ND Forum - Dzień dobry POLSKO! Strona Główna ND Forum - Dzień dobry POLSKO!
Ludzie z sercem i głową

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
50 lat po Soborze Watykańskim II
Autor Wiadomość
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 16 Październik 2012, 14:52   50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Odważna książka o kryzysie w Kościele.
Pół wieku po SWII

Koń trojański w mieście Boga, czyli jak „swąd szatana” zmanipulował myślenie o Soborze

„Miłość w sposób konieczny wymaga tego, żeby zwalczyć błąd (…) Najwyższa miłość Kościoła do wszystkich ludzi stawia przed nim wymóg potępienia błędu i że te akty potępienia stanowią podstawową odpowiedź na wymóg chwili” – tak pisał Dietrich von Hildebrand o roli Kościoła katolickiego względem wszelkich indywidualnych odstępstw od ortodoksji.

Tomasz P. Terlikowski przygotował na Rok Wiary i 50-lecie Soboru Watykańskiego II celną publikację pt. „Koń trojański w mieście Boga. Pół wieku po Soborze….”. Tytuł nawiązuje do bardzo popularnej książki niemieckiego filozofa Dietricha von Hildebranda „Koń trojański w mieście Boga”, która była gorącym komentarzem wobec niezrozumienia i manipulacji tekstami soborowymi, jakie wkradły się w umysły teologów, księży i świeckich tuż po zakończeniu Soboru Watykańskiego II. Dziś w jego okrągła rocznicę, jak również w momencie inauguracji Roku Wiary w Kościele katolickim, spuściznę i ”ducha Soboru” tłumaczy i komentuje Tomasz Terlikowski.

Zanim sięgnąłem po tą książkę, spotkałem się z opinią, że to jedna z niewielu publikacji, która w jasny i precyzyjny sposób odkłamuje obraz Soboru Watykańskiego II jaki pojawia się w mediach, na uniwersytetach czy w debatach religijnych i naukowych pod niewiele znaczącą czy raczej mogącą znaczyć wszystko nazwą ”duch Soboru”. Czy ta opinia jest słuszna? Moim zdaniem jak najbardziej. Tomasz Terlikowski jest wnikliwym obserwatorem życia Kościoła katolickiego i ma bardzo wyczulony zmysł na wszelkie kłamliwe i propagandowe nowinki i ideologie, które przedstawiają niektórzy tzw. teologowie wyzwolenia czy księża kościoła otwartego.

Na początku warto zacytować dłuższy ustęp książki, który pokazuje jak wielkie spustoszenie czyniło i czyni nadal zawłaszczenie interpretacji osiągnięć soborowych: „Duch Soboru” niewiele ma wspólnego nie tylko z samym Soborem, ale nawet z katolicyzmem. Jest on raczej powierzchownie schrystianizowanym (tylko na poziomie języka) „duchem czasu”, czyli myśleniem i odczuwaniem właściwym okresowi rewolty obyczajowej roku `68 i – w nie mniejszym stopniu – promowanego przez Moskwę i Pekin marksizmu (niekiedy ukrywającego się pod maską pacyfizmu czy walki o prawa krajów Trzeciego Świata). Główni przedstawiciele tego kierunku myślenia nawet specjalnie nie ukrywają, że ich celem jest uczynienie katolicyzmu bardziej nowoczesnym, postępowym, przystającym do myślenia ludzi XXI wieku. Jeśli coś jest z tym myśleniem niezgodne, jeśli nie odpowiada mentalności człowieka współczesnego, to należy to wyrzucić i uznać za głupotę”. O tych zjawiskach w roku 1968, w czasie kiedy wielu teologów katolickich rozpoczynało marsz w kierunku odebrania świętości Soborowi w zamian narzucając indywidualistyczny jego odbiór, papież Paweł VI mówił, że są „swądem szatana”.

Tomasz Terlikowski analizując kryzys w Kościele po Soborze Watykańskim II zatrzymuje się na różnych dziedzinach życia i nauczania Kościoła. Przeczytamy między innymi o prawie naturalnym, sakramentach, ekumenizmie, celibacie czy roli świeckich w Kościele katolickim. Według autora we wszystkich tych kwestiach źle pojmowany „duch Soboru” przez 50 lat poczynił wielką dewastację. Najbardziej diabelskim pomrukiem był krzykliwy atak na Papieża Pawła VI i jego encyklikę Humanae Vitae, która przypominała nauki Kościoła katolickiego dot. zasad moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego. Od momentu jej opublikowania i ogłoszenia zawrzało. Wielu biskupów, kardynałów, teologów spodziewało się, że Paweł VI złagodzi stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji. Stało się inaczej i od razu przystąpiono do ataku na Papieża. Warto w tym momencie zacytować fragment książki pokazujący w jaki sposób niektórzy piewcy „ducha Soboru” nauczali Papieża jak ma rozumieć i wdrażać naukę Soboru Watykańskiego II: „Wiele pozytywnych wartości w odniesieniu do małżeństwa znalazło swój wyraz w encyklice Pawła VI. Niemniej nie podzielamy przyjętej eklezjologii, jak i metodologii, jaką posłużył się Paweł VI w skonstruowaniu i promulgowaniu dokumentu. Nie są one zbieżne z autentyczną samoświadomością Kościoła, według tego, co wyraziły i zaproponowały dokumenty Soboru Watykańskiego II”. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że nadawcy tego listu do Papieża, mówili bez odwołania się do konkretnych dokumentów SWII, tylko opiniowali po swojemu. Praktyka argumentowania: „to wynika z Soboru Watykańskiego II” stała się bardzo częsta – niestety w wielu przypadkach autorzy tego sformułowania nie potrafili i nie potrafią wskazać na konkretne dokumenty potwierdzające głoszone przez nich tezy.

Terlikowski analizując rzeczywistość posoborową przywołuje mnóstwo przykładów z życia Kościoła, pokazujących do czego prowadzi indywidualistyczne i zsekularyzowane myślenie współczesnych teologów i niektórych kapłanów katolickich. Z przedstawionego przez niego obrazu wynika, że skala zniszczeń jest ogromna. Widać to najlepiej w części poświęconej celibatowi i kapłaństwie, w których autor szczególnie ostro pisze o księżach i zakonnikach głoszących nauki sprzeczne z dogmatyką katolicką i ortodoksją. Najbardziej zasmucające jest to, że 50 lat po Soborze takie zdarzenia nasilają się także w Polsce. Dziś warto przywołać takie nazwiska jak : Hryniewicz, Prusak, Oszajca, Bartoś, Obirek, by uzmysłowić sobie, że negatywne zjawiska wypaczania „ ducha Soboru” nie dotyczą tylko zgniłego Zachodu.

Niewątpliwie najnowsza książka Tomasza Terlikowskiego to bardzo dobre studium poznawcze i analityczne czasów posoborowych. Autor starał się przedstawić nam ten krajobraz bardzo wnikliwie i przejrzyście. Niedosyt można odczuwać jedynie w ocenie roli świeckich w Kościele po Soborze Watykańskim II. Tomasz Terlikowski pomija zupełnie zjawisko bardzo prężnej działalności ruchów i wspólnot kościelnych, takich jak np. Droga Neokatechumenalna. A to wielka szkoda, gdyż te patrząc na te wspólnoty można dojść do wniosku, że to one są zapowiadaną „wiosną współczesnego Kościoła katolickiego”.

Na koniec warto zacytować słowa Papieża Benedykta XVI, który w 2005 roku tak mówił o owocach Soboru Watykańskiego II: (…) Czterdzieści lat po Soborze możemy skonstatować, że jego pozytywny dorobek jest większy i bardziej żywotny, niż mogło się wydawać w burzliwym okresie około roku 1968. Dzisiaj widzimy, że dobre ziarno, choć wzrasta powoli, rozwija się jednak tym samym rośnie także nasza głęboka wdzięczność za to, czego dokonał Sobór”.


Publikacja Terlikowskiego wpisuje się w papieską walkę o prawdę przypominając, że dobre dzieła poznaje się po owocach.

Sebastian Moryń

http://www.fronda.pl/news...o_soborze_24727
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 23 Grudzień 2012, 18:55   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Ciekawy tekst pióra Arkadiusza Robaczewskiego


Tradsi a nowa ewangelizacja

Nikt nie spodziewa się, że w poszukiwaniu środków Nowej Ewangelizacji, które się właśnie odbywa, ktoś będzie usiłował zatrzymać albo zawrócić bieg czasu. Taka obawa jest czasem wyrażana przez tych, którzy zauważają coraz większą żywotność tzw. środowisk Tradycji katolickiej. „Nie da się wrócić do tego, co było” – wyrokują, machając na tradycyjne środowiska ręką. Jednak same te środowiska, wbrew temu, co się im nieraz, z pewnością nazbyt często, zarzuca – wcale nie tęsknią za minioną epoką. Przeciwnie, tak jak wszyscy apostołowie i ewangeliczni konkwistadorzy sięgają w daleką przyszłość, a nawet poza czas – w wieczność.


Skazani na skansen?

Ostatnie skojarzenie, jakie może przyjść do głowy, to skojarzenie Nowej Ewangelizacji z tradycjonalizmem i środowiskami kształtującymi swe życie w oparciu o tzw. starą Mszę. Z tymi, którzy szanują i dostrzegają wartość i niezmienność tradycyjnej (przedsoborowej) doktryny, a w swoich domach praktykują katolicki obyczaj zupełnie tak, jak praktykowali ich dziadowie i pradziadowie. Dominuje bowiem pojęcie nowej ewangelizacji, która każe ją widzieć jako zerwanie ze wszystkim, co stare –ze starą, oczywiście „skostniałą i niezrozumiałą” liturgią, ze starą, nieprzystającą do dzisiejszych czasów doktryną, z obyczajowością, która, jak niektórzy mniemają, była zbiorem zewnętrznych praktyk, może i cennych, nawet z sentymentem wspominanych, pozbawionych jednak „ducha”, spełnianych mechanicznie i z przyzwyczajenia.

To oczywiście znacznie uproszczony rys, raczej potoczna opinia niż to, co sądzą odpowiedzialni za Nową Ewangelizację. Faktem jest jednak, że wspólnot tradycyjnych nie tylko nie uwzględnia się w planach ewangelizacyjnych Kościoła; nie widzi dla nich miejsca w ogóle, co najwyżej tolerując ich inercyjną egzystencję gdzieś na obrzeżach parafii, poza niedzielnymi godzinami celebracji, pozwalając czasem na sprawowanie Mszy wówczas, gdy pozostali parafianie właśnie zasiadają do obiadu albo wybierają się na rodzinny spacer.

Czasem bywa i tak: Wierny zwraca się do kapłana, który za jakiś czas ma sprawować Mszę św., tradycyjną w jakiejś szczególnej intencji rocznicowej, a który przy parafii prowadzi oficjalnie, za zgodą ordynariusza duszpasterstwo środowisk Tradycji:

- Przecież o tej Mszy na pewno ksiądz proboszcz ogłosi chętnie w parafialnych komunikatach – mówi, w swej prostej naiwności wierny.

- Nie ogłosi – odpowiada ksiądz. O niczym nie ogłosi, nie ogłosi ani o adoracji, ani o spotkaniu, ani o pielgrzymce. A jak inny parafianin zapyta o coś „od nas”, powie, że on nic nie wie.

To obrazek z codzienności życia tzw. duszpasterstw tradycji umieszczonych przy parafiach. Dobrze, jeżeli jest Msza (niemal zawsze w porze obiadowej), dobrze, jeśli jest co tydzień, a nie „w co czwartą niedzielę każdego parzystego kwartału”.

Czy ta rzeczywistość świadczy o tym, że wspólnoty tradycyjne, przebijające się przez warstwy betonu niechęci i asfaltu niezrozumienia na dzisiejszej cywilizacyjnej pustyni, skazane są, cichym wyrokiem, na śmierć? A jeśli, bo wszystko na to wskazuje, wyrok taki rzeczywiście zapadł, to czy ma on dostateczne uzasadnienie? Czy wspólnoty tradycyjne rzeczywiście zasługują na wyginięcie?

Kim są „tradsi”? Pytania u progu Roku Wiary

Nawet nie wypada osobom wierzącym dawać świadectwa w miejscu pracy, w rodzinie. Wierzący artyści, sędziowie, lekarze, nauczyciele – jeśli tylko w jakiś sposób mają odwagę świadczyć o swej wierze – natychmiast są ostrzeliwani; czasem tylko w miejscu, w którym się znajdują, a czasem sprawa staje się publiczna i wówczas lecą pociski różnego kalibru, wszelkich rodzajów broni i ze wszystkich stron. To samo zresztą dotyczy kapłanów i biskupów, którzy z faktu swojego kapłańskiego i biskupiego zobowiązania wyciągają ostateczne konsekwencje.

Nie ma już społeczeństwa chrześcijańskiego w Europie. Są wyspy, które czasem tworzą archipelagortodoksji radykalnej – bardzo jest mi bliskie to sformułowanie Pawła Milcarka. Dodałbym jeszcze że ta ortodoksja rodzi także radykalną ortopraksję – w dziedzinie moralnej, liturgicznej, obyczajowej.

Elementy składowe tego archipelagu to nadzieja nowej ewangelizacji. Czy jest tam miejsce dla środowisk tradycyjnych? Dla tych pączkujących duszpasterstw wiernych tradycji łacińskiej? Czy oni mają do zaproponowania światu coś więcej niż koronkowe alby i komże, skrzypcowe ornaty, gorliwe okadzanie ołtarza i Mszę po łacinie, czyli w języku, którego „nikt już dziś nie rozumie”?

Kim są tzw. „tradsi”? Czy rzeczywiście mogą coś wnieść w misję Kościoła, we współczesnym świecie? W to, by Ewangelia i przesłanie o Synu Ofiarującym się Ojcu i rodzącym nas przez to do wieczności – wybrzmiało w dzisiejszym świecie z nową siłą, wyrazistością, nie pozwalająca się oddalić oczywistością i prawdą?

Stawiam te pytania u progu Roku Wiary, do którego ogłoszenia pretekstem stała się rocznica, pięćdziesiąta już, zwołania Soboru Watykańskiego II.

Te dwa wydarzenia, rocznica soboru i Rozpoczęcie Roku Wiary, łączy się ze sobą z istotnych racji. Do niedawna Sobór Watykański II można było w mowie i wypowiedziach publicznych traktować wyłącznie jak zmarłych – nihil, nisi bene, albo nic, albo tylko dobrze. Jeśli nawet zdarzały się (a zdarzały się!) wypowiedzi co bardziej światłych hierarchów, nakazujące ostrożność i rzetelność, dzięki którym moglibyśmy dostrzec także ciemne strony soboru, smutne jego konsekwencje – były one traktowane per non est. Dominował i dziś również dominuje tryumfalizm iście „przedsoborowy” w mówieniu o Vaticanum II – kategorie nowego tchnienia Ducha, nowych Zielonych Świąt, czy „największej rewolucji” – to najczęstsze radosne sformułowania używane wobec Vaticanum II.

Jednocześnie Rok Wiary ogłoszony przez Benedykta XVI nie jest ogłaszany przy dźwięku fanfar, oznajmiających sukces i rozkwit wiary, a także obecność chrześcijańskich zasad, według których żyjż kontynenty i narody. Przeciwnie, motu proprio Benedykta XVI, wprowadzające w Rok Wiary, pełne jest wyciszenia i wskazywania, że trzeba wiele rzeczy zacząć „od nowa”. Nie w takim znaczeniu, jak codziennie od nowa zaczynamy zmagać się z trudnościami drogi, idąc do jej kresu. Raczej chodzi tu o rozpoczęcie niektórych dróg od nowa, jak po falstarcie, albo po odkryciu, że droga, którą zaczęliśmy kroczyć – prowadzi donikąd. Zatrzymujemy się wówczas, zawracamy i zaczynamy od nowa.

Bo oto okazało się, że pięćdziesiąt lat po Soborze Watykańskim II „wiara nie jest już oczywistą przesłanką życia wspólnego”. Choć zapewne nie taki cel – zniszczenia „wiary jako przesłanki życia wspólnego”, przyświecał ojcom soborowym.

Otwarciu Roku Wiary towarzyszą też synody i konferencje na temat nowej ewangelizacji. To każe przypuszczać, że za tymi aktami stoi ukryta przesłanka, że stara ewangelizacja, ta dokonywana przez ostatnie 40 lat, zupełnie się nie powiodła, albo z jakiś innych przyczyn należy ją wymienić i zastąpić „nową”. Zapewne, to słuszny postulat, bowiem zasady chrześcijańskie, przynajmniej w starym świecie znikają z życia indywidualnego i, co za tym idzie, ze społecznego.


W społeczeństwach Zachodu zupełnie niezrozumiały stał się obowiązek, jaki ma stworzenie wobec Stwórcy – oddawanie czci Panu Bogu. Niezrozumiała jest konieczność Kościoła do osiągania zbawczych łask, czy nadprzyrodzoność liturgii i jej niezbędność w uświęcaniu naszej codzienności jej oddziaływania w życiu. Nie wspominając już o niezrozumieniu dla takich „drobiazgów” jak czystość przedmałżeńska, istotowe zło antykoncepcji lub to, że codzienne życie jest realną walką o kształt naszej wieczności i domaga się specjalnych środków: ascezy, pokuty, ofiarnej modlitwy, jałmużny. Te oczywistości, rdzenie wiary indywidualnej i opartego na niej życia społecznego, zostały zmiecione doszczętnie przez „ducha soborowej odnowy”.

Nikt nie spodziewa się, że w poszukiwaniu środków nowej ewangelizacji, które się właśnie odbywa, ktoś będzie usiłował zatrzymać albo zawrócić bieg czasu. Taka obawa jest czasem wyrażana przez tych, którzy zauważają coraz większą żywotność tzw. środowisk Tradycji katolickiej. „Nie da się wrócić do tego, co było” – wyrokują, machając na tradycyjne środowiska ręką. Jednak same te środowiska, wbrew temu, co się im nieraz, z pewnością nazbyt często, zarzuca – wcale nie tęsknią za minioną epoką. Przeciwnie, tak jak wszyscy apostołowie i ewangeliczni konkwistadorzy sięgają w daleką przyszłość, a nawet poza czas – w wieczność.


Po czym można rozpoznać u tzw. tradsów ten brak przywiązania do przeszłości, a właśnie dynamizm nakierowany na przyszłość, tę bliższą i tę dalszą, aż do wieczności,?

Najpierw – po ich wielkiej czci do liturgii w ogóle, a do Mszy świętej w szczególności. Spotyka się ta cześć, powierzchownie odbierana, z niezrozumieniem, czasem z braterską kpiną: Naprawdę myślisz, że Pan Bóg zwraca uwagę na formy? Wierzysz, że Pan Bóg lepiej rozumie po łacinie niż po polsku?” „To jak ksiądz nie ma koronki przy albie – znaczy cała Msza nieważna? Łatwo, rzecz jasna, zrezygnować z wysiłku zrozumienia, a w końcu niezrozumiałą postawę i nieudzielający się wewnętrzny żar, załatwić byle jaka kpiną. Albo skwitować: Phi, po łacinie nie rozumiem, na szczęście był sobór i teraz mamy w kościele wszystko po polsku.

Msza na każde czasy!

Msza trydencka, ta po łacinie i tyłem do ludu – to Msza na każde czasy! Także na „te” czasy: czasy nowej ewangelizacji. Także na te, które dopiero nadejdą, niezależnie od tego, jaki przybiorą kształt. W każdych czasach jakąkolwiek szansę wiązania człowieka z Bogiem, także pomocy w wykonywaniu jego podstawowego obowiązku – oddawania czci Bogu, ma wyłącznie taka liturgia, która nie jest z tego świata, nie jest jego fabrykatem, co więcej – taka, która jest obca duchowi tego świata i duchowi czasu. Słowem – liturgia nieprzystosowana! Nieprzystosowana do nowych czasów i do mentalności współczesnego człowieka, cokolwiek to oznacza. Tylko taka, żadna inna! Wciągnięcie ducha tego świata do liturgii, próby czynienia z niej rzeczywistości zrozumiałej dla tego świata jest iluzją, która, dziś widać to zupełnie wyraźnie, przynosi opłakane skutki. Liturgia stara uderza swą odmiennością wobec codzienności. Cisza, majestat, gesty, pietyzm wyrażony w szatach, śpiewie, dymie kadzidła – ukazuje niewyobrażalny dystans oddzielający Niebo od ziemi. Rzeczywistość starej Mszy i jest przy tym radykalnie inna, przeciwna wobec tego, co dzieje się w świecie. Świat jest pełen zgiełku i hałasu – Msza jest wypełniona ciszą. Świat jest pełen chaotycznych postaw i niskich zachowań – Msza uderza uporządkowanym majestatem. Świat rozbudza egoizm i skoncentrowanie na sobie, na każdym kroku stwarza okazje, by człowiek wznosił ołtarzyki, na których będzie czcił sam siebie – na Mszy klękamy przez Majestatem Boga i siebie, wraz z Jego Synem – ofiarujemy. Duch ofiary jest niewątpliwie „nie z tego świata”. Jeśli Kościół i chrześcijanie mają „żyć w świecie, ale nie dla świata”, mają być „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą” – Msza św. w tradycyjnym rycie w sposób doskonały do takiej postawy usposabia. To święta liturgia rzymska, jak tego dowodzi historia – jest w stanie przetrwać walący się świecki porządek i przez burze dziejowe i walące się cywilizacje – przenieść nietkniętą wiarę. Czy ci, którzy z niej czerpią, ta Mszą żyją,w jej rzeczywistości oddychają – nie są narzędziami nowej ewangelizacji?


Kiedy w 2007 roku ojciec św. potwierdzał w motu proprio Summorum Pontificum pełne prawa Mszy św. Trydenckiej, raz jeszcze wyrażając wolę, by była sprawowana bez ograniczeń, które w ostatnich dziesięcioleciach narosły, pojawiły się wówczas głosy, że jest to akt łaski wobec lefebrystów, czy też tych, którzy „wciąż są przywiązani do dawnych form liturgicznych”. Że to dla tych, którzy „w ewangelicznym marszu zatrzymali się przy formach i nie daja się prowadzić Duchowi”. Takie jednak odczytanie chyba nie było oddaniem treści prawa zawartego w Summorum Pontificum. Benedykt XVI, jak mało kto przenikliwie widzi krajobraz spustoszenia i potrzebę „nowej ewangelizacji” na terenach, gdzie niegdyś rozkwitało chrześcijańskie życie. Akt przywrócenia do pełni praw „starej Mszy” odważnie wpisuje się w program nowej ewangelizacji. Bowiem ta Msza ewangelizowała świat – była odprawiana we wspaniałych katedrach, cichych klasztorach i w lichym Ars, w stodołach i barakach, na polach bitew, w kościołach w większych i większych miastach, a także wszędzie tam, dokąd docierali misjonarze z Ewangelią. Dlatego, jeśli papież przywraca, a jego współpracownicy zabiegają, by była jak najpowszechniej sprawowana, sprawowana, jak ujął to Dario kard Castrillon Hoyos, „w każdej parafii”, to nie po to, by tworzyć konkurencję wobec nowego ordo Missae, ale by na nowo ewangelizować świat przez liturgię, która sprawdziła się w tym dziele od czasów Imperium Rzymskiego aż po XX wiek i która tak wyraźnie i niepodaważalnie stawia Chrystusa w centrum i Bogu Jedynemu oddaje cześć. Taki jest sens podstawowy, zasadniczy „powrotu do starej Mszy”. Ustawienie Chrystusa składającego z siebie Ofiarę Ojcu i rodzącemu Miłość –ponownie w centrum świata.

Tradycyjny wyż demograficzny

Inny, wcale nieodległy od ofiarniczego charakteru Mszy św. znak przyszłościowego dynamizmu środowisk tradsów to ich dzietność. Powszechna jest opinia, że w Kościele dwie grupy są szczególnie płodne – uczestnicy wspólnot neokatechumenalnych i właśnie tradsi. Widać to w niedzielę i święta, gdy pod kaplice i kościoły, w których sprawowana jest stara Msza, podjeżdżają wieloosobowe vany, czasem całkiem nowe, a czasem z demobilu, żartobliwie zwane tradibusami. Z pewnością ten fakt zasługuje na duszpasterską uwagę w kontekście nowej ewangelizacji. Rośnie nowe pokolenie żarliwych katolików, kształtujących swą wiarę, nie z własnego wyboru, poza parafią, często z tej parafii wyrzucanych. Jest tu duszpastersko sporo do nadrobienia, o czym świadczą opowieści krążące pośród tradsów. z jaką żarliwością , pokonując niezrozumiałe przeszkody, musieli walczyć o zgodę proboszcza czy kurii biskupiej na Chrzest św., czy Pierwszą Komunię po staremu. To prawo wciąż jest niezrozumiale reglamentowane, mimo że taka reglamentacja jest właśnie łamaniem prawa, co potwierdziły jednoznaczne rozstrzygnięcia Stolicy Apostolskiej, gdy pokrzywdzeni w biurach parafialnych i kuriach biskupich wierni o takie rozstrzygnięcia prosili. Szkoda, bo tradsi, wciągnięci w życie parafii, w życie lokalnego Kościoła nie wypychani z niego, mogli by wprowadzić prawdziwie ożywczy dla nowej ewangelizacji nurt. Ożywczy, bo każdy, kto ma wewnętrzny żar, nie tylko w jego świetle kształtuje swoje życie, ale też zapala nim innych. Chodzi o ten żar, przed nieobecnością którego przestrzega Benedykt XVI: Chrześcijanin nie może być letni! Przed tym, jako największym niebezpieczeństwem dla chrześcijaństwa, ostrzega Apokalipsa. Ta letniość bowiem dyskredytuje chrześcijaństwo. Tymczasem wiara powinna być w nas ogniem miłości, płomieniem, który rzeczywiście ogarnia moje jestestwo i tak przechodzi na innych. To jest metoda ewangelizacji: prawda staje się we mnie miłością, a miłość zapala jak ogień także bliźniego. Tylko tak, zapalając drugich ogniem własnej miłości, rzeczywiście rośnie ewangelizacja, obecność Ewangelii, która nie jest już jedynie słowem, ale rzeczywistością, którą się żyje.

Jak szukać wyjaśnienia do znoszenia trudów przywiązania do dawnych form liturgicznych? Jak wytłumaczyć to, że rodziny z dziećmi przemierzają czasem miasto z jednego krańca na drugi, a czasem kilkadziesiąt kilometrów, by wziąć udział w Mszy trydenckiej? Albo że mają siły wykłócać się ze swoimi proboszczami, antyszambrować w pokojach kurialnych, by uzyskać zgodę na Chrzest, Pierwszą Komunię św., delegację na ślub w dawnym rycie? Niektórzy sądzą, że powoduje nimi estetyzm połączony ze snobizmem. Zatem, do tego wszystkiego znoszą tradsi dodac trzeba jeszcze formułowane przy tej okazji uwagi o braku pokory i chęci wyróżnienia się za wszelką cenę. Tymczasem to nie tak, zupełnie nie tak! Najczęściej szukają starej liturgii i pragną w oparciu o nią kształtować swe chrześcijaństwo, swe ziemskie powołanie, bo widzą, że w niej nic nie zakłóca aktu Ofiarowania się Chrystusa Ojcu. Że dzieki tej liturgii, tak „mocnej” w swym przekazie, mogą zachować i rozwijać żarliwa wiarę w antychrześcijańskim świecie. Zapewne są tak zdeterminowani, bo za swoje przyjęliby słowa bpa Atanazego Schneidera: Obrzęd i każdy szczegół Świętej Ofiary Mszy musi być skupiony na wychwalaniu i adorowaniu Boga przez naleganie na centralność obecności Chrystusowej, czy to w znakach i przedstawieniu Ukrzyżowanego, czy to w jego postaci Eucharystycznej w tabernakulum, a zwłaszcza w momencie Konsekracji i Komunii Św. Im bardziej jest to respektowane, tym mniej miejsca zajmuje człowiek w centrum celebracji, tym mniej celebracja wygląda jak kółko skupione na sobie. Raczej, jest ona otwarta na Chrystusa w procesji zmierzającej ku Niemu z kapłanem na czele; taka procesja liturgiczna będzie najwierniej oddawać ofiarę adoracji Chrystusa ukrzyżowanego; owoce pochodzące z chwalenia Boga i trafiające do dusz wiernych będą bogatsze, Bóg będzie bardziej je cenił.

Trads łaknie duszpasterstwa

Na takim chrystocentryzmie zasadza się wkład wiernych tradycji łacińskiej w nową ewangelizację. Byliby w niej zapewne jeszcze bardziej skuteczni, gdyby nie pewna bolączka, o której wspomniałem na początku: brak regularnego duszpasterstwa. Przybywa miejsc, gdzie Msza po dawnemu się odprawia, przybywa młodych, wywodzących się ze środowisk tradycyjnych, księży, ale oni, w ramach struktur parafialnych, rzadko mają okazję stać się duszpasterzami tradsów. Tam, gdzie Msza starsza się odbywa, nie ma miejsca w parafii na dodatkowe duszpasterstwo – rzecz ogranicza się do Mszy, a o spotkaniach formacyjnych, rekolekcjach – nie ma już mowy. Tradsi są często jak owce bez pasterza. Uzupełniają te braki w domu. Modlą się razem całymi rodzinami, zawiązują między sobą Koła Różańcowe, organizują, na poły formalnie rekolekcje i spotkania z kapłanami. I studiują. Specyfiką tradycjonalistów jest też większa niż u innych wspólnot, uwaga kierowana na doktrynę Kościoła. Są pośród nich osoby, które na własną rękę oddają się studiowaniu św. Tomasza z Akwinu i klasycznej filozofii, z zapałem czytają dokumenty soborów, teksty Ojców i Doktorów Kościoła a także papieskie encykliki oraz apologetyczne podręczniki. To niewątpliwie, w stanie dzisiejszego powszechnego nieuctwa, analfabetyzmu religijnego, a także chaosu doktrynalnego i, co za tym wszystkim idzie – rażącej, nawet porażającej, miałkości w sposobie przekazywania wiary choćby na katechezie w szkole, całkowitego niemalże barku tejże dla dorosłych wiernych – rzecz trudna do przecenienia. Dzięki takim samodzielnym studiom Kościół zyskuje nie tylko ludzi czerpiących i budujących swą wiarę w oparciu o nieskażoną chrystocentryczną liturgię, usprawniającą do składania ofiary ze swego życia Bogu i drugiemu człowiekowi w rodzinie, w służbie publicznej, ale także zdolnych bronić tej wiary i Kościoła, wzór do apologii czerpiąc od prawdziwych, a dziś zapomnianych lub lekceważonych mistrzów.

Wierni jak pies!

Tradycjonaliści nie są przy tym, wbrew obiegowej opinii, buntownikami i narzekaczami. Wobec swoich pasterzy – proboszczów, wikarych, są jak wierny pies – pan może go czasem obłożyć kijem i przepędzić, ale on i tak temu panu będzie wierny i będzie mu służył. I często zdarza się tak, że to właśnie zwolennicy Mszy tradycyjnej bronią swego Proboszcza przed napastliwymi parafianami, którzy mają do niego mnóstwo pretensji o to, czy tamto. To tradycjonaliści stają w jego obronie, mimo że ten Proboszcz o Mszy trydenckiej w swojej parafii nawet nie chce słyszeć. Podobnie bywa i z postawą tradycjonalistów wobec biskupów – są pierwszymi, którzy bronią czci swych pasterzy, nawet jeśli, delikatnie mówiąc, nie zaznali od nich wcześniej niczego dobrego.


Czy Kościół hierarchiczny, poprzez swe struktury, doceni wspólnoty tradycyjnych katolików? Pan Jezus się o nie troszczy, troszczy i Marka Boża, a także aniołowie. To pewne, i w zasadzie – wystarczające, choć w warunkach ziemskiej walki, czy ziemskiego pielgrzymowania byłby pożyteczny widzialny znak w postaci życzliwości i zrozumienia ze strony tych, którym Chrystus powierzył szczególną troskę o zbawienie dusz. Tak czy inaczej, ze wsparciem czy bez – wspólnoty tradycyjne są w awangardzie nowej ewangelizacji. Choć z pewnością ktoś traci, gdy ich potencjał jest administracyjnie tłumiony i spychany poza domniemany obszar głównej bitwy. Jeden z kapłanów, wcale nie z tradycyjnego zgromadzenia, komentując tę sytuację powiedział niedawno: „Zdziwią się ci ślepi przewodnicy ślepych, jaka piękna budowla powstała z odrzuconych kamieni.”

http://arkadiuszrobaczewski.salon24.pl/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 11 Luty 2015, 13:14   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Czy Kościół Katolicki stoi na rozdrożu ?


Mocne słowa kardynała Burke’a. "Jeśli będę musiał, sprzeciwię się papieżowi"

W rozmowie ze stacją France 2, kard. Raymond Burke - kilka miesięcy temu usunięty przez papieża Franciszka ze stanowiska szefa najwyższego trybunału kościelnego, tj. Sygnatury Apostolskiej – powiedział, że jest gotów sprzeciwić się papieżowi, jeśli będzie on próbował zmienić nauczanie Kościoła.

- Nie mogę zgodzić się, by Komunia była udzielana osobom żyjącym w nieregularnych związkach, ponieważ jest to cudzołóstwo – mówił amerykański hierarcha, opiekun Zakonu Maltańskiego. Duchowny dodał: - Jeśli chodzi o osoby tej samej płci, to ich związki nie mają nic wspólnego z małżeństwem. Homoseksualizm to przypadłość niektórych ludzi, mających skłonność seksualną - wbrew naturze – do osób tej samej płci.

Kardynał zapytany o to, co zrobi – w hipotetycznej sytuacji – jeśli papież nalegałby na zmianę nauczania, by umożliwić Komunię homoseksualistom i katolikom żyjącym w niesakramentalnych związkach, odparł: - Będę się temu sprzeciwiał. Nic innego nie mogę zrobić. Nie ma wątpliwości, że jest to trudny czas – tłumaczył dziennikarzowi. Hierarcha dwukrotnie podkreślił, że jest aż „nazbyt oczywiste”, że sytuacja w Kościele jest „bolesna” i „niepokojąca”.

Portal lifesitenews.com zauważa, że wielu zaskoczyły mocne słowa amerykańskiego duchownego. Kard. Burke jako biskup diecezjalny i były szef watykańskiej dykasterii zwykle wypowiadał się w sposób ostrożny, wyważony, niemal „z zegarmistrzowską precyzją”. Tymczasem ostatnie słowa są bardzo odważne.

Kardynał tuż po Synodzie o Rodzinie poważnie zaniepokojony niektórymi propozycjami hierarchów stwierdził, że wskutek braku jasnej wypowiedzi papieża w kwestii Komunii św. dla rozwiedzionych, cierpi cały Kościół.

Choć sam Franciszek nie wyraził swojego zdania publicznie, niektórzy hierarchowie, głównie z Niemiec, mówią o potrzebie zmian w doktrynie. Wśród nich jest m.in. włoski teolog abp Bruno Forte, jeden z organizatorów minionego Synodu o Rodzinie, autor skandalicznego zapisu o homoseksualistach, który znalazł się końcowym dokumencie obrad.

Kard. Burke podjął się obrony nienaruszalności doktryny. W licznych wywiadach hierarcha zwrócił uwagę na „manipulacje” Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, które nie prezentowało stanowiska biskupów synodalnych przeciwnych zmianom. Amerykański hierarcha domagał się – na próżno - reakcji papieża. Stwierdził, iż „wydaje się, że obecnie Kościół jest łodzią bez steru”. Innym razem zwracał uwagę, że konsekwencje „zamieszania w Kościele” nie tylko będą, ale już są poważne. - Wielu biskupów i księży, zwróciło się do mnie mówiąc, że osoby żyjące w nieregularnych związkach przychodzą do parafii, domagając się udzielenia sakramentu, bo twierdza, że papież tego sobie życzy - komentował kard. Burke. Dodał: - To nie jest drobny problem, ale fundamentalny. Filarem Kościoła jest małżeństwo. Jeśli nie będziemy uczyć i żyć zgodnie z tą prawdą, czeka nas zguba. Przestaniemy być Kościołem.

Źródło: lifesitenews.com, AS.

http://www.pch24.pl/mocne...i-,33908,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 17 Maj 2016, 16:04   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Do obecnego kryzysu w Kościele doprowadził Sobór Watykański II, a Franciszek jeszcze go pogłębia ...
M.i. poprzez szerzenie herezji ...



De Mattei: obecny kryzys w kontekście dziejów Kościoła



W Ewangeliach Jezus Chrystus używa licznych metafor by opisać założony przez siebie Kościół. Jedną z najczęstszych jest metafora łodzi zagrożonej przez burzę. Obraz ten jest często wykorzystywany przez Ojców Kościoła i świętych – Kościół przedstawia się jako barkę na wzburzonym morzu, otoczoną groźnymi falami i błyskawicami, a mimo to utrzymującą się na powierzchni.

Dobrze znana jest też ewangeliczna scena uspokojenia przez Chrystusa burzy nad Jeziorem Tyberiadzkim. Gdy papiestwo przeniosło się do Awinionu, Giotto di Bondone, uwiecznił świętego Piotra na wstrząsanej nawałnicą barce, na mozaice zdobiącej bazylikę Świętego Piotra.

W czasie Wielkiego Postu święta Katarzyna ze Sieny ślubowała przychodzić każdego ranka modlić się pod tym obrazem. Pewnego dnia, 29 stycznia 1380 roku, mniej więcej w czasie nieszporów, Katarzyna mocno pogrążyła się w modlitwie, a Jezus zstąpił z mozaiki i wręczył jej stery uwiecznionej na mozaice barki – Kościoła. Ciężar przygniótł świętą tak mocno, że natychmiast padła nieprzytomna na ziemię. To była ostatnia wizyta przy tym wizerunku świętej Katarzyny, która wciąż zwracała się do papieża by kierował Łodzią Piotrową bez strachu.

Przez dwa tysiące lat swej historii, ta mistyczna Łódź dzielnie pokonywała kolejne burze i sztormy.

Podczas trzech pierwszych wieków Kościół był bezlitośnie prześladowany przez Imperium Rzymskie. W tym czasie między pontyfikatem Piotra a papieża Melchiadesa (współczesnego cesarzowi Konstantynowi), Kościołem władało trzydziestu trzech papieży. Wszyscy, za wyjątkiem dwóch, są dziś święci – zginęli bowiem jako męczennicy.

W 313 roku Konstantyn Wielki swą decyzją odmienił świat – gwarantując chrześcijanom i Kościołowi wolność, wyciągając ich z katakumb, kładąc tym samym podwaliny pod budowę nowego, chrześcijańskiego społeczeństwa. Ale to właśnie czwarty wiek po Chrystusie, wiek triumfu Kościoła, stał się także wiekiem straszliwego kryzysu Ariańskiego.

W piątym wieku, gdy upadło Cesarstwo Rzymskie, Kościół musiał sam stawić czoła inwazji – najpierw ze strony barbarzyńców, a później wyznawców islamu, który od ósmego wieku począł zalewać ziemie chrześcijańskie, takie jak Afryka i Azja Mniejsza, które to do dziś nie powróciły do prawdziwej wiary.

Między cesarzem Konstantynem a Karolem Wielkim było sześćdziesięciu dwóch papieży, wśród nich między innymi święty Leon Wielki, który pokonał „bicz Boży” Atyllę, święty Grzegorz Wielki walczący z Longobardami, święty Marcin wypędzony do Chersonezu, i święty Grzegorz III, żyjący w stanie ciągłego zagrożenia, gdy papieże prześladowani byli przez cesarzy bizantyjskich. Ale wśród papieży tego okresu znajdziemy też takich jak Liberiusz, Wigiliusz czy Honoriusz, których wiara była chwiejna – Honoriusz został nawet okrzyknięty heretykiem, przez swojego następcę, świętego Leona II.

Karol Wielki odrestaurował chrześcijańskie cesarstwo i podłożył fundamenty pod średniowieczną cywilizację chrześcijańską. Mimo to, ta epoka wiary nie była pozbawiona zła, takiego jak choćby symonia, moralna pobłażliwość wśród duchowieństwa, i buntów przeciwko władzy następców Piotra ze strony cesarzy i władców europejskich. Po śmierci Karola Wielkiego, między rokiem 882 a 1046, było czterdziestu pięciu papieży i anty-papieży, z których piętnastu zostało obalonych, czternastu uwięzionych, wygnanych lub zamordowanych. Średniowieczni papieże doświadczyli licznych walk i prześladowań, od świętego Paschalisa i świętego Leona IX aż do świętego Grzegorza VII, który został kanonizowany, ponieważ zmarł prześladowany na wygnaniu.

Średniowiecze osiągnęło swój szczyt podczas pontyfikatu Innocentego III, ale święta Lutgarda miała wizję, w której papież ten ukazał się jej pokryty płomieniami, mówiąc jej, że będzie musiał pozostać w czyśćcu aż do Sądu Ostatecznego, ze względu na trzy poważne błędy, których się dopuścił Święty Robert Bellarmin komentował: „Jeśli papież tak godny i szanowany przez wszystkich cierpi taki los, co stanie się z innymi duchownymi, zakonnikami i świeckimi, którzy plamią się z niewiernością?”. W XIV wieku, gdy papiestwo na siedemdziesiąt lat przeniesiono do Awinionu, nastąpił kryzys równie straszny, jak ten ariański: wielka schizma zachodnia, podział chrześcijaństwa między dwóch, a następnie trzech papieży.

Kolejne wieki przyniosły pozorny spokój – nastał okres humanizmu, który w rzeczywistości był przygotowaniem do nowej katastrofy – protestanckiej reformacji XVI wieku. Po raz kolejny Kościół zareagował energicznie, ale już w XVII i XVIII wieku po raz pierwszy herezja nie została zdecydowanie oddzielona od Kościoła, ale wkradła się w jego serce – chodzi o jansenizm.

Rewolucja francuska i Napoleon próbowali zniszczyć papiestwo, ale nie byli w stanie. Papieże Pius VI i Pius VII zostali wygnani z Rzymu i uwięzieni. Gdy ten pierwszy umierał w Valence, rada miasta informowała nawet, że oto pochowano ostatniego papieża w historii.

Od Bonifacego, ostatniego papieża średniowiecza, do Piusa XII, ostatniego papieża ery przedsoborowej, było 68 papieży, spośród których do tej pory kanonizowano tylko dwóch: Piusa V i Piusa X, a dwóch beatyfikowano: Innocentego XI i Piusa IX. Ich pontyfikaty przypadały na czasy wielkich burz – święty Pius V zwalczał protestantyzm i animował Ligę Świętą przeciwko islamowi, co skończyło się wielkim triumfem pod Lepanto. Błogosławiony Innocenty XI walczył z gallikanizmem i był architektem zwycięstwa pod Wiedniem. Błogosławiony Pius IX dzielnie stawiał opór rewolucji włoskiej, a święty Pius X walczył z nową herezją – modernizmem, stanowiącym syntezę wszystkich herezji, głęboko przenikającym Kościół przełomu XIX i XX stulecia.

Sobór Watykański II, zwołany przez Jana XXIII i kończony przez Pawła VI zaproponował otwarcie nowej ery pokoju i postępu w Kościele, ale okres posoborowy okazał się jednym z najbardziej dramatycznych okresów w jego dziejach. Benedykt XVI, używając metafory świętego Bazylego, porównał ten okres do bitwy morskiej, toczonej nocą na wzburzonym morzu. To właśnie wiek, w którym żyjemy.

Błyskawica, która uderzyła w bazylikę Świętego Piotra 11 lutego 2013 roku, w dniu w którym Benedykt XVI ogłosił swoją abdykację, stała się symbolem tej burzy, która wydaje się dziś przytłaczać Łódź Piotrową, ogarniając przy tym życie każdego syna i córki Kościoła.

Historia burz w Kościele jest historią prześladowań, którym ulegał, ale to także historia schizm i herezji, które od zarania osłabiały wewnętrzną jedność. A ataki z wewnątrz zawsze były bardziej niebezpieczne, niż ataki z zewnątrz. Najpoważniejsze z nich to kryzys ariański i wielka schizma zachodnia. W pierwszym przypadku lud katolicki nie wiedział, gdzie jest prawdziwa wiara – biskupi byli wszak podzieleni między arian, pół-arian, anty-arian, a i papieże nie wyrażali się dość jasno. To o tym okresie pisał święty Hieronim: „Świat cały wydał jęk zgrozy, stwierdzając, że jest ariański.”

W drugim przypadku, katolicy nie wiedzieli, kto był prawdziwym papieżem. Nikt nie zaprzeczał Prymatowi Piotrowemu, nie chodziło też o żadną herezję – ale było dwóch lub trzech papieży jednocześnie, a więc Kościół znalazł się w stanie podziału, określanego w języku teologicznym mianem schizmy.

Herezja modernizmu miała znacznie większy „potencjał kryzysowości”, niż dwa wymienione kryzysy, ale nie mogła rozwinąć się w całej swej zajadłości, gdyż na straży wiary stał Pius X. Modernizm zniknął nawet na kilka lat, by powrócić podczas Soboru Watykańskiego II. Sobór ten chciał być soborem duszpasterskim, ale ze względu na niejednoznaczny charakter jego tekstów, przyniósł katastrofalne skutki właśnie w sferze duszpasterskiej.

Obecny kryzys Kościoła wywodzi się bezpośrednio z Soboru Watykańskiego II i bierze swój początek w prymacie praktyki duszpasterskiej nad dogmatami.

Jan XXIII, przemawiając na otwarcie Soboru, potwierdził jego duszpasterski charakter, rozróżniając „depozyt i prawdy wiary” oraz „sposoby w jaki są one przekazywane”.

Wszystkie poprzednie sobory były soborami duszpasterskimi. Ale na Soborze Watykańskim II, duszpasterstwo było nie tylko naturalnym wyjaśnieniem dogmatycznej treści soboru i koniecznością dostosowania jej do czasów współczesnych, ale zostało podniesione do rangi alternatywy wobec dogmatów. Efektem była rewolucja w języku i mentalności oraz transformacja duszpasterstwa w nową doktrynę.

Wśród najwierniejszych zwolenników „ducha soboru” prym wiedzie kardynał Walter Kasper. To właśnie jemu papież powierzył wygłoszenie referatu wprowadzającego do dyskusji przed synodem na konsystorzu w roku 2014. Podstawą tego referatu była idea, według której nie należy zmieniać doktryny mówiącej o nierozerwalności małżeństwa, ale duszpasterskie podejście do rozwodników żyjących w nowym związku. Ta sama formuła została zresztą użyta przez kard. Kaspera w jego komentarzu do papieskiej adhortacji Amoris laetitia. Kardynał wyjaśnił, że „adhortacja nie zmienia nic w doktrynie kościelnej i prawie kanonicznym, ale zmienia wszystko”.

Kompasem pontyfikatu Franciszka a zarazem kluczem do odczytywania jego adhortacji, jest zasada konieczności zmian – nie w doktrynie, ale w samym „życiu Kościoła”. By podtrzymać bezzasadność doktryny, papież wydał więc 250-stronnicowy dokument, w którym prezentuje swoją teorię na temat prymatu duszpasterstwa. Wracając z Lesbos, 16 kwietnia 2016 roku, zasugerował dziennikarzom, by przeczytali treść prezentacji adhortacji, dokonanej przez kard. Schönborna, przypisując mu tym samym autentyczną interpretację tego tekstu. Kard. Schönborn określił dokument mianem „przede wszystkim wydarzenia językowego”.

Formuła ta nie jest nowa – była już bowiem używana przez jednego z współbraci Franciszka, jezuitę Johna O'Malleya z Georgetown University. W swej historii SWII, zdefiniował Sobór jako „wydarzenie językowe”, „nowy sposób wyrażania rzeczy”, oznaczający według jezuity „ostateczne zerwanie z poprzednimi soborami”. Pisząc o „wydarzeniu językowym” o. O’Malley wcale nie umniejsza roli Soboru, wręcz przeciwnie, podkreśla, że to „język zawiera w sobie nauczanie”. Jezuita rozumiał więc doskonale, że Sobór Watykański II, nazywający sam siebie duszpasterskim, zmieniał również nauczanie, gdyż „dyskursywny styl soboru był środkiem, ale środek ten jednocześnie przekazywał komunikat”.

Wybór takiego stylu języka, by komunikować się ze współczesnym światem, ujawnia pewien sposób bycia i myślenia – trzeba przyznać, że jest to zarówno gatunek literacki jak i duszpasterski styl Soboru Watykańskiego II. Wyraża to nie tylko organiczną jedność tego wydarzenia, ale też dającą się wywnioskować spójną doktrynę. O’Malley przypomina: „Styl jest ostatecznym wyrazem znaczenia, to jest nie tylko funkcja ozdobna, ale instrumentem hermeneutycznym par excellence”.

Ta rewolucja językowa nie polegała jedynie na zmianie znaczenia słów, ale również na pominięciu niektórych terminów i pojęć. Można podać wiele przykładów: twierdzenie, że piekło jest puste jest z pewnością propozycją lekkomyślną, jeśli nie heretycką. Ale pominięcie lub maksymalne ograniczenie wszelkich odniesień do piekła, ułatwia drogę do ogromnego błędu „pustego piekła”. Bo skoro nikt o piekle nie mówi, jest ono zupełnie ignorowane we wszelkich wystąpieniach, można wpaść na pomysł, że piekło wcale nie istnieje.

Franciszek nigdy nie zaprzeczył istnieniu piekła, ale w ciągu trzech ostatnich lat wspominał o nim tylko kilka razy, w dodatku w bardzo niewłaściwy sposób, a już stwierdzenie z Amoris laetitia, że „drogą Kościoła nie jest potępianie nikogo na wieki”, wydaje się być zaprzeczeniem wiecznego potępienia grzeszników. Czyż ta dwuznaczność nie ma tej samej wartości praktycznej, co teologiczne zaprzeczenie istnieniu piekła?

Tak więc nic się nie zmienia w doktrynie, ale wszystko zmienia się w praktyce. Ale jeśli nie chcemy zaprzeczyć zasadzie przyczynowości, na której oparta jest cała zachodnia nauka, trzeba przyznać, że każdy skutek ma przyczynę, oraz że każdy skutek może powodować kolejną konsekwencję. Zależność między przyczyna a skutkiem jest taka jak między teorią a działaniem, albo doktryną i praktyką. Wśród tych, którzy zrozumieli to bardzo dobrze jest dominikański biskup Oranu, Jean-Paul Vesco. W jednym z wywiadów powiedział bowiem, że adhortacja Franciszka nic nie zmienia w doktrynie Kościoła, tylko w stosunku do świata. Dzisiaj – podkreśla biskup Oranu – żaden spowiednik nie będzie mógł odmówić rozgrzeszenia tych, którzy są przekonani w swym sumieniu, że nieuregulowana sytuacja w której się znajdują, jest najlepszą z możliwych. Tak więc okoliczności i sytuacja, według tej nowej moralności, rozpuszczają koncepcję wewnętrznego zła oraz publicznego i trwałego grzechu.

Jeśli księża przestaną wspominać o grzechu publicznym i zachęcać cudzołożników do włączania się we wspólnoty chrześcijańskie, nie wyłączając ich dostępu do sakramentów, wówczas – wraz z praktyką duszpasterską – zmianie powinna ulec również doktryna. Regułą w Kościele było bowiem, że „rozwiedzeni, żyjący w nowych związkach, mieszkający razem, nie mogą otrzymywać Eucharystii”. Amoris laetitia stawia się w opozycji do tej prawdy, gdy ustanawia, że „rozwiedzeni, żyjący w nowych związkach, w niektórych przypadkach mogą przystępować do Komunii Świętej”.

Zmiana następuje więc nie tylko de facto, ale co do zasady. Jeden pojedynczy przypadek w praktyce wystarcza, by zmienić zasadę. Jak więc można zaprzeczać, że rewolucja w praktyce to również rewolucja w doktrynie? A nawet, jeśli nic się nie zmieniło w doktrynie, wiemy dobrze, co zmieni się w praktyce: wzrośnie liczba przyjętych świętokradczo Komunii, wzrośnie liczba nieważnych spowiedzi, wzrośnie liczba grzechów popełnionych przeciwko szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, wzrośnie wreszcie liczba dusz, które pójdą do piekła. A wszystko to stanie się nie mimo, ale z powodu publikacji Amoris laetitia.

Matka Boża w Fatimie ukazała trzem pastuszkom przerażającą wizję piekła, do którego najwięcej dusz trafia przez grzech przeciwko czystości. Kto by się spodziewał, że do i tak ogromnej liczby grzechów popełnianych przeciw czystości zostanie kiedyś dodany rozpad małżeństwa cywilnego? Kto mógł się spodziewać, że warunek ten, będzie wspierany przez papieską adhortację? Tak się jednak stało. Nie można udawać, że tego nie dostrzegamy.

Kościół ma praktyczny cel: zbawienie dusz. W jaki sposób dusze mogą stać się zgubione? Poprzez uleganie przekonaniu do życia według zdeformowanych praw Ewangelii.

Po Zmartwychwstaniu Jezus ukazał się uczniom. Dał im misję chrztu w imię Trójcy Przenajświętszej, Ojca, Syna, Ducha Świętego, aby uczyć i przestrzegać jego przykazań, bez naruszania któregokolwiek (docentes eos, servare omnia). „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16).

Zadaniem kapłanów jest uczyć i przestrzegać prawa, a nie zaprzestawanie stosowania go i szukania wyjątków, które je naruszają. Kto wierzy, ale zaprzecza wierze, będzie potępiony, jak mówi święty Paweł: „Twierdzą, że znają Boga, uczynkami zaś temu przeczą, będąc ludźmi obrzydliwymi, zbuntowanymi i niezdolnymi do żadnego dobrego czynu” (Tt, 1,16).

Aby wyrazić negatywną opinię o Amoris laetitia nie trzeba studiować teologii – wystarczy bowiem sensus fidei wynikający z chrztu i bierzmowania. To zmysł wiary prowadzi nas, poprzez ponadnaturalne instynkty, do odrzucenia tego dokumentu pozostawiając jednocześnie sporządzenie adekwatnych odpowiedzi teologicznych teologom.

Między herezją a ortodoksją istnieje wiele możliwych odcieni. Herezja jest bowiem otwartym, formalnym, uporczywym sprzeciwem wobec prawd wiary. Istnieją jednak także propozycje doktrynalne, które choć nie są jawnie heretyckie, są piętnowane przez Kościół, gdyż stoją w kontraście wobec doktryny katolickiej. Sprzeciw wobec prawdy może bowiem być stopniowalny - w zależności od tego, czy jest bezpośredni lub pośredni, natychmiastowy czy odległy, otwarty albo ukryty i tak dalej. „Teologiczne napiętnowanie” ukazuje negatywny stosunek Kościoła to danej wypowiedzi, opinii czy teorii teologicznej. Odnosi się to do treści doktrynalnej: czy coś jest twierdzeniem heretyckim, czy bliskim herezji, czy „pachnie” herezją, czy jest „błędna w wierze” itp. Takie propozycje bywają potępiane jako przewrotne, szkodliwe, skandaliczne, niebezpieczne. We wszystkich tego typu przypadkach w omawianym stwierdzeniu brak katolickiej prawdy, integralności doktrynalnej, lub jest ono wyrażone w niewłaściwy sposób.

W jednej ze swoich refleksji, w dniu 16 kwietnia 2016 roku, ojciec Jean-Michel Gleize, odnosi się do punktu 299 Amoris Laetitia, zgodnie z którym „osoby ochrzczone, które się rozwiodły i zawarły ponowny związek cywilny, powinny być bardziej włączane we wspólnoty chrześcijańskie na różne możliwe sposoby, unikając wszelkich okazji do zgorszenia” i komentuje: „jeśli w różny sposób to dlaczego nie poprzez dopuszczenie ich do Komunii eucharystycznej? Jeśli nie można dziś powiedzieć, że osoby rozwiedzione i żyjące w nowych związkach żyją w stanie grzechu śmiertelnego, dlaczego ich przystąpienie do Komunii miałoby być zgorszeniem? Dlaczego więc odmawiać im prawa do Komunii? Adhortacja Franciszka zmierza w tym właśnie kierunku. Staje się zatem okazją do duchowego upadku całego Kościoła, a więc tym, co teologowie nazywają „zgorszeniem” w pełnym tego słowa znaczeniu. Zgorszenie to jest konsekwencją praktycznej relatywizacji prawdy wiary katolickiej, prawdy o nierozerwalności sakramentu małżeństwa.

Amoris leatitia jest więc dokumentem skandalicznym, mogącym doprowadzić do katastrofalnych skutków dla dusz.

Nie chodzi tu o brak szacunku dla papieża, a tym bardziej o negowanie prymatu Piotra. W tym kontekście powinniśmy być wyjątkowo wdzięczni bł. Piusowi IX, za ustanowienie podczas Soboru Watykańskiego Pierwszego dwóch dogmatów – właśnie dogmatu o prymacie Rzymu i dogmatu o nieomylności papieskiej.

Prymat świętego Piotra oraz jego nieomylności stanowią fundament, na którym Chrystus ustanowił swój Kościół i na którym będzie on trwał aż do końca czasów. Prymat został przyznany Piotrowi, Księciu Apostołów, po Zmartwychwstaniu i był uznawany przez Kościół pierwotny nie jako przywilej osobisty i przemijający, ale trwały i istotny element konstytuujący Kościół Boży.

Nie ma na ziemi władzy wyższej, niż władza papieska, z tego powodu, że nie ma wyższej ludzkiej instancji i ważniejszej misji na ziemi. Jaka to misja? To utwierdzanie braci w wierze, otwieranie nieba dla dusz, pasienie jagniąt i owiec należących do Chrystusa, najwyższego Pasterza. W skrócie – zarządzanie Kościołem.

Bo papież jest przecież tym, który rządzi Kościołem. Misja ta jest mu powierzona ponieważ jest następcą Piotra, któremu to misję tą powierzył sam Chrystus. A była to misja wykraczająca poza osobę Piotra, kontynuowana przez jego następców.

Papież nie jest następcą Chrystusa, ale właśnie Piotra – nie w sposób bezpośredni, ale poprzez sukcesję apostolską, która na przestrzeni wieków, przywiązuje go do Piotra, pierwszego wikariusza Chrystusa.

Wikariusz Chrystusa jest biskupem Rzymu, ponieważ Rzym nie jest tylko miastem lub diecezją jak każda inna – ma uniwersalne powołanie. Następcy Piotra są biskupami Rzymu, ponieważ na Boże wezwanie to właśnie tam przybył Piotr, w tym miejscu zmarł, otwierając dla biskupów Rzymu uzasadnioną i nieprzerwaną sukcesję prymatu.

Wszyscy biskupi posiadają pełnię kapłaństwa, a papież nie jest w tym lepszy niż inni biskupi. Jednak tylko on sprawuje najwyższą jurysdykcję – pełną i nieograniczoną władzę nad innymi biskupami.

Pierwszy Sobór Watykański ustalił jako dogmat wiary właśnie ten prymat papieża nad biskupami. Ale w 1870 roku ogłoszono również dogmat o nieomylności papieskiego Magisterium, w konkretnych warunkach. Nieomylność jest bowiem nadprzyrodzonym przywilejem, dzięki któremu papież nie może zbłądzić w wyznawaniu i definiowaniu objawionej doktryny – dzięki specjalnej asystencji Ducha Świętego. Ale papież, który nie jest nieomylny w rządzeniu Kościołem, może być nieomylny w swym nauczaniu.

Papież nie zawsze jest nieomylny. Musi chcieć być nieomylny, to znaczy chcieć wypowiedzieć się nieomylnie, respektując przy tym pewne ustalone zasady. Warunki nieomylności zostały bowiem zapisane w konstytucji Pastor aeternus: papież musi wypowiadać się jako osoba publiczna, ex cathedra, z zamiarem zdefiniowania prawdy wiary i moralności oraz egzekwowania go jako obowiązkowego do wyznawania przez wszystkich wiernych.

Jeśli warunki te nie zostają spełnione, to nie znaczy, że papież jest w błędzie. Jednak gdy papież nie jest nieomylny, może błądzić w rządzeniu i nauczaniu. Tzw. nadzwyczajne Magisterium, wygłaszane es cathedra przez papieża, zawsze jest bowiem nieomylne. Przykładem są dogmaty o Niepokalanym poczęciu i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Ale nieomylne może także być nieomylne, gdy powtarza prawdy wiary i moralności przez lata nauczane przez Kościół.

Tak jest w przypadku encykliki Humane Vitae, nieomylnej per se, bo, choć nie jest to akt ex cathedra, jest nieomylny, bo potwierdzony przez Tradycję – a to oznacza, że jego powstanie (aktu) było wspierane przez Ducha Świętego.

Duch Święty wspiera kardynałów podczas konklawe, a potem pomaga wybranemu na papieża. Jednak, jak uczy historia, wybrani mogą być też niegodni papieże, którzy w życiu prywatnym ciężko grzeszyli, a także papieże, błądzący w zarządzaniu Kościołem i nauczaniu – nie musi nas to jednak gorszyć. Nawet bowiem jeśli Opatrzność pozwala na wybór złego papieża, dzieje się to dla wyższych celów, które zostaną wyjaśnione dopiero u kresu czasów. Duch Święty wie przecież, jak wyprowadzić dobro ze zła.

Zbawienie rodzi się z tajemniczego spotkania ludzkiej woli i Bożej łaski. Ci, którzy uważają, że w życiu człowieka wystarczającym jest fakt, że Duch Święty działa, a nie biorą pod uwagę współpracy wolnej woli człowieka, przechodzą na pozycje luterańskie lub kalwińskie. Ci zaś, którzy uważają, że papież nie może się mylić, bo jest nieomylny, popełniają ten sam kalwiński błąd.

Papolatria jest grzechem, ponieważ zmienia Piotra w Chrystusa. Przez przypisanie każdemu czynowi i słowu papieża doskonałości i nieomylności ubóstwia się go, a to nie ma nic wspólnego z czcią, którą rzeczywiście jesteśmy mu winni. Nabożeństwo do papieża, tak jak do Matki Bożej, jest jednym z filarów duchowości katolickiej. Jednak duchowość musi posiadać podstawę teologiczną – a nawet, co możne nawet powinno być wymienione jako pierwsze, racjonalną. By czcić papieża musimy bowiem wiedzieć kim jest, a kim nie jest.

A papież nie jest przecież, w przeciwieństwie do Jezusa Chrystusa, Bogiem i człowiekiem jednocześnie. Nie ma w nim boskości. Nie ma dwóch natur w jednej osobie – ma tylko jedną naturę, jedną osobę – ludzką. Nosi w sobie brzemię grzechu pierworodnego, które nie znika wraz z wyborem na Stolicę Piotrową. Może grzeszyć i być zły, jak wszyscy ludzie, ale jego grzechy i błędy są poważniejsze, niż innych – nie tylko ze względu na konsekwencje, jakie mogą nieść, ale także dlatego, że każdy jego czyn który nie koresponduje z Bożą łaską jest poważniejszy, gdyż jemu tej łaski Duch Święty ofiarowuje więcej.

Jednak, oprócz prymatu rzymskiego i nieomylności papieskiej, jest jeszcze trzecia prawda wiary, która, choć nie uznana jeszcze za taki oficjalnie, może uchodzić za dogmat – to nieomylność Kościoła. Jest ona potwierdzona przez samego Chrystusa, gdy mówi: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 18).

Co bowiem oznacza kościelna wolność od błędu? Nie oznacza wcale, że Kościół nie może popełnić błędów. Oznacza, jak wyjaśniają teologowie, że Kościół dotrwa do końca świata identyczny jak na początku – bez zmieniania tego, co Chrystus mu podarował.

Wolność od błędu jest nadprzyrodzoną właściwością Kościoła, co oznacza, że nie tylko nie znika ona, ale i się nie zmienia. Pozostaje dokładnie taka, jaką ustanowił Chrystus, aż do końca świata. Kościół zawsze utrzyma swe cechy – charakter, nauczanie, jedność w wierze, monarchiczność i hierarchiczność formy, organizację, uniwersalność. Dekret świętego Piusa X „Lamentabili sane exitu” w punkcie 53. potępił pomysły modernistów, zgodnie z którymi „organiczny ustrój Kościoła podlega zmianie, a społeczność chrześcijańska, podobnie jak społeczność ludzka, podlega ciągłej ewolucji”.

Kościół jest niezniszczalny, a jednak – jako tworzony przez ludzi – może popełniać błędy. Może się to zdarzyć, gdy instytucja jest mylona z ludźmi, którzy ją reprezentują. Siła papiestwa nie pochodzi od świętości Piotra, tak jak zdrada Piotra nie oznacza słabości papiestwa, ponieważ to do papieża, osoby publicznej, a nie prywatnego Piotra powiedział Jezus: „Ty jesteś Piotr, i na tej skale zbuduje Kościół mój”.

Papież to nie jest Jorge Bergoglio, nie jest też Josephem Ratzingerem, ale przede wszystkim, jak uczy Katechizm, jest następcą Piotra i Wikariuszem Chrystusa na ziemi. To nie odbiera niczego wielkości i nieomylności Kościoła, ale nie znaczy też, że jego pasterze, nawet najwyżsi, pozostają bez skazy, w kontekście ich życia osobistego czy wykonywanej misji.

Kiedy Jezus obiecuje, że bramy piekielne go nie przemogą, nie obiecuje, że nie będzie żadnych ataków na Kościół – pozwala nam raczej dostrzec istnienie zaciętej walki. Nie będzie w tej walce przerw, ale nie skończy się ona też porażką. Kościół zatriumfuje.

Głównym wytworem piekła jest herezja. A herezja nie będzie dominować nad wiarą Kościoła.

Dogmat o nieomylności Kościoła odsyła nas do dwóch prawd: po pierwsze, że Kościół żyje pośród konfliktów i jest podatny na ataki, a po drugie, że pokona on swych wrogów i podbije historię. Jednak nie ma zwycięstwa bez walki, i to jest prawda, która nas bezpośrednio dotyczy, dotyka naszego życia jako synów i córek Kościoła.

Zdanie „bramy piekielne go nie przemogą” jest takie samo, jak „na koniec moje niepokalane serce zatriumfuje”, wypowiedziane przez Matkę Bożą w Fatimie – dziewięćdziesiątą dziewiątą rocznicę wypowiedzenia tego zdania obchodzimy w tym roku.

A 3 stycznia 1944 roku Matka Boża skierowała do Łucji prorocze słowa, gdy ta modliła się przed tabernakulum: (siostra Łucja relacjonuje) „poczułam ducha wylanego przez tajemnicze Światło, którym jest Bóg i w Nim ujrzałam i usłyszałam: grot włóczni jako strzelający płomień, który trafia w oś Ziemi. Ziemia się trzęsie: góry, miasta, wioski i osiedla wraz z mieszkańcami zostają pogrzebane. Morze, rzeki i chmury wychodzą ze swych brzegów rozlewając się, zalewając i porywając w wir domy i ludzi w ilości nieprzeliczonej, to jest oczyszczenie świata z grzechu, w którym jest zanurzony. Nienawiść, ambicja prowadzą do niszczycielskiej wojny! Następnie poczułam w duchu, pośród przyspieszonego rytmu serca, w duchu echo cichego głosu mówiącego: w czasie jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół, Święty, Katolicki, Apostolski - w wieczności, Niebo!”.

Jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół, Święty, Katolicki, Apostolski - słowa siostry Łucji są takie same jak papieża Bonifacego VIII w jego bulli Unam Sanctam, w której pod koniec średniowiecza, powtórzył wyjątkowości Kościoła w dziele odkupienia: „Przymuszani wiarą, zobowiązani jesteśmy wierzyć i utrzymywać, że jest jeden święty, katolicki i apostolski Kościół. I stanowczo wierzymy oraz wyznajemy, że poza nim nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów (…) w nim jest jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest”.

A ostateczny okrzyk siostry Łucji: Niebo! wydaje się oddawać dramatyczny wybór między Niebem, miejscem osiągnięcia wiecznego szczęścia duszy, i piekłem – gdzie dusze wiecznie cierpią.

Kościół nie otwiera bram piekła, ale bramy Niebios.

Kościół to nie tylko papież i biskupi, ale wszyscy wierni – księża, zakonnice, zakonnicy, świeccy. Boża pomoc jest atrybutem Kościoła do końca świata i będzie uniemożliwiać zagubienie czy osłabienie. Oznacza to, że Kościół może mieć w swej historii chwile dezorientacji i dezercji, ale jako całość, nigdy nie poprowadzi wiernych na zatracenie.

Jezus po zmartwychwstaniu, pojawia się po raz drugi na Jeziorze Tyberiadzkim i mówi do Apostołów: „Uczcie się zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Słowa te nie tylko potwierdzają, że Kościół jest niezniszczalny, ale również przypominają nam, że Chrystus nie daje nam niewykonalnych praw. Jest z nami każdego dnia, w każdej sytuacji i okolicznościach – praktykowanie Jego prawa nie jest niemożliwe, ponieważ wszystko jest możliwe przy pomocy łaski Bożej. To jest to, czego oczekiwalibyśmy od papieża - aby przypomniał nam o tym co nas utwierdza w wierze.

Nigdy tak bardzo jak dziś nie pragnęliśmy bezpiecznego schronienia, światła skierowanego prosto do nas, Skały, na której moglibyśmy się oprzeć. Tą skałą może być tylko Piotr. Piotr – nie Szymon. Od Piotra oczekujemy treści, sensu i stałości. Ludzie, nawet najdoskonalsi, przemijają. Ale pozostają zasady, a wśród nich ta podtrzymująca wszystkie pozostałe – zasada prymatu Piotra. Doskonale wiemy, że tylko ten najwyższy i uroczysty głos może przynieść kres procesowi demontażu Kościoła – głos Biskupa Rzymu, jedynego, któremu została przyznana możliwość definiowana słów Chrystusa, nieomylnego rzecznika wiary. Ale wiemy też, że papież może się do wspomnianego demontażu przyczynić, popadając nawet w herezję. A w tym wypadku sumienie zmusza nas, byśmy go powstrzymali.

Amoris laetitia przypisuje sumieniu podstawowe i wyjątkowe miejsce w ocenie działań moralnych (§ 303). Uwalnia sumienie od obiektywizmu moralności, podczas gdy to na moralności, wierze i rozumie opieramy nasze wybory. Światło wiary, jak i rozumu jest dla nas zewnętrzne - oświetla serca i sumienia każdego ochrzczonego, a sumienie jest przecież niczym innym jak głosem prawdy w naszej duszy. Z tego też powodu, nasza nieograniczona miłość do papieża, nigdy nie może skłonić nas do czynienia czegokolwiek wbrew naszemu sumieniu.

W dniu zmartwychwstania będziemy sami przed Bogiem – z naszym sumieniem, a bez papieży i biskupów, rodziny i przyjaciół, bez możliwości okłamywania siebie i innych, a spojrzenie Boga przeniknie i oświetli nasze sumienie niczym błyskawica. Ci, którzy podążą za głosem własnego sumienia, posiadając czyste intencje i obiektywne dane na temat wiary i rozumu jako kryterium oceny, nie będą się mylić – Bóg oświetli ich drogi, właśnie z pomocą łaski wiary i podtrzymującego ją rozumu. Nie możemy zrobić niczego co wykracza przeciwko wierze i rozumowi, nic co jest w jakikolwiek sposób sprzeczne z wiarą, niejasne, niejednoznaczne, gdyż Bóg taki nie jest. Jest zrozumiały i prosty.

Kościelna barka wydaje się już jakby pochłonięta przez fale, wydaje nam się też, że Pan nasz śpi, tak jak to było podczas burzy na jeziorze Tyberiadzkim. Zwróćmy się więc do niego, mówiąc: „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie?” (Ps 44,24).

Być może to właśnie był apel świętej Katarzyny ze Sieny, gdy wpatrywała się w mozaikę Giotta w 1380 roku. Może nie jest więc przypadkiem, że w tym roku tradycyjna godzina adoracji Najświętszego Sakramentu dla uczestników Marszu dla Życia odbywa się w bazylice Santa Maria sopra Minerva, gdzie pod głównym ołtarzem spoczywa ciało świętej Katarzyny?

W tej godzinie adoracji prosiliśmy Boga nie tylko o błogosławieństwo dla tegorocznego Marszu dla życia, ale również dla Świętej Matki Kościoła, gorąco prosząc Go słowami: „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Ocknij się!”.

Roberto de Mattei
Przemówienie z rzymskiego Forum dla życia, z 6 maja 2016 r.

http://www.pch24.pl/de-ma...la,43174,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 22 Maj 2016, 17:34   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Przemilczanie w Polsce dramatycznej problematyki dalszego – przyspieszonego – rozbioru Kościoła i wiary katolickiej jest zjawiskiem w najwyższym stopniu zdumiewającym. W niejednym kraju podejmowane są przez ludzi poważnych działania diagnozujące poszczególne aspekty rozbioru wiary katolickiej i wskazujące na niezbędne środki zaradcze. Instrument diagnozujący pewny to STAŁE nauczanie Kościoła Katolickiego.

Gdy prowadzi się ludzi do przepaści – na litość! – nie można mówić i pisać, że jest wspaniale i jeszcze wspanialej będzie, i że w ogóle spotkania będą bardzo miłe. Nie wolno ludzi oszukiwać! Nie wolno ludzi utrzymywać w tragicznej nieświadomości!

Kto posiada znajomość języków obcych, niechże cierpliwie poszukuje poważnych opracowań i czyta, czyta, czyta. Demontują Kościół w tempie przyspieszonym!

Może garstka ludzi w Polsce widzi grozę sytuacji a jeszcze mniej odważa się z troską cośkolwiek mówić. To też zdumiewa. Braki w zakresie apologetyki wołają o rychłe uzupełnienie!

ks. Jacek Bałemba

https://verbumcatholicum.com/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 12 Czerwiec 2016, 19:55   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

„Ewangelia sukcesu, szczęścia i dobrobytu”. Tak protestantyzuje się chrześcijaństwo



W Afryce czy Ameryce Południowej bardzo często parafie katolickie nie wytrzymują „konkurencji” ze wspólnotami pentekostalnymi, które rodzą się jak grzyby po deszczu. Żeby nie tracić wiernych, katolicy przyjmują zielonoświątkowe, bardzo skuteczne metody ewangelizacji. Mamy obecnie 45 tysięcy różnych chrześcijańskich „kościołów” i związków wyznaniowych – w znakomitej większości zielonoświątkowych. Co 10 godzin jest zakładany na świecie nowy „kościół” – mówi ks. dr hab. Andrzej Kobyliński, filozof, wykładowca, pracownik Instytutu Filozofii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Omdlenia, drgawki i konwulsje, spazmatyczny śmiech, trans, hipnoza – to reakcje, które można zaobserwować podczas odprawianych w naszych świątyniach nabożeństw charyzmatycznych. Co mówi Kościół katolicki o takich obrzędach?
Od kilku lat są one naturalną częścią krajobrazu religijnego w Polsce. Można jest spotkać praktycznie wszędzie: w kościołach parafialnych, w sanktuariach maryjnych, w duszpasterstwie akademickim itd. W marcu 2016 r. media ogólnopolskie informowały o rekolekcjach szkolnych w Lesznie. Zostały one zorganizowane dla sześciu szkół, żeby uczcić 1050. rocznicę chrztu Polski. Wzięło w nich udział około siedmiuset dzieci. W trakcie nabożeństw niektóre dzieci padały na ziemię, trzęsły się, krzyczały, traciły przytomność. Tym dziwnym praktykom towarzyszyli księża i nauczyciele. Do dzisiaj nie spotkałem żadnej oceny, wyrażonej z perspektywy teologii katolickiej, która zwracałaby uwagę na jakąkolwiek niestosowność rekolekcji wielkopostnych w Lesznie. Wprost przeciwnie – w wielu wypowiedziach podkreślano katolicki charakter tego rodzaju nabożeństw. Nowe formy religijności, zapożyczone z innych kościołów chrześcijańskich, są już stałym elementem naszej polskiej pobożności.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w 2000 roku watykańska Kongregacja Nauki Wiary wydała
dokument, który w bardzo precyzyjny sposób określa, w jaki sposób powinny być prowadzone w Kościele katolickim Msze święte z modlitwą o uzdrowienie i jak należy postępować z osobami, które czują, że podczas tych spotkań zostały uzdrowione. Muszę z przykrością stwierdzić, że ta instrukcja jest pośród duchowieństwa i świeckich bardzo słabo znana, nie mówiąc już o wcielaniu jej w życie.

Dlaczego pobożność wielu katolickich grup modlitewnych coraz bardziej przypomina spotkania charyzmatyczne wspólnot protestanckich?
Żyjemy w epoce globalizacji. Cały świat staje się wielką globalną wioską. Procesowi globalizacji podlegają także religie. Z jednej strony następuje wymieszanie elementów pochodzących z różnych kultur i religii, z drugiej – dokonuje się podział i fragmentaryzacja w obrębie struktur organizacyjnych. W ramach chrześcijaństwa świadczy o tym proces pentekostalizacji czyli „uzielonoświątkowienia”.

Czym jest pentekostalizacja?
To ogólnoświatowy proces powstawania nowych wspólnot zielonoświątkowych oraz przekształcanie wielu innych kościołów chrześcijańskich w jedną uniwersalną odmianę chrześcijaństwa charyzmatycznego w wymiarze globalnym. W wyniku tego procesu – szczególnie w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej – rodzą się nowe wspólnoty, związki wyznaniowe lub sekty o charakterze charyzmatycznym i zielonoświątkowym. Proces głębokiej transformacji na poziomie głoszonej doktryny czy praktykowanych form życia religijnego dokonuje się także wewnątrz wielu tradycyjnych kościołów chrześcijańskich.

Skąd bierze się tak gwałtowna ekspansja – w skali całego świata – religijności zielonoświątkowej?
Rozwój jest rzeczywiście szalony. Statystyki mogą przyprawić o zawrót głowy. Ruch zielonoświątkowy narodził się w Stanach Zjednoczonych w 1901 roku. Po stu latach rozwoju wspólnoty zielonoświątkowe na świecie liczyły 100 milionów wyznawców. Gwałtowny rozwój nastąpił w ostatnich kilkunastu latach. Obecnie szacuje się, że mamy już 700-800 milionów chrześcijan zielonoświątkowych, a w 2025 roku będzie to już miliard. Gdy chodzi o rzeczywiste praktykowanie religii, a nie tylko formalną przynależność kościelną, już dzisiaj zielonoświątkowcy są największym wyznaniem chrześcijańskim. Co więcej, z roku na rok ich przewaga będzie rosnąć.

Dlaczego?
Główną przyczyną jest niezwykła atrakcyjność nowych form religijności. Propozycja ruchu pentekostalnego nawiązuje do podstawowych potrzeb człowieka: zdrowia, przebaczenia, szczęścia, spełnienia, uzdrowienia. Bardzo ważnym elementem tej nowej religijności stała się amerykańska Ewangelia sukcesu (Prosperity Gospel) czy Ewangelia zdrowia i dobrobytu (Health and Wealth Gospel). Mówią one, że zdrowie i powodzenie materialne są wyrazem Bożego błogosławieństwa. W 2025 roku najwięcej chrześcijan będzie mieszkać w Chinach. Będą to w znakomitej większości chrześcijanie zielonoświątkowi, których nauczanie o sukcesie życiowym doskonale koresponduje ze współczesną mentalnością społeczeństwa chińskiego.

Z jakich przyczyn Kościół katolicki – mam na myśli zarówno duchownych, jak i świeckich – okazuje się tak mało odporny na nadużycia doktrynalne i liturgiczne czerpane pełnymi garściami, choć nie zawsze wprost, od chrześcijan zielonoświątkowych?
To zależy od regionu świata. W Afryce czy Ameryce Południowej bardzo często parafie katolickie nie wytrzymują „konkurencji” ze wspólnotami pentekostalnymi, które rodzą się jak grzyby po deszczu. Żeby nie tracić wiernych, katolicy przyjmują zielonoświątkowe metody ewangelizacji, które są bardzo skuteczne. Według badań Gordon-Conwell Theological Seminary w Bostonie, mamy obecnie 45 tysięcy różnych chrześcijańskich „kościołów” i związków wyznaniowych – w znakomitej większości zielonoświątkowych. Co 10 godzin jest zakładany na świecie nowy „kościół”. Do niedawna Brazylia była prawie całkowicie katolicka. Dzisiaj katolicy brazylijscy stanowią już tylko 60 procent mieszkańców. Niedługo największym wyznaniem religijnym staną się w tym kraju chrześcijanie zielonoświątkowi.
W 2017 roku upłynie 500 lat od narodzin Reformacji Marcina Lutra. Przed katolikami stoją dzisiaj potężne wyzwania związane z globalizacją, pentekostalizacją czy nowym rozumieniem chrześcijaństwa, które jest proponowane przez współczesne wersje protestantyzmu zielonoświątkowego czy ewangelikalnego.

Czy Kościół jest w stanie przeciwstawić się tym procesom?
Trudno powiedzieć. Myślę, że idziemy w stronę religijności synkretycznej, która jest bardzo atrakcyjna i przyciąga tłumy ludzi. Przykład? 30 kwietnia 2016 r. w Arenie Ursynów w Warszawie odbyło się spotkanie „Czas chwały. Eksplozja uzdrowienia”. Potężna dawka decybeli, tańca, śpiewu, emocji i ekspresji. Ponad 700 osób oddawało Bogu chwałę w sposób międzywyznaniowy, ponad podziałami. Mówcami byli m.in. Maria Vadia – świecka misjonarka z USA, Borys Grisenko – rabin największej w Europie żydowskiej wspólnoty mesjanistycznej, ks. prof. Sławomir Pawłowski – ekumenista i dogmatyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ten nurt religijności synkretycznej jest dzisiaj dominujący.

Widoczna na szczytach Kościoła katolickiego tendencja do decentralizacji jego struktur, a także do poszerzania marginesu swobody indywidualnego sumienia wierzących, wychodzi naprzeciw ekspansji duchowości charyzmatycznej?
W 2013 roku George Weigel opublikował swoją książkę Katolicyzm ewangeliczny. Gruntowna reforma Kościoła w XXI wieku. Rok później ukazała się także polska wersja tego opracowania. Weigel twierdzi, że w obecnym stuleciu katolicyzm podlega głębokiej metamorfozie. Do końca nie wiemy, dokąd zaprowadzi nas proces głębokich zmian, dokonywanych w obrębie Kościoła katolickiego. Wystarczy przywołać skrajnie rozbieżne interpretacje adhortacji papieża Franciszka Radość miłości – formułowane w różnych regionach świata przez kardynałów, biskupów, księży czy ludzi świeckich – aby uświadomić sobie nowość i niezwykłość obecnego etapu dziejów katolicyzmu.

Jak zatem bronić tożsamości katolickiej?
Musimy się wszyscy odnaleźć w zupełnie nowej sytuacji dziejowej. Myślę, że w mądrej diagnozie może nam pomóc rzetelna analiza filozoficzna. W tym kontekście może warto przypomnieć słowa, jakie papież Paweł VI skierował wiosną 1978 roku do jednego z najbardziej znanych uczniów Henriego Bergsona, francuskiego filozofa Jeana Guittona: „Wewnątrz katolicyzmu zdaje się czasami dominować rodzaj myślenia niekatolickiego i może się stać, że to myślenie niekatolickie w obrębie katolicyzmu stanie się w przyszłości najsilniejsze. Ale ono nie będzie nigdy wyrażać myślenia Kościoła. Potrzeba, aby trwała mała trzódka (piccolo gregge), niezależnie od tego, jak mała ona będzie”.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Roman Motoła

http://www.pch24.pl/ewang...wo,43870,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 18 Lipiec 2016, 12:58   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

„A prawda Pańska trwa na wieki!” (Ps 116, 2)

Iesus Christus heri et hodie idem, et in saecula!
Doctrinis variis et peregrinis nolite abduci.
„Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki. Nie dajcie się uwieść różnym i obcym naukom” (Hbr 13, 8-9).


„W samym zaś znowu Kościele trzymać się trzeba silnie tego, w co wszędzie, w co zawsze, w co wszyscy wierzyli. To tylko bowiem jest prawdziwie i właściwie katolickie, jak to już wskazuje samo znaczenie tego wyrazu, odnoszące się we wszystkim do znaczenia powszechności. A stanie się to wtedy dopiero, gdy podążymy za powszechnością, starożytnością i jednomyślnością. Podążymy zaś za powszechnością, jeżeli za prawdziwą uznamy tylko tę wiarę, którą cały Kościół na ziemi wyznaje; za starożytnością, jeżeli ani na krok nie odstąpimy od tego pojmowania, które wyraźnie podzielali święci przodkowie i ojcowie nasi; za jednomyślnością zaś wtedy, jeżeli w obrębie tej starożytności za swoje uznamy określenia i poglądy wszystkich lub prawie wszystkich kapłanów i nauczycieli” (św. Wincenty z Lerynu, Commonitorium).

Jeśli kilkadziesiąt lat temu wpuszczono w Kościół podtrute idee, to znaczy takie, które są obiektywnie niespójne z odwieczną katolicką doktryną, to wtedy należało konsekwentnie i do skutku dochodzić prawdy. Kwestię poważnie diagnozowało niewielu, a jeszcze mniej było konsekwentnych w decyzjach po diagnozie następujących. Garstka. Prawdziwe intencje ówcześnie działających i niedziałających oraz stopień ich świadomości i odpowiedzialności zna Pan Bóg. Mówimy o problemie, mówimy o półwiecznej perspektywie historycznej, mówimy o rzetelności metodologicznej, mówimy o uczciwości intencji, mówimy o dopuszczeniu prawdy do głosu.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko czynnik ludzki, nie odbiegniemy od prawdy, jeśli stwierdzimy, że odkształcenia doktryny są nieodwracalnie trwałe. To jest dramat dni naszych. Od lat pięćdziesięciu. Trzeba usilnie błagać o zmiłowanie Pańskie i podejmować kroki w kierunku dopuszczenia prawdy do głosu. Działania możliwe i przeraźliwie naglące.
Nie ma innej wiary prowadzącej do zbawienia duszy, jak ta, którą Kościół pouczony Objawieniem Bożym i z Chrystusowego nakazu wiernie przekazywał przez wieków dwadzieścia.

https://sacerdoshyacinthus.com/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 26 Lipiec 2016, 09:37   nadchodzi kres Kościoła liberalnego... [Cytuj]

Zaskakująca opinia w prestiżowym tygodniku w przeddzień ŚDM: „nadchodzi kres Kościoła liberalnego”



W brytyjskim magazynie „The Catholic Herald” pojawiła się analiza amerykańskiego komentatora spraw kościelnych Matthew Schmitza. Według publicysty przedstawiciele tzw. „Kościoła otwartego”, których nazywa „progresistami”, nigdy jeszcze nie bali się o rozwój swojej wizji Kościoła tak mocno, jak w trakcie… obecnego pontyfikatu. Autor tej tezy zdaje sobie oczywiście sprawę z zawartego w niej ogromnego paradoksu.

Według Schmitza, redaktora portalu firstthings.com, nawet mimo spełniania przez papieża Franciszka wielu postulatów postępowych katolików, są oni dziś zatrwożeni stanem Kościoła i z ogromnym niepokojem patrzą w przyszłość. Wszystko przez katolicką młodzież, która w wielu miejscach świata wydaje się dziś znacznie bardziej konserwatywna, niż pokolenia biskupów i księży którzy ją formowali.

„Liberalni krytycy coraz częściej narzekają na sytuację w Kościele, choć oczywiście zauważają, że papież Franciszek zdobywa poklask świata. Mimo tego coraz liczniej, zarówno w swych organach prasowych jak i na portalach społecznościowych narzekają, że Kościół i tak nie nadąża za wyzwaniami naszych czasów. Uważają, że papież z Argentyny otworzył ścieżki awansu dla wielu osób których progresiści szanują, ale jednocześnie liberałowie nade wszystko ubolewają, że wśród osób które Franciszek uczynił biskupami, czy mianował prominentnymi urzędnikami Stolicy Apostolskiej, są i tacy, którzy mogą wprowadzić Kościół na niebezpieczny – ich zdaniem – kurs” – czytamy w „Catholic Herald”. Publicysta podaje przykłady, cytując magazyn „The Tablet”, który pisał o „przeterminowanym programie reform”, amerykańskiego korespondenta z Watykanu Roberta Mickensa, według którego „te umysły Kościoła które nastawione są na reformy bardzo obawiają się o ich realizację”, oraz byłego włoskiego księdza Vito Mancuso (protegowanego kardynała Martiniego), który w niedawnym wywiadzie dla „La Repubblica” zauważa, że „niepokojąco wielu młodych księży pragnie czegoś, co nazywają powrotem do tradycji”.

Mancuso odgrywa we włoskich mediach liberalnych podobną rolę jaką w polskich gazetach pełni duet byłych kapłanów – Tadeusz Bartoś i Stanisław Obirek – atakuje więc wszystko co dobre i prawdziwe w Kościele, i promuje wszystko co postępowe. Uważa, że jeśli Franciszek „nie przeprowadzi oczekiwanych reform szybko i zdecydowanie”, ryzykuje, że stanie się niczym więcej niż „spadającą gwiazdą”. Po zakończeniu jego pontyfikatu bowiem kardynałowie mogą wybrać kogoś o zupełnie innych walorach – jak zauważa Schmitz, „progresiści najbardziej boją się pontyfikatu kogoś takiego jak kardynał Sarah, a więc człowieka, który nie wydaje się zbytnio zainteresowany pochlebstwami mędrców zachodniego świata. On pojawia się w ich snach jako Pius XIII”.

Publicysta „Catholic Herald” przypomina, że Franciszek, jeszcze jako Jorge Bergoglio, miał już w swej biografii epizod, w którym wymieniany był jako nadzieja progresistów – miał zaprowadzić nowe porządki w argentyńskiej prowincji jezuitów. To się jednak nie udało i przełożeni wysłali go do Niemiec, na jego miejsce instalując innego kapłana. Schmitz pisze, że i wówczas Bergoglio cieszył się sporą popularnością, ale instytucji którą zarządzał nie zdołał zmienić. Publicysta twierdzi, że tezę, iż to samo może wydarzyć się i teraz, gdy Jorge Bergoglio jest papieżem, potwierdza felietonista „New York Timesa” Peter Steinfels, według którego postawienie przez progresistów na swoisty bezkrytyczny liberalny ultramontanizm przyniósł im ogromne rozczarowanie. Według niego bowiem „przyszłość wiary nie opiera się na jednostce papieża, ale na tym jak zarządzać wspólnotami lokalnymi będą poszczególni biskupi”. Schmitz cytuje też Matthew Boudway’a, redaktora liberalnego amerykańskiego pisma „Commonweal”, również ubolewającego, że papież nie wprowadził takich zmian, na jakie czekał cały Kościół otwarty.

Jednak to oczywiście nie papież Franciszek jest głównym problemem kościelnych modernistów. Najważniejszym ich zmartwieniem – czytamy w „Catholic Herald” – jest demografia, a precyzyjniej „brak wystarczająco mocno zaangażowanych w życie Kościoła młodych katolików liberalnych, którzy mogliby zastąpić odchodzące powoli starsze od siebie pokolenie modernistów”. Autor analizy jako jeden z przykładów na potwierdzenie tej tezy podaje następujący fakt: w Minnesocie niedawno zorganizowano konferencję zatytułowaną: „Czy Franciszek zmieni nauczanie Kościoła w kwestii seksualności?”. „Mimo pikantnego tematu, przyszło na nią 125 osób, z których przytłaczająca większość była po sześćdziesiątce”. Spostrzeżenia publicysty potwierdza postępowa profesor Phyllis Zagano, rzeczniczka diakonatu kobiet, która przyznała kilka dni temu, że „pokolenie kościelnych liberałów odchodzi powoli na emeryturę, i nie ma kto ich zastąpić – to znaczy zastąpią ich młodzi konserwatyści, bo młodych liberałów wewnątrz Kościoła prawie już nie ma”.

Matthew Schmitz zauważa, że choć liberałowie kontrolują wiele mediów i wydziałów teologicznych, nie są tak skuteczni w werbowaniu młodzieży, jak choćby tradycjonaliści. A jeśli chodzi o prowadzenie życia sakramentalnego, progresiści ponieśli jeszcze bardziej dotkliwą porażkę, szczególnie w porównaniu ich wychowanków z wychowankami bardziej konserwatywnych liderów katolickich. Publicysta komentując to zjawisko przytacza cytat ze słynnego konwertyty angielskiego, kardynała Newmana, który powiedział kiedyś, że „istnieją dwie możliwe drogi: droga do Rzymu i droga do ateizmu”. Dodawał, że „anglikanizm może być stacją w środku drogi w jedną stronę, a liberalizm tym samym w drugą”. Schmitz parafrazują te słowa pisze, że modernizm katolicki może być więc dla wielu drogą do ateizmu.

Publicysta twierdzi, że „rewolucja w Kościele mogła wydawać się możliwa w latach sześćdziesiątych, ale nie dziś – liberalny katolicyzm nie ma dziś już bowiem rewolucyjnej siły, i to dotyczy także emocji, na których był przecież budowany”.

***

Omawiany tekst opublikowano 22 lipca w magazynie „The Catholic Herald”. Jego autor, Matthew Schmitz, jest amerykańskim komentatorem spraw Kościoła, redaktorem portalu firstthings.com.

malk

http://www.pch24.pl/zaska...go,44900,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 11 Sierpień 2016, 08:58   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

O realiach aktualnych refleksji poważnych garść

Posted by Sacerdos Hyacinthus in Uncategorized

„Starszych więc, którzy są wśród was, proszę, ja również starszy, a przy tym świadek Chrystusowych cierpień oraz uczestnik tej chwały, która ma się objawić: paście stado Boże, które jest przy was, strzegąc go nie pod przymusem, ale z własnej woli, jak Bóg chce; nie ze względu na niegodziwe zyski, ale z oddaniem; i nie jak ci, którzy ciemiężą gminy, ale jako żywe przykłady dla stada. Kiedy zaś objawi się Najwyższy Pasterz, otrzymacie niewiędnący wieniec chwały” (1 P 5, 1-4).

Św. Paweł nakazuje młodemu biskupowi: „wykaż błąd” (2 Tm 4, 2). Wykazanie błędu wchodzi zatem w zakres katolickiej służby pasterskiej. Nie jest ono podważaniem prawowitego autorytetu hierarchicznego w Kościele, ani podważaniem autorytetu Kościoła Katolickiego, jedynego prawdziwego Kościoła, jedynego Kościoła założonego przez Jezusa Chrystusa. Wykazanie błędu ma na celu ostrzeżenie owczarni Pańskiej i skierowanie jej ku Objawionej przez Pana Boga prawdzie, by dusze się zbawiały a Kościół Katolicki jaśniał wiernością. Zadania pasterskie par excellence.

Nie mówimy o niezniszczalności Kościoła – Jednego, Świętego, Powszechnego i Apostolskiego – który ma niezawodną Chrystusową obietnicę trwania (por. Mt 16, 18).
Mówimy o destrukcyjnych wyborach, destrukcyjnych działaniach i o destrukcyjnych zaniechaniach człowieka, które nie są fikcją. Gdyby prawdą była teza o metafizycznej niemożliwości niszczenia Kościoła – głównie przez błąd i grzech – nie powstałaby encyklika Pascendi i wiele innych dokumentów prawowitych papieży, z troską przestrzegających owczarnię Pańską przed nurtami destrukcyjnymi wewnątrz Kościoła i podającymi środki zaradcze.

Większość deklarujących dzisiaj wiarę katolicką – nawet i ci, którzy expressis verbis odwołują się do Tradycji – nie ma ochoty przyjąć do wiadomości, że sytuacja Kościoła jest tragiczna ponad wszelką miarę. Napawa ich panicznym przerażeniem nawet sama możliwość dopuszczenia diagnozy, że sytuacja może być aż tak dramatyczna. Psychologiczne wypieranie. Można je zrozumieć.

Od kilkudziesięciu lat oficjalnie odkształca się niektóre aspekty ortodoksyjnej doktryny katolickiej i z uporem podaje się je jako katolickie. Błąd jest coraz bardziej zuchwały. Perswazja większościowa krzewiących błędy odnosi oszałamiające sukcesy. I wielu już błąd zaakceptowało – bezproblemowo. Rozpowszechniane w Kościele nurty fideistyczno-emocjonalno-przeżyciowe nie ułatwiają diagnozy. Pomijając oczywistą prawdę katolicką, że Objawienie Boże jest zawarte w Piśmie Świętym i Tradycji, rozumianej tak, jak ją przez rozumiał Kościół Katolicki, w niejednym środowisku kwitnie produkcja bibułowo-objawieniowa – bez autentycznej weryfikacji Kościoła. Bywa, że kwestia ortodoksji, czystości doktrynalnej, jest traktowana jako troska zbędna, drugorzędna, nieistotna, marginalna. Co powiedzieliby na takie dictum święci męczennicy, którzy oddawali życie za wierność wierze katolickiej w każdym jej detalu?

Dochodzi i do sytuacji groteskowych, gdy ktoś deklarujący przywiązanie do Tradycji, nagle prezentuje się jako pierwszorzędny obrońca nowego porządku – novus ordo – o zacięciu iście komsomolskim.

Zdrowy i ozdrowieńczy nurt wierności jest w mniejszości – w Polsce i za granicą. W Polsce tylko jeden teolog katolicki na poziomie akademickim kompetentnie wykazał ewidentne błędy zaakceptowane i szerzone przez dzisiejsze czynniki watykańskie. Rodzi się zasadne pytanie: Czy mamy dzisiaj do czynienia z infantylizacją, bezradnością(?) i wycofaniem poważnej i odpowiedzialnej służby katolickiego teologa i tzw. inteligencji katolickiej? Z troską pytamy o głos zarządzających owczarnią Pańską.

Od ignorancji dobra nie przybędzie. Czas byłby już zacząć poznawać autentyczną doktrynę katolicką. Wtedy dopiero pojawi się zdolność i odwaga identyfikowania błędu – błędów wielu – by Prawda zajaśniała pełnym blaskiem na obliczu Kościoła a dusze mogły przez wierność Prawdzie dostępować zbawienia. Cele uboczne i podskórne – wykluczone.

Biblioteka ’58 otwarta całą dobę, przez wszystkie dni tygodnia.

treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 25 Sierpień 2016, 15:47   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Sprawy trudne i bolesne – do podjęcia konieczne!

Sed licet nos aut angelus de caelo evangelizet vobis praeterquam quod evangelizavimus vobis, anathema sit!
„Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty!” (Ga 1, 8).

Oboedire oportet Deo magis quam hominibus.
„Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29).

„Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja jest do tego stopnia poważna i niebezpieczna, iż w razie odstępstwa od wiary można się sprzeciwić nawet papieżowi” (Paweł IV, Konstytucja Cum ex apostolatus).


Pewien pisarz, blokowany przez dziesięciolecia przez wpływowe środowiska, jedną ze swoich książek zatytułował: Nie trzeba głośno mówić.

W trosce o podwyższenie wiary katolickiej i w trosce o zbawienie dusz ten wpis. Nie można milczeć, gdy dzieło Boże jest jawnie i nachalnie deformowane a zbawienie dusz poważnie zagrożone.

Wielu przyznających się do wiary katolickiej nie posiada zmysłu katolickiego (sensus cathólicus) w tej oto zasadniczej kwestii – mianowicie, nie zdają sobie sprawy z ciężkości i powagi kwestii wierności i niewierności katolickiemu depozytowi wiary (depósitum fídei). Otóż, nauka katolicka jest klarowna: najcięższe grzechy to herezja, schizma i apostazja. Jest to zamach wprost na Objawienie Boże, na prawdomówność i wiarygodność Pana Boga.

Słowo wierzącego po katolicku biskupa niech uświadomi nam powagę kwestii. Św. Ignacy Antiocheński, męczennik, który zdał egzamin z wiary, pisał, pełen pasterskiej troski, do Efezjan:
„«Nie błądźcie», bracia moi. Ci, którzy rujnują rodziny, «królestwa Bożego nie odziedziczą». Jeśli więc ci, którzy tak czynili, postępując według ciała, już zostali ukarani śmiercią, o ileż bardziej powinien być ukarany ten, kto przewrotną nauką fałszowałby wiarę Bożą, za którą Jezus Chrystus został ukrzyżowany. Kto byłby splamiony takim przestępstwem, pójdzie w ogień nieugaszony, podobnie jak i ten, kto go słucha.
Pan zezwolił namaścić swą Głowę wonnym olejkiem, aby Jego Kościół napełnił się wonią nieśmiertelności. Strzeżcie się śmiercionośnej woni nauki, wywodzącej się od księcia tego świata, aby przypadkiem nie powiódł was w niewolę, z dala od ofiarowanego wam życia”.
A prawowity papież, św. Pius X, jasno naucza i z najwyższą troską przestrzega przed pismami skażonymi herezją modernizmu: Non enim minus haec nocitura, quamquae contra mores conscripta; immo etiam magis quod christianae vitae initia vitiant – „Są one nie mniej zgubne, niż druki pornograficzne; a nawet gorsze od tych ostatnich, gdyż zatruwają życie chrześcijańskie u źródła” (encyklika Pascendi).

A teraz co? I będą nas znowu przywoływać do porządku i dyscyplinować ku posłuszeństwu doktrynie pomylonej, rozchwianej. Dobrze, że przynajmniej niewielka część przyznających się do wiary katolickiej otworzyła już oczy i nie da sobie w kaszę dmuchać.

Trzeba im to mówić prosto w twarz: Nie ma posłuszeństwa, gdy w grę wchodzi odkształcenie katolickiego depozytu wiary. Skoroście przez pięćdziesiąt lat zabagnili Kościół produkcją swoich herezji, to słuchajcie sobie sami swoich własnych heretyckich werbalnych wydmuszek!

Nie ma mowy o posłuszeństwie błędowi!

I tylko żal, że większość przyznających się do wiary katolickiej w dalszym ciągu nie ma w ogóle pojęcia o tym, co się dzieje z Kościołem.

Nigdy nie jest za późno, aby dopuścić prawdę do głosu.

Biblioteka ’58 otwarta całą dobę, przez wszystkie dni tygodnia.

Quicumque vult salvus esse,
ante omnia opus est ut téneat cathólicam fidem.
„Ktokolwiek pragnie być zbawiony,
przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary”
(św. Atanazy, Wyznanie wiary).

„Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki.
Nie dajcie się uwieść różnym i obcym naukom” (Hbr 13, 8-9).

„Dlatego jest konieczne, abyśmy z jak największą pilnością zwracali uwagę na to, cośmy słyszeli, abyśmy przypadkiem nie zeszli na bezdroża” (Hbr 2, 1).


– – –
treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 31 Sierpień 2016, 11:08   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Wiara nasza jest skażona i przesiąknięta modernizmem. 50 lat Soboru Watykańskiego II zrobiło swoje.
Trudno dzisiaj zmienić myślenie wielu katolików Tak bardzo są przywiązani do tego, czego nauczał ich Kosciół (modernistyczny) przez te ostatnich 50 lat. Trzeba wracać do tego, co było przed SVII, bo tylko tam znajdziemy prawdziwą i nieskażoną modernizmem wiarę, dającą zbawienie.



Nie dać sobie w kaszę dmuchać!

„Jest bowiem wielu krnąbrnych, gadatliwych i zwodzicieli, zwłaszcza wśród obrzezanych: trzeba im zamknąć usta, gdyż całe domy skłócają, nauczając, czego nie należy, dla nędznego zysku” (Tt 1, 10-11).

„Unikaj natomiast głupich i niedouczonych dociekań” (2 Tm 2, 23).

„Strzeż depozytu wiary, unikając światowej czczej gadaniny i przeciwstawnych twierdzeń rzekomej wiedzy, jaką obiecując niektórzy odpadli od wiary” (1 Tm 6, 20-21).



I uważajmy, bo są pewni ludzie, którzy chcieliby nam, rzymskim katolikom, wyinterpretować Ewangelię po swojemu. Problem zarządzających percepcją i tu się ujawnia. Zaprawdę, „wywracają wiarę niektórych” (2 Tm 2, 18)!

Nurt jest zasadniczo judeo-protestancko-globalistyczny. Brzydko pachnące poczucie wyższości, nachalność, buta, pycha i pogarda.

W żadnym wypadku nie należy być potulnym wobec jawnego zamachu na depozyt wiary.
W żadnym wypadku nie należy być potulnym wobec uzurpatorów bezczelnych.

Powtórzmy: W kwestiach najświętszych nie potrzebujemy żadnych doradców spoza kręgu rzymskiego katolicyzmu.

Natomiast ciągle potrzebujemy pouczenia płynącego z Objawienia Bożego – zawartego Piśmie Świętym i Tradycji – które wiernie przekazywał przez wieki Urząd Nauczycielski Kościoła. Elementy konstytutywne Kościoła Katolickiego – z Chrystusowego ustanowienia!

Zdaje się, że Kościół Katolicki przez dwa tysiące lat głosem prawowitych pasterzy miał coś istotnego do powiedzenia w kwestii Objawienia Bożego.

verbumcatholicum.com
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 15 Wrzesień 2016, 11:54   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Łatwa destrukcja i mozolna konstrukcja

Minęło pięćdziesiąt lat. I oto mamy krajobraz po bitwie. Z akcentem na krajobraz, bo bitwy prawie nie było. Destrukcja poszła łatwo. Odbudowywanie katolickości – wielowymiarowej – idzie bardzo mozolnie.

Punkt wyjścia na dziś i jutro: dopuścić prawdę do głosu.


https://verbumcatholicum.com/
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 27 Październik 2016, 08:56   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Franciszek juz totalnie odlatuje. Ekumenizm, Reformacja, inne religie (a szczególnie Islam) są dla niego ważniejsze niż Prawda, Boże Objawienie, Tradycja. Dokąd on nas prowadzi ?? Czy jego celem nie jest protestantyzacja Kościoła Katolickiego ? Czy przypadkiem to nie jest fałszywy prorok ? Czy to nie jest kolejny Martin Luter ?


Komentatorzy zaniepokojeni watykańską promocją Reformacji



Konserwatywni komentatorzy wyrażają zaniepokojenie promocją Reformacji przez najwyższych dostojników Kościoła. Zwracają uwagę na trudności związane z niektórymi wypowiedziami papieża. Chodzi tu choćby o uhonorowanie pomnika Marcina Lutra, a także krytykę nawracania na wiarę katolicką. Zauważają, że Ojciec Święty ciepło wypowiadając się o „dobrych luteranach” krytykuje katolików dążących do nawrócenia innych na swą wiarę.

John-Henry Westen Life Site News zwraca uwagę na nową definicję określenia "letni" w wypowiedzi obecnego papieża. Jak twierdzi, 13 października podczas watykańskiego spotkania z przedstawicielami niemieckich katolików i luteran, Franciszek zarzucił letniość osobom "dążącym do obrony chrześcijaństwa na Zachodzie, a jednocześnie sprzeciwiającym się uchodźcom i innym religiom".

Tego papieskiego sformułowania nie można bagatelizować. Określenie „letni” pojawia się w Piśmie Świętym, w pejoratywnym kontekście. Jak zauważa publicysta, Księga Apokalipsa mówi: "obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" (Ap 3,15).

Zdaniem La Stampa papież nie użył jednak słowa "letni". Powiedział natomiast, że "dążenie do obrony chrześcijaństwa na zachodzie z jednej strony przy jednoczesnej wrogości wobec uchodźców i innych religii to sprzeczność".

Podczas wspomnianego spotkania w Auli Pawła VI na honorowym miejscu postawiono wtedy statuetkę Marcina Lutra. Jak zauważa John-Henry Westen uhonorowanie herezjarchy to działanie mocno kontrowersyjne, gdyż to właśnie niewierny zakonnik odpowiada za rozłam chrześcijaństwa - jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w całej historii tej religii.

Kontrowersje wzbudza także papieska odpowiedź na pytanie jednego z uczestników spotkania, dotyczącego tego, co papież lubi w "kościele luterańskim". - Lubię dobrych luteran, luteran praktykujących wiarę w Jezusa Chrystusa - powiedział wówczas papież. - Nie lubię natomiast letnich katolików i letnich luteran - dodał. W innym momencie spotkania papież stwierdził także, że nawracanie na inne religie jest "nieuprawnione".

Komentatorzy twierdzą, że ostre słowa wobec krytyków dzisiejszej formy ekumenizmu są swego rodzaju ostrzeżeniem wobec osób zamierzających krytykować papieski udział w zaplanowanej na 31 października wizycie w szwedzkim Lund.

Podczas tamtejszego święta reformacji - zauważa cytowany przez lifesitenews.com profesor Clemens Cavallin - odczytana zostanie modlitwa wychwalająca postać Marcina Lutra. Herezjarcha zostanie przedstawiony jako założyciel prawdziwej formy katolicyzmu. Uczestnicy wyrażą radość z powodu „darów przyjętych i ponownie odkrytych na różne sposoby poprzez reformacyjną odnowę (...)". W modlitwie będzie mowa również mowa o docenieniu ewangelicznego doświadczenia Marcina Lutra i jego "wglądu" w Ewangelię sprawiedliwego i miłosiernego Boga. Uczestnicy podziękują także za dobro dokonane dzięki Reformacji.

Trudno nie podzielać obaw komentatorów dotyczących radykalnie rozumianego ekumenizmu. O ile tradycyjnie oznaczał on dążenie do powrotu chrześcijan do pełni prawdy katolickiej i Kościoła rzymskiego, o tyle obecnie oznacza łagodzenie różnic. Dialog staje się tu celem samym w sobie, a prawda schodzi na dalszy plan. Tę mentalność rozszerza się także na kwestie dialogu międzyreligijnego – z innymi wyznaniami. Zapominanie o różnicach między nimi prowadzi do osłabienia ducha misyjnego. Jak to pogodzić z jasnymi słowami Pana Jezusa: "I rzekł do nich: "Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Mt 16; 15-16)?

Niepokoi także tendencja do idealizowania Reformacji – wydarzenia prowadzącego do podziału chrześcijaństwa i cywilizacji zachodniej oraz krwawych wojen religijnych. Ten duch podziału w protestantyzmie obecny jest cały czas. Składa się on wszak z tysięcy denominacji. Dążąc do jedności warto przypomnieć sobie o tradycyjnym rozumieniu ekumenizmu, opartym na słowach Chrystusa „…aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie…” (J 17,20-26). Wynika z nich, że jedność nie może usuwać prawdy w cień, lecz być na niej oparta. Wzorem dla niej jest wszak unia Chrystusa-Prawdy i Boga-Ojca.

Źródło: lifesitenews.com

mjend

http://www.pch24.pl/komen...--,46962,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 30 Październik 2016, 14:45   Re: 50 lat po Soborze Watykańskim II [Cytuj]

Dlaczego Marx nie przejdzie do protestantów skoro tak się zachwyca "osiągnięciami reformacji" ? :roll:
Prawdopodobnie dlatego, że jego zadaniem jest zmieniać oblicze Kościoła Katolickiego i przerabiać na protestantyzm.
Jemu nie zależy na Prawdzie. On chce Kościół Katolicki wpuścić w maliny. To wilk w owczej skórze. Niech sobie idzie do tych swoich protestantów i przestanie mącić i jątrzyć w Kościele Katolickim. Niestety, ale ma ciche poparcie Franciszka i tak łatwo z jątrzenia nie zrezygnuje. Będzie jątrzył, aż osiągnie swój niecny cel !

Strzeżmy się wilków w owczej skórze !
Prawda objawiona przez Pana Boga nie wymaga żadnej odnowy, i nie potrzebujemy kolejnych reformatorów !
Należy powrócić do tego co było przed Soborem Watykańskim II, bo tylko tam znajdziemy Prawdę !



Kardynał Marx wdzięczny za „niektóre osiągnięcia” reformacji



Reformacja przyniosła także dobre owoce – uważa przewodniczący niemieckiego episkopatu, arcybiskup Monachium kard. Reinhard Marx. To między innymi przetłumaczenie Słowa Bożego na języki narodowe.

- Reformatorzy zrozumieli [wartość] przetłumaczenia Słowa Bożego na język ludzi, a także przydania Biblii wysokiego miejsca w życiu kościelnym – powiedział kardynał w rozmowie z ewangelickim magazynem „chrismon”. To wszystko doprowadziło do właściwej oceny wartości Pisma Świętego. Dodatkowo kardynał jest „reformatorom” wdzięczny także za „szeroki wkład w rozwój muzyki kościelnej”.

Purpurat powiedział też, że droga ekumenizmu i droga do jedności Kościoła jest „nieodwracalna”. Kardynał wezwał przy tym katolików i protestantów do kontynuowania dialogu, „tak w kwestiach teologii, jak i w sprawach praktycznej współpracy”, na przykład w obszarze pomocy uchodźcom.

Stwierdzenia te padły wkrótce po zakończeniu wspólnej pielgrzymki katolickich i ewangelickich biskupów do Ziemi Świętej. Kard. Reinhard Marx wyprawił się do Jerozolimy wespół z przewodniczącym ewangelickiego „Kościoła”, „biskupem” Heinrichem Bedfordem-Strohmem. W Jerozolimie odprawiali między innymi wspólne ekumeniczne nabożeństwa. Pielgrzymka była kontynuacją zapoczątkowanej w 2013 roku przez ówczesnego przewodniczącego episkopatu Niemiec, arcybiskupa Fryburga Roberta Zollitscha.

Już nieco wcześniej w tym roku niemieccy biskupi odbyli inną ekumeniczną pielgrzymkę. Pod hasłem „Z Lutrem do Papieża” biskup Magdeburga Gerhard Feige udał się wraz z przewodniczącym saksońskiego „Kościoła” ewangelickiego Joachimem Liebigem do Rzymu. Wspólne ekumeniczne nabożeństwo celebrowano w bazylice św. Pawła.

W przyszłym roku niemieccy ewangelicy będą świętować 500-lecie reformacji. Kościół katolicki w Niemczech będzie partycypował w tych obchodach, odcinając się jednak od ich uroczystego i dziękczynnego charakteru. Biskupi nie ukrywają, że reformacja głęboko podzieliła Kościół i należy uznać ją za wydarzenie smutne.

Pach

Źródło: Katholisch.de

http://www.pch24.pl/kardy...ji,46937,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Coltrane


Dołączył: 01 Kwi 2008
Posty: 17424
Skąd: Polska
Wysłany: 31 Październik 2016, 09:41   "dary reformacji" [Cytuj]

Niech kard. Marx z całym tym szemranym towarzystwem idzie od nas precz.
Niech się zachwycają darami reformacji w łonie protestatntyzmu, wśród luteran.
Pan Bóg przez wieki objawił nam Prawdę i Jego Prawda nie wymaga żadnej odnowy.
Jak Marxowi nie podoba się ta Prawda, to niechaj złoży na ręce Franciszka rezygnację z bycia katolikiem.
Kościół Katolicki na tej rezygnacji tylko zyska.



Za „dary reformacji” już dziękujemy



Przypominamy felieton Grzegorza Brauna z 51. numeru magazynu „Polonia Christiana". Gdy oddawano tamten numer do druku, informacje o planowanej wizycie papieża na rocznicy reformacji odbierano jeszcze jako co najmniej „niewiarygodne”. Dziś wiemy już, że Franciszek rzeczywiście poleciał do Szwecji. Mimo tego przypominamy argumenty Brauna, opublikowane latem tego roku:

Anonsowany oficjalnie udział papieża Franciszka w „ekumenicznym spotkaniu” w Lund, gdzie dziesięć tysięcy katolików i luteran zaangażowanych w działalność na rzecz pokoju, zwalczania skutków ocieplenia klimatu i pomagających uchodźcom ma uczestniczyć między innymi we wspólnym dziękczynieniu za „dary reformacji”, to wiadomość tchnąca tak głębokim absurdem, że zrazu trudno ją było traktować inaczej niż jako ponury żart, mimochodem trafiający w istotę problemu, jakim dla współczesnego Kościoła są ekumaniacy. Niestety to nie Radio Erewań, a Radio Watykańskie nadaje w poważnym tonie takie właśnie kawałki, które przyprawiają normalnego, przywiązanego do Tradycji i usiłującego zachować ostatki szacunku do hierarchii katolika nie tylko o głęboki smutek, ale i o – nie ma co owijać w bawełnę – wzbierający gniew.

Oczywiście zawsze warto brać pod uwagę możliwość manipulacji – w medialnym przekazie nie od wczoraj normą jest wszak fałszowanie sensów i nadinterpretacje intencji Stolicy Apostolskiej. Wszelkie złudzenia rozwiewa jednak lektura dokumentów przygotowanych już zawczasu na tę okoliczność – skromnej objętości tekst ekumenicznej quasi‑liturgii zatytułowany Wspólna modlitwa oraz obszerne opracowanie quasi‑teologiczno‑historyczne pod tytułem Od konfliktu do komunii. Luterańsko‑katolickie wspólne upamiętnienie Reformacji 2017 – sygnowanych pospołu przez liderów Światowej Federacji Luterańskiej i Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Choć słowo „prawda” pada tam na co drugiej stronie, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z potężną manifestacją czegoś wręcz przeciwnego.

Byłoby pół biedy, gdyby autorzy poprzestali na pseudoteologicznym mętniactwie – rozpoznawalnym znaku markowym JE kardynała Kocha, który pokazał już wszak nie raz, jak dalece obojętne lub nieznane są mu fakty historyczne i normy logicznego wywodu (a to między innymi w ubiegłorocznej „refleksji” na temat „dialogu z judaizmem” opublikowanej na pięćdziesięciolecie deklaracji Nostra aetate). Gdybyż więc autorzy w ogóle odpuścili sobie omawianie tak zwanej reformacji w jej realnym, dziejowym wymiarze, wówczas moglibyśmy krytykować ich za oderwane od rzeczywistości teoretyzowanie przy jednoczesnym abstrahowaniu od faktografii. Oni jednak poświęcili zdarzeniom z przeszłości cały osobny rozdział zatytułowany szumnie – a jak się okazuje, całkowicie bez pokrycia – Szkic historyczny luterańskiej reformacji i katolickiego responsu, w którym dają pokaz już nie tylko hipokryzji, ale i zakłamania.

Jakże bowiem można poświęcić sprawie całych kilkadziesiąt stron, a słowem nie napomknąć o tym, co było naczelną zasadą organizacyjną i podstawową praktyką działania rewolucji protestanckiej, a mianowicie o rabunkach i wojnach. Zmilitaryzowana i upolityczniona przemoc była wszak podstawowym narzędziem, bez którego ten wielki projekt nigdy nie ruszyłby z miejsca. Bez zbrojnego ramienia władzy świeckiej księgi Lutra nigdy nie zbłądziłyby pod żadne strzechy. A skąd finanse na walkę z „papizmem”? Oczywiście z grabieży: „przekształcenia własnościowe” na masową skalę, w pierwszej kolejności konfiskata dóbr klasztornych, a w ślad za tym odebranie majątku wszystkim, którzy ośmielili się stanąć w obronie Kościoła – to przecież pierwsze, założycielskie akty wszystkich bez wyjątku protestanckich reżimów.

Pisać zatem o niuansach interpretacyjnych i kontrowersjach doktrynalnych dotyczących na przykład „odpustów” czy „usprawiedliwienia”, a nie wspomnieć przy tym o politycznym wymiarze i tragicznych konsekwencjach buntu Lutra – to jak pisać o idei marksizmu‑leninizmu, a nie wspomnieć o horrorze rewolucji bolszewickiej. Pisać o gwałtownym rozwoju teologii protestanckiej, a nie mówić o masowych mordach, ekspropriacjach, prześladowaniach i trwałej dewastacji całego łacińskiego świata – to jakby pisać o różnicach między młodym Marksem a starym, nie wspominając przy tym o realiach i praktyce sowietyzmu w XX wieku. Autorzy Od konfliktu do komunii tak właśnie postępują – powielają stare klisze propagandowe z fałszywą wizją „protestantyzmu” jako rewolucji, jakoby przede wszystkim moralnej a jednocześnie oddolnej, jakiegoś ruchu ludowego, rzekomo spontanicznego buntu skrzywdzonych i oszukanych mas – gdy w rzeczywistości był to przede wszystkim bunt zdemoralizowanych elit, którym nauka Lutra przydała się, owszem, jako ideologia legitymizująca gigantyczny „skok na kasę”.

Ciekawa rzecz, że takie właśnie oblicze rewolucji protestanckiej – jako projektu „nowego wspaniałego świata” opartego na sile militarnej i politycznej, istotowo antychrześcijańskiego – manifestuje się w sposób całkiem otwarty (z obfitości serca usta mówią) w tak ważnej dla samych heretyków formie „upamiętnienia”, jaką jest słynna genewska Ściana Reformacji – gdzie obok centralnej dla lokalnej tradycji postaci Kalwina, na poczesnych miejscach znalazło się między innymi dwóch wojaków, bynajmniej nie subtelnych teologów: lord‑protektor Cromwell i admirał de Coligny (który byłby może został francuskim Cromwellem, gdyby kontrrewolucja nie wykazała się refleksem). Otóż w całym tym rozległym, quasi‑socrealistycznym monumencie, wśród dziesiątków pomników i pomniczków heretyckich liderów (z Polaków, chwała Bogu, ma tu swoje popiersie jeden tylko Jan Łaski), trudno dopatrzeć się bodaj jednego znaku Krzyża Chrystusowego (sic).

Tymczasem bowiem protestantyzm zrobił już swoje i na naszych oczach schodzi ze sceny. Rewolucja światowa w ramach mądrości kolejnych etapów sięga po coraz to nowe ideologie – wszystkie one jednak czerpią z tamtego zatrutego źródła. Jak bez niedomówień wykłada ksiądz profesor Tadeusz Guz: Wspólnym mianownikiem wszystkich ideologii nowoczesności jest ich wrogie antykościelne i antykatolickie oblicze oraz ich żywotna relacja z protestantyzmem. Nikt tak nie próbował satanizować Boga jak Marcin Luter. Zatem jesienią w szwedzkim Lundzie przystoi, owszem, jedna intencja nie dosyć chyba omodlona: o spokój duszy dzielnego Nilsa Dacke i wszystkich innych skandynawskich męczenników. A kto się tam wybiera dziękować za „dary reformacji”, ten przejawia poważny deficyt ducha lub intelektu – tertium non datur – brak wiedzy albo uczciwości.

Grzegorz Braun

Tekst opublikowano pierwotnie w 51. numerze magazynu "Polonia Christiana"

http://www.pch24.pl/za-da...my,46944,i.html
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Informacje | TV Trwam | Radio Maryja na żywo |
Polecamy:informacje ktorych potrzebujesz Fundacja Skierniewice i Szkola Skierniewice
Korzystanie z forum oznacza pełną akceptację otrzymywania plików cookies.

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,247 sekundy. Zapytań do SQL: 8