ND Forum - Dzień dobry POLSKO! Strona Główna ND Forum - Dzień dobry POLSKO!
Ludzie z sercem i głową

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Coltrane
13 Luty 2014, 14:54
Sport
Autor Wiadomość
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 5903
Skąd: Łódź
Wysłany: 8 Styczeń 2012, 13:33   Sport [Cytuj]

Justyna Kowalczyk wygrała 6. edycję Tour de Ski!
Justyna Kowalczyk w wielkim stylu wygrała morderczy bieg pod Alpe Cermis i tym samym 6. edycję Tour de Ski! Marit Bjoergen nie wytrzymała tempa i straciła do Polki 28,2 s. Trzecie miejsce obroniła kolejna Norweżka Therese Johaug. To trzeci z rzędu triumf naszej biegaczki narciarskiej w tej prestiżowej imprezie.



Brawo Justynka!
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 8 Styczeń 2012, 14:34   Re: Sport [Cytuj]

Przeniosłem wątek "Sport" do działu "Moje hobby". Proponuję tutaj zamieszczać wszystko co dotyczy sportu. Sukcesy naszych sportowców, i nie tylko.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 5903
Skąd: Łódź
Wysłany: 21 Styczeń 2012, 21:08    [Cytuj]

Kowalczyk: w Otepaa czuję się jak w domu
Dzięki sobotniej wygranej Kowalczyk zmniejszyła stratę do Bjoergen w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata do 82 punktów. Jej przewaga nad inną Norweżką, zajmującą trzecie miejsce Therese Johaug, wynosi już 329 oczek.



Na podium:Marit Bjoergen (2.), Justyna Kowalczyk (1.) i Natalia Matwiejewa (3.)
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 5903
Skąd: Łódź
Wysłany: 22 Styczeń 2012, 15:48    [Cytuj]

Justyna Kowalczyk zwyciężyła w biegu na 10 km techniką klasyczną w Otepaeae. Polka pobiegła znakomicie i o 21,9 sekundy wyprzedziła swoją najgroźniejszą rywalkę, drugą w niedzielę, Marit Bjoergen. Dzięki rewelacyjnej postawie i zwycięstwie w sobotnim sprincie, przed niedzielnym biegiem podopieczna Aleksandra Wierietielnego traciła do Bjoergen już tylko 82 punkty. W trzech ostatnich sezonach po Kryształową Kulę sięgała Polka, a jeszcze żadnej narciarce nie udało się zdobyć tego trofeum cztery razy z rzędu.

BRAWO JUSTYNKA!!!


[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 5903
Skąd: Łódź
Wysłany: 2 Luty 2012, 15:55    [Cytuj]

PŚ w Moskwie. Kowalczyk w mrozie wyprzedziła Bjoergen!
Wiał wiatr i było minus 16 stopni - w takich warunkach w stolicy Rosji Justyna Kowalczyk odrabiała stratę w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata do Marit Bjoergen.
Podsumowanie rywalizacji
Wyniki finału sprintu techniką dowolną (1,4 km):
Justyna Kowalczyk / Fot. Valju Aloel, licencja Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana, 2.5 zlokalizowana, 2.0 zlokalizowana ora
1. Justyna Kowalczyk (Polska) 3.39,9 min
2. Natalia Korosteliewa (Rosja) 0,0 s straty
3. Anastazja Dotsjenko (Rosja) 0,2
4. Aino-Kaisa Saarinen (Finlandia) 0,7
5. Krista Lahteenmaki (Finlandia) 0,8
6. Jessica Diggins (USA) 1,1
...
7. Kikkan Randall (USA)
8. Ida Ingemarsdotter (Szwecja)
9. Nicole Fessel (Niemcy)
10. Ingvild Flugstad Oestberg (Norwegia)

Po czwartkowych zawodach nastąpiły zmiany w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Na prowadzenie wyszła Justyna Kowalczyk (1524 pkt), która zdetronizowała prowadzącą od początku sezonu Marit Bjoergen (1486). Trzecia natomiast wciąż jest inna z Norweżek - Therese Johaug (1055 pkt). Kolejne zmiany w czołówce Pucharu Świata nastąpić mogą w najbliższy weekend, kiedy to w rosyjskim Rybińsku rozegrany zostanie bieg masowy na 10 km techniką dowolną oraz skiathlon (7,5 km techniką klasyczną i 7,5 km techniką dowolną). Z kolei w klasyfikacji sprinterskiej PŚ na prowadzeniu utrzymała się Kikkan Randall (499 pkt), która wyprzedza Natalię Matwiejewą (390) i Justynę Kowalczyk (352).

Klasyfikacja generalna Pucharu Świata (po 12 zawodach):

1. Justyna Kowalczyk (Polska) 1524 pkt
2. Marit Bjoergen (Norwegia) 1486
3. Therese Johaug (Norwegia) 1055
4. Kikkan Randall (USA) 964
5. Charlotte Kalla (Szwecja) 797
6. Krista Lahteenmaki (Finlandia) 754
7. Aino-Kaisa Saarinen (Finlandia) 713
8. Marthe Kristoffersen (Norwegia) 695
9. Astrid Uhrenholdt Jacobsen (Norwegia) 521
10. Vibeke W Skofterud (Norwegia) 511

Klasyfikacja sprinterska Pucharu Świata (po 9 konkurencjach):
1. Kikkan Randall (USA) 499 pkt
2. Natalia Matwiejewa (Rosja) 390
3. Justyna Kowalczyk (Polska) 352
4. Maiken Caspersen Falla (Norwegia) 313
5. Ida Ingemarsdotter (Szwecja) 281
6. Marit Bjoergen (Norwegia) 262
7. Chandra Crawford (Kanada) 213
8. Ingvild Flugstad Oestberg (Norwegia) 209
9. Natalia Korosteliewa (Rosja) 193
10. Laurien Van Der Graaff (Szwajcaria) 176

Brawo Justynka!
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
longinus9


Dołączył: 19 Lut 2009
Posty: 2190
Skąd: Łódź
Wysłany: 2 Luty 2012, 17:17    [Cytuj]

Kiedy Komorowski i Tusk wstyd nam przynosi.. Justysia podnosi nas na duchu.. że :-D możliwa jet wygrana.. :) :-D . Trzeba tylko sumiennie pracować jak Ona.. i myśleć.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
adsenior


Dołączył: 25 Cze 2009
Posty: 5903
Skąd: Łódź
Wysłany: 18 Luty 2012, 18:14    [Cytuj]

"Demonstracja siły Kowalczyk". "Kobieta z żelaza"
"Bjoergen nie miał szans wobec presji Kowalczyk" - tytułuje relację z sobotniego biegu w Szklarskiej Porębie serwis "NRK.no" i nazywa Polkę "kobietą z żelaza". "Kowalczyk zmiażdżyła Bjoergen we własnym domu" - to z kolei tytuł w internetowym wydaniu "Verdens Gang". "Justyna Kowalczyk wygrała z 36-sekundową przewagą i po tej demonstracji siły we własnym domu objęła prowadzenie w Pucharze Świata. Żadna z biegaczek nie była nawet blisko, aby zagrozić Polce".




BRAWO JUSTYSIA!!


[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 6 Marzec 2012, 16:38    [Cytuj]

A teraz trochę w mniej radosnym nastroju.

Chodzi o EURO 2012. Zastanawiam się kto przyjedzie do "dzikiego kraju" (jak mawiał o Polsce któryś z tfu-ministrów tow. Tuskowa) na mecze EURO 2012 ? Autostrady nie zrobione, kolej się wali (obawiam się, że tylko barany wsiądą do pociągu), samoloty też niepewne (zwłaszcza w kontekście katastrofy smoleńskiej).

No ale oddajmy głos autorowi tekstu, który zamierzałem tu wkleić :

"Koleje na Euro nie grają"

To już dwóch zawodników nie gra na mistrzostwach europy w piłce nożnej, autostrady i koleje.
Minister Sławomir Nowak co prawda jeszcze nie wypowiedział tego zdania, ale jest raczej oczywiste że polskie koleje państwowe na Euro 2012 nie zagrają. Każdy zagraniczny kibic który będzie chciał koniecznie się wybrać na mecz swojej drużyny, teraz dwa albo trzy razy się zastanowi czy ma pojechać do dzikiego kraju (jak mawiał były minister sportu). Jeśli takowy ma jeszcze trochę oleju w głowie to od razu zrezygnuje z takiej wyprawy.
W tej sytuacji można się spodziewać że zyski z turystyki na Euro 2012 będą dużo mniejsze od oczekiwanych, ponieważ wielu kibiców nie przyjedzie wcale a reszta pewnie przyleci samolotami na sam mecz i jeszcze tego samego dnia wróci do domu, nie nocując w Polsce ani jednego dnia.
Ale tutaj pan minister Nowak zapewne doda i będzie miał z tym jak zwykle całkowitą rację że, kibice na mistrzostwach nie grają!

http://niepoprawni.pl/blo...-euro-nie-graja
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 5 Marzec 2013, 23:51    [Cytuj]

...bo Jemu wszystko zawdzięczam

Kiedy coś mi się nie udaje, wtedy oddaje się pod opiekuńcze skrzydła Pana Boga. Wiem wtedy, że jest przy mnie, czuję to – mówi Kamil Stoch, tegoroczny mistrz świata w skokach narciarskich.
25-latek z Zakopanego jest osobą wierzącą w Pana Boga - pisze Agnieszka Bialik w artykule „Kamil Stoch: Opiekuńcze skrzydła w dwutygodniku „Droga”. Wiarę wyniósł z domu, od rodziców i dziadków. Choć starty w Pucharze Świata mu tego nie ułatwiają, w każdą niedzielę stara się uczestniczyć we Mszy św. Jeśli nie jest to możliwe, wtedy pozostaje modlitwa. Kiedy szczególnie rozmawia z Panem Bogiem? – Kiedy coś mi się nie udaje, wtedy oddaje się pod opiekuńcze skrzydła Pana Boga. Wiem wtedy, że jest przy mnie, czuję to. Modlę się o to, by żadnemu z zawodników nic się nie stało. Bym umiał cieszyć się ze zwycięstwa i godnie przyjął porażkę. Dziękuję za wszystko Panu Bogu, bo Jemy wszystko zawdzięczam – mówi Kamil Stoch. Kim był dla Kamila bł. Jan Paweł II? – Żałuję, że nie spotkałem się osobiście z Ojcem Świętym. Jeszcze niedawno nie do końca chyba rozumiałem znaczenie, jakie ma Jego nauka. Dopiero później dotarło do mnie bardzo ważne przesłanie, jakie zostawił młodym ludziom: „Musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali”.
Stoch mówi również o relacjach w drużynie polskich skoczków: „Mamy bardzo dobrą atmosferę w grupie. Bardzo się lubimy, wspieramy i jesteśmy przyjaciółmi. To ważne. Myślę, że ta drużyna już się wykształciła, bardzo mnie to cieszy” - mówi lider naszej kadry i tegoroczny mistrz świata.

Polecamy cały artykuł: www.opoka.org
JW/opoka.org.pl
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 20 Luty 2014, 10:41   Re: Sport [Cytuj]

Ewa Kłobukowska – nieznana historia

Była ufna i uczciwa. Lojalna. Pewnie dlatego łatwo było ją zniszczyć. Dziewczynę, która rzuciła świat na kolana fenomenalnym sprintem, przenosiła miliony Polaków do innego wymiaru – pełnego wzruszeń, dumy, radości – okrutnie rzucono w nicość. Pozbawiono godności i szans obrony.

Ewa Kłobukowska, najszybsza kobieta świata w latach 60. do dziś pozostaje najbardziej zapomnianą wśród najwybitniejszych polskich sportsmenek w historii.

Bieg, który wstrząsnął światem

Jest 21 października 1964 roku. Kłobukowska przejmuje pałeczkę od Haliny Góreckiej i rusza do przodu. Z ogromną siłą, pewnością siebie, niesłychaną stanowczością w dążeniu do zwycięstwa. Pokonuje 100 metrów jak prawdziwa królowa sprintu. Gdy mija linię mety robi jeszcze kilka kroków siła rozpędu i ogląda się za siebie. W jej oczach jest jakaś niepohamowana energia. Powoli uśmiecha się i ginie w ramionach koleżanek. Nigdy wcześniej i nigdy później polska sztafeta 4×100 nie zdobyła złotego medalu olimpijskiego. A wszystko zaczęło się w Warszawie. Trzy lata wcześniej.

Ewa miała 16 lat i chciała być księgową, może bankierem. Lubiła liczyć.

Gdyby tę historię opowiedzieć w wielkim skrócie, nikt by w nią nie uwierzył. Oto w ciągu dwóch lat, nieśmiała dziewczynka, która przychodzi na swój pierwszy trening biegowy, staje się rekordzistką świata na 100 metrów, światowej sławy sprinterką, gwiazdą niezwykłą, prawdziwą. Niemożliwe, prawda?

Możliwe. Ewa miała 16 lat i chciała być księgową, może bankierem. Lubiła liczyć. Dlatego poszła do Technikum Ekonomicznego we Włochach. Konrad Gruda, ówcześnie komentator telewizyjny i radiowy, opisywał ją jako osobę nieśmiałą w obcowaniu z otoczeniem. A jednak odważną na sali gimnastycznej i ślizgawce. Widziała to Regina Morawska. Miała serce do dzieci. Skończyła AWF i wierzyła, że sport może kształtować ciało i umysł. Postanowiła, że będzie dbała o utalentowane berbecie. Pomoże im. Dlatego zaproponowała Ewie by wykorzystała swój dar. Szybkość. Dało się ją zauważyć na szkolnym boisku.

Ewa trochę w to nie wierzyła. Morawska poszła więc porozmawiać z rodzicami. Tłumaczyła, że warto chociaż spróbować, że zna dobrych ludzi w prawdziwym klubie sportowym i może z nią tam pojechać. Wybrać się z Włoch do Warszawy, pojechać na stadion Skry. Niech zarazi się bakcylem sportu. Ale początkowo szło opornie. Rodzice zgodzili się na wycieczkę Ewy. To był początek 1962 roku. Młodziutka Kłobukowska stanęła przed trenerem Iwaniukiem. Ten spojrzał na nią i kazał dołączyć do grupy. Trenowała. Pierwszy raz w życiu. Na Skrę nie chciała jednak wrócić sama. Początkowo więc to pani Morawska dostarczała ją na zajęcia. Utwierdzała w przekonaniu, że warto.

Właściwy człowiek we właściwym czasie

Kłobukowska miała trochę szczęścia. Jesienią w Warszawie powstaje elitarna grupa sprinterek i płotkarek. Polski Komitet Olimpijski uznał bowiem, że należy dać szansę Andrzejowi Piotrowskiemu. To jego dwie dziewczyny zdobyły medale na mistrzostwach Europy w Belgradzie. Teresa Ciepły była pierwsza a Maria Piątkowska trzecia na 80 m p.pł. Obie brały udział też w złotej sztafecie 4×100 m.

Piątkowski dostał więc 3000 złotych i grupę wspaniałych dziewczyn. Te 3000 to było dużo. Mógł za nie kupić na przykład 69 kg najtańszej kiełbasy. Dzień w dzień po dwa kilo. Nie do przejedzenia. Albo kawałek pralki, gdyby sprzedawali po kawałku. W każdym razie mógł spokojnie skupić się na szkoleniu. Cała Warszawa wiedziała, że u Piątkowskiego trenują gwiazdy. Iwaniuk zarekomendował więc Kłobukowską do świetnej grupy. Ewa była w niej najsłabsza fizycznie. Podobnie jak Irena Kirszenstein. Obie musiały mocno pracować, by nadążać za renomowanymi koleżankami.

W maju 1963 roku Kłobukowska biegała już 100 metrów w czasie 12,3 sek. Dziennikarze utyskiwali jednak, że technikę ma słabą, że nieporadnie się rusza. Takie brzydkie kaczątko koło klasycznie sunących do przodu łabędzi. Tyle, że w jakiś niezwykły sposób to brzydkie kaczątko biegało z przodu. W czerwcu potwierdziła to podczas mistrzostw Warszawy. Na 100 m był druga. Przegrała tylko z Ireną Kirszenstein.

Wkrótce kaczątko musiało ruszyć na szersze wody. Za takie można uznać Memoriał Kusocińskiego. W 1963 nie odbywał się on w Warszawie. Bieg memoriałowy przeniesiono na zawody do Bydgoszczy. Kłobukowska pierwszy raz w życiu wzięła udział w wydarzeniu niezwykłej wagi. W sprincie triumfowała bowiem Elżbieta Szyroka, a jej 11,4 było rekordem Polski. Przed Kłobukowską była jeszcze Kirszenstein. Nic to. Ważne, że 17-latka pokazała trenerom jak duże ma możliwości.

Niestety radość z dobrych wyników nie trwała długo. W biegu sztafetowym Ewa zerwała mięsień podudzia. Kiepska sprawa, biorąc pod uwagę, że Piotrowski wystawił Kłobukowską do sztafety, by sprawdzić, czy jest z niej materiał na dziewczynę, która może ze sztafetą polecieć na igrzyska do Tokio. Został do nich rok, a tu – trach!O tym jak radzą sobie jej koleżanki czytała w „Przeglądzie Sportowym”. Sztafeta jeździła po Europie i nie mogła się dotrzeć. Dziewczyny myliły ręce przy przekazywaniu pałeczki. Miały problem z rytmem, synchronizacją. Biegały jednak szybko.

Na szczęście Piotrowski był człowiekiem, który wierzy w ludzi. O Ewie nie zapomniał. Zabrał ją na grudniowe zgrupowanie do Zakopanego. Pojechał na nie też z mikrofonem Konrad Gruda. To co opisywał nie napawało optymizmem; „Ćwiczenia, które wykonywała połowa jej koleżanek, sprawiały jej trudności jeszcze przez wiele miesięcy. Niesprawność ruchowa wyrażała się również w braku koordynacji; zdarzało się jej czasem wykonywać krok biegowy „prawa ręka – prawa noga” zamiast „prawa ręka – lewa noga”. Przy pierwszym kroku po starcie lub skipingu, albo przy ćwiczeniach zmian sztafetowych popełniała podstawowe błędy” – relacjonował w „4×100 dla Polski” Gruda.

O, roku ów…

Nastał rok olimpijski. 1964. Piotrowski postanowił, że dziewczyny odpuszczą sezon halowy, mają skupić się na treningach. I Kłobukowska trenowała zawzięcie. Po cichu liczyła na udział w sztafecie. Wszystko szło dobrze – robiła postępy, po kontuzji nie było śladu. Do czasu. W kwietniu podczas wykonywania wieloskoku Ewa pechowo wylądowała. Lekarz odesłał ją na dwutygodniowy wypoczynek. Czasu do igrzysk było jednak sporo. Tokijskie miały się odbyć dopiero w połowie października. Trener miał mimo wszystko ciężki orzech do zgryzienia. U Kłobukowskiej zdiagnozowano pęknięcie kości śródstopia. Jak tu przygotowywać wydolność, gdy nie można biegać? Po kilku telefonach do PKOl sprowadzono pomoc. Miała dwa kółka. Ewa do sprintów miała przygotowywać się na rowerze. Szalony pomysł wcielono w życie. Na szczęście tylko na dwa tygodnie. Potem mogła wrócić na bieżnię. Trudno było się jej jednak przełamać. Na sprawdzianach uzyskiwała słabe wyniki. Dopiero w lipcu przełamała się. Pobiegła 11,8.

Latem Kłobukowska inaugurowała swoje starty międzynarodowe. Zaczęła od 200 metrów. Podczas meczu z Holandia zajęła drugie miejsce z wynikiem 24,5. W Bredzie nie wystawiono jej jednak do sztafety. Niewiele później, w Londynie, też nie dostała takiej szansy. Pałeczkę niosły: Halina Górecka, Irena Kirszenstein, Maria Piątkowska i Barbara Sobottowa. Sztafeta zgrzytała, a czasu do igrzysk było coraz mniej. Za szybka w strefie zmian okazywała się Irena.

Jeśli Ewa chciała się przebić do składu, musiała udowodnić swoją wartość na bieżni. Okazja nadarzyła się już w Londynie. Indywidualnie na 100 m. pobiegła w czasie 11,8. Pod wiatr. Można się było spodziewać, że podczas Memoriału Kusocińskiego dostanie sztafetową szansę. Piotrowski postanowił ją jednak wystawić w drugim składzie. Znów musiała dokonać czegoś wielkiego, żeby trener w nią uwierzył? Na ostatniej zmianie Kłobukowska dostała jednak pałeczkę ze świadomością, że do odrobienia jest pięć metrów straty do drugich Angielek. I odrobiła je. Stadion X-lecia szalał z radości: dwa pierwsze miejsca dla Polski. Fenomenalny bieg. Ewa wywalczyła sobie miejsce w sztafecie, która ruszyła na mistrzostwa Europy do Budapesztu.

Piotrowski się nie pomylił. Wyścig na 4×100 przypadał w sobotę (5 września). Na Nepstadionie nie było tłumów. W Polsce za to miliony ludzi siedziały przed radioodbiornikami. Słuchali jak spiker krzyczy w uniesieniu o biegu Piątkowskiej, Góreckiej, Kirszenstein i wreszcie Kłobukowskiej, która wpada na metę zatrzymując zegar po 44,4 sek. od startu. To nowy rekord Europy! Tylko 0,1 sek. gorszy od rekordu świata Amerykanek. W niedzielę Kłobukowska znów była na ustach wszystkich. Wygrała „setkę”. Wygrała to mało powiedziane. Ona znów ustanowiła rekord Europy (11,3)! Krótko po tym fenomenalnym sukcesie. Reprezentacja Polski musiała zmierzyć się z drużyną RFN w Łodzi. Sztafeta znów została poddana próbie. Kłobukowska najpierw wygrała sprint indywidualnie. A potem pobiegła na ostatniej zmianie. Po rekord. Świata! Gdy Ewa przekraczała linię mety stoper pokazywał 44,2 sek.

To idzie młodość

Był wrzesień 1964 roku. Pozostał miesiąc do igrzysk w Tokio…

- Ewa była skromną dziewczyną. Chciała wygrywać i leciała do Tokio po medale, ale nie okazywała nadmiernej pewności siebie – opowiada Irena Kirszenstein (dziś Szewińska), dziś jedna z najlepszych lekkoatletek w historii, wówczas wschodząca gwiazda królowej sportu.

1 października Ewa skończyła 18 lat. Urodziny spędziła w samolocie do Tokio. Dwa tygodnie później czekała na sygnał wystrzału w finale olimpijskiego biegu na 100 m. Pobiegła po brąz. Wszyscy czekali na bieg sztafety. Skład wykrystalizował się dopiero w Japonii. Piotrowski zrobił sprawdzian dwa dni przed rozpoczęciem igrzysk. Kłobukowska i Kirszenstein nie musiały brać w nim udziału. Maria Piątkowska i Barbara Sobottowa po tym teście usiadły obok bieżni i płakały. To Teresa Ciepły i Halina Górecka miały dołączyć do fenomenalnego duetu K-K.

Polki nie były faworytkami. Za takie uważano Amerykanki. Willye White, Wyomla Tyus, Marilyn White, Edith McGuirre miały teoretycznie lepsze czasy. Gdyby nie Kłobukowska, na 100 m indywidualnie zapełniłyby całe podium. Ale Polki nie ugięły się. Prowadzenie objęła już na pierwszej zmianie Ciepły, Kirszenstein nie dała się pokonać mistrzyni olimpijskiej Tyus, Górecka przekazała pałeczkę Kłobukowskiej przed White. O losach złotego medalu miały zadecydować nogi Ewy. Silne, długie, szybkie, sprężyste. I tak pobiegła. McGuire nie była w stanie jej dopaść. Tego dni nikt nie był. Polki pobiły rekord świata (43,6).

- Teraz wiem, że indywidualnie też mogę z nimi wygrywać – mówiła po biegu Kłobukowska. Polska kochała Kłobukowską. Nawet na treningi lekkoatletek przychodziły tłumy.

- Szedłem sobie kiedyś na ich zajęcia, a tu setki ludzi idą w kierunku stadionu. Setki. Przychodzili, siadali na trybunach i podziwiali. Wystarczyło im, że dziewczyny czasem do nich pomachają – wspomina Leszek Skinder, dziennikarz radiowy.

Polka-idolka

Po Tokio trochę czasu jednak upłynęło zanim sprinterki mogły wrócić na bieżnię. Ugościć musiał je premier Józef Cyrankiewicz. Związki zawodowe, dygnitarze partyjni, wszyscy chcieli ogrzać się w blasku sławy. I ogrzewali się, a blask nie gasł. Kłobukowska nie zwalniała tempa. W 1965 roku dalej wygrywała i gnała po kolejne rekordy. Gnała w zawrotnym tempie. Czasem absurdalnym. Tak było 9 lipca w Pradze. Polki pojechały tam na Memoriał Rosicky’ego. Nikt nie wymagał od nich wielkich wyników. Duet K-K umówił się jednak, że ze sobą powalczą. Czekały na bieg z radością. Ewa i Irena miały tory obok siebie. Jednak przed finałem czeskie niebo zaciągnęło się ołowianymi chmurami. Lunął deszcz, zrobiło się zimno. Organizatorzy nie odwołali jednak zawodów. Czekali aż przestanie padać, ale nie przestawało. Zrobiło się ciemno.

Wreszcie pozwolono dziewczynom stanąć w blokach. Bardziej gwoli formalności niż w oczekiwaniu na fajerwerki. K-K biegły jak siostry syjamskie. Obok siebie, szybko, żadna nie wysuwała się do przodu. Na metę też wpadły razem. Spiker ogłosił: 11,1 sekundy, czas dwóch najlepszych zawodniczek. 11,1 sekundy to był rekord świata! Po długiej analizie fotokomórki pierwsze miejsce przyznano Kłobukowskiej. Tego wyniku naprawdę nikt się nie spodziewał. Gdy wróciły do Spały, prosto na zgrupowanie, koleżanki zbudowały dla nich bramę triumfalną. Trenerzy mieli naręcza goździków i ciasta.

Kolejne wielkie sukcesy były nierozerwalnie związane z Ireną Kirszenstein.

- To było niesamowite. Miałam największą rywalkę za przyjaciółkę. Razem mieszkałyśmy w pokoju na zgrupowaniach, razem trenowałyśmy i razem biegłyśmy do mety raz jako rywalki, raz jako partnerki w sztafecie – wspomina Irena. Kwintesencją tej wspólnej drogi był nie tylko wspólny rekord świata. W 1966 roku w Budapeszcie, podczas mistrzostw Europy, wzięły udział w niezwykłym biegu na 100 m. Niezwykłym bo znów pierwsze dwa miejsca zajęły Polki. A może to było już wówczas powszednie?

Czytając o ich sukcesach można nabrać przekonania, że to nic wielkiego. Proszę sobie jednak wyobrazić Polkę w finale mistrzostw świata na 100 m. W czerwcu 2011 roku najlepszy tegoroczny rezultat Polki wynosił 11,33 (Marty Jeschke). 45 lat wcześniej najlepszy wynik Kłobukowskiej w sezonie wynosił 11,2! W Budapeszcie, podczas pamiętnych mistrzostw Europy sztafeta 4×100 metrów znów wygrała. Ewa poprowadziła ją do zwycięstwa, choć na ostatniej zmianie musiała odrobić kilka metrów straty, przedzierając się w imponującym stylu do mety z czwartej pozycji.

Sól w oku

Budapeszt okazał się niestety początkiem końca Ewy Kłobukowskiej. Aby zrozumieć dlaczego trzeba trochę poskakać w czasie. W 1967 roku naukowcy zajmujący się czystością sportu wpadli na pomysł, by opracować tzw. paszporty płci. Jako jedną z podstawowych metod przyjęto tzw. badanie ciałka Barra. Komórki kobiety zawierają je, mężczyźni są ich natomiast pozbawieni. Metoda ta jest jednak dużo bardziej złożona niż poprzednie zdanie i dużo bardziej nieprecyzyjna niż możemy sobie to wyobrazić. Od początku kwestionowali ją specjaliści. Oburzenia takim postępowaniem nie kryły liczne towarzystwa naukowe. W głowy pukali się endokrynolodzy i genetycy. Główny zarzut polegał na tym, że test jest nieprecyzyjny i niejednoznaczny. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna nie słuchała jednak specjalistów. Miała swoją metodę i nie wahała się jej użyć. W różnych celach.
W 1967 roku naukowcy zajmujący się czystością sportu wpadli na pomysł, by opracować tzw. paszporty płci.

- W ten sposób można było pozbyć się konkurencji. Sport był wtedy wielką polityką. Gdy jacyś Polacy zaczynali za mocno dokazywać, kuło to w oczy wiele innych krajów. Tak było z naszą lekkoatletyczną potęgą – wspomina Andrzej Lewandowski, dziennikarz sportowy, były szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.

IAAF miał świadomość, że wydawanie paszportów płci jest wątpliwe moralnie. Alarmowali o tym lekarze. Aby nie być gołosłownym musimy się nieco zanurzyć w odmęty genetyki. Ciałka Barra są zgrubieniami w jądrach komórek. Powstają one podczas inaktywacji jednego z chromosomów (w kariotypie 46XX). Zdaniem genetyków, aby jednak dokładnie określić płeć nie można badać genów jedynie pod tym kątem. Wyniki wskazujące na mozaikowatość chromosomów są niejednoznaczne. W badaniach występują bowiem pewne grupy komórek, które mają o jeden chromosom za dużo (XXY), ale nie można ignorować informacji o tym, że występują one obok prawidłowych chromosomów (XX). Dopiero w 1996 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski przeprowadził i opublikował wyniki badań pełnego testu chromatyny (podstawowy składnik chromosomów zbudowany głównie z DNA) u 3387 zawodniczek. Gdyby kierować się pomysłami naukowców z lat 60-tych, osiem z badanych kobiet zostałoby napiętnowanych, wyrzuconych poza nawias zawodowego sportu i obranych z godności.

Okrutni jak internetowe trolle

W 1996 (krótko przed igrzyskami w Atlancie) wszystkie 8 przypadków, po wnikliwej analizie, zostało uznanych za fałszywie dodatnie.

- Krótko mówiąc – poprzednia metoda badająca ciałka Barra mogła być krzywdząca dla kobiet. I była – nie ma wątpliwości profesor Jerzy Smorawiński, szef polskiej komisji antydopingowej i jeden z największych autorytetów w tej dziedzinie na świecie.

W 1967 roku IAAF miała jednak swoje narzędzie do usuwania kobiet ze sportowej mapy. Sposób postępowania ówczesnych władz był obrzydliwy także z innego powodu. Często nie wszczynano drobiazgowej procedury, nie posiłkowano się opiniami niezależnych ekspertów. Tajemnicza komisja zbierała się, wydawała wyrok, a potem… Z misją ruszali panowie od załatwiania spraw w nieco gangsterskim stylu. Zawodniczka i federacja krajowa dostawali informację, że IAAF ma na nich „papiery”. I nie zawaha się ich użyć. No chyba, że skazana sama wymierzy sobie karę, rezygnując z dalszej kariery. Wtedy IAAF mógł rozważyć jakieś ustępstwa. Warunek był jeden: „wszyscy mają milczeć”. Prawie wszyscy, bo z reguły IAAF upubliczniał informację i robił mężczyznę z kobiety. Z tabel wycofywał rekordy, ale napiętnowanej i zniszczonej dziewczynie pozwalał zachowywać medale. Część prawników już wtedy twierdziła, że międzynarodowe władze (IAAF i MKOl) robią to nie z dobroci serca, ale dlatego, że metoda określania płci była na tyle kaleka, że zdeterminowany i posiadający dobrego adwokata sportowiec mógłby wygrać proces. Dowodem tego był choćby przypadek Maríi José Martínez Patiño.

Przypadek hiszpańskiej lekkoatletki doskonale ilustruje jak w podobnych przypadkach postępowali ludzie, którzy mieli władzę. Patiño w 1985 roku poleciała do Kobe, na Uniwersjadę. Krótko przed startem przyszli do niej działacze związkowi. Mieli do zaproponowania układ. Ona wycofa się z zawodów, oni powiedzą, że ma kontuzję. Potem zakończy karierę. W ręku trzymali wyniki „testu płci”. Patiño nie poddała się. W Hiszpanii postanowiła się bronić. Wzięła udział w zawodach. Przecież była kobietą, dlaczego ktoś jej odmawia prawa do startów. Działacze krajowej federacji uznali, że złamała umowę. Odebrali jej tytuły, zakazali udziału w zawodach. Po ponad dwóch latach walki o godność i poszanowanie prawa wygrała. IAAF uznał, że może startować. Dyskwalifikacja została cofnięta. Patiño wygrała. Nie wróciła jednak na bieżnię. My musimy wrócić. Do roku 1967.

Podróż z honorami

Dla Ewy Kłobukowskiej mógł być to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu. Była kochana przez kibiców, noszona na rękach przez działaczy. To w ’67 podczas meczu Polska – RFN w Chorzowie pobiła rekord Polski na 200 m. (22,9 sek.).

- Pamiętam to jak dziś. Był lipiec i obie zdawałyśmy egzamin na studia do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa – przyp. red.). Oczywiście zdałyśmy go wspaniale, ale tego samego dnia był mecz Polska – ZSRR. Wszystkim zależało na starcie Ewy – wspomina Teresa Sukniewicz, wybitna płotkarka. – Była do tego stopnia oczekiwana, że wojsko podstawiło dla niej mały samolocik w Warszawie. Miała nim dolecieć prosto do Chorzowa. I załapałam się z nią. Co za przygoda! Leciałyśmy nisko nad miastami, trzęsło, bujało, było głośno. Ewa wyskoczyła z samolociku w Chorzowie i pojechałyśmy na stadion. A potem… pobiegła. Pięknie. Jak gdyby przez ostatnie dni nic innego nie robiła, tylko odpoczywała i zbierała siły. To było niezwykłe. Ona była niezwykła – nie kryje podziwu Sukniewicz.

Dwa miesiące później Kłobukowska miała startować razem z reprezentacją na finałowych zawodach Pucharu Europy w Kijowie. Polki liczyły tam na podium. Dwa lata wcześniej zajęły trzecie miejsce. Za ZSRR i NRD, przed RFN. W Kijowie Kłobukowskiej do bieżni jednak nie dopuszczono. Powód? Niewyjaśniony status płci. To co działo się potem należy do najbardziej wstydliwych kart w historii polskiej lekkoatletyki.

Kłobukowską porzucono. Stała się ofiarą. Tylko czego? Ta sprawa do dziś jest niejasna. Część świadków zachowuje się tak, jakby to wydarzyło się wczoraj, a osoby, które wrzuciły genialną sprinterkę do czyśćca wciąż gdzieś jeszcze krążyły. Z jednym z dziennikarzy zajmujących się 44 lata temu tą sprawą spotkałem się w Warszawie, koło dawnego Domu Partii. Daje mi kartkę.

- Niech pan sprawdzi to nazwisko. Więcej nie jestem w stanie powiedzieć… tu… Tu nie chodziło o zwykły sport. Pan tego nie rozumie, ale wtedy na bieżni ścierały się interesy systemów politycznych, gospodarczych. Mecze lekkoatletyczne to była demonstracja siły. Nie wszystkim się podobała pozycja Polski – mówi emerytowany dziś dziennikarz.

Po kilku minutach odchodzi. Na pożółkłej karteczce z notesu rozdawanego podczas I Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Letnich (1965 r.) zapisane jest jedno nazwisko: Danz. Max Danz. To on za tym stał? To chciał mi przekazać dziennikarz?Aby choć trochę rozwikłać zagadkę trzeba się cofnąć nieco wcześniej.

Naga parada

W 1966 roku Max Danz, lekarz i szef zachodnioniemieckiego związku lekkoatletycznego naciskał na badania ginekologiczne zawodniczek. Podczas mistrzostw Europy w Budapeszcie pomysł Danza poparli polscy działacze. Skończyło się to poniżającą tzw. „nagą paradą”, jak pisały o tym niektóre media. Dziewczynom kazano się rozebrać i przemaszerować przed ginekologami. Towarzysze radzieccy nie mogli tego wybaczyć nikomu. Jeszcze przed niesławnym marszem do domu odesłali siostry Press, które były podejrzewane o to, że naprawdę są mężczyznami (Tamara i Irina nigdy nie poddały się badaniom).

Zemsta działaczy radzieckich nadeszła po roku. Pomogli im w tym Niemcy. Oficjalnie działacze z ZSRR i NRD zawiadomili o podejrzeniu, że polska sprinterka może nie przejść testów płci. W Kijowie odbyła się więc demonstracja siły. Naszą reprezentację postanowiono poniżyć.

- To było ohydne. Zostałyśmy powiadomione, że mamy przejść badania ginekologiczne. Tylko my! – nie kryje oburzenia, po ponad 40-latach, Sukniewicz.

Już sama procedura dziś uznana byłaby za wstrętną. Młode dziewczyny musiały udowadniać swoją kobiecość przed kilkunastoosobową komisją. Po kolei, jedna po drugiej, wchodziły do pokoju gdzie odzierano je z intymności. Jednak to nie to badanie było wyrokiem dla Kłobukowskiej. Był nim werdykt kijowskiej komisji. Duńczyk Georg Facius opisuje wyniki jej ustaleń w ten sposób: „Sześcioosobowa komisja stwierdziła mozaikowatość chromosomów, czyli pewne grupy komórek miały o jeden chromosom za dużo (XXY), a inne były prawidłowe (układ XX)”. Facius wydanie wyroku na Polkę, po takim badaniu, uważa za jedną z największych pomyłek medycyny sportowej XX wieku.

A kto to ta Kłobukowska?

Z powszechnie dostępnych materiałów historycznych wynika, że polska strona poddała się. Zdaniem Andrzeja Lewandowskiego, to nie do końca była prawda.

- Do Kijowa wysłano naukowców, którzy mieli wyjaśnić, że wyników Kłobukowskiej nie można interpretować na jej niekorzyść. Profesor Małgorzata Serini-Bulska oraz dr Bolesław Ałapin w ogóle nie zostali jednak wysłuchani – wyjawia Lewandowski. Zdaniem niemieckich mediów, sprawa Kłobukowskiej była zemstą Rosjan za Budapeszt. Według dziennikarza tygodnika „Der Spiegel” dla towarzyszy radzieckich pozbycie się Kłobukowskiej, to było mało. Szczegóły medycznych ustaleń Zachodnim mediom przekazał rosyjski dziennikarz.

- Pamiętam te wstrętne artykuły w zagranicznych mediach. Pokazały się jeszcze podczas finału Pucharu Europy. Ewy nikt z władz nie bronił publicznie. To byli nędzni ludzie. Ją pogrzebała brudna polityka – zżyma się Teresa Sukniewicz.

W 1970 roku. Rekordy Ewy Kłobukowskiej zostały wykasowane przez IAAF. Pozostawiono jej medale. Zniszczona, poniżona, chciała ukryć się przed światem. Skończyła studia. Wyjechała za granicę. Odcięła się od polskiego piekła. Pracowała w Przedsiębiorstwie Montażu Elektrowni i Urządzeń Przemysłowych „Energomontaż Północ”. Poprosiła o kontrakt w Czechosłowacji. Teraz stroni od mediów. Czasem pojawia się na uroczystościach organizowanych przez Polski Komitet Olimpijski. Zachowuje jednak dystans.

- Rozumiem ją. Też bym pewnie chciała o tym zapomnieć. To wspaniała kobieta. Wciąż jesteśmy przyjaciółkami i wciąż nie rozumiem dlaczego spotkało ją tyle zła – kończy Irena Szewińska.

Oskar Berezowski, „Ewa Kłobukowska – nieznana historia”, Bieganie, październik 2011
http://www.magazynbieganie.pl

http://marucha.wordpress....znana-historia/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 2 Kwiecień 2014, 13:16   Re: Sport [Cytuj]

Wiktor 2013 dla Kamila Stocha ! Owacja na stojąco !

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=nrBFa1c9MSU[/youtube]
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 9 Kwiecień 2014, 07:53   Re: Sport [Cytuj]

JANOWICZ MA RACJĘ

Jerzy Janowicz ma rację, mówiąc o stodołach w polskim sporcie. Ten, kto nie rozumie, o co mu dokładnie chodziło, jest ignorantem. Ministra sportu, który robi sobie żarty z wypowiedzi Jerzego Janowicza i szuka dosłownych stodół, zapraszam na warszawskie Forty Bema, gdzie niegdyś kwitły między innymi sekcje pięcioboju nowoczesnego, szermierki i boksu. Mógłbym wymienić dziesiątki nazwisk wspaniałych sportowców, mistrzów świata i olimpijskich, którzy wywodzą się z tych obdrapanych miejsc. Pięcioboistki: Dorota Idzi, Iwona Kowalewska, Paulina Boenisz, wspaniałe szpadzistki: Agata Stroka i Danuta Dmowska-Andrzejuk, szpadzista Krzysztof Mikołajczak i jego starsi koledzy. Szlifowali swoje wielkie talenty w różnych latach, ale wszyscy trafili na zapaść swoich sekcji sportowych, o które państwo już nigdy nie zadbało. Tu znów znajdujemy słuszne słowa Janowicza. Osiągnęli swoje sukcesy tylko dzięki własnej determinacji, ich rodziców i trenerów zarabiających żadne pieniądze. I tak jest w całej Polsce.

To, że utalentowani sportowcy osiągnęli najwyższe światowe rezultaty, mimo że nie mieli szatni, tylko przepierzenie z zardzewiałych szafek, że na plansze szermiercze kapała woda z dachu, a pod upokarzająco zagrzybionym prysznicem nie było przez całą wiosnę i lato ciepłej wody z powodu oszczędności, w niczym nie usprawiedliwia zaniedbań działaczy z ministrami sportu na czele. To, że Wojciech Fibak mówi, że odbijał piłkę od ściany w PRL-u, nie oznacza, że można to usprawiedliwiać obecnie. Sam trenowałem przez wiele lat na Fortach Bema obok tych wspaniałych sportowców. Nie sposób wyobrazić sobie, jak można osiągnąć światową formę w tym miejscu. A jednak! Polskie państwo doprowadziło do upadku takie ośrodki sportowe, jak Polska długa i szeroka. Co się dzieje z warszawską Skrą?! Komisy z kiepskimi samochodami i hurtownie marnych produktów wynajmują powierzchnie, które tak zostały zaniedbane, że już tylko nadają się na składowanie odpornych na wilgoć materiałów. Miejsca takie jak stanowisko do rzutów młotem od strony Żwirki i Wigury zarosło do tego stopnia, że pewnie chowa się tam jakieś dzikie ptactwo. Kpiny i żarty ministra sportu z wypowiedzi Jerzego Janowicza są po prostu nie na miejscu.

Sport w Polsce (nie tylko za rządów tego ministra i tego premiera) podupadł. Ale wciskanie kitu, że pobudowane masowo orliki przyczyniają się do poprawy warunków do uprawiania sportu w Polsce, jest kłamstwem. Na orlikach grają podwórkowe grupy, które cieszą się z wieczornego oświetlenia boisk. To nie ma nic wspólnego ze sportem, a już na pewno nie z innym niż piłka nożna. Byłoby kłamstwem twierdzenie, że nie ma dobrych miejsc do trenowania. Tylko że wszystkie te miejsca powstały z pieniędzy unijnych i nie jest to żadna zasługa polityków z ministerstwa sportu. I także nie obniża to wartości słów Jerzego Janowicza. Jeszcze raz powtarzam: żaden ze sportowców, nawet ten, który jedynie ocierał się o dobre wyniki, nie zasługuje na trenowanie w warunkach uwłaczających godności.

Nie ma co rozważać tego, czy Janowicz mógł się wściec na konferencji prasowej i czy dziennikarze są właściwym adresatem jego pytań. To nie jest istota problemu, który tenisista podniósł. Nie on zresztą pierwszy. Pamiętam starania o otrzymanie drogiego sprzętu sportowego, gdy byłem pięcioboistą, a potem szermierzem. To, co było składowane w magazynach sekcji i Związku, było chowane przed nami jak skarb – tak mało tego było. Nawet dla tych najlepszych otrzymanie stypendium graniczyło z cudem. O jego wysokości nie wspominając. Minister sportu oczywiście manipuluje informacjami, gdy mówi, że Jerzy Janowicz otrzymał 60 tysięcy złotych od miasta na przestrzeni czterech lat. Bo prawda jest taka, że otrzymywał miesięcznie około 1200 złotych. Podchodząc do sprawy rzeczowo, nie jest to kwota, za którą szlifuje się sportowe diamenty. Janowicz ma rację!

Filip Frąckowiak

http://www.naszdziennik.p...z-ma-racje.html


10 kwietnia 2014 r. – dzień otwarty w Izbie Pamięci płk. Kuklińskiego. Muzeum będzie czynne od godz. 15.00 do 19.00,

ul. Kanonia 20/22 – na tyłach katedry św. Jana.

Zapraszamy.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 10 Kwiecień 2014, 11:35   Re: Sport [Cytuj]

Czy po tym co powiedział zniszczą Janowicza?

Redakcja vod: na konferencji prasowej po przegranym meczu z Chorwacją w Pucharze Davisa Jerzy Janowicz powiedział m.in. "Jesteśmy generalnie krajem, który nie ma absolutnie żadnej perspektywy w sporcie, biznesie czy w życiu prywatnym. Nie ma perspektywy dla nikogo. Studenci studiują, żeby tylko z tego kraju wyjechać, trenujemy gdzieś po szopach, nie tylko w tenisie, spójrzcie na Zbigniew Bródkę, który musi trenować za granicą. Dlaczego macie oczekiwania wobec nas? Wyjdźcie sami na kort i przepracuje na nim całe życie, a dopiero potem miejcie oczekiwania. To już mnie śmieszy. Przeżyjcie to, co sportowcy. Nie ma żadnej pomocy w sporcie i w żadnym zawodzie." Pytanie brzmi: jak teraz zachowają się wobec Janowicza te wszystkie "zaprzyjaźnione" z rządem Tuska media, które zgodnie z obecnie obowiązującą w propagandzie doktryną przekonują Rodaków, że Polska jest kwitnącą zieloną wyspą, wszyscy nam zazdroszczą, a polskie dzieci szczawiu i mirabelek mają pod dostatkiem? Najprostsze wyjście, to zrzucić wszystko na gorycz po porażce, wmawiać, że ta wypowiedź dotyczyła wyłącznie dziennikarzy sportowych itp. Bardzo szybko przekonamy się jaka będzie dla Janowicza cena tej chwili szczerości? Czy skończy się tylko na szyderstwach "Gazety Wyborczej"?


[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=-Qc8W74zzZM[/youtube]

Film: Janowicz wściekły na dziennikarzy: Kim jesteście, żeby mieć oczekiwania opublikował Sport.pl

Jerzy Janowicz przegrał z Marinem Cilicem 6:4, 7:6 (7-5), 4:6, 1:6, 3:6 w 2. rundzie Grupy I Strefy Euro-afrykańskiej Pucharu Davisa. Prowadzący 3:1 w całym spotkaniu chorwaccy tenisiści zapewnili sobie zwycięstwo i awans do barażu o elitę.

Sklasyfikowany na 21. miejscu w rankingu tenisistów Janowicz po raz drugi w spotkaniu rozgrywanym w hali Torwar doznał porażki w pięciu setach. W piątek niespodziewanie uległ niespełna 18-letniemu Bornie Coricowi. Tego dnia zajmujący 26. pozycję na światowej liście Cilic bez problemu uporał się z Michałem Przysiężnym. W sobotę szansę biało-czerwonych na zwycięstwo w pojedynku przedłużyli Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg, triumfatorzy rywalizacji deblistów.

W pamięci kibiców na długo pozostanie tie-break, który był potrzebny do wyłonienia zwycięzcy w drugiej partii pojedynku liderów obu ekip. Cilic prowadził już 5-1, ale dzięki konsekwentnej i agresywnej grze Polak zwyciężył w sześciu następnych akcjach. Prowadzący 2:0 23-letni łodzianin w trzech kolejnych odsłonach musiał jednak uznać wyższość starszego o dwa lata, pochodzącego z Medziugorie przeciwnika.

Chorwaci, który zagrają we wrześniowym barażu, są o krok od powrotu, po rocznej przerwie, do Grupy Światowej. Polacy, którzy jeszcze nigdy nie awansowali do elity, w przyszłym sezonie po raz kolejny będą rywalizować na jej zapleczu.

Ponieważ zwycięstwo Cilica przesądziło losy meczu zrezygnowano z rozegrania drugiego niedzielnego pojedynku singlowego.

http://vod.gazetapolska.p...wicza[/youtube]
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 21 Styczeń 2016, 09:03   Re: Sport [Cytuj]

Polacy brązowymi medalistami Mistrzostw Świata 2015
- przeżyjmy to jeszcze raz!


[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=hnvaPeC0lSU[/youtube]
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 17496
Skąd: Polska
Wysłany: 22 Sierpień 2016, 15:30   Re: Sport [Cytuj]

Też patrzyłem na te gęby, i się zastanawiałem czy to baby czy chłopy, a może to po prostu były chłopo-baby ... :roll:
Ludzie! Co to się porobiło na tym świecie ...
W pełni popieram to co napisała Joasia Jóźwik.



Piąta na Olimpiadzie, ale „druga wśród kobiet”. Komentarz biegaczki Joanny Jóźwik wywołał burzę



Joanna Jóźwik jest piątą zawodniczką igrzysk w Rio de Janeiro w biegu na 800 m. Jednak jak przyznała czuje się jak wicemistrzyni olimpijska. - Jestem druga wśród kobiet - stwierdziła biegaczka. Jej komentarz rozpętał prawdziwą burzę w internecie.

„Trzy zawodniczki, które były na podium, wzbudzają bardzo dużo kontrowersji. Nie ukrywam, że dla mnie to też jest trochę dziwne, że władze nic z tym nie robią. Koleżanki mają po prostu bardzo wysoki poziom testosteronu, podobny do męskiego, dlatego wyglądają jak wyglądają i biegają tak jak biegają. Semenya jest nie do pobicia w tym sezonie i myślę, że jeśli nic z tym światowe władze nie zrobią, będzie do końca nie do pobicia” – oceniła Jóźwik.

Biegaczka tak wspominała zawody: „W drodze na stadion przede mną szła Wambui, która jest trzy razy większa ode mnie. Jak ja mam się czuć? Ona ma wielką łydkę, wielką stopę, zrobi jeden krok, a ja trzy. (…) Widziałam Kanadyjkę Melissę Bishop, która była czwarta i była bardzo zawiedziona. Poprawiła rekord życiowy i była za podium. To bardzo przykre. Uważam, że to powinna być złota medalistka. Ja też się czuję jak wicemistrzyni olimpijska. Bardzo się też z tego powodu cieszę, że jestem pierwszą Europejką. A zawodniczki, które stanęły na podium, to trochę inna liga. Semenya już w zupełności”.



W 2009 r. zdiagnozowano u triumfatorki z Rio, biegaczki z RPA Caster Semenya hiperandrogenizm, co oznacza nadmierne wydzielanie androgenów u kobiet, objawiające się osłabieniem cech typowych dla dojrzałych kobiet, z równoczesnym narastaniem objawów maskulinizacji oraz zmianami metabolicznymi. To również oznacza, że poziom testosteronu przekracza poziom, który ma większość kobiet.

Wypowiedzi biegaczki nie spodobały się lewej stronie internetu. „Wstyd mi, że @joannajozwik reprezentowała Polskę w #Rio2016. Takie rasistowskie, seksistowskie teksty powinny dyskwalifikować” – napisał Patryk Chilewicz. Jego wpis spotkał się ze zdecydowaną reakcją internautów, co wyraźnie poirytowało Chilewicza.

„Może być pani pewna, że wystosuję zapytanie do Polskiego Komitetu Olimpijskiego, czy utożsamia się z pani mało sportowym i nie mającym nic z zachowaniem fairplay działaniami. Zastanowię się także, czy nie złożyć zawiadomienia do prokuratury, ponieważ dzięki naszej pani Joannie, która medalu nie zdobyła, ale w głowach części Polaków ma go w kieszeni, wciąż jestem atakowany przez dziesiątki frustratów próbujących mnie poniżyć” – napisał na swoim blogu.

Nie do końca wiadomo, czy twitterowe konto, które zostało usunięte, na którym udostępniono wpis Chilewicza rzeczywiście było prowadzone przez Jóźwik.

luk

http://www.pch24.pl/piata...ze,45450,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Informacje | TV Trwam | Radio Maryja na żywo |
Polecamy:informacje ktorych potrzebujesz Fundacja Skierniewice i Szkola Skierniewice
Korzystanie z forum oznacza pełną akceptację otrzymywania plików cookies.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,135 sekundy. Zapytań do SQL: 10