziwe, wymaga jasnej świadomości Boga w sumieniu; sam zaś dogmat, jak usiłują dowieść, zawiera się w formach drugorzędnych.
Aby zaś lepiej pojąć naturę dogmatów, przede wszystkim należy wyrozumieć, jaki zachodzi stosunek między formami religijności na uczuciem religijnym ducha ludzkiego. To zaś łatwo pojmie każdy, kto zważy, że celem owych form nie jest nic innego, jak tylko podanie wierzącemu sposobu, ażeby sobie zdał sprawę ze swej wiary. Są więc one ogniwem pośrednim między wierzącym a jego wiarą: w stosunku do wiary są niedostatecznym wyrażeniem tejże – a więc symbolami; w stosunku do wierzącego są jedynie narzędziami.
Wobec tego formy nie mogą zawierać bezwzględnej prawdy: albowiem – jako symbole są tylko wyobrażeniami prawdy, które się powinny zastosować do uczucia religijnego w stosunku do człowieka; jako zaś narzędzia – są biernymi przewodnikami prawdy, które powinny się również zastosować do człowieka, o ile mamy na uwadze jego stosunek do uczucia religijnego.

Ewolucja dogmatów: zmienność dogmatów podporządkowanych uczuciom religijnym
Przedmiot owego uczucia religijnego, którego treścią jest absolut, posiada wielorakie objawy, pod którymi nam się kolejno przedstawia. Podobnie i wierzący może się znajdować w podobnych warunkach i okolicznościach pod tym względem. Wskutek tego formy, które zwiemy dogmatami, podlegają wahaniom – a co za tym idzie i zmienności. W ten sposób droga otwarta do wewnętrznej ewolucji dogmatu.
Oczywiście jest to zbiór najrozmaitszych sofizmatów, które są zdolne wszelką religię nie tylko poderwać, ale nawet zrujnować!
Co więcej, moderniści usilnie dowodzą, co zresztą i z innych ich twierdzeń wynika, że dogmat nie tylko się może, ale powinien rozwijać i zmieniać. Albowiem jedną z podstawowych ich zasad jest tzw. immanentyzm życiowy, mianowicie to, że formy religijne, aby były istotnie religijnymi, a nie tylko spekulacją teologiczną, powinny być żywotne i powinny żyć życiem uczucia religijnego. To zaś nie w ten sposób należy rozumieć, jakoby te formy – o ile są li tylko tworem wyobraźni – wytworzone były dla wzniecenia uczucia religijnego, gdyż ich powstanie, liczba, nawet jakość niewiele tu znaczą; lecz w ten sposób, iż uczucie religijne, zmieniając je w miarę potrzeby, życiowo je sobie przyswaja. Mianowicie – innymi słowy – potrzeba, by serce przyjęło ową formę pierwotną i ją usankcjonowało; po czym, by praca pod kierunkiem tegoż serca stworzyła formy drugorzędne. Wynika stąd, że te formy, by się stały życiowymi, muszą koniecznie być zastosowane w sposób stały tak do wiary samej, jak i do wierzących. Przeto, jeśliby z jakiejkolwiek przyczyny ustało to przystosowanie, musiałyby formy utracić swoją treść pierwotną i uległyby zmianie. Ponieważ, dalej, charakter owych form dogmatycznych jest tak niestały i chwiejny, nic dziwnego, że moderniści nie przywiązują do nich wielkiej wagi; przeciwnie zaś, o niczym tak nie mówią i nic tak nie wynoszą, jak uczucie religijne i życie religijne. Stąd zuchwale zarzucają Kościołowi, że wszedł na błędną drogę, że nie umie odróżnić religijnej i moralnej siły dogmatu od jego zewnętrznej formy; że dalej, trzymając się uparcie i bezmyślnie czczych formułek, samą wiarę naraża na zgubę.
Ślepi zaiste i ślepych wodzowie – nadęci zarozumiałą wiedzą, doszli oni do tej przewrotności, iż z gruntu wywracają niezmienne określenie prawdy, oraz samą treść religii, tworzą natomiast system, „w którym – wiedzeni zarozumiałą i przewrotną żądzą nowości, nie szukają prawdy tam, gdzie ona istotnie się znajduje, ale, odrzuciwszy świętą i apostolską Tradycję, chwytają się innych próżnych, beznadziejnych, niepewnych nauk którymi oni – sami próżni – usiłują obronić i osłonić prawdę”[5].

MODERNISTA-WIERZĄCY

Doświadczenie religijne: wierzący poznaje Boga przez wewnętrzne natchnienie
Takim jest, Czcigodni Bracia, modernista filozof. Teraz przechodzimy do modernisty, jako człowieka wierzącego.
Jaka tego różnica między modernistą filozofującym a wierzącym? Różnica ta, że filozof przypuszcza wprawdzie rzeczywistość pierwiastka Bożego jako przedmiot wiary, lecz ta rzeczywistość znajduje się jedynie w duszy wierzącego, tj. jako przedmiot uczucia i afirmacji, a wskutek tego nie przekracza zakresu fenomenów; gdy tymczasem modernista wierzący uznaje i ma za pewne to, iż rzeczywistość pierwiastka Bożego sama w sobie istnieje i nie jest wytworem wierzącego. Gdy zaś kto się go zapyta, na czym polega ta pewność, odpowie, że na osobistym każdego człowieka doświadczeniu.
W czym choć odstępują od założeń racjonalistycznych, to jednak wpadają w błędy protestantów i pseudo-mistyków. Tak bowiem rozumują: w uczuciu religijnym – jeśli je głębiej zbadamy – wykryjemy łatwo pewną intuicję serca, przez którą człowiek bez żadnego pośrednictwa doświadcza rzeczywistości pierwiastka Bożego i w ten sposób powstaje pewność o istnieniu Boga, jak również o jego działaniu wewnątrz i na zewnątrz człowieka, pewność, która o wiele przewyższa wszelkie pewniki naukowe. I to jest owo prawdziwe doświadczenie, przewyższające wszelkie doświadczenie rozumowe.
Przyczyną zaś tego, że czasami ci i owi – racjonaliści – pogardzają ową pewnością i przeczą jej istnieniu, jest to, że oni nie chcą stworzyć wokół takiej atmosfery duchowej, która jest niezbędną do wywołania doświadczenia. Według modernistów, gdy ktokolwiek to doświadczenie osiągnie, staje się prawdziwie wierzącym.

Wszystkie religie są prawdziwe, ponieważ są autentycznymi wyrazami różnych doświadczeń religijnych
Jak to wszystko dalekie od nauki katolickiej! Już zarodki tych błędów widzieliśmy w błędach potępionych przez Sobór Watykański.
Jak wszystko to wraz z powyższymi błędami prostą drogą prowadzi do ateizmu, o tym powiemy później. Tymczasem zaś należy zauważyć, że teoria o doświadczeniu religijnym, połączona z teorią symbolizmu, prowadzi do uznania wszelkiej religii nawet pogańskiej za prawdziwą. Czyż bowiem w każdej innej religii nie spotykamy tego rodzaju doświadczeń? Wielu się na to zgadza. A jeśli tak, to jakim prawem moderniści przeczą prawdziwości doświadczenia jakie znajdujemy np. w religii mahometańskiej; dlaczego prawdziwe doświadczenia mają być własnością jednych tylko katolików? I tu moderniści nie przeczą: jedni skrycie, inny otwarcie wyznają, że wszelkie religie są prawdziwe. Że inaczej myśleć nie można – to oczywista. Albowiem na jakiej podstawie mogą oni zarzucać tej lub owej religii fałsz, jeśli chcą zostać ze swoimi zasadami w zgodzie? Oto dlatego, że fałszywe jest albo uczucie religijne, albo forma przez umysł wytworzona. Otóż uczucie religijne jest zawsze jedno i to samo, choć niekiedy mniej lub więcej niedoskonałe; co zaś do formy, to aby była prawdziwą, wystarcza, iżby odpowiadała uczuciu religijnemu i człowiekowi wierzącemu bez względu na stopień jego umysłowego rozwoju. Co najwyżej, mogliby moderniści utrzymywać to jedno, że religia katolicka z pośród różnych religii ma więcej prawdy, gdyż jest żywotniejsza, i że zasługuje bardziej, niż inne, na miano chrześcijańskiej, gdyż lepiej odpowiada początkom chrystianizmu.
Dla każdego jest to oczywiste, że takie wnioski a nie inne wynikają z powyższych przesłanek. Zadziwia szczególniej to, że są wierni, a nawet kapłani, którzy choć brzydzą się tym wszystkim (tak chcemy wierzyć), to jednak postępują, jak gdyby to aprobowali. Albowiem nauczycielom tych błędów takie oddają pochwały, takie publiczne honory, że każdy łatwo może mniemać, iż te pochwały dotyczą nie tyle ludzi (choć może są i tacy), ile raczej błędów, które oni publicznie szerzą i starają się wszelkimi siłami rzucić w masy.
Jest jeszcze coś innego w tej nauce, co się całkiem sprzeciwia katolickiej prawdzie.

Tradycja: przekazanie doświadczenia religijnego (jeśli religia żyje, to jest prawdziwa)
W rzeczy samej, przenoszą oni teorię doświadczenia do Tradycji, wskutek czego Tradycja taka, jakiej się Kościół dotychczas trzymał, obraca się w niwecz. Moderniści bowiem rozumieją pod nazwą Tradycji udzielanie innym jakiegoś pierwotnego doświadczenia w postaci opowiadania przez pośrednictwo form intelektualnych. Dlatego też przypisują tej formie oprócz przymiotu przedstawienia tzw. reprezentacyjnego, także pewną władzę sugestywną. Ta ostatnia służy do tego, by w wierzącym podnieść uczucie religijne, może już wygasłe, by odnowić i ułatwić powtórzenie dokonanego już przedtem doświadczenia, by dalej, w niewierzącym zrodzić uczucie religijne oraz dokonać doświadczenia. W ten sposób doświadczenie religijne szerzy się łatwo wśród narodów nie tylko współczesnych przez przepowiadanie, ale też i przyszłych, już to przez książki, już przez tradycję ustną.
To zaś komunikowanie doświadczenia niekiedy zapuszcza głębokie korzenie i żyje, czasami zaś natychmiast się starzeje i ginie. A żyć – to dowód prawdy dla modernistów, gdyż prawdę i życie uważają za jedno. Stąd znowu wnioskują: wszystkie religie, które trwają, są prawdziwe, bo nie żyłyby, gdyby nie były prawdziwymi.

Stosunek miedzy nauką a wiarą: jedna jest drugiej obca
Mamy tedy, Czcigodni Bracia, aż nadto danych, by poznać dokładnie, jaki stosunek ustanawiają moderniści między wiarą a nauką, rozumiejąc przez tę ostatnią także i historię.
A najpierw, przedmiot wiary jest całkiem obcy dla przedmiotu nauki, jeden od drugiego zupełnie oddzielony. Wiara odnosi się tylko do tego, co nauka sama dla siebie uznaje za niepoznawalne. Stąd dla każdej osobne pole działania: nauka obraca się w świecie fenomenów, gdzie nie masz miejsca dla wiary; wiara przeciwnie, zajmuje się rzeczami Boskimi, które nauka całkiem ignoruje. Przeto oczywiście, między wiarą i nauką nie może być nigdy starcia, bo, skoro każda pozostaje w swym miejscu ich drogi spotkać się nie mogą, ani też skrzyżować.
A jeśliby kto zarzucił, że przecież zdarzają się w świecie widzialnym rzeczy, które wkraczają w dziedzinę wiary, jak np. człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, to temu przeczą. Bo, twierdzą oni, chociaż są to fenomeny, to jednak o ile są przeniknięte życiem wiary, oraz o ile przez tę wiarę zostały przemienione i odmienione wedle opisanego wyżej sposobu – są wyjęte ze świata zmysłowego i przeniesione do świata Boskiego. Tak więc pytającemu dalej, czy Chrystus prawdziwie cuda zdziałał i przyszłość przejrzał w proroctwach, czy żył prawdziwie i wstąpił do niebios – tak pytającemu zaprzeczy nauka, potwierdzi wiara. Mimo to nie będzie między nimi walki ani sprzeczności: ten, co przeczy, to filozof mówiący do filozofów i rozważający Chrystusa jedynie w Jego rzeczywistości dziejowej; ten zaś, co twierdzi, to wierzący wśród wierzących, rozważający życie Chrystusowe, jako na nowo przeżywane przez wiarę i w wierze.

Formuły wiary podporządkowane nauce: sprzeczność dla nauczania katolickiego
Sądziłby jednak mylnie ten, kto by z tego wszystkiego wyprowadzał wniosek, że między nauką a wiarą nie ma żadnej zależności. Co do nauki – to tak; inaczej jednak rzecz się ma z wiarą, która ma ulegać nauce nie z jednego ale z trzech powodów.
Pierwszy jest ten, że w każdym fakcie religijnym, z wyjątkiem rzeczywistości pierwiastka bożego i doświadczenia, które posiada o niej wierzący – wszystko inne, szczególniej zaś formy religijne, nie wychodzi z zakresu fenomenów, a więc nie jest wyodrębnione z dziedziny nauki. Może przeto wierzący usunąć się ze świata, jeżeli zapragnie; skoro jednak i jak długo pozostaje na świecie, nie może nigdy, czy chce, czy nie chce, wyzwolić się z pod praw, badań, sądów nauki czy też historii.
Po wtóre, chociaż powiedziano, że Bóg jest przedmiotem jednej tylko wiary, to jednakże odnosi się to tylko do rzeczywistości Boskiej, nie zaś do idei Boga. Idea bowiem Boga podlega nauce; gdyż rozwijając się w porządku logicznym, jak twierdzą, dosięga absolutu i ideału. Stąd filozofia czyli nauka poznawania idei Boga ma prawo ją miarkować w jej ewolucyjnym rozwoju lub poprawiać, o ile tego zajdzie potrzeba. Stąd wyrażenie modernistów, że rozwój religijny powinien się zgadzać z rozwojem moralnym i umysłowym, a nawet, jak naucza jeden z ich mistrzów, powinien im ulegać.
Wreszcie, po trzecie, człowiek nie znosi w sobie żadnej dwoistości, dlatego też wewnętrzna konieczność pcha wierzącego do takiej wiary i nauki, iżby wiara nie odstępowała od pojęcia, jakie nauka podaje o wszechświecie.
Okazuje się więc z tego, że nauka jest zupełnie niezależna od wiary, natomiast wiara, pomimo wszelkich tłumaczeń o jej odrębności od nauki, podlega najzupełniej tej ostatniej.
To wszystko, Czcigodni Bracia, stoi w zupełnej sprzeczności z tym, co nam podał Nasz poprzednich, Pius IX, nauczając, że „filozofia w rzeczach należących do religii ma być służebnicą a nie panią, ma nie rozkazywać, w co trzeba wierzyć, ale rozumnym posługiwaniem obejmować, nie dociekać tajemnic Bożych, ale je ze czcią i pokorą rozważać”[6]. Moderniści ten porządek całkiem wywracają. Toteż do nich mogą być zastosowane te słowa naszego poprzednika Grzegorza IX, które odnoszą się do kilku ówczesnych teologów: „niektórzy wśród was, pociągnięci duchem próżności, usiłują przekroczyć granice wskazane przez Ojców Kościoła: naginając znaczenia Pisma świętego do doktryn racjonalistycznej filozofii, do pysznego okazywania swej wiedzy, ale nie ku pożytkowi słuchaczy... Uwiedzeni różnością błędnych doktryn, zamieniają niejako głowę na ogon, a królową usiłują poddać rozkazom służebnicy”[7].

Dwulicowość modernistów
Jeszcze więcej światła rzuca na doktryny modernistów ich postępowanie, które jest najzupełniej zgodne z ich zasadami. Słuchając ich lub czytając, wydaje się, jakoby byli sami z sobą sprzeczni, chwiejni i niepewni. Tymczasem taktyka ta jest z góry nakreślona, a wypływa z ich założenia, iż wiara i wiedza są sobie zupełnie obce. Na niejedno zdanie w ich dziełach mógłby się śmiało każdy katolik pisać, ale wystarczy odwrócić kartę, a będzie się zdawało, że się czyta racjonalistę. Istotnie. Gdy kreślą dzieje, nie wspominają nawet o bóstwie Jezusa Chrystusa, a z ambon w świątyniach podnoszą je głośno. Jako historycy gardzą soborami i Ojcami Kościoła; a przy wykładzie katechizmu cytują ich ze czcią należną. W egzegezie znowu odróżniają egzegezę teologiczną i pasterską od egzegezy naukowej i historycznej. Podobnie wychodząc z założenia, że nauka wcale nie zależy od wiary, gdy rozprawiają o filozofii, historii, krytyce, w przeróżny sposób – nie wstydząc się pod tym względem iść w ślady Lutra, zdradzają swą pogardę dla nauki katolickiej, Ojców Kościoła, soborów powszechnych, dla najwyższego urzędu nauczycielskiego w Kościele; upominani i to, skarżą się, że się ich wolność krępuje. Wreszcie, wyznając zasadę, że wiara winna być podporządkowana nauce, otwarcie i przy każdej sposobności napadają na Kościół i oskarżają go o to, iż nie chce podporządkować swych dogmatów pod zdania filozofów i dopasować się w tym względzie do ich twierdzeń. To też usiłują odrzucić teologię dawniejszą a na jej miejsce chcą wprowadzić inną nowożytną, bardziej powolną mrzonkom filozofów.

MODERNISTA-TEOLOG

Immanentyzm i symbolizm teologiczny
Teraz, Czcigodni Bracia, staje już przed nami modernista teolog. Sprawa to bardzo poplątana i zawiła: postaramy się ją krótko przedstawić.
Chodzi tu mianowicie o to, aby pogodzić naukę z wiarą, ale nie inaczej, jak przez podporządkowanie wiary nauce. Modernista teolog posługuje się tu zasadami modernisty-filozofa i przystosowuje je do wierzącego. Są to zasady tzw. immanentyzmu i symbolizmu teologicznego. Proces ten tak się przedstawia. Filozof stwierdził, iż podstawa wiary powstaje w nas, jest immanentną; wierzący dodał: ta podstawa – to sam Bóg, a teolog tylko zawyrokował: Bóg więc pozostaje w człowieku trwale, immanentnie. I tak otrzymujemy teorię o immanentyzmie teologicznym.
Podobnie w innych wypadkach. Filozof dowodzi, że wyobrażenia przedmiotu wiary – to najzwyklejsze symbole; wierzący dodaje, iż przedmiotem wiary jest Bóg sam w sobie; teolog decyduje, iż wyobrażenia rzeczywistości Boskiej są przeto prostymi symbolami. I znowu mamy – symbolizm teologiczny.
Okropne, zaiste, to błędy; a wystarczy przyjrzeć się ich skutkom, aby się przekonać, jak jeden od drugiego zgubniejszy.
Zaczynamy od symbolizmu. Ponieważ symbole są symbolami co do przedmiotu i zarazem narzędziami co do podmiotu, stąd wypływa naprzód, iż wierzący nie powinien ściśle przejmować się formułą jako formułą, lecz ma tylko korzystać z niej, aby posiąść prawdę bezwzględną, którą mu formuła objawia a zarazem zakrywa; gdyż formuła jedynie ma dążyć do wyrażenia owej prawdy bezwzględnej choć nigdy jej całkowicie nie wyrazi. A dalej wypływa jeszcze i to, że wierzący tylko o tyle powinien korzystać z tych formuł, o ile one są dla niego pożyteczne, gdyż one mu są dane nie ku przeszkodzie, ale ku pomocy w wierze. Ale czy tak, czy inaczej, winien je szanować, skoro opinia publiczna uważa je za odpowiednie do wyrażania przekonań publicznych, chyba że ten pogląd ulegnie zmianie.

Konsekwencja: ruina porządku nadprzyrodzonego
Czym jest immanentyzm według modernistów, trudno doprawdy określić, gdyż pod tym względem panuje wśród nich niezgoda. Według jednych immanentyzm polega na tym, iż Bóg jest obecny czynnie w człowieku daleko więcej, aniżeli człowiek sam w sobie; temu zdaniu nikt nic zarzucić nie może, jeśli je należycie pojmie. Inni znowu dowodzą, że działanie Boże jest tylko współdziałaniem z naturą, jakoby przyczyna pierwsza przenikała przyczynę wtórną; takie twierdzenie niszczy wszelki porządek nadprzyrodzony. Inni wreszcie tę teorię tak przedstawiają, że można ich śmiało posądzać o panteistyczne poglądy. I to tłumaczenie najwięcej jest zgodne z ich innymi zasadami.

Permanentyzm: np. sakramenty nie są ustalone przez samego Chrystusa, lecz przez życie chrześcijan natchnionych Jego samoświadomością
Z teorią o tzw. immanentyzmie łączy się inna ich teoria o permanentyzmie Boga. Różnica między jedną a drugą jest taka, jaką widzimy między doświadczeniem osobistym a doświadczeniem przekazanym przez tradycję. Przykład nam rzecz wyjaśni. Weźmy np. Kościół i sakramenty św. Nie należy wierzyć, powiadają nam, jakoby Kościół i sakramenty św. były bezpośrednio przez Chrystusa ustanowione. Istotnie, sprzeciwiałoby się to agnostycyzmowi, upatrującemu w Chrystusie jedynie człowieka obdarzonego samowiedzą religijną rozwijającą się stopniowo na podobieństwo każdej innej samowiedzy ludzkiej; sprzeciwiałoby się to, dalej, immanentyzmowi, który odrzuca, według ich wyrażenia, dostosowania zewnętrzne; sprzeciwiałoby się jeszcze prawu ewolucji, które domaga się czasu na rozwój ziarna i całego szeregu kolejnych okoliczności; sprzeciwiałoby się to wreszcie, historii, która ma wykazywać, że rzeczy właśnie taki miały przebieg. A jednak Chrystus ustanowił Kościół i sakramenty św., ale tylko pośrednio. A pojmować to należy w sposób następujący. Każda samowiedza chrześcijańska zawiera się do pewnego stopnia w samowiedzy Chrystusa, podobnie jak roślina – w nasieniu. Jak zaś pędy czerpią życie z nasienia, tak samo – ich zdaniem – wszyscy Chrześcijanie żyją życiem Chrystusa. A skoro wiara naucza, że życie Chrystusa było Boskim, a więc i życie chrześcijanina również – konsekwentnie – jest Boskim. A ponieważ to życie z biegiem wieków dało początek Kościołowi i sakramentom św., słusznej więc powiedzieć można, że ten początek, idący od Chrystusa, jest Boskim. W tym znaczeniu – twierdzą moderniści – Pismo Święte jest Boskim i Boskimi są dogmaty. Na tym mniej więcej polega teologia modernistów. Zapewne, budowa niezbyt złożona, ale wystarczająca aż nadto do tego, aby wiarę w każdym wypadku uczynić służką nauki.
Jakie to wszystko ma zastosowanie do dalszego ciągu, łatwo się każdy domyśli.

Dogmat: naukowa konstrukcja prymitywnego uczucia religijnego
Dotychczas mówiliśmy o początku wiary i o jej istocie. Że zaś podług modernistów wiara posiada liczne pędy a najprzedniejszymi wśród nich są Kościół, dogmat, kult, Pismo święte, więc też z kolei zastanowimy się nad tym, co o tym wszystkim moderniści sądzą.
Zaczynamy od dogmatu. Ponieważ on ściśle jest złączony z wiarą, więc też o jego początku i naturze mówiliśmy już poprzednio. Powstaje on z konieczności, odczuwanej przez wierzącego. Wierzący czuje potrzebę opracowania swych myśli religijnych, ażeby coraz wyraźniej wyjaśnić tak swą własną, jako też i innych samowiedzę. Prawo to polega na przeniknięciu i na wyjaśnieniu sobie formuły pierwotnej. To przenikanie i wyjaśnianie nie odbywa się w jakimś porządku rozumowym czy logicznym, ale – jak sami to bardzo niejasno określają – w sposób przeżywający, życiowo. Wskutek tego procesu obok tej formuły pierwotnej powstają stopniowo formuły wtórne. Kiedy zaś razem połączone wejdą w skład budowy doktrynalnej i zostaną uznane przez opinię publiczną za odpowiadające samowiedzy powszechnej – wówczas otrzymują nazwę dogmatów, chociaż owe dociekania, ściśle biorąc, nie powstają z życia wiary, to jednak nie są bez pożytku: powinny już to godzić religię z nauką i usuwać wszelki między nimi rozdźwięk, już też na zewnątrz wyjaśniać religię i bronić jej; mogą one wreszcie dostarczać materiału do przygotowania przyszłych określeń dogmatycznych.

Kult: sakramenty są czystymi symbolami, „aby karmić wiarę”
O kulcie niewiele dałoby się powiedzieć, gdyby nie ta okoliczność, że moderniści pod tę nazwę podciągają sakramenty św. A właśnie tutaj co do sakramentów św. moderniści grzeszą jak najbardziej. Kult, podług nich, powstaje z dwojakiej potrzeby czy konieczności; nawiasem dodać trzeba to, co można już było łatwo zauważyć, że wszystko w ich systemie wyjaśniają dwa słowa: potrzeba i konieczność. Pierwsza konieczność polega na nadaniu religii szaty zewnętrznej; druga – na jej rozszerzaniu, czego można dokonać jedynie za pomocą form widzialnych i czynności uświęcających, które się zwą sakramentami. Według modernistów sakramenty św. to zwykłe symbole czyli znaki, chociaż nie pozbawione pewnej siły. Aby bliżej objaśnić tę skuteczność, uciekają się do porównania. O pewnych wyrazach czy zwrotach mowy mówimy, że mają powodzenie, gdyż są zdolne wzbudzić w jednostkach idee potężne i żywotne, wywołujące wrażenie i poruszające tłumy. Czym są dla owych idei wyrazy, tym dla uczucia religijnego sakramenty św., niczym więcej.
Mówiąc wyraźniej, znaczyłoby to, że sakramenty św. zostały ustanowione jedynie dla podtrzymania wiary. A tymczasem takie zdanie zostało przez Sobór Trydencki potępione[8]: „Gdyby ktoś powiedział, że sakramenty św. były ustanowione tylko dla podtrzymania wiary, niech będzie potępiony”.

Pismo święte: zbiór doświadczeń religijnych
Dotknęliśmy już wyżej kwestii istoty i powstania ksiąg świętych. Wedle zasad modernistów można by je określić jako zbiór doświadczeń, nie nasuwających się wszędzie każdemu człowiekowi, ale nadzwyczajnych i znakomitych, których nie brak w każdej religii.
Tak wygląda nauka modernistów o naszych księgach Starego i Nowego Testamentu. Moderniści czynią jeszcze uwagę z ich punktu widzenia roztropną, że, choć doświadczenie obraca się w obrębie teraźniejszości, może czerpać z przeszłości i przyszłości, ponieważ wierzący przeżywa w czasie teraźniejszym zarówno rzeczy minione, które wskrzesza wspomnieniem, jak i przyszłe, które odgaduje przeczuciem. Stąd między księgami świętymi mamy księgi historyczne i apokaliptyczne. Bóg więc mówi w tych księgach przez człowieka wierzącego, ale jak uczy teologia modernistów, dzieje się to zgodnie z prawem immanentyzmu i permanentyzmu życiowego. Nasuwa się tedy pytanie, czym jest wobec tego natchnienie? Nie różni się ono, odpowiadają, wcale, chyba większą tylko siłą, od onej potrzeby, która zniewala każdego wierzącego do wyrażenia swej wiary słowem czy pismem.
Czymś w tym rodzaju jest natchnienie poetyckie; dlatego też mówi się zazwyczaj: talent z Bożej łaski, iskra Boża itp. W ten sposób Boga uważać należy za źródło natchnienia Pisma świętego. O natchnieniu prawią moderniści dalej, że ono się rozciąga na wszystko w księgach świętych. Pozornie zatem są oni bardziej prawomyślni, aniżeli niektórzy współcześni teologowie, którzy zakres natchnienia zacieśniają, wprowadzając np. tzw. cytacje domniemane. Ale puste to tylko dźwięki i udawane. Jeżeli bowiem Pismo święte wedle zasad agnostycyzmu uważa się za dzieło ludzkie, przez ludzi utworzone – choć dzięki prawu immanentyzmu w znaczeniu teologicznym może się nazywać świętym: to w jaki sposób można natchnienie zacieśnić? Podobne natchnienie – w znaczeniu modernistycznym – jest „powszechnym”, w znaczeniu katolickim – jest ono niczym.

Kościół: wytwór życiowy kolektywnej świadomości
Jeszcze bujniejsze fantasmagorie snuje szkoła modernistów o Kościele. Oto Kościół miał powstać z podwójnej potrzeby: pierwsza przejawia się w każdym człowieku, zwłaszcza, skoro pozyskał jakieś pierwotne szczególne doświadczenie, a przejawia się w dążności, aby wiarą podzielić się z innymi ludźmi; druga potrzeba występuje, skoro wiara stała się ogólną własnością, zbiorową, aby zrzeszyć się i wspólny skarb zachować, powiększyć i rozszerzyć. Czymże więc jest Kościół? Owocem samouświadomienia zbiorowego, inaczej: zbiorem poszczególnych świadomości, które na mocy permanentyzmu życiowego pochodzą od pierwszego wierzącego, mianowicie dla katolików od Jezusa Chrystusa.
Dalej, każdemu stowarzyszeniu potrzeba władzy kierowniczej, której zadanie na tym polega, aby wszystkich członków wiodła do wspólnego celu i roztropnie stawała w obronie głównych czynników całego organizmu, którymi w społeczności religijnej są: nauka i obrzędy. Stąd potrójna w Kościele katolickim władza: dyscyplinarna, dogmatyczna i liturgiczna. W końcu istotę tej władzy należy wyprowadzić z jej powstania; z istoty zaś onej władzy wysnuć jej prawa i przywileje. Dawniej mniemano błędnie, że władza została Kościołowi nadana z zewnątrz, a mianowicie bezpośrednio od Boga, to też wówczas uważano tę władzę za autokratyczną. Ale obecnie pogląd to przestarzały. Jak Kościół wedle ich zapatrywania powstał z owej zbiorowej samoświadomości, tak podobnie wypłynęła władza z Kościoła samego. Władza więc, jak i Kościół, powstaje z samoświadomości, i stąd od niej zależy; jeśli władza tą zależnością gardzi, staje się autokratyczną. Żyjemy przecież obecnie w czasach rozkwitu poczucia wolności. W państwie świeckim świadomość zbiorowa stworzyła demokrację. W człowieku nie ma dwoistej świadomości, jak i nie ma dwoistego życia. Jeżeli więc Kościół w sumieniach ludzkich nie chce rozbudzić i rozpromienić walki wewnętrznej, winien demokratyczny przybrać ustrój, tym więcej, że zagraża mu zguba, jeśli tego nie uczyni. Albowiem szaleństwem jest mniemanie, że poczucie wolności opuści raz zajęte placówki. Grozi ono straszliwym wybuchem. Gdy kto zechce je opanować i zakuć w łańcuchy, wybuch ten jest w stanie znieść i Kościół i religię.

Kościół i państwo: separacja Kościoła od państwa, katolika od obywatela
Ale Kościół winien nie tylko w obrębie własnej dziedziny, ale i na zewnątrz przyjazne utrzymywać stosunki. Nie obejmuje bowiem świata sam jeden. Istnieją poza Kościołem inne zrzeszenia, z którymi musi się stykać i obcować. Jakie są tedy prawa i obowiązki względem tych zrzeszeń? Chodzi właśnie o wskazanie tych praw i obowiązków zgodnie z naturą Kościoła, rozumianą w sposób modernistyczny.
Zastosowano tu tę samą regułę, którą stosowano do wiedzy i wiary; różnica polega na tym, że tam wchodził w grę przedmiot, a tu – cel. Podobnie więc jak obce są sobie wiara i wiedza ze względu na ich przedmiot, Kościół i państwo wyodrębniają się wzajemnie ze względu na różnicę celów: wiecznych dla Kościoła, doczesnych dla państwa.
Kiedyś umiano podporządkować sprawy doczesne sprawom duchowym; rozprawiano o sprawach mieszanych, w których Kościół występował jako pan wszechwładny; mniemano bowiem, że Kościół został ustanowiony bezpośrednio przez Boga, twórcę porządku nadprzyrodzonego. Ale teorię taką odrzuca zarówno dzisiejsza filozofia, jak i wiedza historyczna. A zatem koniecznym jest rozdział Kościoła od państwa, oddzielenie katolika od obywatela. Stąd każdy katolik, będący zarazem obywatelem swego kraju, może i powinien pełnić to, co wedle jego przekonania przyczynia się do dobrobytu państwa – niezależnie od władz kościelnych, od ich rad i dążeń, bez względu na nakazy, bez względu nawet na upomnienia. Narzucanie obywatelowi takiej lub innej formy postępowania byłoby nadużywaniem władzy kościelnej, przeciw czemu należy się jak najusilniej bronić.
A zasady te, z których powyższe jako wnioski praktyczne wypływają, zgadzają się najzupełniej z tymi, które poprzednik Nasz Pius VI uroczyście potępił w Konstytucji Apostolskiej Auctorem fidei.

Kościół podporządkowany państwu
Ale moderniści nie poprzestają na oddzieleniu Kościoła od państwa. Podobnie jak wiara – podług nich – winna podlegać wiedzy w zakresie zjawisk przyrodzonych, tak samo potrzeba, aby Kościół w rzeczach doczesnych podlegał państwu. Dotychczas tego zapatrywania nie głoszono otwarcie; ale do tego wniosku zniewala ich logika rzeczy. Istotnie, jeżeli zgodzimy się na to, że w sprawach doczesnych jedynym władcą jest państwo, a człowiek wierzący, niezadowolony wewnętrznymi aktami religii wkracza w sferę aktów zewnętrznych, jakimi są sprawowanie i przyjmowanie sakramentów św., wówczas akty te muszą podlegać zwierzchnictwu państwa. Co się stanie wówczas z władzą kościelną? Oczywiście – ponieważ polega ona na aktach zewnętrznych – musi w zupełności ulegać państwu. Pod wpływem tego oczywistego wniosku wielu liberalnych protestantów skłoniło się do odrzucenia wszelkiego kultu zewnętrznego, wszelkiego nawet religijnego zjednoczenia na rzecz czysto indywidualnej religii. Choć moderniści otwarcie do tych konsekwencji nie dochodzą, domagają się jednak, aby Kościół dobrowolnie poszedł za ich wskazówkami i doszedł do harmonii z władzami cywilnymi.

Autorytet kościelny powinien dostosować się do autorytetu cywilnego
Taki ich pogląd na władzę dyscyplinarną. Co do władzy doktrynalnej i dogmatycznej – zapatrywania ich są jeszcze bardziej krańcowe i bardziej zgubne. Oto, jak wyobrażają oni sobie urząd nauczycielski Kościoła. Żadne zrzeszenie religijne nie posiada – ich zdaniem – istotnej jedności, jeśli samowiedza religijna jego wyznawców nie jest jedna i jedna również formuła przez nich przyjęta. Podwójna ta jedność wymaga czegoś w rodzaju powszechnego umysłu, którego rzeczą jest określić i ustalić formułę, najodpowiedniejszą dla wspólnej świadomości; ale ten powszechny umysł winien dostateczną posiadać władzę, aby wprowadzić w życie ową formułę odpowiednio wykończoną.
W tym skojarzeniu i jakby zlaniu umysłu, wybierającego formułę, i władzy, przepisującej ją, upatrują moderniści pojęcie nauczycielskiego urzędu Kościoła. A ponieważ urząd nauczycielski powodu wzrasta z poszczególnych samowiedz i posiada publiczną władzę na ich korzyść, wynika logicznie, że od samowiedzy zależy ten urząd i stąd do organizmu ludzkości zastosować się winien. Jeśli się tedy samowiedzom poszczególnych ludzi zabrania, aby jawnie i otwarcie nie wypowiadali swych uczuć, a krytyce zamyka drogę, po której dogmat wiedzie do koniecznych faz rozwoju – nie jest to użyciem powierzonej ku ogólnemu pożytkowi władzy, ale jej nadużyciem.
Podobnie w samym wykonywaniu władzy winno się kierować taktem i umiarkowaniem. Potępienie i zakazanie jakiegoś dzieła bez wiedzy, bez dyskusji, bez wyjaśnień z jego strony – to samo, co sprawowanie władzy despotycznej. Więc i tu należy odnaleźć jakąś środkową drogę, która zabezpieczałaby jednocześnie prawa władzy i prawa wolnościowe. Tymczasem katolik tak postępować powinien, aby publicznie wyrażał władzy najgłębszą cześć, nie wyrzekając się swoich poglądów. W ogólności taki wydają Kościołowi przepis: ponieważ cele władzy Kościelnej są czysto duchowe, więc też należy usunąć wszelką okazałość zewnętrzną, która ją w oczach widzów tym wspanialej przyozdabia. Zapominając jednak o jednym ważnym szczególe, a mianowicie, że religia, choć się do dusz odnowi, jednak nie zamyka się jedynie w duszach i że cześć władzy oddana spada na Jezusa Chrystusa, który ją ustanowił.

Ewolucja: prawo rozwoju
Wreszcie, aby wyczerpać ów przedmiot traktujący o wierze i jej różnorodnych objawach, należy, Czcigodni Bracia, zobaczyć, jak moderniści pojmują rozwój obojga. Zasada ogólna głosi: w religii żyjącej wszystko jest zmienne, wszystko powinno przybierać kolejne formy. Na podstawie tej zasady dochodzą do głównego punktu swych teorii mianowicie do ewolucji.
Dogmat więc, Kościół, obrządki św., księgi, które jako święte czcimy, nawet i wiara poddać się winna prawom rozwoju, jeśli nie ma stać się strupieszałą. I dziwnym się to wydać nie może, jeśli sobie uprzytomnimy, co moderniści o poszczególnych tych prawdach nauczają. Przypominając więc, że istnieje prawo takiego rozwoju, określają moderniści sami sposób tego rozwoju.
A naprzód co się tyczy wiary, to pierwotna jej forma powiadają, była niewyrobiona i wspólna wszystkim ludziom, ponieważ powstała z natury ludzkiej i z życia samego. Prawo rozwoju życiowego posunęło się dalej – nie przez dodawanie nowych z zewnątrz wkraczających form, lecz przez stopniowe i coraz silniejsze działanie uczucia religijnego na świadomość.
Ten rozwój był dwojakiego rodzaju: negatywny, przez usuwanie wszystkich czynników zewnętrznych; np. uczuć rodzinnych czy narodowych, fizyczny, przez łączność z umysłem i moralnym doskonaleniem się człowieka. Wskutek tego udoskonalenie rozszerzyło się i wyjaśniło pojęcie bóstwa, a uczucie religijne stało się subtelniejsze.
Aby wytłumaczyć ten rozwój wiary, nie trzeba się uciekać do innych czynników; wystarczy zwrócić się do tych, które dały jej początek. Zaliczyć tu jednakże należy niektórych ludzi nadzwyczajnych, (których nazywamy prorokami, a wśród nich – zdaniem modernistów – najznakomitszym był Chrystus); zaliczyć ich należy już dlatego, że w życiu i pracach otaczała ich pewna tajemniczość, którą wiara przypisała bóstwu; już też dlatego, że doszli do nowych nieznanych przedtem doświadczeń, odpowiadających potrzebie religijnej danego wieku. Rozwój dogmatu zawdzięczać trzeba przede wszystkim przeszkodom, które wiara musi przełamywać, wrogom, których musi zwyciężać i zarzutom, które winna odpierać. Dodać jeszcze należy jakąś dążność u człowieka do dokładniejszego zgłębienia tajemnic wiary.
W tej sposób – aby inne przykłady pominąć – stało się z Chrystusem: upatrzywszy pierwiastek Boski z Jezusie Chrystusie, wiara stopniowo go rozszerzała i podnosiła, aż zrobiła zeń Boga. Głównym czynnikiem rozwoju obrzędów jest potrzeba przystosowania się do zwyczajów i Tradycji ludowych; przyczynia się także potrzeba wyzyskania pewnych nałogów. W końcu jako przyczyna rozwoju Kościoła pojawia się ta okoliczność, że Kościół pogodzić się musi ze zjawiskami historycznymi i ustrojami państwa świeckiego wprowadzonymi publicznie.
W ten sposób rozprawiają moderniści o poszczególnych prawdach

Konflikt pomiędzy dwoma siłami: progresywną i konserwatywną (Tradycja kościelna)
Co pragnęlibyśmy na tym miejscu zaznaczyć ze specjalnym naciskiem, to ową teorię potrzeb i konieczności: jak widzimy, stanowi ona podstawę wszystkiego, na niej opiera się też owa słynna metoda, zwana przez nich historyczną.
Pozostając jeszcze przy teorii rozwoju, zauważyć nadto musimy, że chociaż potrzeba czy konieczność pobudza do rozwoju, to jednak wpływy, gdyby były wyłączone, łatwo mogłyby przekroczyć granice Tradycji, a stąd oderwać się od pierwotnej zasady życiowej i raczej do zguby wieść niż do postępu. Powiedzmy zatem, aby wyraźnie oddać pogląd modernistów, że rozwój jest wynikiem starcia dwóch sił, z których jedna prze naprzód, druga zaś jest siłą zachowawczą.
Zachowawczą siłą Kościoła jest Tradycja, a swój wyraz znajduje we władzy. Odnosi się to zarówno do strony prawnej, jak i do strony faktycznej, bo obrona Tradycji jest niejako przyrodzonym instynktem władzy; unosząc się zaś ponad zmiany życia, władza odczuwa słabo bodźce postępu, albo ich wcale nie odczuwa. Przeciwnie: siła pobudzająca do postępu i odpowiadająca potrzebom wewnętrznym kryje się i działa na dnie samowiedzy tych ludzi prywatnych, którzy odczuwają, jak twierdzą, życie bezpośredniej i głębiej.
Dostrzegacie, Czcigodni Bracia, to jądro owej zgubnej teorii, która żąda, aby ludzie świeccy byli czynnikami postępu w Kościele.
Otóż zmiany postępowe powstają ze wspólności pewnej i zgody między tymi dwiema siłami: zachowawczą a postępową, pomiędzy władzą a samowiedzą ludzi prywatnych. Bo poszczególne samowiedze ludzi prywatnych, albo niektóre z nich, oddziałują na samowiedzę zbiorową; to znowu wpływa na piastunów władzy, zniewalając ich do zawarcia i zachowania umowy.

Pozostawać w Kościele i propagować w nim ideę rewolucji
Teraz jest zrozumiałym, czemu się moderniści tak dziwią, skoro się ich zgani lub ukarze. Co im się poczytuje za winę, to oni uważają za swój święty obowiązek. Nikt lepiej nie tworzy zespołu ze samowiedzą zbiorową jak oni; a w każdym razie oni lepiej znają jej potrzeby, niż władze duchowne, bo bezpośredniej je odczuwają. Gromadzą więc niejako w sobie owe potrzeby a to zniewala ich, aby podnosili głos publicznie i pisali.
Niechaj władza karci ich, ile zechce; sumienie własne oraz wewnętrzne poznanie daje im pewność, że zasługują nie na naganę, lecz na pochwały. Zresztą nie zapominają o tym, że postęp nie może się obyć bez walk, a walki – bez ofiar. Gotowi są zatem ponieść ofiary na wzór Chrystusa i proroków. Nie zrażają się do władz, choć ich gnębią. Przyznają wprost, że i one spełniają swój obowiązek. Skarżą się tylko, że władze są głuche na ich dowodzenia; w tej sposób wstrzymuje się cały ruch duchowy; ale przyjdzie z całą pewnością godzina, że ustanie zwłoka, gdyż prawa rozwoju można zacieśnić, ale nie można ich zniszczyć.
Idą więc wciąż naprzód na obecnej drodze; postępują mimo upomnień i kar, ukrywając niesłychaną zuchwałość pod płaszczykiem udanej pokory. Obłudnie chylą głowy, ale ręką i sercem przeprowadzają tym zuchwalej zakreślone przez siebie plany.
W ten sposób działając, działają z zupełną świadomością i rozwagą; już to twierdząc, że władzy nie należy burzyć, lecz raczej ją inspirować; już też, zostając w obrębie Kościoła z konieczności, aby zmienić niepostrzeżenie samowiedzę zbiorową: przyznając tym samym pomimo woli, że samowiedza zbiorowa nie jest po ich stronie i że niepowołani narzucają się na jej tłumaczów.

Poprzednie uroczyste potępienia modernizmu
Taką jest, Czcigodni Bracia, teoria; jaką jest praktyka modernistów; i jedna i druga głosi, że nie ma w Kościele nic trwałego, nic co by było niezmiennym. W poglądzie tym wyprzedzili ich jednakże ci, o których już poprzednik Nasz Pius IX pisał: „Owi wrogowie Objawienia Bożego najwyższymi pochwałami obsypują postęp ludzki, usiłując z zuchwalstwem iście świętokradzkim, wprowadzić go do religii katolickiej, jak gdyby ta nie była dziełem Bożym, ale ludzkim, wynalazkiem filozoficznym podlegającym doskonaleniu”[9]. Co się zaś tyczy Objawienia a zwłaszcza dogmatu, moderniści nie głoszą nic nowego: doktryna podobna została już potępiona przez Syllabus Piusa IX tymi słowy: „Objawienie Boże jest niedoskonałe i stąd podlega nieustannemu i nieskończonemu rozwojowi, który odpowiada rozwojowi rozumu ludzkiego”[10]. Uroczyście potępił powyższą teorię Sobór Watykański: „Nauka wiary, objawiona przez Boga, nie jest przedłożona umysłom ludzkim jako wymysł filozoficzny – ale jako depozyt Boży została powierzona oblubienicy Chrystusowej, aby ją wiernie strzegła i nieomylnie objaśniała. Stąd należy zachować zawsze to znaczenie dogmatów św., które Kościół św. Matka nasza, określił, a nigdy nie wolno pod jakimkolwiek pozorem głębszego zrozumienia odstępować od niego”[11]. W ten sposób nie tylko nie powstrzymuje się zrozumienia prawd poznania naszego i prawd wiary, ale owszem podtrzymuje się je i popiera. To też Sobór Watykański postanawia w dalszym ciągu: „Niechaj rozum, wiedza i poznanie rozwijają się i rosną w swych dążeniach nieustannych a potężnych w stosunku do całej ludzkości i każdego poszczególnego człowieka, ludzi rozmaitych lat i rozmaitych wieków, wszelako w swoim jedynie obrębie, w zakresie swoich pewników naukowych, swej interpretacji czy określenia”[12].

MODERNISTA-HISTORYK

Kiedy już zapoznaliśmy się z zasadami modernisty jako filozofa, człowieka i teologa, pozostaje nam jeszcze rozpatrzyć się w zasadach nowoczesnego historyka i krytyka, apologety i reformatora.

Zastosowanie zasad filozoficznych agnostycyzmu do historii
Niektórzy z pośród modernistów, oddających się studiom historycznym, zastrzegają się, by ich nie uważać za filozofów; wyznają wprost, jakoby filozofia była im zupełnie obcą. Jest to chytra wymówka; obawiają się aby nie posądzono ich o wnoszenie do historii poglądów gotowych, aby nie uważano ich, jak twierdzą, za zbyt mało obiektywnych. A jednak rzeczą jest pewną, że ich historia czy krytyka jest najczystszej wody filozofią, że wnioski ich wypływają w prostej linii z ich filozoficznych zasad. Każdy nieuprzedzony łatwo to pojmie.
Trzy podstawowe prawa zawarte są w trzech wzmiankowanych już zasadach filozoficznych, mianowicie w agnostycyzmie, w zasadzie przeinaczania faktów pod wpływem wiary i wreszcie w zasadzie, którą zdaniem naszym można by nazwać deformowaniem faktów. Przypatrzmy się teraz co stąd wypływa.
Zasada agnostycyzmu, wprowadzona do historii sprawia, że historia jest i w ogóle wiedza należy jedynie do świata zjawisk przyrodzonych. A zatem Bóg jak i wszelka interwencja Boga w rzeczach ludzkich winna być odniesiona do kategorii wiary, jako wchodząca wyłącznie w jej zakres. W faktach zaś gdzie istnieje pomieszanie pierwiastka Bożego z ludzkim (Jezus Chrystus, Kościół, sakramenty św. itp.) należy wyodrębnić oba pierwiastki tak, ażeby co jest ludzkiego przeszło do historii, co Boskiego do wiary. Stąd pospolite u modernistów rozróżnianie Jezusa Chrystusa w dziejach i Jezusa Chrystusa w wierze; Kościoła dziejowego i Kościoła w pojęciu wiary, sakramentów św. itd. – dalej, pierwiastek ów ludzki, który przeszedł, jak widzieliśmy, do historii tak jak on istnieje faktycznie, pod wpływem wiary zostaje przeinaczony i to każą nazywać wyniesieniem nad warunki dziejowe. A zatem należy wyodrębnić zeń wszelkie te dodatki, wprowadzone przez wiarę i odnieść je do wiary i jej historii; podobnie w stosunku do Jezusa Chrystusa wszystko co przewyższa naturalne właściwości ludzkie określone psychologicznie, biorąc jeszcze pod uwagę warunki miejsca i czasu.
Wreszcie, w myśl trzeciej ich zasady filozoficznej, nawet te motywy, które zakresu historii nie przekraczają, winny być przejrzane; wszystko co nie jest podług logiki faktów, jak sami to określają, winno być usunięte z historii i przekazane wierze. I tak, utrzymują oni na przykład, że Zbawiciel nigdy nie wygłaszał słów, które by nie mogły być rozumiane przez Jego otoczenie. Stąd wszelkie alegorie, mieszczące się w Jego mowach, winny być usunięte z rzeczowej historii i odniesione do wiary. Ale może się zapytamy, na jakiej podstawie przeprowadzają oni takie rozróżnienia? Oto na podstawie badań nad naturą ludzką i jej właściwościami, nad warunkami danego faktu i zespołem okoliczności mu towarzyszących: to wszystko, jeśli dobrze rozumiemy, należy przecież do subiektywnych kryteriów. Usiłują oni mianowicie przyoblec się niejako w osobę Jezusa Chrystusa, po czym nie wahają się przypisać mu wszystkiego, co uczyniliby sami w podobnych warunkach. Tak więc zupełnie apriorycznie i w imię pewnych zasad filozoficznych, których się wypierają, a które jednak są podstawą ich doktryn – odmawiają Boskości Jezusowi Chrystusowi w tak zwanej historii rzeczowej oraz odmawiają Jego aktom wszelkiego charakteru Boskiego: twierdzą, że Jezus Chrystus jako człowiek postępował i mówił tak, jak pozwalały na to warunki ówczesnej epoki.

MODERNISTA-KRYTYK (link)

MODERNISTA-APOLOGETA (link)

MODERNISTA-REFORMATOR (link)

WNIOSEK Z PIERWSZEJ CZĘŚCI

Modernizm jest zbiorem wszystkich herezji...

cd. patrz link

CZĘŚĆ II
PRZYCZYNY MODERNIZMU

cd. patrz link

CZĘŚĆ III
ŚRODKI ZARADCZE

cd. patrz link

Dan w Rzymie u św. Piotra, dnia 8 września 1907 r., pontyfikatu Naszego roku piątego.
PIUS X

Według wydania Drukarni Diecezjalnej we Włocławku (1908).

http://sanctus.pl/index.p...upa=500&doc=450
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 8 Kwiecień 2016, 00:34   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

Przeżycia duchowe wielu czy masówki bez treści? Spłycenie grozi też ŚDM



Przeczytałem w internecie na stronie babaichlop.pl bardzo ciekawą opinię o pewnym, mało dostrzegalnym wymiarze Światowych Dni Młodzieży i innych podobnych imprez. Autorka zwraca uwagę na fakt, że masowość wydarzenia przysłania treść jaka powinna za nim stać. Podobnie jest z coraz częstszymi Mszami organizowanymi na stadionach, a nawet zakrawającymi na paraliturgiczną zniewagę Majestatu „modlitwami flagami” czy tańcami.

Zgadzam się z postawioną tezą, że wiele masowych imprez w których nacisk kładzie się na „spontaniczność” spłyca wiarę katolicką. Tolerowane są na nich nadużycia liturgiczne, rozmywanie teologii a nawet herezje.

Nie wiem czy tak będzie na ŚDM. Wolałbym, żeby wszystko było jak należy, a kapłani udzielali komunii z należytą czcią i możliwie na kolanach, a nie z plastikowych puszek rozdzielali Ciało Pana Jezusa jak przekąski na imprezie – takie cenne porównanie przeczytałem u Państwa na PCh24 przed świętami bodaj w tekście „Gdzie jest twoja Msza”. To niezwykle dobitnie pokazuje co czasami dzieje się na wielkich uroczystościach.

„Ile w tym treści i za jąka cenę osiąga się takie rezultaty ilościowe. Liczy się sukces medialny i oszałamiające liczby. Głosy krytyki dotyczące na przykład nadużyć liturgicznych czy nawet błędów teologicznych ucisza się argumentami typu: ale przecież tylu ludzi się modliło, to było wspaniałe przeżycie, czy emocjonalnym ukrytym pod zarzutami niezdolności do zorganizowania czegoś na podobną skalę, zazdrości, braku miłości aż do nieśmiertelnego epitetu faryzeizmu, rubryzycmu i sztywniactwa. Można by stąd wyciągnąć wniosek, że dzisiejszy sukces duszpasterski wyraża się w liczbie uczestników a nie zbliżeniu ich do zbawienia” – pisze pani Monika Nowak w tekście z babaichlop.pl, który zainspirował mnie, żeby z redakcją PCh24 podzielić się i moją refleksją.

„Czy naprawdę musimy się pogodzić z takimi zjawiskami jak wypaczanie liturgii, tolerowanie błędów czy spłycanie Magisterium dla przyciągnięcia ludzi do Kościoła? Na krótką metę zadziała ale… ilu z nich zostanie na stałe, ilu z nich pozna cała głębię katolicyzmu a nie uproszczoną namiastkę? Ilu wreszcie odejdzie nie znalazłszy fundamentu lub napotkawszy trudności” – jakże to trafne pytania autorki.

Michał Karcz

http://www.pch24.pl/przez...dm,42376,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 1 Maj 2016, 12:48    [Cytuj]

Chrzest Polski, MIESZKO, a-bp Gądecki i – „msza ekumeniczna” z kucharzem z Ciechanowa.

za: http://dakowski.pl/index....17963&Itemid=46


Lusia Ogińska

Szanowny Panie Redaktorze!


1050-lecie Chrztu Polski mamy już za sobą – i chwała Bogu! To, co się działo w Poznaniu, przewróciło w grobie resztki kosteczek Mieszka I. Abp Gądecki podskakiwał, tańczył jak zawodowy wodzirej, prowadzący owieczki nie do zbawienia, ale raczej do zaje… fajnej zabawy!

Abp Gądecki, znany z lansowania swojego nowoczesnego wizerunki i nadgorliwego propagowania ekumenizmu, zaprosił do wolnomularskiego tańca z okazji 1050-lecia Chrztu Polski: protestantów, kalwinów, luteranów, Żydów, choć przecież nie jest to ich rocznica, bo ich wtedy na polskiej ziemi nie było!

Mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu! Bozia Gądeckiego pokarała, bo arcybiskup – zamiast „modlić się” z rabinem na mszy ekumenicznej – odprawiał mszę z kucharzem z Ciechanowa, który przez lata rabina udawał. [Jacoob Ben Nistell, tak sie poczebował przedstawiać, głównie w gminie w Poznaniu. MD ]. Przewodnicząca Gminy Żydowskiej w Poznaniu pani A. Kobuz stwierdziła, że to wieloletnie oszustwo „rabina” z Ciechanowa kładzie na jego sumieniu i prokuratury nie zawiadomi. Może kucharza sumienie ruszy, ale czy ruszy także rabina? Jacek N. – „Rabin” z Ciechanowa – ponoć Żydom golonkę wieprzową serwował jako koszerną!? Ciekawe, jak starozakonnym ta golonka smakowała? U nich chyba nie ma spowiedzi, więc może, w ramach ekumenizmu, z tej zeżartej świni wyspowiadają się u Gądeckiego?

Wracając do obchodów 1050-lecia Chrztu Polski, nie była to uroczystość, lecz raczej impreza. Był tam arcybiskup-wodzirej, był musical z Chrystusem wyglądającym jak łysiejący narkoman z Brooklynu, i byli Polacy, którzy ten show na poznańskim stadionie odebrali jako strywializowanie ważnej rocznicy naszej Ojczyzny!

Prawdziwy prymas St. Wyszyński, napominał: Świat należy dostosować do Ewangelii, a nie Kościół do świata! Ojciec prof. Mieczysław A. Krąpiec, wielki filozof, kapłan i intelektualista, przestrzegał przed wszelkimi ‘izmami”: relatywizmem, postmodernizmem, globalizmem, pacyfizmem, ekologizmem i ekumenizmem! Nie zbudujemy nimi drogi do zbawienia, a biskupi, podlizując się, aprobując światową zgniliznę – nie pozyskają ludzi dla Boga – uzyskają jedynie drwinę i pogardę dla stanu duchownego.

Obchodzimy dziś święto kapłanów męczenników zabitych w czasie komunizmu i tych, których zabijali Niemcy w czasie wojny. Oni z pewnością nie wchodzili w żadne kompromisy ze światem, nawet za cenę własnego życia, nie mówiąc o własnej popularności.

Arcybiskupie Gądecki! Nie trza się lansować, trza innych ewangelizować, aby owieczki nie zabeczały, żeś ty taki prawdziwy metropolita, jak ten kucharz z Ciechanowa – żydowski rabin!


Nie wierzę


W ekumenizm nie wierzę i w dialogi szczere!

Nie wierzę, że w huśtawkę dziś się jeszcze zmieszczę.

Nie wierzę ministrowi, że jeździ rowerem,

ani w życie za krótkie – nie zaczęte jeszcze.



Nie wierzę politykom za okrągłym stołem,

Nie wierzę Desdemonie – jej wierności stałej

i, że szatan był kiedyś najpierwszym aniołem.

Tylko Tobie Jezu wierzę z duszy całej.


=========================================

http://www.superstacja.tv...iny-zydowskiej/

http://www.wyszperane.inf...m-z-ciechanowa/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 18 Maj 2016, 08:31   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

LIVE: ks. Tomasz JOCHEMCZYK: Wybór Katolika pomiędzy modernizmem i Tradycją Katolicką.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=o37AlbgkLcM[/youtube]
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=IY4ejwefhkQ[/youtube]

Nadawane na żywo 17.11.2015
Spotkanie z Ks. Tomaszem Jochemczykiem - polskim Tradycjonalistą z diecezji Albenga-Imperia we Włoszech poprzedzi odprawiona przez Niego Msza św. Trydencka, której będzie można wysłuchać o godz. 17.30 w kaplicy Res Sacra Miser przy ul. Krakowskie Przedmieście 62.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 13 Czerwiec 2016, 11:04   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

Hola, hola, Panowie, jest jeszcze Pan Bóg na niebie!

Revelatur enim ira Dei de caelo super omnem impietatem et iniustitiam hóminum, qui veritatem in iniustitia détinent.
„Albowiem gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta” (Rz 1, 18).


Jeśli odkształciciele wiary katolickiej myśleli, że ich geszefciarskie usiłowania tworzenia nowego kościoła „na swój obraz i podobieństwo” będą trwałe i pozostaną bezkarne, to znaczy, że nie wzięli pod uwagę podstawowego faktu, że Kościół jest instytucją Boską. A skoro tak jest, to Bóg upomni się o prawdę, którą sam objawił, a której odkształciciele nakładają pęta (por. Rz 1, 18).

Coraz więcej osób ochrzczonych, deklarujących przywiązanie do wiary katolickiej, dopuszcza prawdę do głosu.
Bóg upomina się o prawdę, którą sam objawił. Proces ten trzeba widzieć i zań Panu Bogu gorącym sercem dziękować.

https://verbumcatholicum.com/2016/06/09/hola-hola-panowie-jest-jeszcze-pan-bog-na-niebie/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17462
Skąd: Polska
Wysłany: 16 Czerwiec 2016, 00:15   Re: Modernizm w Kościele Katolickim [Cytuj]

fragment

Ojciec Kościoła Święty Wincenty z Lerynu

“Commonitorium”
W obronie wiary katolickiej
przeciw bezbożnym nowościom
wszystkich odszczepieńców


VIII.

Pewnego razu ludzie tacy, kupcząc błędami po prowincjach i miastach, dostali się także do Galatów. Pod ich wpływem Galatowie, obrzydziwszy sobie prawdę, zaczęli wymiotować (revomentes) mannę apostolskiej i katolickiej nauki, a rozlubowali się w plugawych nowinkach heretyków. Wtedy to tak się święty Paweł uniósł w poczuciu swojej władzy apostolskiej, że z największą surowością oświadczył: "Nawet chociażby my lub anioł z nieba głosił wam inną Ewangelię, niż którą ogłosiliśmy wam, niech będzie wyklęty." Dlaczego mówi "chociażby my", a nie raczej: "chociażbym ja"? Bo chce powiedzieć: Chociażby Piotr, chociażby Andrzej, chociażby Jan, chociażby w końcu cały apostołów chór głosił wam inną Ewangelię, niż którą ogłosiliśmy wam, niech będzie wyklęty. Co za straszna surowość! By zagrzać do wytrwania w pierwszej wierze, nie oszczędza ni siebie, ni innych współapostołów! Nie dosyć tego! "Chociażby, rzecze, anioł z nieba głosił wam inną Ewangelię, niż którą ogłosiliśmy wam, niech będzie wyklęty." Nie zadowolił się dla ochrony raz przekazanej wiary wymienieniem istności ludzkiej, musiał on i dostojnych aniołów włączyć. "Chociażby, rzecze, anioł z nieba..." Nie dlatego, jakoby święci i niebiescy aniołowie grzeszyć mogli. Chce on powiedzieć: Choćby się stało to, co się stać nie może, choćby nie wiem kto odważył się zmieniać raz przekazaną wiarę, niech będzie wyklęty. (13) A może te słowa niebacznie wyrzekł, może je wyrzucił raczej w ludzkiej popędliwości, niż w Bożym natchnieniu? Nie! W dalszym ciągu tę samą myśl wyraża z ogromnym naciskiem, znamionującym powtórzone zwroty: “Jakeśmy przedtem powiedzieli, tak i teraz powtórnie mówię: jeśliby wam ktoś inną Ewangelię głosił, niż którą przyjęliście, niech będzie wyklęty”. Nie powiedział: jeśliby wam ktoś zwiastował co innego, niż coście przyjęli, niech będzie błogosławiony, chwalony i przyjęty, lecz wyraźnie: wyklęty, to jest: odosobniony, wyłączony, wykluczony, by jedna owca swym zgubnym wpływem nie zaraziła niewinnej owczarni Chrystusa.

Przełożył Jan Stahr

Seria "Ojcowie Kościoła". Za zezwoleniem władzy duchownej. Poznań 1928
Wydanie drugie, Reprint, Komorów 1998, Wydawnictwo Antyk Marcin Dybowski
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Informacje | TV Trwam | Radio Maryja na żywo |
Polecamy:informacje ktorych potrzebujesz Fundacja Skierniewice i Szkola Skierniewice
Korzystanie z forum oznacza pełną akceptację otrzymywania plików cookies.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,252 sekundy. Zapytań do SQL: 9